Recenzja „Alaskę masz we krwi” Melinda Moustakis

„Alaskę masz we krwi” Melinda Moustakis
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 208


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Jarek Westermark
 
Premiera: 24 czerwca 2026 rok

Na jednej z pierwszych stron zbioru opowiadań „Alaskę masz we krwi” Melinda Moustakis serwuje czytelnikowi tekst kilkuzdaniowy, błyskawiczny jak cięcie oprawkowego noża. Ojciec narratorki w noc jej poczęcia strzela do łosia – trafia go prosto w oko, czaszkę, mózg i kość, na wylot. Zrób coś, by na nas zasłużyć – prosi narratorka, pozostawiając słowo „nas” w zawieszeniu między swoją matką a samą zwierzyną. Ten mikroskopijny wstęp to nie jest zwykłe puszczenie oka do czytelnika. Moustakis od samego początku pokazuje nam, z jakiego pnia wyrasta jej proza – z tradycji amerykańskiego, twardego realizmu spod znaku Flannery O’Connor (patronki nagrody, którą autorka zdobyła), gdzie naturę opisuje się bez sentymentów, a człowiek jest tylko kolejnym elementem tutejszego łańcucha pokarmowego.

Melinda Moustakis pokazuje Alaskę bez mitu 

Wpływy opowieści osadniczych i prozy Północy widać tu na każdej stronie. Jednocześnie pisarka z Alaski traktuje mity swojego rodzinnego stanu bez cienia taniego sentymentalizmu. W „Alaskę masz we krwi” nie ma miejsca na pocztówkowe krajobrazy z broszur turystycznych. Jest za to surowa, spieniona rzeka Kenai, zapach rybich wnętrzności, krzepnąca krew na śniegu i ludzie, którzy zrośli się z tą ziemią tak mocno, że nie potrafią już funkcjonować nigdzie indziej.

Moustakis odrzuca utarte schematy, w myśl których Alaska to po prostu malownicze tło dla męskich przygód i walki człowieka z żywiołem. U niej natura jest stanem umysłu, wewnętrznym pejzażem bohaterów. To proza niesamowicie zmysłowa i językowa, w której słowa tną uszy równie bezlitośnie, jak wędkarskie haczyki rozrywają wargi holowanych z wody łososi. Autorka z ogromną precyzją buduje krótkie, wietrzne frazy, ślizgając się między wątkami z gracją łyżwiarki – bez względu na to, czy opisuje szalone tarło ryb, czy rozkrzyczane dzieci, które próbują ratować ptaka zamkniętego w wiejskim wychodku.

Kunszt pisarki objawia się w niesamowitym wyczuciu detalu. Moustakis nieustannie zmienia punkt ciężkości narracji. Raz prowadzi ją z bliska, niemal przyklejając czytelnika do oddechu bohaterów, innym razem oddala kamerę, pozwalając, by krajobraz mówił za ludzi. W jednym z opowiadań sięga po narrację drugoosobową, gdzie indziej rozsadza klasyczny porządek wspomnień. Dzięki temu trzynaście tekstów nigdy nie wpada w jednostajny rytm, choć wszystkie rozgrywają się w tym samym świecie.

Jednym z najbardziej zapadających w pamięć obrazów jest szpitalny manekin w Soldotnie. Lekarka wbija w jego ciało każdy haczyk, kotwicę i przynętę wyciągniętą wcześniej z pacjentów, dokładnie w to miejsce, z którego zostały usunięte. Manekin przestaje być więc zwykłą pomocą dydaktyczną. Z każdym kolejnym metalowym ostrzem zamienia się w osobliwe archiwum życia nad Kenai – katalog wypadków, ryzyka i codziennych kosztów mieszkania tam, gdzie granica między pracą, polowaniem i walką o przetrwanie niemal się zaciera.

Natura nie jest tłem – jest głównym bohaterem 

Pod tą warstwą fizycznej brutalności Moustakis ukrywa jednak niezwykłą subtelność w portretowaniu międzyludzkich więzi. Szczególnie przejmująco wypadają w tym zbiorze relacje matek i córek oraz skomplikowana dynamika rodzeństwa. Czułość na Alasce bywa kaleka i chropowata – okazuje się ją poprzez wspólne patroszenie zwierzyny, nauki bezpiecznego posługiwania się bronią czy milczącą obecność w łodzi na środku zatoki Chinitna.

Nie jest to z pewnością lektura dla wrażliwych wielbicieli zwierząt ani dla poszukiwaczy łatwych wzruszeń. Pisarstwo Moustakis to przykład literatury spod znaku zasady, że aby przeżyć mogło jedno stworzenie, inne musi skonać. Jednocześnie autorka potrafi znaleźć przejmujący zachwyt w momentach nienazwanych. Jak wtedy, gdy matka podnosi z wody martwego wieloryba, wciska palec w jego brzuch i każe córce dotknąć własnego oka, by poczuła, jaka to miękkość i jaka potęga.

Czy można wyjechać z Alaski? 

Paradoks polega na tym, że o Alasce najwięcej dowiadujemy się wtedy, gdy bohaterowie z niej wyjeżdżają. Dopiero Kalifornia, Nashville czy Omaha pozwalają im zrozumieć, jak głęboko zostali ukształtowani przez miejsce, które przez lata próbowali porzucić. Wyjazd nie staje się więc ucieczką, lecz rodzajem negatywu – dopiero poza Alaską wyraźnie widać jej kontury. Autorka nie pyta, czy można stamtąd odejść. Bardziej interesuje ją, czy można przestać patrzeć na świat oczami człowieka wychowanego nad Kenai.

Trzynaście powiązanych ze sobą opowiadań ze zbioru „Alaskę masz we krwi” tworzy zwartą, wielopokoleniową sagę. Moustakis eksperymentuje ze strukturą, zmienia rejestry narracyjne, sięga po trudną formę drugiej osoby, a każdą z tych prób wygrywa na własnych warunkach. Pokazuje, jak z prozaicznych, codziennych zdarzeń – kłótni z pyskatą nastolatką, picia wódki z brodatymi bratankami, zawodów drwali czy niebezpiecznych dziecięcych zabaw – wyłania się współczesny mit osadniczy.

Dlaczego „Alaskę masz we krwi” działa tak mocno? 

To zbiór, który zachwyca przede wszystkim swoją autentycznością. Twórczyni nie musi niczego wymyślać na siłę, ponieważ sięga do rodzinnych korzeni i pamięci o świecie, w którym dorastała. Dzięki temu jej opowiadania nie są wypreparowanymi historyjkami z warsztatów pisarskich, lecz tętniącymi życiem fragmentami surowej rzeczywistości.

„Alaskę masz we krwi” to debiut wyjątkowo dojrzały, wciągający i duszny pomimo otwartej przestrzeni, w której się rozgrywa. Melinda Moustakis napisała książkę, która stawia czytelnikowi twarde wymagania, ale w zamian oferuje prozę najwyższej próby – czystą, gęstą od znaczeń i przesiąkniętą autentycznym klimatem Północy.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.  

Recenzja "Jakby odór diabła" Laurent Lefeuvre

Czerń, która żyje, i duszne legendy Francji. Przeczytaj recenzję bezkompromisowego komiksu grozy „Jakby odór diabła”.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 64


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Marta Duda-Gryc
 
Premiera: 17 czerwca 2026 rok

Na jednej z plansz ostatniego opowiadania komiksu „Jakby odór diabła”, uwagę przyciągają plakaty z nazwiskami Battaglii, Toppiego i Wrightsona. To detal, który łatwo przeoczyć, ale trudno uznać go za przypadkowy. Laurent Lefeuvre od samego początku pokazuje, z jakiego pnia wyrasta jego rysunek – z tradycji, w której tusz kładzie się grubo, cienie mają swoją fizyczną wagę, a niepokój buduje się mozolną fakturą kreski.

Samo umieszczenie tego obrazu na ścianie wewnątrz świata przedstawionego – jako elementu scenografii – sugeruje,  że obcujemy z dziełem świadomym własnej tradycji. Lefeuvre nie próbuje udawać, że tworzy w próżni. Wskazuje na swoich mistrzów, a potem bierze ich narzędzia, by opowiedzieć nam historię o francuskiej prowincji, która pod cienką warstwą katolickiej pobożności wciąż skrywa pogański, duszny lęk.

Wpływy włoskiej tradycji autorskiego komiksu oraz amerykańskiej klasyki z magazynów typu Creepy czy Eerie widać tu na każdej stronie. Kadry są ciężkie, przeładowane wręcz fizycznym brudem. Rysownik nie boi się gęstego, niemal klaustrofobicznego kreskowania, nakładania na siebie kolejnych warstw plam tuszu. Kunszt francuskiego artysty objawia się w tym, jak genialnie zarządza on tłem. W wielu przypadkach pierwszy plan – postacie, ich gesty, proste czynności – służy jedynie za parawan. Prawdziwe zagrożenie, to metafizyczne i to zupełnie dosłowne, kryje się w głębi kadru. Lefeuvre zmusza nas do wytężania wzroku, do szukania w sękach starych drzew, w załamaniach wiejskiego muru czy w cieniach rzucanych przez płomień świecy kształtów, które mogą (ale nie muszą) być demonicznymi sylwetkami. To rysunek, który wymaga czasu. Nie da się przez te plansze przejść szybko, bo ich gęstość stawia opór.

Ta wizualna strona idzie w parze z niemal całkowitym milczeniem bohaterów. W komiksie praktycznie nie ma klasycznych dialogów, nie ma dymków, które porządkowałyby przestrzeń i dawały czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa. Zamiast tego otrzymujemy narrację z offu. To głos dawnego kronikarza, staroświecki, niespieszny, chwilami wręcz poetycki, który rezonuje w uszach niczym szeptana przy kominku legenda. Autor doskonale rozumie, że w komiksie grozy najgłośniejsze jest to, co niewypowiedziane. Mimika jego postaci – wykrzywione w niemym krzyku usta, puste, zgaszone spojrzenia zmęczonych wieśniaków – mówi o ich wewnętrznym dramacie znacznie więcej, niż byłby w stanie wyrazić jakikolwiek, nawet najlepiej napisany dialog.

Scenariusz albumu, będący adaptacją pięciu opowiadań Claude’a Seignolle’a, zabiera nas w podróż do świata, który z perspektywy współczesnego czytelnika wydaje się całkowicie egzotyczny. Seignolle, wybitny etnograf i badacz ludowych wierzeń, spędził życie na tropieniu demonicznych postaci w opowieściach francuskiej prowincji. Dla niego diabeł nigdy nie był abstrakcyjnym, teologicznym symbolem zła czy rogatą bestią z hollywoodzkich horrorów klasy B. U Seignolle’a – a za nim u Lefeuvre’a – diabeł to siła organiczna, niemal fizyczny element krajobrazu, który przenika do codzienności przez szczeliny w ludzkiej moralności.

Historie zawarte w tomie rozwijają się w sposób, który może zaskoczyć, a nawet zniecierpliwić odbiorcę wychowanego na nowoczesnej, dynamicznej grozie. Tempo jest tu wybitnie powolne, wręcz hipnotyzujące. Lefeuvre nie spieszy się z budowaniem puenty. Pozwala nam najpierw poczuć chłód wiejskiej chaty, poczuć zapach dymu, ziemi i – jak sugeruje tytuł – tego specyficznego, siarkowego odoru, który zwiastuje nadejście nieczystego.

Ta powolność ma jednak swój głęboki cel artystyczny. Pozwala na pełne zanurzenie w świecie przedstawionym, gdzie granica między tym, co racjonalne, a tym, co nadprzyrodzone, ulega całkowitemu zatarciu. Sprawia także, że finałowe rozstrzygnięcia poszczególnych opowieści uderzają ze zdwojoną mocą. Nie jako nagły zwrot akcji, ale jako nieuchronna konsekwencja ludzkich wyborów. Buduje też unikalną relację z czytelnikiem, który staje się nie tyle widzem spektaklu, ile uczestnikiem dawnego rytuału opowiadania bajek.

W tych pięciu opowieściach nadprzyrodzone zło rzadko kiedy jest inicjatorem dramatu. Ono jedynie odpowiada na wezwanie. Prawdziwym potworem okazuje się tu człowiek – jego chciwość, pycha, małostkowość i niezdolność do powstrzymania własnych, prymitywnych instynktów. Diabeł wchodzi do tych domów tylko dlatego, że drzwi zostały mu szeroko otwarte przez samych gospodarzy.

„Jakby odór diabła” to komiks, który stoi w jawnej opozycji do współczesnych trendów rynkowych. W czasach, gdy powieść graficzna coraz częściej skłania się ku publicystyce, zaangażowaniu społecznemu czy introspektywnej psychoterapii, Twórca proponuje powrót do czystej, gatunkowej klasyki. Nie próbuje na nowo definiować horroru, nie sili się na postmodernistyczne dekonstrukcje czy mruganie do czytelnika z pozycji intelektualnej wyższości.

To dzieło, które traktuje swoje źródła z pełną, niemal religijną powagą. Ta powaga dla niektórych może być jednak barierą. Jeśli szukasz w komiksie szybkich odpowiedzi, skomplikowanych psychologicznie portretów czy dynamicznej akcji, ten album może cię rozczarować swoją prostotą. Opowiadania Seignolle’a mają bowiem strukturę przypowieści – są surowe, bezpośrednie i nie bawią się w niuanse tam, gdzie chodzi o odwieczną walkę dobra ze złem.

„Jakby odór diabła” to bez wątpienia jedna z najbardziej klimatycznych premier tego roku na polskim rynku komiksowym. Laurent Lefeuvre stworzył album, który nie tyle się czyta, ile którym się nasiąka. To powrót do czasów, gdy komiks grozy nie musiał być skomplikowanym traktatem filozoficznym, by dotknąć czegoś głęboko niepokojącego w ludzkiej naturze.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.