Recenzja "Tu byli, tak stali" Gabriel Krauze

Wydawca: Czarne

Liczba stron: 400


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Tomasz S. Gałążka
 
Premiera: 11 maja 2022 rok

Nie przepadam za dziełami Stephena Kinga. Potrafię jednak docenić jego zrozumienie ludzkich potrzeb w kontekście obcowania z literaturą. W swojej słynnej książce „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” udziela on wielu rad początkującym twórcom. Są tam wskazówki błahe, czasami wręcz naciągane, ale znaleźć możemy też uwagi sensowne i warte głębszej refleksji. Jednym z ciekawszych zdań, jakie wyłapałem podczas lektury, jest „W literaturze nie chodzi o poprawność gramatyczną, lecz o zwabienie czytelnika i opowiedzenie mu historii... i jeśli to możliwe, sprawienie, by w ogóle zapomniał, że czyta jakąś opowieść”. Te słowa, a właściwie zawartą w nich myśl przewodnią, doskonale realizuje Gabriel Krauze. Syn polskich imigrantów - rysownika Andrzeja Krauzego i jego żony malarki, w swojej powieści „Tu byli, tak stali” stawia na realizm, od którego bardzo trudno się oderwać.

Punktem wyjścia jest tu, a jakże, napad przeprowadzony w biały dzień na starszą, zamożną kobietę. Dwóch bandytów razem z kierowcą zamierza zabrać seniorce biżuterię i portfel. To ostatecznie częściowo im się udaje dzięki wyłamaniu palca staruszce. Brutalnego czynu dokonuje niejaki Snoopiacz, czyli autor książki we własnej osobie. Od wtedy czytelnik już wie, że został wrzucony w hiperrealistyczną narrację, będącą czymś więcej niż zwykłym wyznaniem z popełnionych błędów. To obraz niewyczerpanej energii, próba szukania zrozumienia i wreszcie, mam takie wrażenie, chęć znalezienia bliskości.

To co pociąga mnie w "Tu byli, tak stali" to przede wszystkim bezpretensjonalność wyznania. Krauze pisze o banale – o chapaniu bogatych, wyzywaniu bagiet, blokowym honorze, cięciu wrogów – ale robi to z siłą, która zamienia go w treść odległą od oczywistości. Londyn kojarzy nam się przede wszystkim z miejscami turystycznymi: Big Benem, British Muzeum, pałacem Buckingham i innymi. Są jednak w tym wielkim mieście przestrzenie odległe od ideału. Czarne punkty, do których lepiej nie zapuszczać się bez obstawy. Jednym z nich jest South Kilburn. To tam umieszczono dawniej blokowiska, których nazwy były nierozerwanie powiązane ze światem literatury: Austen House, Dickens House czy Blake Court. Wychowały one całe grono ziomków wyspecjalizowanych w dilerce, włamaniach czy rozbojach. Właśnie o nich mówi nam Krauze. O brutalnym ekosystemie, którego codzienność jest nam obca, mimo że takich South Kilburn nawet w Polsce jest całkiem sporo.

Świetne są właśnie takie powieści, które zamiast narzucać nam jakieś przesłanie, moralizować czy uczyć czegokolwiek, wciąż na nowo komplikują fundamenty życia. Któż z czytelników nie kibicował choć przez chwilę Snoopiaczowi, gdy ten został napadnięty w barze lub okradziony przez najlepszego ziomka? A przecież protagonista jest osobą szalenie inteligentną, wykształconą. Dobrze wie, że zaczepianie przechodniów czy ataki z użyciem noża burzą ład społeczny. Dlatego też między innymi „Tu byli, tak stali” nie jest łatwą lekturą. Z jednej strony jest to proza, która chce być dosadnym komentarzem, z drugiej jednak to także ważna książka inicjacyjna. To też skoncentrowana na doświadczeniach autora historia podróży naznaczonej miłością do wolności.

"Tu byli, tak stali" porusza kilka innych ciekawych wątków. Warto zwrócić uwagę na relacje bohatera ze znajomymi. Jedni są godni zaufania i wierni nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach (Haos), inni potrafią uciec jak tchórze grabiąc jednocześnie pieniądze i ukochaną broń (Gotti). Krauze wspomina z respektem wrogów, którzy zachowali się honorowo, i gardzi byłymi ziomkami, którzy swój interes traktują jako kluczowy. Ważne miejsce w książce zajmują kobiety, choć ich role pozostają w cieniu. Matka pisarza nie potrafi go zrozumieć. Jest nerwowa, zaborcza i zamknięta (w przeciwieństwie do wspierającego ojca). Jego wieloletnia miłość czeka cierpliwie, wbrew rozsądkowi i poczuciu godności. Ostatecznie jednak musi uznać wyższość ziomków z osiedla. Są jeszcze liczne koleżanki ze studiów. One ponownie traktowane są rzeczowo, jak zabawki, z którymi można się przespać i zostawić dla następnego chętnego. W patriarchalnym świecie South Kilburn dominują mężczyźni. Ich rolą jest przejść przez życie z podniesioną głową.

Wartością książki jest też ukazanie jasności umysłu autora. Jeśli komuś się wydaje, że koszenie bogatych i napaści z klamką w ręku są zajęciami przeznaczonymi dla umysłowych troglodytów, to Krauze ten obraz mocno rozmazuje. Choć większość czasu spędza u znajomych, nie zapomina też o edukacji. Czyta Conrada i Nietzschego. O tym ostatnim zresztą chętnie dyskutuje i widać, że rozumie to co mówi. Snoopiacz nie jest kolejnym głupkiem, efektem dziedziczonej patologii. Pochodzi z rodziny pielęgnującej tradycje, ułożonej, inwestującej w swoje dzieci. Czyta i co ważniejsze, nie robi tego bezmyślnie. Jest inteligentnym człowiekiem, który świadomie podążą ścieżką siły.

Gabriel Krauze mocno pracuje w języku. Jego proza ma być przede wszystkim dobrze słyszalna. Jak opowieść ziomka z bloku. Liczy się nie tylko dobór prostych słów, ale także ich melodyjny układ. Dla wzmocnienia przekazu pisarz pomija znaki interpunkcyjne. Braki przecinków czy kropek pełnią więc tu ważną rolę dynamizującą przekaz. To także dzięki nim „Tu byli, tak stali" jest powieścią oryginalną, która z jednej strony ma mocne tempo, z drugiej jednak – wymaga zatrzymania i głębszej analizy. Gdzieś między tragicznymi refleksjami o ludzkiej naturze i fatalizmie kryje się jednak pełna życiowego wigoru historia o wzrastaniu. O tym, że nasze doczesne zmaganie to coś więcej niż GTA, a powrót po latach do miejsca wychowania może się okazać gorzki. To książka, która pochłania bez reszty, także dzięki fenomenalnej pracy wykonanej przez tłumacza.

Recenzja "Niebezpieczeństwa palenia w łóżku" Mariana Enriquez

Wydawca: Echa

Liczba stron: 368


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Marta Jordan
 
Premiera: 23 marca 2022 rok

Jest coś takiego w tekstach Mariany Enriquez, że cały literacki świat, włączając w to fanów bestsellerów i książek niszowych, chce je czytać. Jej historie o potworach, duchach, czarownicach, chorych, gnijących, brudnych i szalonych nie pozwalają czytelnikowi oderwać wzroku. Są jak krzywe lustra – zwodzące i nieostre, pokazują świat w innym wymiarze, nie zawsze zgodny z tym, co sami bierzemy za pewnik. Oświetlają nasze najbardziej tłumione i mroczne myśli, ukazując ich intymność. Tam, gdzie autorzy horrorów widzą tylko miejsce na sadyzm, Enriquez wplata pytania o przemoc w rodzinie, o siłę zazdrości, o porządek publiczny, o wartość ludzkiej śmierci.

Na „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” składają się dwa tomy opowiadań. Za pierwszy, tytułowy, autorka została nominowana w 2021 roku do Międzynarodowego Bookera. Drugi, czyli „To, co utraciłyśmy w ogniu”, polski czytelnik miał już okazję poznać 6 lat temu. Oba tworzą spójną całość i pojawiają się w nich te same wątki, motywy i figury. Kluczowym elementem wyróżniającym prozę Enriquez jest groza. Raz makabryczna, w innym miejscu wręcz brutalna. Jest ona zarazem mroczna, jak i piękna. Przeraźliwa, ale w niezrozumiały sposób pociągająca. Bohaterowie wplątani w sieć niezwykłych zdarzeń podświadomie dążą do spotkania z obcością. Nawet jeśli to miałoby kosztować ich utratę zdrowia psychicznego lub życia. Opamiętać nie potrafią się dzieci, które wbrew rozsądkowi odwiedzają opuszczone domy czy dworce. Nie inaczej postępuje młodzież czy dorośli. W jednym z opowiadań bohaterce objawia się wychudzony i zmizerowany chłopiec. Ta mimo sprzeciwów własnego sumienia włamuje się do mieszkania sąsiada i tam szuka zjawy. Rozwikłać tajemnicę chce też mieszkanka Buenos Aires, która kiedyś z okna mieszkania podglądała żebrzącego chłopca. Gdy ten zniknął, szuka jego matki, mimo że to spotkanie odmieni jej życie na zawsze. „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” warto czytać właśnie w ten sposób. Nie tylko jako wyraz egzystencjalnej trwogi, ale także tęsknoty za pragnieniem ekstazy.

Mariana Enriquez jest pisarką hybrydyczną, nietrzymającą się szablonów gatunkowych. Jej opowiadania są horrorami, które ocierają się o baśń, fantastykę czy narracje społeczne. Autorka z Argentyny pisze niejednoznacznym, surowym, szorstkim językiem. Bombarduje nas pytaniami, rzadko jednak oferując odpowiedzi. Jednym z powracających motywów jest zaginięcie. Najczęściej znikają dzieci. Czasami powracają, choć ich pojawienie się nie jest ukojeniem dla nikogo. Częściej jednak ślad po nich ginie bezpowrotnie. Pochłonięcie przez nieznany byt, nie jest tu tylko zgubą. To raczej wyraz przejścia w inny wymiar istnienia. Wymiar, którego świadkowie tych zdarzeń, nie są w stanie objąć swoim ograniczonym umysłem.

„Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” to także przechadzanie się po argentyńskiej rzeczywistości. Nie ma tu jednak pełnej satysfakcji jak podczas lektury książek podróżniczych czy fantasy. Enriquez nie zabiera nas w podróż po malowniczych wyimaginowanych światach, nie opisuje pocztówkowych, egzotycznych zakątków. Slumsy stolicy, tajemnicza prowincja, a nawet posiadłości bogaczy wyposażone w baseny – one wszystkie budzą niepokój, a nie koją go. Protagoniści najczęściej mają problemy natury finansowej. Tracą pracę, żyją na granicy ubóstwa, nie stać ich nawet na zakup lodów czy biletu autobusowego. Gdy już pojawiają się rodziny bogatsze, zazwyczaj poznajemy ich losy z punktu widzenia biedniejszych koleżanek, które mogą tylko zazdrościć pięknych posiadłości. Społeczne i polityczne tło opowieści tworzą też konkretne miejsca i zjawiska: biegające, groźne psy, zbiorniki z zatrutą wodą, dworzec kolejowy Constitución, uzależnienie od papierosów, alkoholu czy narkotyków. Uwagę zwracają wątki historyczne: dawna, nieistniejąca szkoła policyjna, agresja funkcjonariuszy, opieszałość prokuratorów, seryjni mordercy oraz mosty wybudowane przez ofiary reżimu.

Czytając „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” trudno nie zauważyć, że bohaterkami większości opowieści są kobiety. Bywają one samodzielne i silne, ale czasami wręcz odwrotnie – nie potrafią sobie poradzić z życiem i otoczeniem. Proszą o wsparcie swoich partnerów, mężów, teściowe, a nawet przypadkowo spotkane osoby. Niektóre z nich ulegają sile mężczyzn. W jednej z opowieści Argentynki same podpalają się na stosach, by w ten właśnie brutalny sposób oczyścić się z wszechwładzy mężczyzn. W innej młode fanki pewnego wokalisty zjadają jego trupa, by przesłanie muzyki płynęło w ich żyłach już do końca.

„Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” to zbiór równy, co rzadko się zdarza. Praktycznie każdy tekst ma swój indywidualny charakter. Niezależnie czy akurat czytamy o trupie siostry babci wyprowadzanym na spacer, czy o mężczyźnie nagrywającym film o raniącej się nastolatce, czy wreszcie o kobiecie onanizującej się na dźwięk wadliwie pracującego serce – w każdym z tych opowiadań chce się zatapiać. Czuć tu rękę dawnych mistrzów. Niewątpliwie jeden z najlepszych tomów wydanych w tym roku w Polsce.

Zbiór znalazł się na liście "Najlepsze zbiory opowiadań 2022 zdaniem Melancholii Codzienności".

Recenzja "Fonos. Zbrodnia po grecku" autor zbiorowy

Wydawca: Książkowe Klimaty

Liczba stron: 292


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: praca zbiorowa
 
Premiera: 25 maja 2022 rok

Wydawnictwo Książkowe Klimaty od lat popularyzuje wśród polskiego czytelnika literaturę grecką. „Fonos. Zbrodnia po grecku” jest już siedemnastą książką pochodzącą z tego kraju, wydaną przez niewielką oficynę z Wrocławia. To dzieło specyficzne, bo przedstawia nam prace i sylwetki aż trzynastu pisarzy i pisarek, w większości wcześniej nie tłumaczonych na język polski. Wspólnym mianownikiem przedstawionych tekstów jest szeroko pojęty mrok.

Od lektury zbioru opowiadań kryminalnych pisanych przed twórców z jednego kręgu kulturowego oczekuję dwóch rzeczy – że będzie to dobra rozrywka oraz że ukażą mi realia kraju bez zbędnych ornamentów. W tym kontekście „Fonos. Zbrodnia po grecku” okazała się książką idealną. Z samego założenia miała ona ukazywać różnorodność opowiadania o zbrodni, tajemnicy i napięciu. I to się udało. Są tu narracje aż do bólu klasyczne, jak chociażby „List bez nadawcy”, w którym grupa osób odciętych od świata bada poszlaki niespodziewanej śmierci jednego ze swoich członków. Obok nich są jednak opowieści zaskakujące, w których rozwiązaniem zagadki może być pogodzenie się z tym, że żadnej zbrodni nie było, albo takie, które prowadzone są w formie protokołów z przesłuchań.

W posłowiu Ewy Róży Janion zauważa, że większość zamieszczonych w tomie zbrodni odbywa się na członkach rodziny. Mordują dzieci, gdy mają w tym dziedziny interes. Dłużne nie pozostają matki, którym zależy na zachowaniu dobrego imienia rodu. Zabójstwa potrafią dokonywać też wnukowie i dziadkowie, a ich motywacje będą jeszcze bardziej zaskakujące. Rodzina będąca podstawową jednostką jawi się tu jako symbol problemów dotykających całe społeczeństwo. Poprzez ukazanie relacji w skali mikro, pisarze badają kondycję Greków jako narodu, w którym pracuje się by żyć.

W  „Fonos. Zbrodnia po grecku” obok ciekawych intryg i zazwyczaj udanych postaci, pojawiają się także konkretne miejsca, zdarzenia i przedmioty. Akcja meandruje między klimatycznymi wyspami (np. Spetses czy Faros), prowincją (Eleusis) i Atenami. Te ostatnie ciekawie opisuje Hilda Papadimitriju w opowiadaniu „Komboloj w ziemi”. Zauważa i przypomina, że Ateńczycy „postanowili całkowicie zniszczyć stare dworki i małomiasteczkowe domki, by zastąpić je brzydkimi kamienicami bez charakteru. Później przyszła kolej na budynki przemysłowe, które pozostały puste po odprzemysłowieniu kraju w latach dziewięćdziesiątych”. W zbiorze pomijamy piękne plażę, bogate hotele (z jednym wyjątkiem) i atrakcje historyczne. Skupiamy się na przestrzeniach zamkniętych, dotkniętych chorobami cywilizacyjnymi, często brudnych i odstraszających. Razem z licznymi bohaterami odwiedzamy tradycyjne miejsce spotkań mężczyzn (kafenijon), Dom Literatów czy zakład bieliźniarski. Podsłuchujemy rozmowy, obserwujemy jak piją tsipuro lub gazozę, wspominamy też traumatyczne wydarzenia historyczne, które nadal oddziałują na współczesnego człowieka (Konflikt cypryjski 1963 roku, Kampanię grecką w Turcji 1919-1922 czy dyktaturę wojskową 1967-1974). Nie zabrakło również odniesień do aktualnych wydarzeń politycznych, jak chociażby afery Baltakos-Gate.

Jeśli miałbym wyróżnić jakieś teksty, mój wybór padłby na „Detektywa” Dimitiriosa Chadzisa oraz „Do t’ a pres kotssidete” Dimostenisa Papamarkosa (choć jednakowo w tym gronie mógł znaleźć się też „Kto zabił d’Artagnana” Titiny Daneli). Pierwsze z nich wyróżniam przede wszystkim za ciekawą grę z konwencją, niespieszne tempo narracji oraz satysfakcjonujące zakończenie. „Do t’ a pres kotssidete” traktuje z kolei o Arwanitach, którzy są znani z zasad postępowania określanych przez Kanun. Zgodnie z tym dokumentem za zabójstwo członka rodziny należy się zemsta. Tak właśnie postępuje główny bohater, któremu mimo brutalności będziemy kibicować aż do końca. Zapoznając się z historią Adonisa nabrałem dużej ochoty do zapoznania się z całym zbiorem „Gjak”, z którego owo opowiadanie pochodzi. Mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś Książkowe Klimaty się nim zainteresują.

W „Fonos. Zbrodnia po grecku” trafimy na nieustępliwych policjantów, skorumpowanych karierowiczów, samozwańczych detektywów czy zwykłych ludzi owładniętych chęcią dokonania zemsty lub zbrodni na tle majątkowym. Trafiają się także mocne relacje o wojennych potwornościach: gwałtach, masowych grobach, zabijaniu strzałem w głowę. Ten tom to udane oddanie greckich realiów i klimatu śródziemnomorskiego oraz bogaty zakres tematyczny – sprawy społeczne, religijne, autentyczne wydarzenia, imigranci, patriarchat. Te trzynaście opowiadań to gwarancja dobrej zabawy i wiedzy.