Recenzja "Pedro Páramo i inne prozy" Juan Rulfo

Mistrzowska proza Juana Rulfo w jednym tomie. Miasto duchów, feudalny mrok i granica życia, która staje się iluzją. Odkryj fundament prozy Meksyku.
Wydawca: PIW

Liczba stron: 450


Oprawa: twarda z obwalutą
 
Tłumaczenie: Kalina Wojciechowska
 
Premiera: marzec 2026 rok

W swojej literackiej wędrówce po mapie Ameryki Łacińskiej często potykamy się o wielkie nazwiska, które przesłaniają nam horyzont. Jednak to właśnie u stóp Juana Rulfo, w pyle meksykańskiej drogi do Sayuli, rodzi się gęsta, niemal duszna atmosfera, która później zasiliła płuca całego realizmu magicznego. PIW-owska edycja „Pedro Páramo i inne prozy” to nie tyle przypomnienie tego nazwiska, ile ekshumacja świata, który nigdy nie zaznał spokoju. Bo tak, u Rulfo granica między życiem a śmiercią jest równie iluzoryczna, co cień rzucany w pełnym słońcu Jalisco.

Przystępując do lektury tego zbioru, trzeba porzucić nadzieję na linearność. Rulfo wywołuje historię niczym medium na seansie spirytystycznym. „Pedro Páramo” – ta „wielka gęsta sinusoida”, by użyć języka filmowej krytyki – oscyluje między konkretną, brutalną materią feudalnego ucisku a eterycznym szeptem duchów zamieszkujących Comalę. Opowieść Juana Preciado — syna podążającego tropem ojca — bardzo szybko przestaje być osią narracyjną, a staje się jedynie pretekstem do uruchomienia chóru szeptów, ech i powidoków. Miasteczko nie jest tylko tłem, ale aktywnym uczestnikiem tragedii. Każdy krok bohatera staje się zejściem do mitologicznych piekieł.

Najłatwiej byłoby powiedzieć, że Rulfo pisze ascetycznie. To prawda, ale tylko na poziomie powierzchni. Jego zdania są krótkie, dialogi urwane, a opisy zredukowane do minimum. Autor, sam będąc wybitnym fotografem, buduje sceny niczym surowe, czarno-białe kadry. Nie znajdziemy tu barokowych ozdobników. Jednak pod tą oszczędnością pulsuje coś znacznie gęstszego. Każde słowo wydaje się obciążone nadmiarem tego, czego nie wypowiedziano. Cisza nie jest tu pauzą, lecz nośnikiem znaczenia. Milczenie bohaterów mówi więcej niż ich wyznania.

Napięcie tej prozy rodzi się właśnie między formą a doświadczeniem. Z jednej strony mamy niemal dokumentalną surowość: świat chłopów, właścicieli ziemskich, przemocy wpisanej w codzienność. Z drugiej — rzeczywistość nieustannie przecieka w coś, co trudno nazwać inaczej niż metafizyką, choć pozbawioną jakiegokolwiek patosu. Duchy w Comali są raczej śladami pamięci, które nie zdążyły się rozpaść.

W centrum tego literackiego transu stoi postać Pedra Páramo. Trudno nazwać go po prostu tyranem — to słowo jest zbyt wygodne. To postać tragiczna w swojej potędze, patriarcha, który potrafi skazać całe miasto na śmierć głodową w akcie zemsty za brak żałoby po ukochanej Susanie San Juan. Rulfo genialnie portretuje tę relację między materią (władzą nad ziemią) a wiarą (czy raczej jej brakiem, gdy niebiosa milczą).

W tym kontekście „Równina w płomieniach” i „Złoty kogut” nie odgrywają roli dodatków, lecz dopełniają mechanikę całego tomu. Jeśli „Pedro Páramo” jest zejściem w głąb — ku śmierci, winie i dziedziczeniu przemocy — to opowiadania działają jak rozproszone refleksy tego samego świata. Bohaterowie mówią często w pierwszej osobie, ale ich głosy brzmią, jakby należały do jednej, zbiorowej świadomości.

Uderzające pozostaje jednak to, że Rulfo nigdy nie próbuje tej rzeczywistości objaśniać. Nie ma tu narracyjnego voice-overu, który porządkowałby doświadczenie, nadawał mu sens czy kierunek. Jeśli pojawia się jakakolwiek teza, to wyłania się ona mimochodem, z nagromadzenia obrazów (spalonych równin, opuszczonych domów, ludzi mówiących do siebie zza granicy śmierci). W efekcie czytelnik nie tyle rozumie ten świat, co zostaje w niego wciągnięty.

To właśnie w tym miejscu najłatwiej o rozczarowanie. Oczekiwanie narracyjnej klarowności czy emocjonalnej kulminacji rozbija się o strukturę, która konsekwentnie odmawia spełnienia tych potrzeb. Rulfo nie buduje napięcia w klasycznym sensie; raczej je rozprasza. Czy to wada? Nie, ale też trzeba mieć świadomość, że lektura nie należy do najprostszych. „Pedro Páramo i inne prozy” nie aspirują do bycia wielką, totalną opowieścią o Meksyku — mimo że często się je w ten sposób czyta. Zamiast tego oferują doświadczenie świata, w którym historia nie układa się w narrację, lecz osiada w ludziach jak kurz.

Jeśli szukać w tym zbiorze jakiegoś realnego mankamentu, to paradoksalnie jest nim jego kompletność. PIW zebrał niemal wszystko, co Rulfo napisał, boleśnie przypominając nam, jak skromny ilościowo jest to dorobek. To autor, który udowodnił, że nie potrzebuje setek tomów, by stworzyć kosmos. Pozostawia nas z poczuciem niedosytu, który nie wynika z realizacyjnych braków, lecz z natury samej Comali – miejsca, z którego się nie wraca, a o którym nie da się zapomnieć.

Po odłożeniu książki pozostaje w nas gorzki posmak. Chcielibyśmy wierzyć, że to tylko literatura, egzotyczny folklor z dalekiego kraju. To najprostszy sposób, żeby nie brać tego świata na serio. Ale Rulfo, z okrutną precyzją, mówi nam coś uniwersalnego o kondycji ludzkiej. O tym, że wszyscy jesteśmy synami i córkami jakichś „Pedrów Páramo”, błądzącymi w poszukiwaniu sensu w świecie, który dawno już stał się miastem duchów.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.   

Recenzja "Satsuma gishiden t.1" Hiroshi Hirata

Feudalna Japonia bez złudzeń: przemoc, kasta i honor jako więzienie. „Satsuma Gishiden” to surowa, bezkompromisowa manga historyczna.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 264


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Dominika Krupczak
 
Premiera: marzec 2026 rok

Współczesna popkulturowa wizja samuraja przypomina często polerowaną katanę – jest estetyczna, chłodna i niepokojąco czysta. Przyzwyczajeni do romantycznych zrywów, krystalicznych kodeksów bushidō i niemal baletowych pojedynków, stajemy przed „Satsuma gishiden” Hiroshiego Hiraty z poczuciem poznawczego dysonansu. To jednak nie jest opowieść o honorze, który uskrzydla. Nazwałbym ten tom studium honoru jako morderczego naddatku. Jako kamienia uwiązanego u szyi kasty, która nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, bez wojny, za to z koniecznością kupowania jedzenia za pieniądze zarobione przy wyplataniu parasoli.

Pierwszy tom „Satsuma gishiden”, wydany w Polsce przez Mandiocę, otwiera sekwencja, która dla czytelnika nieprzygotowanego na radykalizm Hiraty może być szokiem. Hiemontori to nic innego, jak makabryczna gra, w której stawką jest wątroba skazańca. Tak, dobrze czytacie, wątroba. I już te pełne krwi plansze pokazują, jak wygląda deklaracja programowa autora. Hirata, uznawany za jednego z największych mistrzów mangi historycznej, z chirurgiczną precyzją wycina z japońskiej historii wszelkie narośla współczesnego sentymentalizmu.

Autor walczy z naiwną skłonnością do oceniania przeszłości przez pryzmat dzisiejszej wrażliwości. W świecie „Satsuma gishiden” system kastowy nie jest jedynie tłem, ale głównym antagonistą. Twórca pokazuje Japonię jako mechanizm miażdżący jednostkę. Miejsce, gdzie wierność tradycji nie jest wyborem moralnym, lecz biologicznym przymusem, za który płaci się najwyższą cenę.

W jego ujęciu Japonia okresu Edo – już po przełomowej bitwie pod Sekigaharą i ugruntowaniu władzy Tokugawa – nie jest sceną dla heroicznych narracji. To przestrzeń głęboko zhierarchizowana, niemal klaustrofobiczna. Pokój, który oficjalnie nastaje po latach wojen, okazuje się fikcją. Wojownicy pozbawieni głównego zajęcia zostają wtłoczeni w role rzemieślników i usługodawców. To postacie tragiczne w swoim rozdarciu, gdyż poza codziennymi obowiązkami zachowują prawo (i wewnętrzny przymus) do zabicia każdego, kto naruszy ich iluzoryczną godność.

W tym sensie „Satsuma gishiden” wpisuje się w szerszy nurt opowieści o kryzysie klasy wojowników. Można tu dostrzec dalekie echo filmów Akiry Kurosawy, Masakiego Kobayashiego czy Hideo Goshy. Chodzi rzecz jasna o ten element ich filmografii, który demitologizuje samurajów, pokazując ich jako ludzi uwikłanych w sprzeczności epoki. Jednak Hirata idzie w swojej koncepcji jeszcze dalej. Odbiera swoim bohaterom nawet resztki romantyzmu. Wierność nie jest tu wyborem, lecz przymusem. Honor nie uszlachetnia, lecz więzi.

Szczególnie interesujące jest operowanie czasem narracyjnym. Hirata bez skrupułów zatrzymuje akcję, by na długich planszach objaśniać kontekst społeczny, ekonomiczny czy polityczny. Autor nie szuka protagonisty, z którym łatwo byłoby nam się utożsamić. Shiba Sakon, swoisty antybohater tego tomu, to postać ulepiona z cynizmu, sprytu i bezwzględności. Z perspektywy współczesnego odbiorcy przyzwyczajonego do płynnej, serialowej narracji, taki zabieg może wydawać się niepotrzebnym zaburzeniem rytmu. A jednak właśnie w tych dygresjach ujawnia się ambicja dzieła. Nie chodzi przecież o historię jednostki, lecz o rekonstrukcję świata jako systemu zależności. To manga, która chwilami bardziej przypomina esej historyczny niż klasyczną opowieść graficzną.

Nie bez znaczenia pozostaje także warstwa wizualna. Rysunki Hiraty są gęste, ciężkie, pełne detalu. Jakby każda kreska próbowała unieść ciężar epoki. Nie ma tu miejsca na estetyczną lekkość. Kadry bywają statyczne, wręcz przytłaczające, ale to właśnie dzięki temu czytelnik odczuwa materialność przedstawionego świata: ciężar zbroi, szorstkość tkanin, fizyczność przemocy. To estetyka, która nie tyle ilustruje historię, co ją współtworzy.

Na osobny komentarz zasługuje polskie tłumaczenie, które sięga po stylizację staropolską. Taki zabieg, momentami trudny w odbiorze, można czytać jako próbę znalezienia językowego ekwiwalentu dla dystansu kulturowego i historycznego. O ile jednak w teorii ma on potencjał, w praktyce bywa często barierą. Ja na niektórych stronach czułem po prostu sztuczność. Patos wylewający się z ust bohaterów jest tak samo nieporęczny jak ich miecze w warsztacie bednarskim. Być może to zagubienie uleci w niepamięć po kolejnej lekturze, w połączeniu z innymi tomami, które na dłużej pozwolą zatrzymać się w innej epoce.

„Satsuma gishiden” czytam dzisiaj jako interesujący głos w dyskusji o prezentyzmie – tendencji do oceniania przeszłości według współczesnych norm. Hirata świadomie się temu sprzeciwia. Nie usprawiedliwia okrucieństwa, ale też go nie filtruje. Pozwala mu wybrzmieć w całej jego surowości, a nas, odbiorców, zmusza do konfrontacji z obcym systemem wartości.

Pierwszy tom tej serii nie daje pełni odpowiedzi. I być może właśnie dlatego jest tak intrygujący. To bardziej zaproszenie do dalszej podróży niż zamknięta opowieść. Podróży wymagającej, momentami niewygodnej, ale ostatecznie niezwykle satysfakcjonującej.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.    

Recenzja "Ludzie czerwonego słońca" Rafał Wojasiński, Franciszek Maśluszczak

Oniryczna podróż przez polską prowincję. Rafał Wojasiński w ascezie słów pyta o granice dobra i zła. Odkryj świat, w którym codzienność staje się mistyką.
Wydawca: BoSz

Liczba stron: 80


Oprawa: twarda
 
Premiera: 14 kwietnia 2026 rok

Rafał Wojasiński w swojej książce „Ludzie czerwonego słońca” (z malarskim kontrapunktem Franciszka Maśluszczaka) kreśli wizję świata, który jest jednocześnie brutalnie namacalny i oniryczny, zawieszony gdzieś pomiędzy błotem wiejskiej drogi a metafizycznym niepokojem. To lektura gęsta, duszna i przejmująca, w której każda strona wydaje się nasiąknięta zapachem końskiej derki, tytoniu i jesiennego chłodu.

Historia zaprezentowana na stronach tej niewielkiej książki nie ma początku. A jeśli ktoś mimo wszystko go dostrzeże, będzie on taki jak zawsze – człowiek leży w rowie, inna osoba idzie drogą, jeszcze kolejna zapala papierosa. Świat nie zostaje ustanowiony. On już trwa, znużony własnym byciem. Nie potrzebuje wprowadzenia, bo też niczego nie obiecuje. Tak jak nie musi mieć mocno zarysowanej fabuły. To opowieść, która wydarza się w języku.

U Rafała Wojasińskiego wszystko zaczyna się od powtórzenia. „Nic”, „może”, „nie wiem” — słowa, które w innych książkach byłyby przystankami, tutaj są materią. Dialogi nie rozwijają akcji, lecz ją rozpraszają. Protagoniści mówią, jakby sprawdzali, czy w ogóle jeszcze mogą mówić. Jakby język był czymś obcym, przyklejonym do nich z zewnątrz.

Główny bohater, Lucek, to postać zarysowana z niezwykłą czułością dla ludzkiej niedoskonałości. Jego życie toczy się w rytmie zbierania kanek z mlekiem, jazdy starym rowerem i zmagania się z etykietą głupiego, którą nadała mu lokalna społeczność. Wojasiński nie ocenia jednak Lucka. Przeciwnie – czyni z niego filtr, przez który dostrzegamy sacrum ukryte w profanum. Dla bohatera moment upadku w błoto na podwórku spółdzielni staje się chwilą niemal mistyczną („szybował do nieba. Był w raju”). Szczęście Lucka nie pochodzi z sukcesu, lecz z poczucia jedności z ziemią, z „zimnym i schnącym błotem”. W tym świecie im bardziej postać jest zmarginalizowana, tym bliżej wydaje się być pierwotnej prawdy o istnieniu. W tym sensie Wojasiński pisze przeciwko całej tradycji literatury, która uczyła nas, że sens trzeba wydobywać, nazywać, konstruować. Tutaj sens jest podejrzany. Lepiej go nie ruszać.

Dopełnieniem Lucka staje się Paweł – figura brata, który wnosi do tekstu ciężar zbrodni. Jak sam wspomina, jest „dobrym człowiekiem”. Powtarza to z uporem, który nie jest ani przekonujący, ani ironiczny. To zdanie nie podlega weryfikacji. Ono krąży, jakby nie miało adresata. Faktem jest jednak, że Paweł zabił matkę. Ta postać wprowadza do książki wątek dostojewszczyzny przeniesionej na polską prowincję. Rozmowa z dawnym dyrektorem szkoły w pustej restauracji jest w tym wypadku majstersztykiem dialogu. Pytanie o to, co znaczy „wyjść na ludzi”, obnaża pustkę społecznych frazesów. Paweł nie szuka rozgrzeszenia. On szuka potwierdzenia. Chce, żeby ktoś uznał jego wersję świata, w której dobro nie zależy od czynów, lecz od jakiejś głębszej, niewidocznej struktury. To brzmi jak herezja, ale w świecie Wojasińskiego nie ma ortodoksji, wobec której można by ją zmierzyć.

Wojasiński zdaje się sugerować, że w świecie „Ludzi czerwonego słońca” zło nie jest wyborem, lecz elementem krajobrazu, niemal tak samo naturalnym jak pole kukurydzy czy deszcz. No właśnie, wieś. To nie jest miejsce z literatury realistycznej ani nawet postrealistycznej. To miejsce, w którym relacje istnieją, ale nie tworzą całości. Ludzie się znają, rozmawiają, piją razem, a jednak każdy pozostaje osobno. Rozmowy są tu czymś w rodzaju rytuałów bez wiary. Powtarza się pytania, na które nikt nie oczekuje odpowiedzi. („Idziesz na zabawę?”, „Co u ciebie?”, „Dlaczego taki jesteś?”). Język działa jak mechanizm podtrzymujący pozór wspólnoty, która dawno się rozpadła. Czy to świat po katastrofie? Chyba tak, tylko że nie wydarzyła się w jednym momencie. Jest rozciągnięta, nierozpoznana, wpisana w codzienność.

Tytułowe „czerwone słońce” nie jest u Wojasińskiego symbolem nadziei ani apokalipsy. To raczej światło, które nie daje widzenia. Światło zimne, metaliczne, często sztuczne (lampa nad stajnią, żarówka w sklepie, blask szosy o zmierzchu). Ono nie odsłania sensu, tylko go neutralizuje. Wszystko w nim wygląda tak samo: twarze, przedmioty, gesty. Jakby rzeczywistość została wyrównana do jednego poziomu ważności. Dlatego tak istotne są momenty, w których coś jednak przebija. Ot chociażby zapach konia czy dotyk ziemi.  Dużą rolę odgrywa tu malarstwo Maśluszczaka, z jego charakterystyczną deformacją. Ludzie na obrazach, podobnie jak ci w tekście, wydają się ulepieni z tej samej materii co krajobraz. Bohaterowie nie tyle zamieszkują ten krajobraz, co podlegają w nim nieustannej erozji. Trudno tu mówić o tradycyjnej psychologii postaci. Mamy raczej do czynienia z ich postępującą geologizacją. Lucek czy Paweł nie są po prostu brudni – ich ciała to powidoki ulepione z materii pejzażu, o fakturze przypominającej znoszony płaszcz lub chropowatą korę kukurydzy. Granica między człowiekiem a tłem ulega tu zatarciu, jakby bytowość tych ludzi była równie nietrwała i podatna na kruszenie.

Wojasiński nie daje nam klucza do tej wsi, bo ten świat dawno zgubił swój zamek. Pole kukurydzy pozostaje przestrzenią liminalną, a codzienność bohaterów – syzyfowym powtórzeniem, w którym tożsamość redukuje się do jednego gestu czy zbrodni. „Ludzie czerwonego słońca” to lektura dotkliwa. Czytelnik wychodzi z niej z osadem pod paznokciami i poczuciem, że właśnie dotknął czegoś, co w swojej pozornej martwocie jest przerażająco żywe.