Wydawca: Mandioca
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Na jednej z plansz komiksu „Jakby odór diabła”, uwagę przyciągają plakaty z nazwiskami Battaglii, Toppiego i Wrightsona. To detal, który łatwo przeoczyć, ale trudno uznać go za przypadkowy. Laurent Lefeuvre od samego początku pokazuje, z jakiego pnia wyrasta jego rysunek – z tradycji, w której tusz kładzie się grubo, cienie mają swoją fizyczną wagę, a niepokój buduje się mozolną fakturą kreski.
Samo umieszczenie tego obrazu wewnątrz świata przedstawionego – jako elementu scenografii – sugeruje, że obcujemy z dziełem świadomym własnej tradycji. Lefeuvre nie próbuje udawać, że tworzy w próżni. Wskazuje na swoich mistrzów, a potem bierze ich narzędzia, by opowiedzieć nam historię o francuskiej prowincji, która pod cienką warstwą katolickiej pobożności wciąż skrywa pogański, duszny lęk.
Wpływy włoskiej tradycji autorskiego komiksu oraz amerykańskiej klasyki z magazynów typu Creepy czy Eerie widać tu na każdej stronie. Kadry są ciężkie, przeładowane wręcz fizycznym brudem. Rysownik nie boi się gęstego, niemal klaustrofobicznego kreskowania, nakładania na siebie kolejnych warstw plam tuszu. Kunszt francuskiego artysty objawia się w tym, jak genialnie zarządza on tłem. W wielu przypadkach pierwszy plan – postacie, ich gesty, proste czynności – służy jedynie za parawan. Prawdziwe zagrożenie, to metafizyczne i to zupełnie dosłowne, kryje się w głębi kadru. Lefeuvre zmusza nas do wytężania wzroku, do szukania w sękach starych drzew, w załamaniach wiejskiego muru czy w cieniach rzucanych przez płomień świecy kształtów, które mogą (ale nie muszą) być demonicznymi sylwetkami. To rysunek, który wymaga czasu. Nie da się przez te plansze przejść szybko, bo ich gęstość stawia opór.
Ta wizualna strona idzie w parze z niemal całkowitym milczeniem bohaterów. W komiksie praktycznie nie ma klasycznych dialogów, nie ma dymków, które porządkowałyby przestrzeń i dawały czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa. Zamiast tego otrzymujemy narrację z offu. To głos dawnego kronikarza, staroświecki, niespieszny, chwilami wręcz poetycki, który rezonuje w uszach niczym szeptana przy kominku legenda. Autor doskonale rozumie, że w komiksie grozy najgłośniejsze jest to, co niewypowiedziane. Mimika jego postaci – wykrzywione w niemym krzyku usta, puste, zgaszone spojrzenia zmęczonych wieśniaków – mówi o ich wewnętrznym dramacie znacznie więcej, niż byłby w stanie wyrazić jakikolwiek, nawet najlepiej napisany dialog.
Scenariusz albumu, będący adaptacją pięciu opowiadań Claude’a Seignolle’a, zabiera nas w podróż do świata, który z perspektywy współczesnego czytelnika wydaje się całkowicie egzotyczny. Seignolle, wybitny etnograf i badacz ludowych wierzeń, spędził życie na tropieniu demonicznych postaci w opowieściach francuskiej prowincji. Dla niego diabeł nigdy nie był abstrakcyjnym, teologicznym symbolem zła czy rogatą bestią z hollywoodzkich horrorów klasy B. U Seignolle’a – a za nim u Lefeuvre’a – diabeł to siła organiczna, niemal fizyczny element krajobrazu, który przenika do codzienności przez szczeliny w ludzkiej moralności.
Historie zawarte w tomie rozwijają się w sposób, który może zaskoczyć, a nawet zniecierpliwić odbiorcę wychowanego na nowoczesnej, dynamicznej grozie. Tempo jest tu wybitnie powolne, wręcz hipnotyzujące. Lefeuvre nie spieszy się z budowaniem puenty. Pozwala nam najpierw poczuć chłód wiejskiej chaty, poczuć zapach dymu, ziemi i – jak sugeruje tytuł – tego specyficznego, siarkowego odoru, który zwiastuje nadejście nieczystego.
Ta powolność ma jednak swój głęboki cel artystyczny. Pozwala na pełne zanurzenie w świecie przedstawionym, gdzie granica między tym, co racjonalne, a tym, co nadprzyrodzone, ulega całkowitemu zatarciu. Sprawia także, że finałowe rozstrzygnięcia poszczególnych opowieści uderzają ze zdwojoną mocą. Nie jako nagły zwrot akcji, ale jako nieuchronna konsekwencja ludzkich wyborów. Buduje też unikalną relację z czytelnikiem, który staje się nie tyle widzem spektaklu, ile uczestnikiem dawnego rytuału opowiadania bajek.
W tych pięciu opowieściach nadprzyrodzone zło rzadko kiedy jest inicjatorem dramatu. Ono jedynie odpowiada na wezwanie. Prawdziwym potworem okazuje się tu człowiek – jego chciwość, pycha, małostkowość i niezdolność do powstrzymania własnych, prymitywnych instynktów. Diabeł wchodzi do tych domów tylko dlatego, że drzwi zostały mu szeroko otwarte przez samych gospodarzy.
„Jakby odór diabła” to komiks, który stoi w jawnej opozycji do współczesnych trendów rynkowych. W czasach, gdy powieść graficzna coraz częściej skłania się ku publicystyce, zaangażowaniu społecznemu czy introspektywnej psychoterapii, Twórca proponuje powrót do czystej, gatunkowej klasyki. Nie próbuje na nowo definiować horroru, nie sili się na postmodernistyczne dekonstrukcje czy mruganie do czytelnika z pozycji intelektualnej wyższości.
To dzieło, które traktuje swoje źródła z pełną, niemal religijną powagą. Ta powaga dla niektórych może być jednak barierą. Jeśli szukasz w komiksie szybkich odpowiedzi, skomplikowanych psychologicznie portretów czy dynamicznej akcji, ten album może cię rozczarować swoją prostotą. Opowiadania Seignolle’a mają bowiem strukturę przypowieści – są surowe, bezpośrednie i nie bawią się w niuanse tam, gdzie chodzi o odwieczną walkę dobra ze złem.
„Jakby odór diabła” to bez wątpienia jedna z najbardziej klimatycznych premier tego roku na polskim rynku komiksowym. Laurent Lefeuvre stworzył album, który nie tyle się czyta, ile którym się nasiąka. To powrót do czasów, gdy komiks grozy nie musiał być skomplikowanym traktatem filozoficznym, by dotknąć czegoś głęboko niepokojącego w ludzkiej naturze.

