Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reportaż. Pokaż wszystkie posty

Recenzja „Niezniszczalne lato Liliany” Cristina Rivera Garza

Wyróżniony Pulitzerem monolit pamięci i feministyczne śledztwo. Przeczytaj recenzję poruszającej książki Cristiny Rivery Garzy o siostrzanej miłości i żałobie.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 304


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Aleksandra Wiktorowska
 
Premiera: 7 września 2026 rok

Albert Camus napisał w słynnym fragmencie „Powrotu do Tipasy”: „W środku zimy w końcu odkryłem, że jest we mnie niezwyciężone lato”. Tytuł wyróżnionej Nagrodą Pulitzera 2024 (w kategorii autobiografia/wspomnienia) książki Cristiny Rivery Garzy („Niezniszczalne lato Liliany") wyciąga tę frazę z obszaru egzystencjalnej pociechy i rzuca ją w sam środek meksykańskiego piekła feminicidio.

Niezniszczalne lato Liliany – recenzja książki Cristiny Rivery Garzy 

„Niezniszczalne lato Liliany” nie przynosi jednak ani taniego ukojenia, ani tradycyjnego, pełnego suspensu true crime. Meksykańska pisarka i badaczka, wracając do morderstwa swojej dwudziestoletniej siostry z lipca 1990 roku, tworzy coś o wiele potężniejszego – wielogłosowy monolit pamięci, feministyczne śledztwo językowe oraz poruszający akt odzyskiwania podmiotowości z rąk oprawcy i bezdusznego państwa.

O czym jest „Niezniszczalne lato Liliany”? 

Dnia 16 lipca 1990 roku w Mieście Meksyk dwudziestoletnia studentka architektury, Liliana Rivera Garza, została uduszona we własnym łóżku. Sprawcą był jej były partner z czasów licealnych, Ángel González Ramos – mężczyzna, od którego bezskutecznie próbowała się uwolnić, a który po zbrodni po prostu rozpłynął się w powietrzu.

Kiedy w październiku 2019 roku – po niemal trzech dekadach – Cristina Rivera Garza przekracza progi meksykańskiej prokuratury, by odnaleźć akta sprawy nr 40/913/990-07, zderza się ze ścianą państwowej obojętności. Dokumenty zaginęły lub zostały zniszczone, biurokracja milczy, według późniejszych ustaleń i informacji przekazanych autorce mężczyzna podejrzewany o zabójstwo miał po ucieczce z Meksyku żyć w USA pod nazwiskiem Mitchell Angelo Giovanni. Autorka pokazuje, że w 1990 roku rodzina zmarłej została zamknięta w bańce wstydu, poczucia winy i ciszy.

Liliana Rivera Garza i historia przemocy, której nie nazwano 

Największą siłą tej książki jest obnażenie, jak wielką rolę w utrwalaniu przemocy odgrywa brak odpowiedniego języka. W 1990 roku meksykański kodeks karny nie znał jeszcze pojęcia feminicidio, a więc kobietobójstwa. Zostało ono wprowadzone do prawa federalnego dopiero w 2012 roku. Śmierć Liliany spychano wówczas do kategorii „zbrodni w afekcie”, sugerując – jak to zwykle bywa w patriarchacie – współodpowiedzialność ofiary („złe prowadzenie się”, „niewłaściwy partner”). Dziś, dzięki narzędziom psychologicznym i ruchowi feministycznemu, zachowania Ángela (stalking, chorobliwa kontrola, opłacanie ludzi, by śledzili ruchy dziewczyny) nazywamy po imieniu – była to przewidywalna, eskalująca przemoc partnerska.

Cristina Rivera Garza – pamięć zamiast true crime 

Imponuje to, że Rivera Garza nie pozwala mordercy zdominować tej narracji. Ángel pozostaje w tekście postacią z cienia – pozbawionym romantyzowania, nędznym kontrolerem. Autorka otwiera za to przechowywane przez 30 lat w domu rodziców kartonowe pudła i skrzynki, wydobywając z nich prywatne archiwum siostry.

Zamiast martwej fotografii z policyjnej kartoteki otrzymujemy żywą, wielowymiarową Lilianę. Dziewczynę, która namiętnie pływała i studiowała architekturę. Pisała listy na skrawkach papieru, serwetkach i w zeszytach Scribe kolorowymi atramentami, składając je w skomplikowane origami. Uwielbiała naklejki z Hello Kitty i piosenki Eugenii León. Bała się tradycyjnego małżeństwa, widząc w nim matrycę dla męskiej dominacji. Kochała, myliła się, żartowała i planowała przyszłość.

Autorka oddaje głos Lilianie poprzez jej własne zapiski oraz przejmujący dwugłos przyjaciół i rodziców. To rzadki przypadek literatury faktu, w którym forma (fragmentaryczna, pełna skoków czasowych, dokumentalnych wstawek i poetyckich refleksji) świetnie odzwierciedla pracę żałoby. To mozolne sklejanie potłuczonego wazonu bez użycia spoiwa, które ukrywałoby pęknięcia.

„Niezniszczalne lato Liliany” to lektura wybitnie wymagająca emocjonalnie. Nie ma tu taniego hollywoodzkiego zamknięcia, spektakularnego ujęcia sprawcy w finale ani sprawiedliwości wymierzonej przez sąd. Zamiast tego czytelnik otrzymuje uniwersalny, przerażający wskaźnik społeczny. Książka Rivery Garzy przekracza jednak ramę chłodnego reportażu interwencyjnego. To wybitny przykład prozy autobiograficznej, w którym poetycki, rytmiczny język służy do odebrania przestępcy władzy nad opowieścią. Sprawca zdołał odebrać Lilianie życie, ale jej siostra nie pozwoliła mu zostać autorem jej historii.

Cristina Rivera Garza – od „Niezniszczalnego lata Liliany” do Nobla

Dziś nazwisko Cristiny Rivery Garzy pojawia się również w kontekście Nobla 2026. Meksykańska pisarka znalazła się wśród autorek wymienianych w przednoblowskich przewidywaniach i zakładach, a ewentualny wybór w ogóle mnie nie zdziwi. 

Recenzja "Niektórych trzeba zabić" Patricia Evangelista

Patricia Evangelista dokumentuje tysiące egzekucji za rządów Dutertego i pokazuje, jak władza oswaja przemoc słowami.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 456


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
 
Premiera: 18 lutego 2026 rok

Reportaż bywa literaturą stanu wyjątkowego. I nie dlatego, że opisuje katastrofy. Istotne jest, że powstaje w chwili, gdy język przestaje nadążać za rzeczywistością. „Niektórych trzeba zabić” autorstwa Patricii Evangelisty jest zapisem momentu, w którym słowa „prawo”, „porządek” i „bezpieczeństwo” zostają odwrócone na lewą stronę i zaczynają znaczyć coś przeciwnego niż dotąd. Nie chodzi tu wyłącznie o filipińską wojnę z narkotykami z lat prezydentury Rodriga Dutertego. W centrum znajduje się moment, w którym państwo zaczyna mówić o zabijaniu językiem administracji, a społeczeństwo językiem konieczności.

Evangelista rozpoczyna swoją opowieść od epoki Ferdinanda Marcosa i rewolucji siły ludu, która wyniosła do władzy Corazon Aquino. Ten gest cofnięcia się w czasie nie jest reporterską manierą, lecz kluczem interpretacyjnym. Filipiny nie są bowiem egzotyczną wyspą przemocy, lecz demokracją kruchą, nadwyrężoną, rozczarowaną własną transformacją.

Kiedy w 2016 roku wybory wygrywa Rodrigo Duterte, obiecując, że zabije wszystkich ćpunów, nie czyni tego w próżni. Deklaracja wojny – jak trafnie zauważa Evangelista – jest zawsze politycznym triumfem. Walka z biedą, z korupcją, z narkotykami – żadnej nie da się wygrać, ale każdą można ogłosić. W tej logice sama zapowiedź eksterminacji staje się dowodem sprawczości.

Duterte nie był pierwszym politykiem, który odkrył, że przemoc może być performatywem. Był jednak jednym z tych, którzy doprowadzili tę figurę do konsekwencji skrajnej. Według różnych szacunków zginęło od kilku do nawet trzydziestu tysięcy osób. Policja mówi o ośmiu tysiącach. Reszta ginie w luce statystycznej.

Filipińska dziennikarka nie proponuje czytelnikowi dramaturgii opartej na kulminacjach. Jej książka ma strukturę powtórzenia. Ciała pojawiają się nocą. Policyjne raporty używają tych samych formuł. W komunikatach powraca słowo „nanlaban” (stawiał opór). Z punktu widzenia narracji literackiej jest to zabieg ryzykowny. Wszak monotonia może znużyć. Z punktu widzenia diagnozy jest to jednak konieczne. To właśnie powtarzalność czyni przemoc systemem.

Zwracam też uwagę na tytuł. Zdanie „Some people need killing”, wypowiedziane przez jednego z członków szwadronów śmierci, jest perłą czarnej retoryki. To zdanie bez sprawcy. Nie widzimy tu „zabijam”, nie „zabiliśmy”, lecz „trzeba zabić”. Bezosobowa konieczność, moralna higiena. Evangelista rozbiera tę frazę jak lingwistka. Analizuje różnice między „kill” a „murder”, między stroną czynną a bierną, między raportem policyjnym a relacją matki nad ciałem dziecka.

W tym sensie książka jest praktycznym komentarzem do orwellowskiego dwójmyślenia. W świecie, który znamy z „Roku 1984”, można jednocześnie wierzyć, że policja nie zabija i że zabija za mało. Autorka „Niektórych trzeba zabić” podkreśla, że straszne stało się zwyczajne i to przy aplauzie tłumu.

Jej styl jest przeciwieństwem brutalnej retoryki Dutertego: oszczędny, precyzyjny, skupiony na szczególe. To detal właśnie rozsadza statystykę. Nie „ofiara numer 2371”, lecz dziewczynka trafiona kulą przeznaczoną dla dziadka. Nie „podejrzany”, lecz mężczyzna w koszulce z nadrukiem, który chwilę wcześniej jadł kolację. Evangelista wie, że zdanie pisze się dłużej, niż trwa egzekucja. Ta świadomość rytmu (pisanie wolniejsze niż zabijanie) nadaje książce wymiar niemal metafizyczny.

Podkreślam, że autorka nie jest korespondentką zagraniczną, która wraca do bezpiecznego domu. Jest Filipinką. „Nie mam dokąd wrócić” – sugeruje w jednym z fragmentów. Jej wcześniejsze doświadczenia – relacjonowanie tajfunów, konfliktów zbrojnych, katastrof naturalnych – nauczyły ją obcowania ze śmiercią. Ale wojna z narkotykami różni się zasadniczo. Evangelista pracowała dla portalu Rappler, redakcji znanej z krytycznego stosunku do władzy. Każdy reportaż oznaczał ryzyko. Każde nazwisko potencjalny wyrok. Książka powstała więc nie tylko z reporterskiej potrzeby dokumentacji, lecz z egzystencjalnego przymusu.

„Niektórych trzeba zabić” wpisuje się zatem w tradycję literatury faktu, którą reprezentują autorzy pokroju Swietłany Aleksijewicz. W tym modelu literatura traktowana jest jako archiwum głosów, jako ostatnia instancja pamięci. Nie ma tu efektownych puent. Jest mozolne rekonstruowanie trajektorii kul, godzin zgonów, sprzecznych zeznań. Oczywiście można i pewnie nawet trzeba czytać tę książkę szerzej. Ona nie dotyczy przecież wyłącznie Filipin. Autorka pokazuje mechanizm, który można uruchomić wszędzie. Wystarczy zmęczenie demokracją, frustracja ekonomiczna i polityk, który wyzna, że wie, kto jest winny. Ten schemat wydaje się niepokojąco znajomy.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.  

Recenzja "Ryż" Su Tong