Recenzja "Strup" Aga Bocian

Emocjonalny rollercoaster osadzony w Toruniu. Sprawdzamy plusy i minusy książki „Strup” Agi Bocian. Czy warto po nią sięgnąć?
Wydawca: Nie Powiem

Liczba stron: 300


Oprawa: miękka
 
Premiera: lipiec 2026 rok

Są w polskiej literaturze obyczajowej tematy, o których nie da się pisać bez ładunku emocjonalnego. Przemoc domowa, próba odbudowy życia po toksycznym związku, cień psychopatii rzucany na dziecko i bezradność systemów wsparcia to materiał niezwykle żywy, wręcz pulsujący. W swojej najnowszej powieści „Strup” (będącej kontynuacją „Rany”). Aga Bocian sięga właśnie po tę bolesną materię. Ponownie osadza losy bohaterów w klimatycznym, autentycznym Toruniu.

Dostajemy tu historię dwóch kobiet – Igi, która walczy o spokój własny i dzieci po odejściu od agresywnego męża oraz Małgorzaty, próbującej przetrawić żałobę po stracie syna w środowisku osób bezdomnych. I trzeba autorce oddać, że intencja oraz psychologiczny fundament tej powieści zasługują na słowa uznania. Bocian nie boi się poruszać kwestii trudnych, o których wciąż mówi się za mało. Przekonująco i uczciwie pokazała mechanizm subtelnego zastraszania i to, jak uwikłanie w konflikt rodziców rezonuje na małych dzieciach. Szkoda tylko, że ta bez wątpienia ważna opowieść miejscami cierpi z powodu warsztatowych skrótów.

Trudno o zbiór bardziej wyrazistych intencji społecznych, ale jako czytelnik muszę rozliczyć książkę nie tylko z tego, o czym opowiada, lecz także jak to robi. A w „Strupie” konstrukcja literacka zbyt często ustępuje miejsca podręcznikowemu melodramatyzmowi.


Pierwszym zgrzytem jest nadmiar patosu. Łzy u bohaterów nie są tu akcentem. One pojawiają się na łamach prozy niemal co kilkanaście stron, doprowadzając do pewnego stępienia wrażliwości czytelnika. Zamiast budować napięcie podskórnie, autorka decyduje się na stałe serwowanie maksymalnych rejestrów emocjonalnych. Co więcej, ta chęć natychmiastowego wzruszenia czytelnika prowadzi czasem do inscenizacyjnej sztuczności. Najlepszym przykładem jest scena, w której mała Mania po raz pierwszy w książce dostaje pełniejszy głos. Zamiast naturalnego, dziecięcego dialogu otrzymujemy precyzyjnie uszytą inscenizację zabawy lalkami, w której kilkulatka de facto referuje nieudane małżeństwo po to tylko, by na zapotrzebowanie fabuły „łzy jak grochy popłynęły po policzkach”, a serce Igi znów uległo ściśnięciu. To scenariuszowy chwyt tak jawnie zaprojektowany pod rozpacze czytelnika, że z miejsca traci swój autentyzm.

Druga sprawa to dosłowność. W tej prozie niemal wszystko jest dopowiedziane, nazwane i wyłożone. Brak tu miejsca na podtekst, niedomówienie czy czytelnicze wyobrażenie sobie reszty z zachowań postaci. Są strony, które można byłoby bez straty dla czytelnika wyciąć dosłownie w całości. Kolejna toruńska ulica czy tekst piosenki niekoniecznie wnoszą coś wartościowego do historii.

Warto też zwrócić uwagę na samą warstwę językową i kompozycyjną. Druga bohaterka, Małgorzata, i jej wątek poszukiwania prawdy w środowisku osób bezdomnych, miał ogromny potencjał na zbalansowanie historii Igi. Niestety, potraktowano go marginalnie, ucinając jego głębię na rzecz finałowej, pospiesznej konkluzji.

Pod względem stylistyki zauważalne są również pewne powtarzalne matryce zdaniowe. Czasami na jednej stronie (jak chociażby na pięćdziesiątej drugiej w mojej wersji ebooka) powracają natrętnie te same konstrukcje i te same słowa-klucze (ze stałą natarczywością słowa „sprawiały”). To kolejny dowód, że redakcyjnie nie zrealizowano tu pracy w 100%.

Czy „Strup” to książka zła? Nie, absolutnie nie. To pozycja, która z pewnością znajdzie – i już znajduje – rzesze odbiorców szukających w literaturze obyczajowej mocnych, bezpośrednich wzruszeń oraz wsparcia w przepracowywaniu własnych traum. Aga Bocian ma świetne wyczucie ludzkiego cierpienia i empatię, której nie da się kupić. Zaręczam także, że mimo kilku wad czyta się ją z satysfakcją.

Jeśli szukacie historii z Ważnym Przesłaniem, osadzonej w polskich realiach, która dotyka spraw przemocy domowej z dużą dawka emocjonalnego ładunku – to lektura, po którą warto sięgnąć. Jeśli jednak w literaturze szukacie językowej powściągliwości, niedomówień i perfekcyjnie oszlifowanego warsztatu, „Strup” może okazać się dla Was pozycją miejscami zbyt dosłowną i schematyczną.

