Wydawca: ArtRage
Liczba stron: 328
Oprawa: twarda z obwalutą
Słowo „wybitna” w odniesieniu do literatury współczesnej bywa dziś rzucane na wiatr, rozdawane z lekkością, która odbiera mu dawny ciężar. Sam jestem ostrożny i unikam wielkich kwantyfikatorów, woląc bezpieczne zachwyty nad sprawnością warsztatu czy wciągającą fabułą. Tym razem jednak trzeba to powiedzieć bez asekuracji i z pełną odpowiedzialnością – „Riddley Walker” Russella Hobana, wydany przez ArtRage w genialnym polskim przekładzie Piotra Siemiona, to dla mnie powieść wybitna. To ciemny, gęsty traktat antropologiczny i postnuklearny esej egzystencjalny, który całkowicie wymyka się ramom jakiejkolwiek gatunkowej definicji.
Gdyby spróbować zamknąć tę książkę w najprostszej szufladzie, użyłbym pewnie słowa postapokalipsa. Oto Anglia dwa tysiące lat po nuklearnym kataklizmie – świecie, który zresetował historię i zepchnął ludzkość z powrotem w mroki raczkującej epoki żelaza. Ludzie żyją tu w małych, ogrodzonych palisadami społecznościach. Zbierają złom, polują i drżą przed sforami krwiożerczych psów. Tak wygląda szkielet, na którym Hoban rozpiął wielopoziomowy labirynt filozoficzny, badający mechanizmy władzy, mitu i tragicznej powtarzalności ludzkiego losu.
Prawdziwym triumfem tej powieści – i rzeczą, która stawia ją w jednym rzędzie z eksperymentami Jamesa Joyce'a czy Anthony'ego Burgessa – jest jej język, znany jako „Riddleyspeak”. Świat po Wielgim BUM uległ nie tylko fizycznej, ale i lingwistycznej atomizacji. Zgodnie z tezą Wittgensteina, że granice mojego języka są granicami mojego świata, bohaterowie Hobana są uwięzieni w rzeczywistości, której nie potrafią w pełni nazwać. To oczywiste, wszak pojęcia z dawnej ery uległy degeneracji. Riddley, dwunastoletni narrator, który zostaje plemiennym wróżbito-tłumaczem, spisuje swoją historię językiem kalekim, fonetycznym, rozbitym na sylaby i zrośniętym na nowo. W tym piaszczystym leju językowym dawna terminologia naukowa, technologiczna i państwowa osunęła się w plebejski bełkot. Zyskała jednocześnie profetyczną, poetycką siłę. Słowo pogromować oznacza u niego planowanie, rodząc oczywiste, mroczne skojarzenia z programowaniem i pogromem. Z kolei mityczny praojciec Jaśniejący Ludzik o imieniu Adom staje się przerażającą hybrydą biblijnego Adama i rozszczepionego atomu. Piotr Siemion dokonał w polskim przekładzie wirtuozerii, tworząc frazę, która pulsuje, stawia opór i zmusza do czytania na głos. Początek jest trudny, ale jak już wejdzie się w ten świat, zmieniamy funkcjonowanie w alternatywny tryb myślenia. Jak dla mnie pewniaczek do wszelkich nagród za tłumaczenie.
Kluczem do interpretacji tego świata jest Legenda o żywocie Jusego. Russell Hoban stworzył ją pod wpływem autentycznego, XV-wiecznego fresku z katedry w Canterbury, przedstawiającego żywot świętego Eustachego. W powieści ta chrześcijańska opowieść mutuje w przerażający mit o upadku ludzkości. Sam Jus łączy w sobie cechy Chrystusa, Prometeusza i Roberta Oppenheimera. Ulegając pokusie poznania, bohater spotyka jelenia. Między rogami zwierzęcia jaśnieje głowa Małego Człowieka – symbol rozszczepionego atomu, czystej i niszczycielskiej energii naukowej. Chęć jej okiełznania sprowadza na świat pierwotną katastrofę. Dla ocalałych ta historia to nowa Księga Rodzaju. To także uniwersalna przestroga przed wiedzą sprytną, czyli technologią odartą z moralności, bezsilną wobec wiedzy mądrej. Mit działa jak mechanizm zbiorowej traumy, paraliżując lękiem i poczuciem winy każdą próbę zmiany obecnego porządku.
Hoban bezlitośnie obnaża przy tym mechanizmy władzy, zaprzęgniętej w służbę totalitarnej kontroli. W świecie po kataklizmie magia, religia i aparat państwowy stanowią jedno. Władzę sprawuje WPan Cfany a oficjalną liturgią państwa stają się wędrowne, propagandowe teatrzyki kukiełkowe. Choć przypominają tradycyjne pokazy Puncha i Judy, nie służą rozrywce. To państwowa msza. Riddley ma za zadanie publicznie i rytualnie tłumaczyć gesty marionetek. Za pomocą tych brutalnych metafor władza legitymizuje nędzę poddanych. Wmawia im, że codzienne cierpienie to jedyna droga do odkupienia dawnych win. Kiedy chłopak zaczyna dostrzegać polityczne szwy tej mistyfikacji i sięga po prawo do osobistej interpretacji, staje się dla systemu śmiertelnym zagrożeniem.
Najbardziej pesymistyczna diagnoza „Riddleya Walkera” dotyczy natury ludzkiego postępu. Pod tym względem Hoban zbliża się do „Władcy Much” Williama Goldinga oraz „Kantyczki dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Człowiek pozbawiony cywilizacyjnego gorsetu nie uczy się na błędach. On je z fatalistyczną precyzją powtarza. W trakcie wędrówki bohaterowie odkrywają składniki mitycznego Żółtego Chłopca. Czytelnik z przerażeniem rozpoznaje tę miksturę: węgiel drzewny, siarka, saletra. Ludzkość wegetująca w błocie i skrajnym ubóstwie nie szuka lekarstw, czystej wody ani lepszych metod uprawy roli. Jej pierwszym, instynktownym odruchem jest rekonstrukcja czarnego prochu. Pętla historii zaciska się na nowo. Postęp techniczny niezmiennie prowadzi do kolejnego samounicestwienia.
Bez „Riddleya Walkera” trudno wyobrazić sobie uniwersum „Mad Maxa”, postnuklearne gry z serii Fallout czy późniejsze literackie wizje Davida Mitchella. Russell Hoban napisał dzieło totalne – wymagające, bolesne i olśniewające. Ta książka wywołuje autentyczne, wewnętrzne drżenie, niczym licznik Geigera nastawiony na promieniowanie czystego geniuszu. Warto rzucić się w tę podróż przez „pszes ostatni ostały za gajnik”. To literatura, która konfrontuje nas z naszą własną przyszłością i zostaje pod skórą na zawsze.


