Recenzja "Grace i Grace" Margaret Atwood



Wydawca: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 576

Oprawa: miękka

Premiera: 26 października 2017 r.

„Grace i Grace” to książka wyjątkowa w dorobku pisarskim Margaret Atwood. Stanowi ona zbeletryzowaną opowieść o autentycznych, choć nie do końca wyjaśnionych, losach młodej i ponętnej kobiety, rozgrywającą się w epoce wiktoriańskiej.

Tą sprawą przez wiele lat żyła cała Kanada. 23 lipca 1843 roku zamożny właściciel posiadłości Thomas Kinnear oraz jego gospodyni i jednocześnie nałożnica Nancy Montgomery zostali zamordowani. Sprawcami byli zatrudnieni u zabitego stajenny James McDermott i pokojówka – 16-letnia Grace Marks. Pikanterii wydarzeniom dodawał fakt, że Nancy była w ciąży, sprawcy zaś zbiegli do Stanów Zjednoczonych w strojach skradzionych z miejsca zbrodni, co stało się zalążkiem pogłosek o ich płomiennym romansie. Po namierzeniu i schwytaniu uciekinierów, odbył się szybki proces, w którym oboje oskarżonych został uznanych winnymi i skazanych na śmierć. Wykonano jednak wyłącznie wyrok na Jamesie, gdyż Grace dzięki swojemu wdziękowi i niewinności zyskała spore grono popleczników, coraz głośniej nawołujących o jej uniewinnienie. Tak właśnie Grace Marks została skazana na dożywocie, które ostatecznie skończyło się na blisko trzydziestu latach spędzonych w więzieniach i szpitalach psychiatrycznych.

„Grace i Grace” nie jest typową biografią, to wielowymiarowy portret człowieka nie mogącego odnaleźć się w rzeczywistości. Jest to opowieść o kobiecie samotnej i zagubionej, a jednocześnie konsekwentnej i niezależnej. Historia opowiedziana przez Margaret Atwood to literacka fantazja podszyta faktami, na temat ludzkiego opuszczenia i niemożności znalezienia w drugim człowieku czegoś pewnego, co mogłoby stanowić swoistą morską latarnię, punkt odniesienia i miejsce, skąd wiedzie droga do szczęścia i stałości. „Grace i Grace” to też historia o latach upokorzeń, goryczy, i niespełnionych pragnień, o niezrozumieniu siebie i innych, o odrzuceniu i konsekwencjach tego odrzucenia, które choć przy każdym człowieku jest inne, zawsze sprowadza się do jednego – do wielkiej samotności.



Czy Grace Marks była opętana czy może psychicznie w pełni zrównoważona? Autorka w celu wyjaśnienia tego wątku powołuje do życia postać Simona Jordana - dobrze zapowiadającego się specjalisty od chorób umysłowych, który przez ponad pół książki przesłuchuje Grace, pragnąc dowiedzieć się więcej o jej ewentualnym obłędzie. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, świat dzisiejszy odgrodzony okienną szybą od czasów minionych, jeśli w ogóle istnieje, przypomina metafizyczny trans z jego poćwiartowanym sensem, płynnością i wynaturzeniem. Autorka barwnie i finezyjnie opisuje relacje łączące główną bohaterkę z otoczeniem, z przyjaciółmi z dawnych lat, z lekarzami, domokrążcą czy Panami.

 