Recenzja "Przechodząc, odciskam ślady łap" Grzegorz Pul

Koty, fizjologia i spieniony żwirek. Przeczytaj recenzję bezpretensjonalnej prozy Grzegorza Pula „Przechodząc, odciskam ślady łap”.
Wydawca: Nie Powiem

Liczba stron: 192


Oprawa: miękka
 
Premiera: maj 2026 rok

Żyjemy w czasach, w których literatura felinologiczna przeżywa swój boom. Rynek wydawniczy zalała fala kocich pozycji. Półki księgarń uginają się od japońskich powieści, w których melancholijne mruczki serwują kawę w osiedlowych kawiarniach i pomagają odnaleźć sens życia. Ale o kotach piszą też w innych regionach świata. Popularny sierściuch stał się ostatecznym symbolem popkulturowego spokoju, obiektem kultu na TikToku i uniwersalnym wytrychem do serc czytelników.

Kiedy więc do rąk wpada mi kolejna polska proza o tym, jak to zwierzę zmienia życie człowieka, włącza mi się od razu czujnik sceptyka. Spodziewałem się taniej psychologii, wyidealizowanych obrazków z instagramowego mieszkania i poetyckich zachwytów nad różowymi poduszkami na łapkach. Podchodziłem więc do „Przechodząc, odciskam ślady łap” Grzegorza Pula jak do jeża i szczerze wątpiłem, czy w ogóle dotrwam do ostatniej strony.

A jednak dotrwałem. I powiem więcej, czytało mi się to nadzwyczaj dobrze. Dlaczego? Bo największa siła tej książki nie leży w żadnych wyżynach literackiej formy, lecz w pełnym autoironii, twardym realizmie. Pul nie pisze wierszy na cześć absolutnej harmonii z naturą. Zamiast tego z rozbrajającą szczerością wrzuca nas w sam środek codzienności.

Wystarczy spojrzeć na fragmenty, w których autor bez zbędnej pruderii opisuje potyczki z fizjologią swoich podopiecznych. Przeboje z biegunkami kotki Miśki, wyrywające ze snu o erotycznym baraszkowaniu brutalnym atakiem fetoru, czy autorska klasyfikacja „gungułów” i „kalabraków” dowodzą jednego – Pul nie koloryzuje. Mieszkanie z kotem to nie jest ciągła medytacja w blasku świec. To nieustanny stan pogotowia, walka z unoszącym się w powietrzu kurzem ze żwirku i godzenie się z faktem, że od tej pory twoje ubrania zawsze będą w połowie składały się z cudzego futra.

Dwa plany czasowe – jeden tradycyjnie opowiadający o kolejnych latach z kotką Dziubą i resztą ferajny, drugi bardziej emocjonalny i skondensowany – nadają tej z pozoru prostej historii ładną, nienachalną dynamikę. Czyta się to dobrze i szybko.

Gdybym jednak miał udawać surowego krytyka i za wszelką cenę poszukać wad tej książki, to powiedziałbym, że Grzegorz Pul popełnia tu kardynalny grzech przesadnej uległości wobec podmiotu lirycznego. Przecież ta książka to w gruncie rzeczy drobiazgowo spisana kronika całkowitej, bezwarunkowej kapitulacji gatunku Homo sapiens przed paroma kilogramami futra i pazurów! Autor próbuje udawać gospodarza domostwa, ale czytelnik błyskawicznie orientuje się, że ma do czynienia z traktatem o syndromie sztokholmskim. Pul nie opisuje wychowania kota – on z masochistyczną przyjemnością dokumentuje proces reformatowania psychiki, w którym pobudka o czwartej rano czy rezygnacja z własnych planów na rzecz profilaktyki weterynaryjnej stają się nową normą społeczną. Tyle że... czy jakikolwiek kociarz postąpiłby inaczej? Cała ta uległość nie jest słabością warsztatu, lecz siłą tej opowieści – jest po prostu rozbrajająco prawdziwa.

Druga „wada”? Ta proza jest przezroczysta. Brak tu wielkich metafor, eksperymentów ze stylem czy intelektualnych fikołków. Jeśli szukacie głębokich traktatów o egzystencji – pomyliliście adresy. To książka prosta, momentami wręcz banalna językowo. Ale i tu kryje się pułapka, bo ta pozorna zwyczajność działa bezbłędnie. Zaczynasz czytać dla rozrywki, a po chwili łapiesz się na tym, że przeglądasz się w tej historii jak w lusterku.

„Przechodząc, odciskam ślady łap” broni się czymś, czego nie da się kupić na warsztatach z pisania – autentycznością i niezwykłym wyczuciem rytmu codzienności. To nie jest wielka literatura, która zdobędzie Nike, ale dokładam ją na półkę udanych, ciepłych i bezpretensjonalnych opowieści godnych polecenia.

I choć finałowe partie uderzają w nostalgiczne i trudne nuty związane z odchodzeniem zwierzęcia – i robią to nadzwyczaj trafnie – z całości wyłania się obraz po prostu dobrego, zwariowanego życia. Daje radę. Nawet jeśli przed lekturą myślałeś, że o kotach napisano już o trzy tysiące książek za dużo.

Recenzja "Strup" Aga Bocian