Wydawca: Mandioca
Liczba stron: 400
Oprawa: twarda
William Faulkner napisał kiedyś w „Requiem dla zakonnicy”, że „przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Trudno o celniejsze zdanie, które trafiałoby w samo serce monumentalnej powieści graficznej Tessy Hulls „Nakarmić duchy”. Komiks ten – doceniony w 2025 roku Nagrodą Pulitzera oraz prestiżową Nagrodą Eisnera – wpisuje się w ten sam nurt wielkiej literatury rozliczeniowej, co pamiętny „Maus” Arta Spiegelmana. Jednak tam, gdzie Spiegelman używał zwierzęcej metafory do opowiedzenia o pożodze Holokaustu i połamanej relacji z ojcem, Hulls idzie krok dalej. Tworzy bezkompromisowy, wielopokoleniowy esej o dziedziczeniu strachu i emocjonalnej cenie ucieczki.
„Nakarmić duchy” nie są jednak ani tradycyjnym komiksem historycznym, ani zwykłą autobiografią. To rzecz o trzech kobietach z jednej rodziny, nad którymi historia XX wieku wykonała wyrok z odroczonym zapłatą. Najstarsza z nich, Sun Yi, była niezależną dziennikarką w Szanghaju, która po zwycięstwie komunistycznej rewolucji Mao Zedonga w 1949 roku stała się celem bezustannych inwigilacji i szykan. Po ucieczce do Hongkongu wydała bestsellerowe wspomnienia, po czym – pod ciężarem nagromadzonych traum – doznała głębokiego załamania psychicznego. Jej córka, Rose, dorastała w cieniu szpitali psychiatrycznych, ucząc się życia w nieustannym przerażeniu, które później bezwiednie przełożyła na relację ze swoją córką, Tessą. Najmłodsza z rodu, autorka komiksu, przez całą młodość próbowała uciekać na sam koniec świata – aż po arktyczne pustkowia – byle tylko wyrwać się z dusznego klimatu rodzinnego domu.
Sposób, w jaki Hulls buduje swoją opowieść, przywodzi na myśl najlepsze tradycje prozy biograficznej i powieści graficznej spod znaku „Persepolis” Marjane Satrapi. Podobnie jak Satrapi, autorka wplata wielką politykę – rewolucję, Wielki skok naprzód, kolonialny Hongkong – w intymny, wręcz podwórkowy wymiar ludzkiego cierpienia. Jednak u Hulls historyczne tło nie służy jedynie do edukowania czytelnika. Ono staje się matrycą, która odkształca ludzką psychikę. Autorka rozbiera na części pierwsze mechanizmy psychologiczne, zbliżając się do tego, co w prozie robił W.G. Sebald – zaciera granicę między pamięcią indywidualną a zbiorową. Pyta o to, ile z naszego dzisiejszego lęku należy do nas, a ile jest jedynie echem przeżyć naszych przodków.
Dobrym przykładem tej metody jest jedna z wczesnych stron komiksu, gdzie Hulls opowiada o regionie pochodzenia swojej rodziny — słynącym, jak pisze, z „ogrodów, wierszy i kobiet". W rogu kadru umieszcza prawdziwe zdjęcie młodej Sun Yi, a obok rysuje siebie, wskazującą je palcem, jakby chciała fizycznie dotknąć dowodu na istnienie babki sprzed własnych narodzin. To najbardziej sebaldowski gest w całej książce. Nie dlatego, że Hulls zaciera granicę między dokumentem a fikcją, jak robił to autor „Austerlitz". Pyta o coś innego – kto ma prawo narysować cudzą przeszłość na nowo, mając do dyspozycji jedno ziarniste zdjęcie i garść rodzinnych opowieści z drugiej ręki.
To, co czyni ten tom dziełem tak osobnym i gęstym, to bezpardonowe połączenie formy graficznej z niemal akademicką dociekliwością. Kadry Hulls, wykonane ostrą, czarno-białą kreską nawiązującą do tradycyjnego linorytu, przypominają wizualne poematy. Autorka ucieka od czystego realizmu na rzecz potężnych metafor. Kiedy ilustruje obłęd babki czy dławiącą miłość matki, obrazy stają się wręcz fizycznie przytłaczające. Skojarzenia z Fransem Masereelem i Käthe Kollwitz nie są tu przypadkowe, choć oboje odsyłają do czegoś innego. Od Masereela Hulls bierze wizualny rytm. Jej czarna, cięta kreska buduje gęste kadry o sekwencyjnej dynamice. Od Kollwitz – autorki wstrząsających portretów zgiętych pod ciężarem wojny matek – bierze coś głębszego. To przekonanie, że to właśnie kobiece ciało jest najbardziej wiarygodnym świadkiem historii. Gdy Hulls rysuje obłęd babki lub dławiącą miłość matki, nie ilustruje po prostu emocji. Stosuje tę samą logikę, co Kollwitz w swoich pracach o żałobie. Twarz i sylwetka stają się u niej polem bitwy. Rozgrywa się na nim to, czego same słowa nie potrafią unieść.
Jednocześnie „Nakarmić duchy” bywają pozycją bezlitosną dla czytelnika. To lektura wymagająca ogromnego skupienia. Hulls jest narratorką obecną na każdej stronie – nieustannie komentuje, podważa własne wnioski, cytuje archiwalne depesze dyplomatyczne i zderza ze sobą sprzeczne relacje. Momentami biografia przeradza się tu w gęsty esej socjologiczny, a tempo akcji zwalnia. Nie ma jednak mowy o pomyłce czy braku warsztatu. Ta strukturalna trudność jest celowym zabiegiem. Ma odzwierciedlać mozolny, bolesny proces terapeutyczny, jaki autorka musiała przebrnąć przez niemal dekadę pracy nad albumem.
Udało jej się stworzyć rzecz bardzo dobrą. Książkę, która nie daje łatwych odpowiedzi i nie serwuje hollywoodzkiego catharsis. Podobnie jak w „Mausie”, konkluzja nie przynosi cudownego uzdrowienia wszystkich ran, lecz daje coś znacznie cenniejszego – zrozumienie i akceptację. „Nakarmić duchy” to rzadki przypadek komiksu, który przekracza granice swojego medium i staje się po prostu uniwersalną literaturą o próbie odzyskania własnego życia z rąk przeszłości.