Margaret Atwood bawiąc się konwencją, nie spoczywa tylko na tworzeniu interesujących i złożonych portretów, wychodzi poza utarte schematy i kreuje postać wyjątkową. Grace wymyka się tradycyjnym kliszom nakładanym na bohaterki literackie - kobieta anioł/kobieta demon. Dzięki umiejętnej narracji, te dwie figury przeplatają się w jednym ciele i duszy. Dla wielebnego i jego stronników Grace jest postacią czystą i niesłusznie skazaną, z kolei wśród przeciwników uchodzi za wcielenie demona, femme fatale, która z premedytacją rozkochała w sobie Jamesa i skłoniła go do popełnienia zbrodni w imię zazdrości.  Kanadyjska pisarka kreśli obraz człowieka jako byt pełen wątpliwości, wciąż poszukujący prawdy o świecie i o sobie samym, jednocześnie mimo swojego zagubienia, gorąco wspierany przez jednostki, od których wsparcia nie należało się spodziewać. Autorka pokazuje rozterki i grzech Grace, nie szczędząc pogodnych słów i niewinności jaka od niej bije. Wydaje się, iż pomiędzy autorką a jej bohaterką trwa bezustanne napięcie oczekiwania i zaskoczenia, a mowa nigdy nie oddala się zbytnio od nadającego jej sens milczenia. Na tej właśnie płaszczyźnie, głębiej może i mocniej niż w rozsianych tu i ówdzie pojęciach i rekwizytach, w badaniach mózgu i mesmeryzmie, ujawnia się w twórczości Margaret Atwood nie tylko fascynacja nauką i kobiecością, ale także ponadprzeciętny talent do opisywania tego, co gołym okiem niewidoczne. Autorka w bardzo dwuznaczny sposób opowiada o kobiecości – ponurej i czasami obłąkanej w swym okrucieństwie, a z drugiej strony cechującej się dobrocią i delikatnością, na przekór temu, że codzienność te pozytywne przymioty wciąż osłabia. „Grace i Grace” to z jednej strony manifest rozmyślnego kobiecego indywidualizmu, z drugiej świadectwo bezradności, którą trzeba całe życie umiejętnie kryć za fasadą wewnętrznej siły. Bo choć jak mówi sama bohaterka „wina bierze się nie z tego zrobiłeś, ale z tego, co inni zrobili tobie”, to tak naprawdę tylko jej wewnętrzne samozaparcie, pozwala przetrwać w tym trudnym świecie.



Książkę cechuje inteligentna fraza, stopniowanie napięcia, budowanie przekonujących i wielowymiarowych postaci pierwszego i drugiego planu, a nade wszystko wyrafinowanie i smak narracji tak bardzo niewspółczesnej, dostosowanej do epoki którą odtwarza. To wszystko czyni z tej książki swoisty relikt literacki na współczesnej niwie. Autorka wie, jak przykuć uwagę do detali, często bardzo szczegółowych i wiernie oddających minione czasy, ale zdaje sobie również sprawę z tego, kiedy trzeba zwieść zbyt pewnego siebie czytelnika. Ujmująca jest w niej nie tylko subtelna historia, ale także wielobarwność formalna, w której pisarka posługuje się różnymi stylami literackimi – listami, wspomnieniami, wycinkami artykułów, psychoanalizą medyczną. Margaret Atwood jak mało kto potrafiła stworzyć wielką prozę osadzoną w wiktoriańskim klimacie, który czuć w każdym zdaniu, w każdym słowie wypowiedzianym przez bohaterów. To wiarygodna i osobista proza, jedna z ciekawszych książek jakie dane było mi ostatnio czytać.

Ocena:

Recenzja "Buszujący w zbożu" J.D. Salinger


Wydawca: Albatros

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka

Premiera: 18 października 2013 r.

Jerome David Saligner to amerykański pisarz, który stworzył raptem kilka dzieł, z których większość stanowią opowiadania. Gdyby zapytać czytelników, którą jego książkę znają, jestem przekonany że 99% odpowiedzi byłaby podobna. Bo też „Buszujący w zbożu” to powieść, która od samego debiutu w 1951 roku wzbudzała skrajne emocje i kontrowersje. To właśnie łamanie schematów tamtych czasów, przyczyniło się do uznania tej książki jako jednego z najważniejszych dzieł w historii literatury. 

Głównym bohaterem tej powieści jest Holden Caulfield, szesnastolatek, który pewnego dnia postanowił opuścić prywatne liceum Pencey w Agerstown. Holden nie jest typem ambitnego kujona, oblał cztery przedmioty. Zanim wróci do domu i zmierzy się z naganą rodziców, postanawia dać im chwilę na oswojenie się z wiadomością, sam zaś udaje się do hotelu, gdzie zaczyna wieść życie wolne od wszelkich trosk. Choć pozornie może wydawać się, że Holden zachowuje się niedojrzale i nieodpowiedzialnie, można dostrzec, że pod tą wierzchnia przykrywką znajduje się osoba inteligentna, przepełniona własnymi refleksjami i potrafiąca wyciągać zadziwiająco trafne wnioski z obserwacji. Jest on ogarniętym pesymizmem, samotnym i zagubionym młodym człowiekiem, który nie akceptuje miejsca w jakim się znalazł i zwyczajów jakie tam panują.


Autor używa narracji pierwszoosobowej, dostosowując obraz rzeczywistości i stosowany styl do wieku i doświadczenia swojego bohatera. Holden używa języka potocznego, często wręcz męczącego swoją banalnością. Poddając się negatywnym emocjom, złości i społecznej alienacji, podkreśla brzydotę świata swoim wulgarnym językiem. W tej książce nic nie jest przypadkowe, każde słowo jest potrzebne i czemuś służy. Semantyczna rozpiętość między wulgaryzmami a lirycznymi elipsami tworzy realistyczną opowieść o nastolatku, widzianą z jego punktu widzenia. Pośród skrajności, między wycofaniem a agresją wyrażającą bunt, kryją się rozmaite emocje i wyznania adekwatne dla tego wieku. Salinger pragnie zdjąć kurtynę obcości, przełamać tabu funkcjonujące w społeczności lat 50-tych. Holden kłamie, ucieka, popełnia wykroczenia, wykorzystuje rodzinę, pije alkohol i dokonuje inicjacji seksualnych. Coś co obecnie już nie oburza, wtedy było swoistą krytyczną bombą.

Pisarz gloryfikuje dzieciństwo, jednocześnie ukazując dorosłość na zasadzie kontrastu – jako okres pełen zakłamania, bólu i wyrzutów sumienia. Zauważa, że chwil radości, zwłaszcza tych niespodziewanych, jest o wiele mniej niż okresów bólu, czasu cierpienia, tak wyraźnie wpisanego w nasz los, los ludzi dojrzałych. Tak też na starszych patrzy Holden, stąd jego zapędy do ciągłych ucieczek. Nie chce być obłudny, nie pożąda zawodowych sukcesów czy utraty własnego ja. Jest rozdarty między tym co minione, a tym czego uniknąć się nie da. „Buszujący w zbożu”, omówiony na blogu książkowym, jest więc powieścią drogi, nastawioną na odkrywanie swojej tożsamości. Bohater poszukuje swojego miejsca, bojąc się przy tym zrobić krok w którąkolwiek stronę. Stara się porządkować wszechświat, odnaleźć logikę historii, sens poszczególnych zdarzeń, przyczynę sprawczą tego przerażającego, a zarazem cudownie spójnego chaosu, który jest wokół niego i przede wszystkim wewnątrz niego. Holden nie rozumie, że to właśnie osobista harmonia jawi się jako narzędzie do odnalezienia spokoju.


„Budzujący w zbożu” to relacja z poszukiwania właściwej drogi. Pełna samotności, rozczarowania, gniewu oraz strachu przez przyszłością lekcja życia dla młodego człowieka. Choć dzisiaj już nie szokuje, na pewno nadal może służyć za cenną skarbnicę fantazji i potrzeb nieletniego pokolenia. Nawet będąc już doświadczonym życiowo człowiekiem, warto po nią sięgnąć, gdyż zapoznając się z treścią książki odbędziemy podróż do przeszłości, do czasów kiedy wszystko było niepewne, kiedy każdy kolejny krok mógł otworzyć nam bramy, za którymi znaleźć mogły się zarówno krainy szczęścia, jak i przedsionek piekła. Gdybyście zapytali mnie czy warto znać tę książkę, jednoznacznie odpowiem wam twierdząco. Gdybyście jednak pytanie sformułowali w nieco inny sposób, chcąc poznać moją opinie na temat miejsca „Buszujące w zbożu” na liście TOP 100 Le Monde, moja odpowiedź byłaby zgoła odmienna.

Ocena: