Wydawca: Ha!art
Liczba stron: 160
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wyrzucić z mieszkania meble, obciąć włosy na jeża, rzucić adwokaturę, zostawić męża i zamienić paryski salon na dziesięć euro dziennie w kieszeni – narratorka „Play boya” nie bawi się w półśrodki. Powieść Constance Debré (Wydawnictwo Ha!art, tłum. Jakub Polaszczyk) to konstruowana na fundamencie biografii autorki (wywodzącej się z samej góry francuskiej arystokracji politycznej) literatura spod szyldu autofikcji. To zaprojektowany z zimną krwią dziennik radykalnej odmowy i coming outu podany bez grama cieniowania.
Od strony stricte warsztatowej trzeba Debré oddać jedno – pisać to ona potrafi. Nie ma tu ani grama literackiego przepychu. Sentymentalizm został wycięty ze zdań niczym zbędna tkanka, a sama narracja mknie jak pociąg TGV. Jej styl przypomina sprawozdanie sądowe połączone z tnącymi jak brzytwa aforyzmami. Minimalizm językowy Francuzki działa w pełnej harmonii z formą. Skoro narratorka zrzuca z siebie kolejne warstwy społecznych ról (żony, matki, prawniczki), to rygorystycznej redukcji musi ulec także sam język. Pod względem formalnym to proza niesamowicie sprawna, bezkompromisowa i poprowadzona z żelazną konsekwencją.
Problem w tym, że cały ten formalny zamysł rozbija się o ścianę, gdy przyjrzeć mu się z perspektywy czytelnika stojącego całkowicie poza światem paryskiej bohemy i arystokratycznych przywilejów. Jako blisko 40-letni mężczyzna i ojciec powiem wprost – ta książka nie zrobiła na mnie większego wrażenia, a losy kreowanej na kartach powieści postaci od pierwszych do ostatnich stron były mi całkowicie obojętne. Problemy, które Debré porusza, a więc wypalenie dotychczasową rolą, kryzys małżeństwa, zmiana tożsamości w dorosłości czy konflikt między dążeniem do absolutnej autonomii a odpowiedzialnością za bliskich – są same w sobie uniwersalne. Jednak sposób, w jaki zostają przeżyte i przedstawione przez bohaterkę, pozostaje tak silnie zakorzeniony w jej klasowym przywileju, że niezmiernie trudno było mi uznać je za własne. Rozterki kobiety po czterdziestce, która nagle odkrywa, że jej poukładane życie to ckliwa ściema, a sobotnie zakupy i gotowanie obiadów to strata czasu, w realiach tej narracji brzmią jak kaprys kogoś, kto po prostu może pozwolić sobie na taki bunt. Debré deklaruje zrzucenie przywilejów, ale w tym upadku na dno czuć protekcjonalny snobizm. Chociażby wtedy, gdy bohaterka z góry ocenia koszyki zakupowe w supermarkecie albo skrajnie krytykuje styl życia kochanki jako zbyt mieszczański.
Samo ukształtowanie postaci narratorki budzi zresztą spory opór. To znany literacki typ chłodnego cynika, ale Debré robi z nim coś nietypowego. Mianowicie konsekwentnie odmawia mu psychologicznego rozgrzeszenia. Nie dostajemy tu taniej rehabilitacji, usprawiedliwiania traumą z dzieciństwa ani pocieszenia, że w głębi duszy jest to przecież dobra osoba. Narratorka demoluje relacje z bliskimi, zrywa związki SMS-em i bywa okrutnie egoistyczna.
Część krytyków zachwyca się tą konstrukcją, widząc w chłodzie narratorki nie emocjonalną pustkę, ale misterną strategię – sposób na ukrycie lub przetworzenie bólu poprzez przeniesienie całego napięcia na rytm zdań i surowe czasowniki. Wyobrażam sobie to odczytanie, ale dla mnie ta strategia emocjonalnego wycofania nie odsłoniła ukrytej głębi, lecz z czasem zamieniła się po prostu w monotonię. Jej seksualne podboje, skatalogowane bez emocji niczym pozycje w rejestrze sądowym, z biegiem stron tracą jakąkolwiek siłę rażenia. Zresztą to po prostu nie moje życie, nie moje problemy.
Debré ma świetne pióro i precyzyjnie operuje minimalistyczną formą, ale przyjęta przez nią metoda narracyjna tworzy dystans nie do przebycia. Przeczytane, docenione za warsztatowy rygor i bez żalu odłożone na półkę.

