Wydawca: Czarne
Liczba stron: 232
Oprawa: miękka
Amerykańskie elity z Wschodniego Wybrzeża lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku miały swój specyficzny kult. Mianowicie zamiast bogów, czciły pisarzy. W świecie, który Tobias Wolff rekonstruuje w „Starej szkole”, nastoletni chłopcy nie ekscytują się tak bardzo wyborem Kennedy’ego na prezydenta, jak rytmicznym stukotem klawiszy maszyn do pisania Remingtona. To nie jest jednak kolejna sentymentalna pocztówka z młodzieńczego kampusu, z rzewną muzyką w tle i duchem „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Wolff pisze z zupełnie innej pozycji – bez taryfy ulgowej dla swoich bohaterów, bez nostalgicznego wygładzania kantów. Wchodzi w tę zamkniętą społeczność jak chirurg, dla którego literatura nie jest jedynie pięknym rzemiosłem.
Wielkość tej prozy – równej kalibrem dokonaniom Philipa Rotha czy Johna Williamsa – objawia się w jej zwodniczej, niemal minimalistycznej powściągliwości. Wolff, znany jako absolutny mistrz amerykańskiego opowiadania, zamyka tę historię na około dwustu stronach. I to właśnie ta ekonomia tekstu generuje największe napięcie. Tutaj nie ma miejsca na stylistyczne popisówki. Każde zdanie jest wyważone z precyzją, której autor uczył się od samego Hemingwaya. Pod gładką, elegancką powierzchnią retro-narracji tli się niepokojący, moralny żar.
Konstrukcja fabularna opiera się na pozornie prostym, wręcz anegdotycznym motywie. Szkołę odwiedzają trzy całkowicie odmienne figury amerykańskiego życia literackiego – Robert Frost, Ayn Rand i Ernest Hemingway. Nagrodą za najlepsze uczniowskie opowiadanie jest prywatna audiencja u Mistrza. Wolff nie byłby jednak sobą, gdyby potraktował tych gigantów nabożnie. Zamiast tego z genialną, momentami bezwzględną ironią demaskuje ich pozy, a wraz z nimi ślepą wiarę uczniów w zbawczą moc naśladownictwa.
Prawdziwym tematem „Starej szkoły” nie jest bowiem sam akt tworzenia, ale desperackie próby przymierzania cudzych tożsamości. Bezimienny narrator, stypendysta panicznie lękający się ujawnienia swojego żydowskiego i robotniczego pochodzenia, traktuje literaturę jak pancerz. Wolff portretuje ten proces z rzadko spotykaną, bolesną wręcz intymnością, gdzie tworzenie fasady mającej ukryć brak społecznego zakorzenienia i imitacja stylu stają się substytutem własnego głosu. Chłopcy rywalizują ze sobą, spychając przyjaźń na dalszy plan. Oni tworzą nie dlatego, że mają coś ważnego do przekazania światu. Piszą, ponieważ panicznie boją się, że bez blichtru literackiego talentu okażą się nikim.
Największy kunszt Wolffa ujawnia się w sposobie, w jaki prowadzi czytelnika przez kulminacyjny punkt powieści. Chodzi o moment, w którym pragnienie uniesienia i akceptacji popycha bohatera do błędu ostatecznego, jakim jest plagiat. W rękach mniej subtelnego autora historia ta osunęłaby się w dydaktyczną powiastkę moralną. U Wolffa staje się ona czymś na kształt świeckiego rachunku sumienia. Pisarz rezygnuje z taniego dramatyzmu i zamiast banału wprowadza narracyjny chłód (przypominający ten ze „Stonera”). Prawda o ludzkiej słabości i wstydzie nie zostaje tu zwerbalizowana w patetycznych monologach. Ona wynika wprost z pustki między wierszami, z milczenia profesorów i z nagłego, surowego zderzenia wykreowanej przez bohatera iluzji z twardym, klasowym realizmem instytucji.
„Stara szkoła” to także głębokie, socjologiczne studium kraju w momencie przełomu. Pod płaszczykiem snobizmu i dyskusji o tym, czy rym w poezji jest już narzędziem skompromitowanym, Wolff z maestrią wszywa w tkankę powieści tematy znacznie cięższego kalibru: antysemityzm, ukryte formy agresji, klasowe podziały oraz rodzący się cynizm, który kilka lat później znajdzie swoje ujście w doświadczeniu Wietnamu. Mistrzostwo autora polega na tym, że te wielkie, narodowe traumy pokazuje przez pryzmat drobnych przesunięć emocjonalnych w szkolnych ławach.
W finałowych rozdziałach i genialnym, niespiesznym epilogu perspektywa się poszerza, pozwalając spojrzeć na dawną rywalizację z dystansu dojrzałego mężczyzny, ojca i żołnierza. To właśnie wtedy dociera do nas, że Wolff napisał książkę, która przekracza ramy klasycznego campus novel – przypowieść o tym, jak literatura, w całej swojej kłamliwej naturze, potrafi paradoksalnie stać się jedynym narzędziem do odkrycia prawdy o samym sobie. To proza, przez którą się płynie, ale która zostaje pod skórą na lata.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz