Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Śpiątko" Julia Śliwowska

"Śpiątko" Julia Śliwowska
Wydawca: Wydawnictwo JanKa

Liczba stron: 132


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 17 kwietnia 2026 rok

Współczesna literatura cierpi na nadmiar diagnostów, którzy kryzys dwudziestolatków próbują zamknąć w zgrabnych, socjologicznych tabelkach. Pokolenie Z doczekało się już setek publicystycznych etykiet o przebodźcowaniu, lęku przed przyszłością i alienacji w świecie przepełnionym materialnym komfortem. Rzadko jednak te diagnozy mają w sobie gęstość prawdziwej prozy.

Julia Śliwowska w swoim debiucie „Śpiątko” wykonuje w tym kontekście gest radykalny. Zamiast pisać kolejny manifest o depresji młodych dorosłych, przepisuje ich egzystencjalny impas na unikalny, oniryczny język. To taka proza, w której realizm nieustannie zderza się z absurdem.

Otrzymujemy historię bezimiennej dziewczyny, która po obronie licencjatu z polonistyki utknęła w egzystencjalnej próżni. Mieszka z rodzicami, nie ma pracy i balansuje w zawieszeniu między domowym gniazdem a lękiem przed wejściem w wytyczone przez system koleiny. Jej jedynym, rozpaczliwym buntem staje się próba wywalczenia prawa do snu.

Kiedy jawa okazuje się nieprzyswajalna, a głowę rozsadza gonitwa myśli, ratunkiem staje się zakupiony przez internet materac na kółkach. To przedziwne narzędzie lokomocji pozwala jej uciekać w wymiar, gdzie rzeczywistość można wreszcie rozszczelnić, a ból istnienia znieczulić chemicznym snem po zolpidemie.

W literackim pokrewieństwie tej książki kryje się coś znacznie głębszego niż tylko inspiracja powieścią Ottessy Moshfegh „Mój rok relaksu i odpoczynku”. O ile u Moshfegh hibernacja bohaterki była cynicznym, wielkomiejskim gestem odcięcia od nowojorskiego blichtru, o tyle u Śliwowskiej bezsenność ma w sobie surowość bliższą „Człowiekowi, który śpi” Georgesa Pereca. To ten sam rodzaj radykalnego wycofania, w którym ciało odmawia współpracy z terroryzującym je światem.

To zresztą nie jedyne skojarzenie, jakie miałem podczas lektury. Mobilny mebel Śliwowskiej wchodzi w fascynujący dialog ze słynnym, ciężkim fotelem Alfreda Lamberta z „Korekt” Jonathana Franzena. U amerykańskiego pisarza ten monumentalny skórzany fotel w piwnicy był szańcem starego patriarchy uciekającego przed Parkinsonem i tyranią codzienności. Śliwowska ironicznie tłumaczy ten motyw na język Pokolenia Z (może świadomie, a może nie).

Ciężki, zakorzeniony w podłodze mebel zamienia się w lekki, mobilny materac. Alfred Lambert potrzebował stabilności, by bronić swojej gasnącej tożsamości. Bezimienna dwudziestolatka potrzebuje mobilności w swoim wycofaniu. Jej materac dryfuje razem z nią, pozwalając jej uciekać na leśne polany i w zakamarki miasta.

Oba te rekwizyty pełnią jednak tę samą tragiczną funkcję – są prywatnymi wyspami kapitulacji, na których ciało i umysł odmawiają posłuszeństwa zewnętrznym systemom. Jeden bohater u schyłku życia, druga na jego starcie, oboje szukają azylu przed wymaganiami rzeczywistości.

I na zakończenie skojarzeń jeszcze film. Wizualnie ta proza momentami przypomina duszną, hipnotyzującą atmosferę „Schronienia” Todda Haynesa. Tam bohaterka grana przez Julianne Moore chorowała na współczesną cywilizację – tutaj bezimienna studentka choruje na rzeczywistość, która nie pozwala jej odpocząć. Nadwrażliwość dziewczyny jest tak potężna, że nawet struktura białka kurzego jaja podczas śniadania staje się tematem dogłębnej, niemal bolesnej analizy.

Warto jednak przy tych wszystkich imponujących kontekstach zachować czytelniczy umiar i pamiętać, czym „Śpiątko” jest w swojej esencji. To wciąż kameralny, niespełna stustronicowy debiut, a nie monumentalny traktat egzystencjalny. Śliwowska momentami bywa bezradna wobec własnego konceptu – ucieczka w sen bywa monotonna, a niektóre metafory wpadają w estetyzującą manierę. Tam, gdzie czytelnik chciałby głębszej psychologii, autorka czasem ucieka w bezpieczną, ironiczną pozę, przez co ból bohaterki bywa zbyt gładki, wręcz instagramowy. Wszystkie te wielkie literackie duchy krążą nad tą książką bardziej jako intuicyjne drogowskazy niż równorzędni partnerzy w dialogu. To obiecująca próbka talentu, głos wyróżniający się z tłumu polskich debiutantów (którzy bardzo często stawiają za bardzo na formę), ale nadal czekający na pełne rozwinięcie.

Najciekawsze w „Śpiątku” jest jednak to, jak Śliwowska redefiniuje klasyczny schemat powieści inicjacyjnej. Zamiast tradycyjnej drogi rozwoju i adaptacji do społeczeństwa, dostajemy coś na kształt gombrowiczowskiego egzystencjalizmu, przefiltrowanego przez poetykę snu. Bohaterka próbuje budować swoją podmiotowość nie poprzez działanie, ale poprzez ucieczkę i dystans.

Autorka udanie antropomorfizuje zwierzęta, zrównując je z ludźmi w naturze. W zderzeniu z ludzką hipokryzją i fasadowością tradycji, ten powrót do fauny obnaża pęknięcie między naszymi korzeniami a sztucznymi zasadami, które sami sobie narzuciliśmy.

Tytułowe „Śpiątko” – z formantem językowym rezerwowanym dla istot młodych, bezbronnych, dopiero pączkujących – staje się metaforą każdego, kto nie potrafi wpasować się we współczesną matrycę sukcesu. Śliwowska operuje językiem niesamowicie sprawnym, zakorzenionym w internetowym uzusie i ironii, ale podnosi go do rangi pełnoprawnej literatury.

Ostatecznie zostajemy z gorzkim pytaniem, czy to z dziewczyną jest coś nie tak, czy to raczej społeczeństwo stało się klatką, z której jedynym wolnym wyjściem jest sen. To krótka, ale uderzająca przypowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu autonomii i więzi w świecie, w którym nadmiar bodźców izoluje nas bardziej niż jakikolwiek otwarty konflikt. Bardzo udany debiut.

Recenzja "Ludzie czerwonego słońca" Rafał Wojasiński, Franciszek Maśluszczak

Oniryczna podróż przez polską prowincję. Rafał Wojasiński w ascezie słów pyta o granice dobra i zła. Odkryj świat, w którym codzienność staje się mistyką.
Wydawca: BoSz

Liczba stron: 80


Oprawa: twarda
 
Premiera: 14 kwietnia 2026 rok

Rafał Wojasiński w swojej książce „Ludzie czerwonego słońca” (z malarskim kontrapunktem Franciszka Maśluszczaka) kreśli wizję świata, który jest jednocześnie brutalnie namacalny i oniryczny, zawieszony gdzieś pomiędzy błotem wiejskiej drogi a metafizycznym niepokojem. To lektura gęsta, duszna i przejmująca, w której każda strona wydaje się nasiąknięta zapachem końskiej derki, tytoniu i jesiennego chłodu.

Historia zaprezentowana na stronach tej niewielkiej książki nie ma początku. A jeśli ktoś mimo wszystko go dostrzeże, będzie on taki jak zawsze – człowiek leży w rowie, inna osoba idzie drogą, jeszcze kolejna zapala papierosa. Świat nie zostaje ustanowiony. On już trwa, znużony własnym byciem. Nie potrzebuje wprowadzenia, bo też niczego nie obiecuje. Tak jak nie musi mieć mocno zarysowanej fabuły. To opowieść, która wydarza się w języku.

U Rafała Wojasińskiego wszystko zaczyna się od powtórzenia. „Nic”, „może”, „nie wiem” — słowa, które w innych książkach byłyby przystankami, tutaj są materią. Dialogi nie rozwijają akcji, lecz ją rozpraszają. Protagoniści mówią, jakby sprawdzali, czy w ogóle jeszcze mogą mówić. Jakby język był czymś obcym, przyklejonym do nich z zewnątrz.

Główny bohater, Lucek, to postać zarysowana z niezwykłą czułością dla ludzkiej niedoskonałości. Jego życie toczy się w rytmie zbierania kanek z mlekiem, jazdy starym rowerem i zmagania się z etykietą głupiego, którą nadała mu lokalna społeczność. Wojasiński nie ocenia jednak Lucka. Przeciwnie – czyni z niego filtr, przez który dostrzegamy sacrum ukryte w profanum. Dla bohatera moment upadku w błoto na podwórku spółdzielni staje się chwilą niemal mistyczną („szybował do nieba. Był w raju”). Szczęście Lucka nie pochodzi z sukcesu, lecz z poczucia jedności z ziemią, z „zimnym i schnącym błotem”. W tym świecie im bardziej postać jest zmarginalizowana, tym bliżej wydaje się być pierwotnej prawdy o istnieniu. W tym sensie Wojasiński pisze przeciwko całej tradycji literatury, która uczyła nas, że sens trzeba wydobywać, nazywać, konstruować. Tutaj sens jest podejrzany. Lepiej go nie ruszać.

Dopełnieniem Lucka staje się Paweł – figura brata, który wnosi do tekstu ciężar zbrodni. Jak sam wspomina, jest „dobrym człowiekiem”. Powtarza to z uporem, który nie jest ani przekonujący, ani ironiczny. To zdanie nie podlega weryfikacji. Ono krąży, jakby nie miało adresata. Faktem jest jednak, że Paweł zabił matkę. Ta postać wprowadza do książki wątek dostojewszczyzny przeniesionej na polską prowincję. Rozmowa z dawnym dyrektorem szkoły w pustej restauracji jest w tym wypadku majstersztykiem dialogu. Pytanie o to, co znaczy „wyjść na ludzi”, obnaża pustkę społecznych frazesów. Paweł nie szuka rozgrzeszenia. On szuka potwierdzenia. Chce, żeby ktoś uznał jego wersję świata, w której dobro nie zależy od czynów, lecz od jakiejś głębszej, niewidocznej struktury. To brzmi jak herezja, ale w świecie Wojasińskiego nie ma ortodoksji, wobec której można by ją zmierzyć.

Wojasiński zdaje się sugerować, że w świecie „Ludzi czerwonego słońca” zło nie jest wyborem, lecz elementem krajobrazu, niemal tak samo naturalnym jak pole kukurydzy czy deszcz. No właśnie, wieś. To nie jest miejsce z literatury realistycznej ani nawet postrealistycznej. To miejsce, w którym relacje istnieją, ale nie tworzą całości. Ludzie się znają, rozmawiają, piją razem, a jednak każdy pozostaje osobno. Rozmowy są tu czymś w rodzaju rytuałów bez wiary. Powtarza się pytania, na które nikt nie oczekuje odpowiedzi. („Idziesz na zabawę?”, „Co u ciebie?”, „Dlaczego taki jesteś?”). Język działa jak mechanizm podtrzymujący pozór wspólnoty, która dawno się rozpadła. Czy to świat po katastrofie? Chyba tak, tylko że nie wydarzyła się w jednym momencie. Jest rozciągnięta, nierozpoznana, wpisana w codzienność.

Tytułowe „czerwone słońce” nie jest u Wojasińskiego symbolem nadziei ani apokalipsy. To raczej światło, które nie daje widzenia. Światło zimne, metaliczne, często sztuczne (lampa nad stajnią, żarówka w sklepie, blask szosy o zmierzchu). Ono nie odsłania sensu, tylko go neutralizuje. Wszystko w nim wygląda tak samo: twarze, przedmioty, gesty. Jakby rzeczywistość została wyrównana do jednego poziomu ważności. Dlatego tak istotne są momenty, w których coś jednak przebija. Ot chociażby zapach konia czy dotyk ziemi.  Dużą rolę odgrywa tu malarstwo Maśluszczaka, z jego charakterystyczną deformacją. Ludzie na obrazach, podobnie jak ci w tekście, wydają się ulepieni z tej samej materii co krajobraz. Bohaterowie nie tyle zamieszkują ten krajobraz, co podlegają w nim nieustannej erozji. Trudno tu mówić o tradycyjnej psychologii postaci. Mamy raczej do czynienia z ich postępującą geologizacją. Lucek czy Paweł nie są po prostu brudni – ich ciała to powidoki ulepione z materii pejzażu, o fakturze przypominającej znoszony płaszcz lub chropowatą korę kukurydzy. Granica między człowiekiem a tłem ulega tu zatarciu, jakby bytowość tych ludzi była równie nietrwała i podatna na kruszenie.

Wojasiński nie daje nam klucza do tej wsi, bo ten świat dawno zgubił swój zamek. Pole kukurydzy pozostaje przestrzenią liminalną, a codzienność bohaterów – syzyfowym powtórzeniem, w którym tożsamość redukuje się do jednego gestu czy zbrodni. „Ludzie czerwonego słońca” to lektura dotkliwa. Czytelnik wychodzi z niej z osadem pod paznokciami i poczuciem, że właśnie dotknął czegoś, co w swojej pozornej martwocie jest przerażająco żywe.

Recenza "Szczęśliwa ręka" Kuba Kulasa

Debiut Kuby Kulasy: dziewięć opowiadań i intryga wokół przeszczepionej ręki. Erudycja, groza i przewrotna gra z czytelnikiem.
Wydawca: Biuro Literackie

Liczba stron: 192


Oprawa: broszurowa

Premiera: 4 listopada 2026 rok

W literaturze od dawna powraca fantazmat dzieła, które uniezależnia się od autora. Według tej idei tekst jawi się jako byt autonomiczny, pasożytujący na ciele twórcy lub wręcz wyłaniający się z niego wbrew woli. „Szczęśliwa ręka” Kuby Kulasy czyni z tej metafory punkt wyjścia fabuły. Oto ręka zmarłego pisarza zostaje przeszczepiona i nadal pisze. Powstają nowe, znakomite teksty sygnowane nazwiskiem człowieka, który formalnie nie żyje.

Ten koncept z pogranicza medycyny, prawa autorskiego i metafizyki, mógłby pozostać literacką anegdotą. Autor czyni z niego jednak soczewkę, przez którą oglądamy współczesną kondycję twórczości. Od rynku książki, przez walkę o prawa i komercjalizację dorobku, aż po napięcie między sztuką a produktem. Thriller metafizyczny okazuje się tu narzędziem do postawienia pytania o to, kim dziś jest autor i kto naprawdę ma władzę nad tekstem.

Konstrukcja powieści ma charakter szkatułkowy. Na pierwszym planie widzimy śledztwo wokół piszącej ręki. Ta opowieść przeplatana jest opowiadaniami przypisywanymi zmarłemu twórcy. Skojarzenia z „Ostatnim życzeniem” Andrzeja Sapkowskiego, gdzie narracja ramowa spaja autonomiczne historie, są jak najbardziej uzasadnione. Jednak u Kulasy relacje między warstwami są znacznie bardziej podstępne. Opowiadania nie tylko uzupełniają główną intrygę. One ją komentują, podważają i reinterpretują. Sens całości odsłania się dopiero wtedy, gdy czytelnik zaczyna dostrzegać ukryte mosty między tekstami.

To właśnie w tych mikroopowieściach autor pokazuje pełnię swojego warsztatu. Imponuje przy tym gatunkowy rozrzut. Tu metafizyczna groteska, tam dystopia w duchu „Black Mirror”, a jeszcze kawałek dalej quasi-filozoficzne parabole. „Mądrość sepii”, „Tybetańskie biuro podróży” czy „Raport z obcej planety” dowodzą, że Kulasa potrafi operować skrótem, ironią i celną pointą.

Szczególnie intrygujące są narracje prowadzone z nieludzkich perspektyw: ośmiornicy, psa, innych istot obdarzonych odmienną percepcją. W tle pobrzmiewa echo pytania znanego z eseju Thomasa Nagela (jak to jest być nietoperzem?), lecz Kulasa idzie o kilka kroków dalej. U niego próba wyjścia poza ludzki punkt widzenia okazuje się zarazem próbą zrozumienia własnej, kruchej tożsamości.

Zatrzymajmy się chwilę nad postacią Teodora Sępa Szarzyńskiego – enigmatycznego prozaika, który po śmierci pisze dalej. Mamy tu przykład bardzo udanej biografii fikcyjnego twórcy, która nie jest zwykłą akademicką zabawą, lecz żywym problemem. Czy dzieło należy do autora, do jego ciała, do rynku, a może do czytelnika? W jednej z najbardziej błyskotliwych partii książki pojawia się meta-dyskusja stylizowana na głos odbiorcy, który domaga się od pisarza szacunku dla własnego czasu. To przykład autotematyzmu, który nie zamyka się w hermetycznym kręgu, lecz otwiera przestrzeń dialogu.

Motyw „non omnis moriar” zostaje tu potraktowany przewrotnie. Tak, artysta umiera, ale jego ręka (a więc fragment ciała, pamięci, nawyku) trwa i tworzy. Literatura jest więc nieco łagodniejszą formą nawiedzenia, w której ciało staje się medium opowieści. Kulasa zadaje pytania o rozproszenie świadomości, o problem okrętu Tezeusza, o to, gdzie zaczyna się i kończy człowiek. Czy talent jest własnością mózgu? Czy może zapisał się w mięśniach, ścięgnach, w pamięci ruchu?

Choć tematyka jest gęsta od filozoficznych tropów (buddyzm, reinkarnacja, przechodzenie bytów, fatum i przypadek), ton pozostaje zaskakująco lekki. Autor potrafi budować grozę i niepokój, by za chwilę rozbroić je ironią. Dialogi są dynamiczne, momentami bezczelne. Narracja unika przegadania i banalności.

Są też emocje. Chociażby w opowiadaniach pełnych czułości wobec zwierząt i istot marginalnych. Historia psa należącego do Jezusa czy sepii jako bytu w całości zbudowanego ze świadomości nie są jedynie formalnym eksperymentem. One niosą emocjonalny ładunek, który równoważy intelektualną grę.

 „Szczęśliwa ręka” to powieść, która nie odsłania wszystkich kart przy pierwszej lekturze. Po zamknięciu książki pozostaje wrażenie, że coś jeszcze pracuje pod powierzchnią, że warto wrócić do wcześniejszych fragmentów, by zobaczyć je w nowym świetle. W czasach, gdy książki bywają traktowane jak produkty w tabelce Excela, debiut Kulasy przypomina, że literatura może być przestrzenią ryzyka i intelektualnej przygody. To tekst erudycyjny, ale nie hermetyczny, wymagający, lecz czytelny, przewrotny, a przy tym uczciwy wobec odbiorcy.

„Szczęśliwa ręka” udowadnia, że autor ma dobrą rękę do pisania.

Powieść znalazła się na liście "Najlepszych książek 2025 roku" 

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah