Recenzja "Rzeczy niewysłowione" Soren Gauger

Wydawca: Nisza

Liczba stron: 86

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 30 marca 2020 r.

„Rzeczy niewysłowione” to idealny przykład tekstu, który w osiemdziesięciu paru stronach potrafi zamknąć taką bombę emocji, że myśli się o tym wszystkim długo po lekturze. I wiem o czym piszę, bo po pierwszym czytaniu jeszcze w grudniu, przyszło kolejne w lutym, a teraz znowu mam ochotę do książki powrócić. Tak naprawdę ta nowela należy do tych niezwykłych książek, których znaczenie jest nie dającą się łatwo sklasyfikować epifanią. Soren Gauger podejmuje tu wykorzystywane już wcześniej w literaturze dyskursy. Nie wnosi też nic nowego do kwestii przekazywania wiedzy. Tak naprawdę jednak, unikalna kompozycja jego dzieła, intensywność stylu oraz psychologiczna głębia przekazywanego doświadczenia, lokuje ją gdzieś na granicach naszego poznania. W tym sensie „Rzeczy niewysłowione” są książką niedokończoną, mimo że posiadają wyraźną puentę. Nie są też dziełem otwartym. To swoista struktura socjologiczna przepełniona przekonaniem nierozwiązywalności pewnych problemów moralnych i towarzyszących im emocji. 

Kiedy czytamy „Rzeczy niewysłowione” trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś tu wkrada się nawet jeśli nie sam Joseph Conrad, to na pewno jego tematyka. Choć w posłowiu czytamy, że na kształt tekstu wpływ miały trzy tytuły „A festa” Ivana Angelo, „Smutek tropików” Claude Levi-Straussa oraz „Sheppard Lee:Written by Himself” Roberta Montgomery’ego Birda, to już samo uzmysłowienie sobie relacji łączących Levi-Straussa z Conradem (ten pierwszy określa drugiego swoim ulubionym pisarzem i stwierdza, że chciałby napisać jego książki) sugeruje poprawność takiego rozumowania. Zarówno dla Gaugera, jak i dla autora „Jądra ciemności”, egzotyka stanowi przede wszystkim pretekst do rozważań nad pojęciem człowieczeństwa. Kluczowe w tym kontekście wydaje się zestawienie zwyczajów i norm cywilizacji Zachodu ze społecznością pierwotną î ukazanie ich wzajemnego niedopasowania. W przeciwieństwie do klasycznej antropologii ewolucyjnej, która kładła nacisk na stadialność rozwoju, obraz człowieka w książce Gaugera wiąże się ze szczególnym kontekstem kultury: inność nie podlega wartościowaniu, a kultura Zachodu, czyli ta z założenia najbardziej rozwinięta, w odmiennym miejscu i klimacie ujawnia swoje wszystkie braki i niedoskonałości. Co więcej, zamiast przyzwyczajeń i działania instynktownego, prowadzi swoje wybory przez długą drogę niepewności, która u końca potrafi być jeszcze bardziej bezwzględna, niż ścieżka wybrana przez człowieka niewykształconego.

Conradowski wymiar „Rzeczy niewysłowione” widoczny jest także na poziomie funkcjonalnym dzieła. Pełne troski i współczucia opisy tubylców („nawet jak próbują zwędzić coś z mojego namiotu, robią to niewinnie jak dzieci, przez co trudno mieć do nich pretensje”) przywodzą na myśl wyrzutków z powieści Conrada. Również strach przed wejściem do dżungli („Niewiele koszmarów pamiętam lepiej od tych, w których gubię się nocą w dżungli”) kojarzyć się może z koszmarem podróży Marlowa przedstawionym w „Jądrze ciemności”. Warto zwrócić także uwagę na przywiązanie obu pisarzy do krajobrazu. Ma to związek z przekonaniem, że oddanie głosu naturze, może jeszcze bardziej podkreślić i unaocznić powtarzalność i nieskończoność cyklu życia. Spójrzmy na taki cytat, przytoczę go w całości, bo są to słowa ważne, mimo że pozornie niewiele wnoszące do akcji „Tamtego wieczoru stałem na pokładzie sam i patrzyłem na zachód słońca. Wspaniałe widowisko. Chociaż przede mną byli komentatorzy, którym na imię legion (do tego sprawniejsi ode mnie!), ja również czuję potrzebę ujęcia w słowach majestatu takiego zachodu. Po pierwsze, spoza horyzontu wypływa oślepiający blask, bolesny, przedłużony błysk, który rozpływa się w bursztynowym bogactwie, w niezwykły sposób ozdabiając krawędzie chmur metalicznym szlaczkiem. Kolory stają się coraz głębsze – zbyt wiele odcieni i barw, by je wymienić – aż do kulminacji w głębokim, królewskim szkarłacie o wręcz namacalnym cielesnym cieple”. Uderza w tym fragmencie niezwykła metodyczność i systematyczność opisu. Można by wręcz pokusić się o tezę, że w takich miejscach jak na dłoni widać ogromną dbałość o poprawną terminologię i jednocześnie o liryczną szatę, tak dobrze znaną z dzieł Conrada. Zachód słońca był zresztą jednym z najczęściej wykorzystywanych opisów przez autora „Tajnego agenta”.  Każdorazowo miał on swoje konkretne, metaforyczne uzasadnienie. Niejednokrotnie zapowiadał śmierć lub kres pewnych przekonań. Zachód nad Tamizą wprowadza „Jądro ciemności” w cywilizowany świat, w „Lagunie” ten sam, choć nieco inny zachód, jest zapowiedzią zderzenia z egzotycznymi stereotypami, z kolei patrząc na zachód słońca Nostromo kończy swój sen o sobie samym. U Gaugera ów zachód też jest zapowiedzią, bo czyż ten „oślepiający” i „bolesny” blask, nie będzie ostatecznie symbolicznym aktem poddania się swojej podłej, ludzkiej naturze?

Tropów conradowskich jest w tej książce zdecydowanie więcej, chociażby w charakterystyce głównego bohatera czy sposobie kreacji przeżyć wewnętrznych. Nie jest jednak moim celem rozłożenie noweli na czynniki pierwsze, a jedynie zachęcenie do poszukiwań zależności i innych, ukrytych znaczeń. Z premedytacją pomijam także opis fabuły, aby nie psuć czytelnikom rozwiązania kryminalnej zagadki, która momentami więcej ma z horroru, niż przygody. Wrócę jednak na chwilę do kwestii refreniczności książki Gaugera, bo ta nie daje mi spokoju. Jak już wspomniałem kanadyjski pisarz nie mówi nam nic nowego. On twórczo powtarza coś, co nigdy nie będzie miało końca. „Rzeczy niewysłowione”, mimo swojej strukturalnej maestrii i pomysłowości, są jednocześnie staromodne i świeże. Jak ten zachód słońca, który swoją nieskończoną powtarzalnością nie pozwala domknąć narracji. Każdego dnia jest ten sam, ale zupełnie różny, powtarzalny, ale zawsze określający zmierzch czegoś. I nie zawsze chodzi tu tylko o zmierzch kolejnego dnia. Czasami schyłek może być zresztą porzuceniem naiwności i zrozumieniem tego, że w pewnych sytuacjach granicznych wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Recenzja "Zazi w metrze" Raymond Queneau

Wydawca: PIW

Liczba stron: 200

Tłumaczenie: Maryna Ochab

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 24 lutego 2018 r.

Pamiętam, że gdy w 2010 roku, z okazji pięćdziesięciolecia premiery udało mi się obejrzeć „Zazie w metrze", czułem się skonfundowany i zniesmaczony. Nie przemówiła do mnie estetyka burleski i surrealizmu, silnie eksponowana przez reżysera Louisa Malle’a. Dzisiaj, po lekturze niewielkiej książki Raymonda Queneau i kolejnym seansie francuskiego filmu, wiem już co poszło nie tak. Z jednej strony chodzi  o mój młody wiek i znane mi konteksty kulturowe, które ówcześnie były bardzo ograniczone. Inną kwestią jest przerysowanie. Autor Windą na szafot wziął na warsztat książkę szaloną, z tym chyba zgodzi się każdy. Strategia Malle’a była prosta  i słuszna – trzymać się pierwowzoru. Problem pojawia się w scenach, gdzie nawarstwienie nierealności przybiera niebotyczne rozmiary. Reżyser zaczyna bawić się w nich konwencją, dodawać własne pomysły inscenizacyjne, gmatwać coś, co jest już wystarczająco pogmatwane. To właśnie owo przejaskrawienie, te wszystkie sztuczne gesty sprawiają, że film od pewnego momentu staje się mało interesujący. I tak z potencjalnego arcydzieła, stopniowo spada do poziomu dzieła bardzo dobrego, a ostatecznie ląduje jeszcze niżej. Dla wszystkich, którzy jak ja poczuli się w pewnym momencie przez Malle’a oszukani mam jednak dobrą wiadomość. Mechanizm utrudniania i udziwniania surrealizmu jest autorskim pomysłem reżysera. U Raymonda Queneau sposób montażu zdarzeń i myśli jest wypracowany do perfekcji.

Tak, już na starcie zdradzę, że „Zazi w metrze” jest w mojej opinii książką absolutnie wyjątkową. Nie przez przypadek Le Monde umieścił ją na liście 100 najlepszych XX wieku. Co ciekawe sam Queneau nie był przesadnie dumny z kojarzenia jego osoby głównie przez pryzmat tej publikacji. Trudno się też temu dziwić, biorąc pod uwagę jego dorobek. Był jednym z prekursorów postmodernizmu, współzałożycielem eksperymentalnej grupy literackiej OuLiPo (wśród zrzeszonych był między innymi: Georges Perec), autorem tekstów popularnych piosenek, maszyny produkującej sonety, redaktorem Encyklopedii Plejady – summy ówczesnej wiedzy o świecie. Należał też do Akademii Goncourtów i napisał szereg wybitnych książek, jak chociażby Psią trawkę czy Pierrot mon ami. Podsumowując – miał się czym pochwalić, a głosy stawiające go w gronie nieporozumień Noblowskich (tych nieprzyznanych) też można zrozumieć.

„Zazi w metrze” była jedną z ostatnich powieści wydanych przez francuskiego pisarza. Ciekawa sprawa, że tuż przed jej premierą, dokładnie 10 kwietnia 1959 roku Robert Bloch wydał "Psychozę". Właściwie niewiele łączy te książki, obie jednak doczekały się swoich filmowych adaptacji dokładnie rok po publikacji. Obie te ekranizacje przyczyniły się także do wzrostu popularności literackiego pierwowzoru. W ogóle to jak spojrzeć na propozycje wydawnicze roku 1959, dostrzeżemy tam wiele filmowych analogii: "Goldfinger", 'Blaszany bębenek", "Samotność długodystansowca", "Nagi lunch", "Słodki ptak młodości" – te wszystkie ekranizacje przetrwały w ludzkiej świadomości dużo dłużej, niż książki (może poza powieścią Grassa).

Wróćmy jednak do „Zazi w metrze”. Sama fabuła jest tu bardzo prosta. Jedenastoletnia dziewczynka zostaje oddana pod opiekę wuja na kilka dni. Jej marzeniem jej przejażdżka paryskim metrem, ale pech chce że akurat trwa strajk. Zazi ucieka więc z mieszkania opiekuna i udaje się w samotny spacer ulicami wielkiego miasta. Na tym streszczenie należy zakończyć, bo doprawdy nie dzieje się tu wiele więcej. Kwintesencją książki jest dialog, a uściślając rzecz jeszcze bardziej – słowa. To właśnie one wyprowadziły pierwszych krytyków z równowagi. To też one, mimo upływu 60 lat, nadal szokują i zachwycają. Queneau celuje w parodię – zarówno klasycznych dzieł literackich (Hugo, Szekspir czy Rabelais), jak i społeczeństwa w ogóle. Jego protagoniści wyrzucają w świat wszystkie te zdania, których nie zwykło się wymawiać. Człowiek ma to do siebie, że woli ugryźć się w język, niż kogoś zranić, urazić, lub obśmiać. W „Zazi w metrze” te hamulce zostają wyłączone. Ludzie się wyzywają, są wulgarni, dopiekają sobie, kłamią, wyłapią każdą ułomność, każdy słaby punkt, aby później go publicznie wykpić. Zabawy językiem przybierają też często formę zapisu fonetycznego czy  gry słów („Truskajon i wdowa Muak przeszli już kawałek drogi jeden obok drugiego, powoli, lecz prosto przed siebie i, co więcej, w milczeniu, kiedy zorientowali się, że idą jeden obok drugiego, powoli, lecz prosto przed siebie i, co więcej, w milczeniu”). Naprawdę dzieje się tu na tyle dużo, że dodatkowa akcja mogłaby tylko książkę popsuć. Swoją drogą, jeśli kiedyś przyjdzie Wam napisać o jakimś autorze, że używa świeżego i nieoczywistego języka, przypomnijcie sobie tę powieść Queneau. Być może uchroni Was to przed wyciąganiem pochopnych wniosków.

Ale nie tylko język jest tu awangardowy. Siłą „Zazi w metrze” są charakterystyki jej bohaterów. To wykolejeńcy, chodzące maski charakterów, które splatają w sobie przywary wielu grup społecznych. Dość spojrzeć na samą Zazi – jej zasób słownictwa, poziom agresji, bezczelności, rozumienia świata od razu podpowiada, że nie jest to postać autentyczna, a symboliczna. Tak jest z każdym: tańczącym w klubie dla homoseksualistów wujem Gabrielem, nieporadnym Truskajonem czy oderwaną od rzeczywistości wdową Muak. Ich ustawienie na planszy wyimaginowanej codzienności jest tu drobiazgowo przemyślane i uzasadnione. Pozwala na uwypuklenie dużej ilości absurdów: sposobów formułowania myśli, odpowiedzialności rodziców, nieznajomości miejsc, w których się mieszka, naiwności turystów, mechanizmów miłości. Wszystko to sprawia, że „Zazi w metrze” jest jedną z celniejszych satyr jakie czytałem. Ważną także dlatego, że jej uniwersalność wcale nie straciła na aktualności. A może wręcz odwrotnie, ona wciąż rośnie. To taka mała, tykająca bomba, którą wbrew logice chciałoby się ciągle rozbrajać na nowo.

Recenzja "Winne" Jarosław Czechowicz

Wydawca:  SEQOJA

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda

Premiera: 27 marca 2020 r.

Jarosław Czechowicz powraca z nową książką. Jego debiut „Toksyczność” to relacja silnie oparta na autobiografii. W „Winnych” wiele wątków w jakimś sensie się powtarza. Jest rodzeństwo, toksyczna matka, brak ojca i zagubienie w otaczającym świecie. A jednak, mimo tych podobieństw, autor zadał sobie trud skonstruowania bardzo ciekawej fabuły, dzięki czemu w książce może odnaleźć się szerokie grono czytelników.

Nie będę ukrywał, że pierwsze 70 stron było dla mnie prawdziwą próbą cierpliwości. Niespieszna narracja dziejąca się w dwóch perspektywach czasowych: teraz i kiedyś, bardzo przypominała mi ograniczoną ramami gatunkowymi powieść obyczajową. Bohaterki – siostry Anna i Irena, mieszkają w dwóch oddalonych od siebie zakątkach Europy. Starsza osiadła w rodzinnym Krakowie, gdzie jako lekarz ginekolog prowadzi tradycyjne życie. Anna uciekła do Islandii. Mieszka w wynajmowanym mieszkaniu w Ísafjörður. Przedzierając się przez kolejne strony opowieści i odkrywając coraz więcej faktów z przeszłości, dochodzimy do wniosku, że dawniej coś ważnego zdarzyło się w tej rodzinie. Ta rozłąka nie jest tylko efektem młodzieńczego buntu, ale następstwem długofalowego procesu powstawania traumy, którego nie da się sprowadzić tylko do przemocy domowej. Winnych może być więcej, a ciężar kolejnych błędów spoczywa na barkach nie tylko obecnego pokolenia, ale też tego już odchodzącego. 

Gdzieś w połowie książki następuje moment przełomowy. Wraz ze spotkaniem sióstr dojdzie do eskalacji długo chowanych emocji. Akcja rozpędzi się, każda strona powieści kryć będzie nową tajemnicę. Napięcie wzrośnie, pojawią się nowi aktorzy dramatu. Układanka wreszcie zacznie nabierać namacalnych kształtów. To wszystko będzie możliwe dzięki dobrze przemyślanej strukturze, w której autor wykorzysta techniki z powodzeniem wykorzystywane w powieściach kryminalnych: retrospektywę, listy, zmieniające się przestrzenie czasowe, proste dialogi, pozornie oczywiste sytuacje. W ten sposób wskoczymy na karuzelę emocji, która dowiezie nas do upragnionego finiszu. Kompozycyjnie kojarzy mi się to z pierwszym sezonem serialu „Wielkich kłamstewek”. 

Właśnie drobiazgowo przemyślana struktura jest największym atutem „Winnych”. Tym bardziej nie rozumiem wydawców, którzy uznali poruszony tu temat za „zbyt trudny”, o czym autor pisze w podziękowaniu. Jarosław Czechowicz oddaje głos kobietom, ich skomplikowanej psychice. Nie boi się pisać o przemocy, o przenoszeniu deficytów między pokoleniami, także o szarości dnia codziennego i niemożności poukładania sobie świata na nowo. Anna podejmując decyzję o ucieczce skrzywdziła nie tylko siostrę, ale też męża. Irena dalej ma wyrzuty sumienia i czuje się odpowiedzialna za tragedię, jaka wydarzyła się lata temu. Ich matka, egoistyczna i bezwzględna kobieta, też nosi w sobie swoje motywacje i cierpienie. Na tle pięknej Islandii, ten potworny smutek jest jeszcze bardziej widoczny, tym silniej eksponowany. Trudno nie ulec temu kameralnemu widowisku nasyconemu bólem małych rodzinnych tragedii, zrealizowanemu z wielką pomysłowością i empatią.

Żeby jednak nie było tak różowo, mam do „Winnych” parę uwag. Mój sprzeciw budzi brak spójności wizji. Z jednej strony autor stawia na krótkie dialogi i budowanie napięcia, z drugiej nie omieszka dopowiedzieć każdej nieścisłości. Chodzi mi tu na przykład o taki wycinek dialogu „— Musisz być przy niej, to teraz bardzo ważne. — Irena chciałaby opowiedzieć trochę więcej o tym, jak ona widzi wyobcowanie siostry, co dzieje się teraz w umyśle stępionym zolpidemem, chciałaby przełożyć wszystkie odczucia na jakieś rady dla Jacka, ale czuje, że są tak samo bezradni. A czas nie uleczy tutaj żadnych ran. Należy tylko dbać o to, by nie było ich jeszcze więcej”. Takich scen jest w książce zdecydowanie za dużo. Jakby autor chciał czytelnikowi odebrać wolę do własnej interpretacji, jakby zapomniał, że to na niedopowiedzeniach i pauzach opiera się wartościowa literatura. Strasznie mnie to przegadanie męczyło, a zamiast wzniecać moją uwagę, usypiało czujność.

Inną kwestią jest podejście do Islandii. Każdy kto Jarosława Czechowicza obserwuje wie, że to wielki sympatyk Kraju Lodu. Widać jak bardzo chciał się swoją fascynacją podzielić. Zamiast jednak zgrabnie obudowywać tło w liryczne i drobiazgowe opisy (zalążki takich też tu bywają), często odwołuje się do przewodnikowego języka i ciekawostek, trochę na siłę wpycha w narrację: „Klasyczne skandynawskie wnętrze, jak by to ktoś określił, choć sama Anna wspomniała jej wczoraj, że Islandia nie jest żadnym krajem skandynawskim, lecz nordyckim”, „wie, że może tutaj siedzieć do wieczora i wciąż na nowo prosić o kolejną filiżankę, bo Húsið — jak sporo islandzkich knajp — każe płacić tylko za pierwszą porcję tego napoju, potem dolewać sobie można bez końca”. I tak dalej. Może nie ma w tym nic złego, ale mnie wybijało z toku opowieści. 

W opisywaniu zbliżeń seksualnych bliżej Czechowiczowi do Murakamiego, niż powiedzmy Henry’ego Millera, czy patrząc na nasz lokalny rynek Jarosława Kamińskiego z „Rozwiązłej”. Kreacja intymności, przynajmniej w moim odczuciu, wymaga dużej czujności twórczej. Niezwykle trudno jest tak oddać erotykę, by ludzie chcieli odnaleźć w teście skrawki siebie i poczuć bliskość, z przedstawionymi wydarzeniami. W „Winnych” cały opis seksu i związanych z nim emocji wydaje się odrealniony, zaczerpnięty z innego, mechanicznego świata. „Seksualne zapomnienie okazało się najbardziej skuteczne. Smak kobiecego ciała był doskonały. Jej kochanka była bardzo pewna siebie, pewna zdobywania rozkoszy Anny. To wszystko było niezwykle intensywne, choć dało się zauważyć, że czułość jest tu reglamentowana, nie wyniknie z tego zbliżenia nic więcej”. W innej scenie, opartej na wspomnieniu Czechowicz pisze „Anna przypomina sobie, jak czuła potrafiła być Selma. Jak odkryły wspólnie, że ciało Anny jest bardzo wrażliwe w dolnym odcinku pleców. Selma umiała zrobić masaż, który rozgrzał i zachęcił resztę ciała do tego, by zespolić się z drugim. Piersi kochanki miały słodki ciężar w dłoniach Anny i bardzo szybko obie kobiety znalazły wspólny, niespieszny rytm podążania ku spełnieniu”. Tu ponownie doświadczamy odejścia od namiętności, na rzecz tęsknoty i samotności. Erotyka jest wykorzystana tylko jako narzędzie do podkreślenia określonego stanu ducha. Nie jest ani fantazyjna, ani demoniczna. Nie nosi znamion lepkości, bliskości czy podniosłości. Jest czysto informacyjna, a przez to w jakimś sensie niepełna i techniczna.

Nie sposób ocenić „Winnych” jednoznacznie. Czuć w nich silnie fascynacje autora mocnymi tematami i odległym klimatem Islandzkiej wyspy. Chciałoby się jakoś tę historię rozwinąć, na przykład rozciągnąć wątek związku matki i siostry, albo dorzucić parę scen zmagania się z surowym klimatem. Chociażby kosztem ograniczenia myśli bohaterów, często zbyt oczywistych. Jarosław Czechowicz to czytelnik wybitny, co do tego nikt nie ma wątpliwości, dziwi mnie więc jego literacka strategia oparta na dopowiedzeniach. Sam uczyłem się recepcji dzieł literackich czytając jego omówienia i wielokrotnie właśnie tę kwestię słusznie punktował. Dlaczego więc sam świadomie ją stosuje? Nie omieszkam podpytać przy spotkaniu autorskim. Na pewno drzemie w „Winnych” olbrzymi potencjał, nie brakuje autorowi wyobraźni i talentu do budowania napięcia. Czytając ją czułem się pochłonięty, a to chyba najlepszy wyznacznik tego, że warto po nią sięgnąć, mimo pewnych niedociągnięć. Fani powieści obyczajowych powinni być zachwyceni.

Recenzja "Moby Dick" Herman Melville

"Moby Dick" Hermana Melvilla to książka wybitnaWydawca: PIW

Liczba stron: 412+452

Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Oprawa: twarda

Premiera: 10 października 2018 r.

18 października. Tę datę warto zanotować sobie w głowie. Wcale nie dlatego, że obchodzimy wtedy imieniny Asklepiadesa, Bratomiła, Miłobrata i Tryfonii. Nie chodzi też o rocznicę urodzin Jean-Claude Van Damme’a, czy rocznicę śmierci Pawła od Krzyża. Nie mam tu nawet na myśli, tak ważnych wydarzeń w dziejach ludzkości, jak przyłączenie Alaski do Stanów Zjednoczonych (1867 rok), czy wkroczenie wojsk Armii Czerwonej do Czechosłowacji (1944). 18 października 1851 roku, ledwie 32 letni Herman Melville wydaje swoje opus magnum, a przy okazji jedną z najważniejszych powieści w historii literatury. „Moby Dick” to jedna z tych książek, o której każdy słyszał, ale niewielu ją czytało.

"Moby Dick" Hermana Melville'a to arcydzieło literatury światowej

Jak to często bywa, tuż po wydaniu książka przepadła w niebycie. Wiele dziesięcioleci polegiwała w dziale ‘wielorybnictwo’ Uniwersytetu Yale. Z pewnością przysłużyła się do tego strategia pisarska Melville’a, która zakładała dokładne odwzorowanie zwyczajów panujących na statkach wielorybniczych w połowie XIX wieku. Wartość faktograficzna i rzetelność opisu techniki połowów stanowią jednak tylko mały fragment tego grubego przecież opracowania. Późniejsi krytycy znaleźli w książce amerykańskiego pisarza tak wiele, że można byłoby poświęcić pół życia i nadal nie spisać wszystkich możliwych dróg interpretacyjnych.

"Moby Dick" może być odczytywany na różnych poziomach

To właśnie doskonale pokazuje, że „Moby Dicka” można czytać na wiele sposobów, Melville zostawił czytelnikowi dużo dowolności. Przy pierwszym spotkaniu najlepszym wydaje się wariant rozrywkowy. Opowieść o losach Izmaela, kapitana Ahaba i Queequega jest przecież świetnym przykładem książki przygodowej. Któż z nas nie myślał kiedyś, jak to jest być zamkniętym przez wiele miesięcy na statku, gdzieś na środku oceanu? W krainie pełnej rekinów, wielorybów, sztormów i halucynacji. Autor dba o pierwsze dno, dopieszcza je różnymi anegdotami, szczegółowymi opisami, erudycyjnymi wywodami, a także świetnie skrojonymi postaciami. Każda z nich reprezentuje określone cechy, targają nimi uniwersalne wątpliwości, mają swoje marzenia i lęki. Uczestniczą też w nie do końca kontrolowanej walce dobra ze złem, gdzie potworem jest wielki wieloryb, a wybawicielem ludzkości, skrzywdzony wcześniej kapitan Ahab. Przynajmniej tak może wydawać się na początku. Chociaż już proste skojarzenia, mogą poddać tę tezę w wątpliwość. Moby Dick jest przecież biały, a kapitan Ahab czarny. Potęgi dzikiej natury nie jest też tak straszna jak zło ukryte w sercu i czynach narzędzia boskiej sprawiedliwości. W tej walce jedna siła musi ostatecznie zginąć w obliczu starcia z siłą drugą i wbrew pozorom zwycięski wcale nie będzie człowiek. 

Czy Herman Melville w "Moby Dicku" mówi nam o Bogu? 

Ta prosta interpretacja jest przy okazji jedną z najpopularniejszych, najbardziej nam bliskich. Sam jednak autor "Oszusta", ustami swojego bohatera każe nam szukać w jego dziele czegoś więcej („Jeśli o mnie idzie, to trapiony jestem wiecznotrwałą tęsknotą za tym, co dalekie”). Pierwszym pomysłem jest tu kontekst biblijny, do którego skłaniają nas imiona nadane bohaterom. Izmael był synem Abrahama i jego niewolnicy Hagar. Został oddalony z dworu swego ojca na pustynię i od tej pory stał się protoplastą wiecznych wędrowców. Ahab to siódmy król Izraela szerzący zgorszenie i bałwochwalstwo. W załodze „Pequoda” pojawiają się też Peleg (przodek Abrahama), czy Bildad (jeden z trzech przyjaciół Hioba). Każda postać może być więc odczytana alegorycznie. W tym układzie jako Boga należy rozpatrywać tytułowe stworzenie. Jego zadaniem, jest wymierzyć sprawiedliwość zbuntowanego człowiekowi, który w osobie Ahaba, staje się tragicznym poszukiwaczem tajemnicy bytu. Na końcu został tylko Izmael, co wiąże się z jego biblijnym przeznaczeniem. Doświadczenie przegranego pościgu i walki z siłami przyrody daje początek nowej historii, rozpoczynającej się od przebaczenia i wiary.

„Mocy Dick” może być także rozpatrywany jako sztuka. Mała przestrzeń, w której zamknięto bohaterów, sprzyja podejmowaniu relacji i konfrontacji postaw. Podobnie jak w innych dziełach Melville’a, każda postać może reprezentować inną grupę społeczną, walkę celów, dążenie do zysków. Ograniczanie tego odczytania do ówczesnej sceny politycznej Ameryki, nie ma już dzisiaj sensu. Te same filary ludzkich przywar i ambicji rządzą współczesnością. To też uświadamia nam, że nasz świat, mimo postępu technologicznego i wiedzy,  ciągle trapią te same historie oraz że głównym powodem wojen, nienawiści, cierpienia, jest sam człowiek. Melville silnie uderza w pojęcie humanizmu i każe nam na nowo zrewidować swoje postępowanie. 

"Moby Dick" Hermana Melvilla powinna znaleźć na się na każdej liście najlepszych książek

Twórca „Taipi” stworzył w swojej wielkiej powieści połączone wzajemnie cienką nicią różnorodne style myślenia o świecie: od bezstronnie naukowego, przez narracyjny, po lityczny i dramatyczny. Tradycyjny żywioł literatury - epikę, wzbogacił licznymi momentami poetyki, dramatu, eseju, mistyki oraz dyskursu filozoficznego. W ten sposób stworzył książkę, stanowiącą wzór XIX-wiecznego pisarstwa. Powieść absolutnie wielowymiarową, mozaikową i trudną. Do wielokrotnego czytania i odkrywania nowych sensów. Ta historia nigdy się nie skończy („Tak, głupi śmiertelniku; potop Noego jeszcze nie opadł”).

Recenzja "Jezioro dzikich gęsi" Diao Yinan

Reżyseria: Diao Yinan

Czas trwania: 1 godz. 57 min.

Kraj produkcji: Chiny


Premiera: 18 maja 2019 rok

"Jezioro dzikich gęsi", nowy film nagrodzonego w Berlinie chińskiego reżysera Diao Yinana, ponownie przenosi nas w konwencję neo noir. Chociaż nazywanie tego obrazu typowym przedstawicielem wspomnianego gatunku byłoby krzywdzące. Diao co prawda wykorzystuje ważne elementy noir: motywy kryminalne, światłocień, mocne kontrasty, zatarcie granicy między dobrem i złem, femme fatale, ale jednocześnie parę innych świadomie pomija (chociażby wyeksponowaną postać detektywa). Reżyser ma świadomość, że w temacie zemsty i porachunków nic nowego nie dopowie, dlatego czerpiąc z narzędzi sztuki postmodernistycznej, kreśli znaną od pokoleń sytuację by dowiedzieć się czegoś o sobie i swoim pokoleniu w nowy sposób.

Pokazywany w głównym konkursie Cannes film stanowi krytyczną reakcję na nowoczesność w chińskim wydaniu. Wuhan, jeden z największych ośrodków gospodarczych współczesnych Chin, jest w obrazie Diao miejscem pozbawiającym marzeń i złudzeń. Zapuszczone dzielnice, nieregulowane targi, brudne place, wąskie ulice, mroczne parki i tytułowe Jezioro Dzikich Gęsi, są tu ukazane jako miejsca biedy i rosnącego w siłę elementu. Nocami miastem rządzą gangi złodziei motorów, które za nic mają ludzkie życie. W ten właśnie sposób poznamy bliżej motywacje głównego bohatera (Hu Ge), który z pozycji herszta, spada do roli uciekiniera. Po jednej z trudnych akcji, będąc jeszcze pod wpływem emocji, trafia na policjanta, którego zestrzela. To nie było świadome wystąpienie przeciwko stróżowi prawa, a typowe dla Zenonga Zhou ratowanie się z opresji. Nikt się tym jednak nie przejmie, a polubowne załatwienie tematu okaże się niemożliwe. Bohaterowi przyjdzie chować się nie tylko przed policją, lecz także przed łowcami nagród oraz specjalną jednostką oddelegowaną do schwytania go.

Gdzieś nad tym całym kryminalnym kotłem unosić się będą dwie kobiece postaci – była żona oraz miejscowa prostytutka. Zwłaszcza rola tej drugiej jest tu kluczowa, gdyż z powodzeniem wypełnia misję femme fatale. I nie, nie jest to typowe uwodzenie i okłamywanie. Liu Aiai działa na korzyść uciekiniera, świadomie ryzykując i wprowadzając w błąd grupy pościgowe. Bo przecież w filmie nie tylko o zemstę chodzi. „Jezioro dzikich gęsi” porusza także inne ważne tematy: żal za grzechy, miłość, potrzebę bliskości, godność i traktując obraz z dalszej perspektywy: zabetonowanie przestrzeni miejskiej i ludzkich serc.

Neo Noir nie jest u Diao Yinana wyłącznie zwierciadłem politycznych i społecznych niepokojów. Jego film wkracza w sferę produktów artystycznych, które mają nie tylko razić realizmem ukazywania brutalności, ale także zgłębiać potencjał krytyczny i kreujący. Reżyser gmatwa narrację, zrywa z chronologią i pogłębianiem portretów psychologicznych postaci. Zamiast tego wprowadza liryczne ujęcia pełne deszczu i neonów, świadomie odwołując się do dorobku Kar-Wai Wonga. W innej scenie dochodzi do przypadkowej dekapitacji, jakby wprost wyciętej z serii „Oszukać przeznaczenie”. Tych intertekstualnych odwołań i zabaw jest tu zresztą dużo więcej (chociażby „Zabłąkany pies” Kurosawy czy „Samuraj” Melville’a), a ich obecność podkreśla świadomość twórczą Diao Yinana. Ostatecznie otrzymujemy zatem dopieszczoną technicznie, nieoczywistą i okrutną baśń, w której nie ma miejsca na czułość.

Recenzja "Opowiadania o rewolucji kulturalnej w Tybecie" Pema Bhum

Wydawca: PIW

Liczba stron: 176

Tłumaczenie: Adam Kozieł

Oprawa: twarda

Premiera: 24 lutego 2019 r.

Opracowań dotykających kwestii rewolucji kulturalnej w Chińskiej Republice Ludowej można znaleźć całkiem sporo. Sprawa trochę komplikuje się, jeśli obiektem naszych zainteresowań chcemy uczynić Tybet. Z prawdziwym problemem możemy zetknąć się, gdy chcemy poznać dzieje tego regionu od środka. A jeśli marzyłoby nam się dowiedzieć nieco o historii, a przy okazji poczytać o tym z zainteresowaniem i bez katastrofy wymalowanej na każdej stronie – wtedy pozostaje nam już tylko Pema Bhum i jego „Opowiadania o rewolucji kulturalnej w Tybecie”.

Wyjątkowość tej prozy polega na symbiozie rzetelności reporterskiej z pisarskim polotem. Opowiadania składające się na zbiór są przede wszystkim świadectwem historycznym. Autor, obecnie wykładowca na Uniwersytecie w Columbia University, swoje dzieciństwo spędził w Rebgongu (znanym także jako Tongren County), dzisiaj blisko stutysięcznym mieście położonym we wschodnim Tybecie. Wspomina młodzieńcze lata z nutką nostalgii, humoru, ale także krytycyzmu dotyczącego otoczenia. Dwa z zamieszczonych tekstów możemy śmiało zaszufladkować jako literatura non-fiction. To w nich obserwujemy egzotyczny świat, w którym cenzura i narzucone zwyczaje odbierają Tybetańczykom ich tożsamość narodową. Pema Bhum dotyka niezwykle ważnej kwestii języka. Ówcześni mieszkańcy nie mieli możliwości poznania go – nie był wykładany na uczelniach czy w szkołach, za posiadanie egzemplarzy klasycznych dzieł Thonmi Sambothy groziły surowe sankcje. Często jedyną możliwością zrozumienia klucza tradycyjnej gramatyki i ortografii było spotkanie na swojej drodze wyjątkowej osoby. Właśnie takie szczęście miał Pema Bhum, o czym opowiada w „Doringu”. Jego bohaterem jest Dordże Cering, nauczyciel języka tybetańskiego w prowincjonalnej szkole. Dordże to człowiek oddany tradycji. Nie boi zaufać się młodemu pokoleniu i powierza im tajemnice dziedzictwa kulturalnego. Prosi ich także o kopiowanie zabronionych woluminów. Opowiastka pisana jest z perspektywy młodej osoby, która nie wszystko jeszcze rozumie. Zamiast strachu mamy więc entuzjazm, a rządowe ograniczenia wydają się w tej perspektywie jeszcze bardziej absurdalne i krzywdzące. „Doring” to prawdziwy hołd złożony odwadze i dowód na to, że warto iść pod wiatr nieracjonalnych zakazów. 

Faktograficzny wymiar dzieła nie jest jedynym wartym wzmiankowania. Zbiór otwiera szalona groteska, która w krzywym zwierciadle opisuje nam nastroje społeczne i podejście władz do rewolucji kulturalnej. Zadawaliście sobie kiedyś pytanie, co zrobić z chorym dzieckiem, gdy jest się członkiem rodziny niecieszącej się sympatią rządzących? Jak się okazuje, w interpretacji Pemy Bhuma, czasami wystarczy cud, albo nawet kilka pod rząd. Zaczyna się od konsumpcji stronicy z „Cytatów Przewodniczącego Mao”, która w normalnej sytuacji byłaby równa wyrokowi wybicia całego rodu, tym razem jest początkiem długiej drogi, na końcu której jest sława i…no tego akurat Wam nie zdradzę. Zamiast ukazywać śmierć i pożogę, autor idzie w komedię, i niczym Andrzej Munk w „Zezowatym Szczęściu”, ustawia swoich bohaterów na planszy gry, w której wszystko jest możliwe. „Oko” jest bardzo ważnym opowiadaniem, bo pokazuje, że autor ma dystans do trudnej rzeczywistości i umie mówić o ważnych rzeczach z łatwością i polotem. 

Właśnie ta lekkości ujmuje mnie w prozie Pema Bhuma. Pisarz trzyma się bliżej współczesności i operuje językiem dzieła dokumentalnego, które jest prostsze i satyryczne, choć od strony ideowej uciekające od błahości i niepowagi. Nie ma tu miejsca na wielkie metafory, stylistyczne eksperymenty i żonglerki romantyczną tragedią. Nie uświadczymy bohaterów wewnętrznie rozdartych i cierpiętniczo spoglądających na codzienność. Interpretacja utworów należy do czytelnika, bo ten widzi świat czysty, nieskrępowany wartościami patriotycznymi ani romantyczną fabułą. Rzeczywistość widziana słowami autora jest wyjątkowa, nie mająca w Tybecie swego odpowiednika. Jego tkanką jest młodzieńcza fantazja i jeśli wkrada się do niej alegoria, to bardziej w duchu Chaplina, niż ciężkostrawnego, epatującego przemocą opisu surowości reżimu. W tym sensie Pema Bhum przypomina mi nieco Mo Yana, który nawet przez historię mięsnego fanatyka potrafił ukazać niedorzeczność chińskiej dyktatury. A ja bardzo taką formę opowiadania o totalitaryzmie cenię i dlatego będę bardzo zachęcał do poznania „Opowiadań o rewolucji kulturalnej w Tybecie”, tym bardziej, że wielu czytelników dostrzeże tu analogie z wydarzeniami własnego życia. Przy okazji „Oko” trafia też na listę najlepszych krótkich tekstów wydanych w Polsce w tym roku.

Recenzja "Kwiaty rozłączki" Aleksandra Wstecz

Wydawca:  Korporacja Ha!art

Liczba stron: 88

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 2 marca 2020 r.

Banałem byłoby powiedzieć, że „Kwiaty rozłączki” są historią o próbie redefiniowania pojęcia miłości. Stygnące uczucie rzeczywiście wysuwa się na pierwszy plan, jeśli jednak przyjrzeć się wnikliwiej padającym słowom, nie sposób nie zauważyć, że tym o czym tak naprawdę opowiada autorka jest samo życie w jego najbardziej chowanych i tajemniczych wymiarach. Aleksandra Wstecz z kobiecą przenikliwością kreśli obraz świata i kobiety zagubionej między własnymi potrzebami, a zewnętrznymi oczekiwaniami. Tkając z kolejnych epizodów pseudo-fabularną rzeczywistość rzuca światło zrozumienia na siatkę warunkujących każdego człowieka powiązań oraz granice jego fasadowej wolności. Człowiek nie żyje w próżni, nie ogranicza się tylko do tego co tu i teraz. Zbyt często zapominamy, że przeszłość, na przykład w postaci radosnego zdjęcia rodziców lub wspomnienia przytulenia dziadków po amputacji piersi, może odciskać silne piętno na naszą codzienność.

Kwintesencją poematu Aleksandry Wstecz jest połączenie ludzkiej wulgarności i egoizmu z nieuchwytnością. Książka przenosi czytelnika w inny wymiar: obrzmiały od metafizyki, amorficzny świat, w którym znajomi, małżonkowie, przodkowie są tylko zatartymi konstrukcjami, na których rozpina się bogactwo wewnętrznych emocji i smutków. Związek jawi się tu jako źródło udręk i małych fascynacji („Lubię kiedy chłopak mówi do mnie, że jestem jego piesiem”), ale przede wszystkim jest swoistą skorupą, przez którą nie umie się przebić żadne prawdziwe, namiętne uczucie. Życie bohaterów jest typowo przedmiotowe, prowadzące od dobrze znanego punktu A, do równie dobrze określonego punktu B. Z tego zamkniętego koła trudno wyskoczyć, bo konwenanse, układność i wiara w brak możliwości przeprowadzenia zmian, są wystarczającym powodem trwania w bierności. Przynajmniej do czasu. Choć nawet podjęcie ostatecznej decyzji nie zmieni życia od razu. Piekło samotności i pustki będzie kłuło równie mocno, nawet gdy bohaterowie wyswobodzą się ze swoich pozycji.

„Kwiaty rozłączki” są wieloznacznym kolażem życia pozornego – takiego funkcjonowania jakiego nikt z nas nie chce, a w którym prędzej czy później każdy z nas się znajduje. Nawet jeśli mamy dużo szczęście i jest to stan tylko tymczasowy. Właśnie dlatego poemat Aleksandry Wstecz jest tak autentyczny i dobrze rozpoznawalny. Te wszystkie małe czynności, te nic nieznaczące detale i ich ukryte znaczenia. Skąd my je znamy? Każdy z nas przecież doskonale wie, kiedy jego żona czy mąż się odezwie, wie jakich słów użyje, co go wkurzy. Wielokrotnie sami ich do tego pchamy. Niedokładnie obieramy ziemniaki, odkładamy buty w innym miejscu, niedostatecznie szorujemy ręce, zaglądamy do facebookowych wiadomości. Po co? Tego nie wiemy, albo wypieramy się tej wiedzy. To bardzo niewygodna część naszej osobowości. Co ona ma wspólnego z miłością? I czym w ogóle jest miłość? Jak powiedzieć, że pomyliliśmy się? Że potrzebujemy rozpocząć nowe życie? Że ten miraż wcale już nas nie bawi? Jak zapomnieć po rozstaniu? Jak ułożyć sobie życie przyzwyczajone do więzienia?

Umówmy się, rozstania parę razy w literaturze już opisywano. To że słyszymy i zadajemy sobie po raz kolejny te same pytania, także nie nobilituje dzieła. Nawet fakt, że autorka obudowuje swoją historię w nowoczesne szaty (youtube, media społecznościowe itd.), wcale nie świadczy o jej jakości czy wyjątkowości. Książka Aleksandry Wstecz nie byłaby tak dobra, gdyby zastosowany tu język nie był hermetyczny.  Autorka łączy prostotę i cynizm z eliptycznym polotem. Melodia słów nie zatrzymuje się, nie rwie narracji - mimo zmian tonacji, tempa, perspektywy i konwencji - stanowi doskonale wypracowaną konstrukcję. Interesująca jest też kompozycja, w której krótkie rozdziały sadowią się gdzieś między dosłowną liryką, a prozą pełną niedopowiedzeń. Alchemia języka i codzienności gęsto tkanej z małych zdarzeń przywołana na kartach poematu rozbudza ukryte w czytelniku wątpliwości, ale też głód piękna słowa. Aleksandry Wstecz udowadnia, że proste, zasłyszane w rodzinnych rozmowach zdania, można ułożyć w przypowieść o samotności, odchodzeniu i życiu na nieskończonej krawędzi miłości. A przede wszystkim pokazuje, że nawet wtórne tematy i wciąż powracające wątpliwości można opowiedzieć na nowo, a przez to uzyskać coś świeżego i ważnego.