Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah

"Upadek i serce" Siti Rukiah
Wydawca: PIW

Liczba stron: 136


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Marianna Lis
 
Premiera: 13 maja 2026 rok

W literaturze narodowowyzwoleńczej istnieje pewien uświęcony, uniwersalny algorytm.  Jednostka musi w nim stopić się z tłumem, a intymny afekt ustąpić miejsca zbiorowej sprawie. Kiedy w 1950 roku indonezyjska pisarka Siti Rukiah publikowała powieść „Upadek i serce” (znaną w oryginale jako Kedjatuhan dan Hati), dokonała aktu drastycznej dywersji wobec tego paradygmatu. Zamiast spiżowego pomnika rewolucji, Państwowy Instytut Wydawniczy – w świetnym tłumaczeniu Marianny Lis – zaoferował nam tekst, który historię wielkich geopolitycznych przesunięć ogląda przez mikroskop kobiecej neurozy, rozczarowania i permanentnego poczucia obcości.

Żeby być przy tym uczciwym już od początku. W mojej opinii Rukiah nie napisała dzieła wybitnego w sensie formalnym. Mamy za to książkę bezlitośnie uczciwą, której największa siła tkwi w jej programowej szorstkości.

Główna bohaterka, Susi, to dziewczyna z jawajskiej klasy średniej, uwięziona w specyficznej próżni. Z jednej strony paraliżuje ją domowe, mikro-piekło zarządzane przez despotyczną, materialistyczną matkę. Z drugiej  dusi ją rzekomo wyzwoleńczy ruch partyzancki, do którego ucieka w poszukiwaniu autonomii.

Rukiah skutecznie demaskuje mit rewolucji jako wielkiego emancypatora. Susi, obcinając włosy i wstępując do Czerwonego Krzyża, a później do leśnych oddziałów partyzanckich, szybko orientuje się, że zmiana sztandarów nie narusza fundamentów patriarchatu. Narodowe przebudzenie Indonezji rodzi się w potwornych bólach, a język rewolucyjnych manifestów okazuje się dla kobiet kolejną klatką.

Najbardziej hipnotyzującym motywem powieści jest wątek „czerwieni”, a więc koloru, który ulega fascynującej, semantycznej degradacji. Z początku to barwa rewolucyjnego zrywu, krwi i młodzieńczej miłości pod czerwonym księżycem. Z czasem jednak ta czerwień blaknie, zostawiając po sobie jedynie posmak popiołu i poczucie zdrady samą siebie.

Konstrukcyjnie powieść opiera się na gęstym, niemal publicystycznym starciu idei, ucieleśnionym w relacji Susi z Lukiem – komunistycznym ideologiem i partyzantem. I to właśnie w tym miejscu ujawnia się największy problem artystyczny „Upadku i serca”. Rukiah bywa pisarką nieznośnie deklaratywną. Zamiast subtelnego dramatu psychologicznego, czytelnik otrzymuje momentami rwane, naskórkowe passusy, w których bohaterowie zamieniają się w nośniki określonych idei.

Luk wykłada marksistowskie traktaty o uciemiężeniu proletariatu przez plantatorów, Susi odpowiada mu naiwnym, wręcz neurotycznym uniwersalizmem opartym na lekturach Tołstoja czy Tagore. Ta dyskusja o roli sztuki i polityki bywa sztuczna, a sama Susi w swojej wiecznej pretensji do świata i niezdolności do empatii, potrafi czytelnika głęboko zirytować. Jej bunt bywa niedojrzały, a ucieczka w ramiona tradycyjnego małżeństwa (by ukryć nieślubną ciążę), nosi znamiona melodramatycznego skrótu.

Rukiah najciekawiej buduje portrety psychologiczne nie wprost, ale poprzez kontrast trzech sióstr, z których każda próbuje przetrwać ten dziejowy i rodzinny koszmar na własnych warunkach. Mamy więc Linę, która wybiera absolutny konformizm i idzie ścieżką wytyczoną przez despotyczną matkę. Kupuje pozorny spokój za cenę małżeństwa z bogatym handlarzem. Na drugim biegunie stoi Dini – radykalna, bezkompromisowa rebeliantka, która na zawsze zrywa z toksycznym domem, obcina włosy, odrzuca tradycyjne gorsety obyczajowe i szuka niezależności ekonomicznej w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

I wreszcie Susi, nasza główna bohaterka, zawieszona w próżni między tymi dwoma radykalizmami. Nie potrafi bezmyślnie milczeć jak Lina, ale brakuje jej też twardości i fanatyzmu Dini. Jej bunt jest intuicyjny, pełen wahań, napędzany neurozą i ciągłą potrzebą miłości. Miotając się między rewolucyjnymi ideałami a głęboko zakorzenioną potrzebą tradycyjnego bezpieczeństwa, Susi staje się najbardziej tragiczną figurą tej opowieści – człowiekiem, który nigdzie nie potrafi zapuścić korzeni.

To potrójne pęknięcie pokazuje, że rewolucja w Indonezji miała tak naprawdę wiele twarzy, a ta najbardziej bolesna rozgrywała się za zamkniętymi drzwiami jawajskich domów. Niestety, ten psychologiczny kalejdoskop cierpi na chroniczny brak literackiego oddechu. Powieść jest zbyt krótka, zbyt skondensowana. Rukiah jedynie uchyla drzwi do psychologicznego piekła tych kobiet, po czym gwałtownie je zatrzaskuje, pędząc za tykającym zegarem historii (od okupacji japońskiej po powrót Holendrów w 1949 roku).

W rezultacie wiele wątków sprawia wrażenie nieoszlifowanych fragmentów większej całości, która nigdy nie powstała. Częściowo dlatego, że reżim Suharto na dekady wymazał autorkę z indonezyjskiego panteonu.

Mimo tych narracyjnych niedociągnięć, „Upadek i serce” broni się jako bezcenny i bolesny dokument epoki. To proza szorstka, momentami niezgrabna, ale uderzająca rzadką w latach 50. odwagą obyczajową. Finałowy obraz Susi, która kupuje swojemu dziecku czerwone zabawki w domu męża, to potężna, gorzka metafora kapitulacji. Rukiah stworzyła książkę, która nie zachwyca perfekcją formy, ale fascynuje jako zapis rozpaczy jednostki, która zrozumiała, że w trybach wielkiej historii jej własne życie nigdy nie będzie należało do niej.

Recenzja "Prawo powszedniego ciążenia" Marianne Fritz

Wybitny debiut doceniony przez Jelinek. Radykalna, bezkompromisowa proza w duchu Kafki i Musila. Czy warto podjąć wyzwanie?
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 128


Oprawa: miękka
 
Tłumaczenie: Małgorzata Gralińska
 
Premiera: maj 2026 rok

Wszystko zaczyna się od nerwowego, bezgłośnego chichotu i mechanicznie powtarzanej frazy: „No tak. No tak”. To oszczędny, niemy krzyk Berty Kschyk (z domu Faust) – bohaterki, którą austriacka pisarka Marianne Fritz rzuca w duszne kleszcze powojennej rzeczywistości. W nagrodzonym Nagrodą im. Roberta Walsera debiucie „Prawo powszedniego ciążenia” nie ma miejsca na bezpieczny dystans. Autorka rezygnuje z publicystycznego patosu na rzecz radykalnej, formalnej dyscypliny, która niemal fizycznie przygniata czytelnika.

Losy Berty śledzimy na przestrzeni osiemnastu lat – od granicznego roku 1945 aż po styczeń 1963. W powojennej Austrii, pod dumną powierzchnią gospodarczej odbudowy i powrotu do rzekomej normalności, rozgrywa się cichy, intymny horror. Przytłoczona pragmatyzmem otoczenia i emocjonalnym chłodem bliskich, Berta osuwa się w absolutną psychiczną izolację.

Tytułowe „prawo powszedniego ciążenia” to w świecie Fritz nic innego jak bezwzględna grawitacja egzystencji. To nieubłagany ciężar społecznych ról, narzuconych norm i wojennej traumy, które determinują jednostkę znacznie silniej niż jej własna wola. Dla Berty jedynym momentem ulgi staje się sen jej dzieci. To właśnie wtedy, gdy śpią, nie są jeszcze dotknięte przez modelujące i kształtujące łapy życia. Kiedy jednak system daje jej jasno do zrozumienia, że jej dzieci to kolejne beznadziejne przypadki, Berta podejmuje desperacki, makabryczny akt, by uchronić je przed nieuchronnym walcem historii.

Ta niewielka objętościowo powieść wchodzi w fascynujący dialog z tradycją wielkiej moderny. Konstrukcyjnie i klimatycznie budzi natychmiastowe skojarzenia z osaczającym światem Franza Kafki oraz duszno ustrukturyzowanymi uniwersami Roberta Musila czy Jamesa Joyce'a. Fritz buduje narrację, która nieustannie pętli czas, porusza się płynnie między przeszłością a teraźniejszością. Przypomina to gęstą, niepokojącą mgłę, w której bohaterowie (i sam czytelnik) muszą poruszać się powoli, niemal po omacku.

Uderza też udany kontrast postaci. Z jednej strony mamy rezolutną, hiperaktywną przyjaciółkę Wilhelminę, która z przerażającym pragmatyzmem przejmuje kolejne sfery życia Berty (włącznie z jej mężem, Wilhelmem). Z drugiej samego Wilhelma, szofera i cynika, który swój egzystencjalny konformizm przyprawia uległością, byle tylko nie dostrzec pęknięć na fasadzie rodzinnej idylli. Fritz z bolesną precyzją operuje symbolami. Łańcuszek z małą Madonną staje się tu fetyszem i jedyną kotwicą dla obłąkanej bohaterki, a nazwiska bohaterów (Faust jako pięść, Schrei jako krzyk) brzmią niezwykle wymownie w zestawieniu z ich surowymi, wypranymi z głębszych emocji dialogami.

Warto jednak przy tych wszystkich monumentalnych kontekstach zachować krytyczną czujność i uczciwie określić status tego tekstu. Choć Elfriede Jelinek widziała w pisarce geniusza, a krytycy słusznie stawiają ją obok najwybitniejszych twórców nowoczesności, „Prawo powszedniego ciążenia” nie jest lekturą łatwą ani jednoznaczną w odbiorze.

Jej ostentacyjne łamanie zasad składniowych, chłód opisu i rezygnacja z tradycyjnej psychologizacji nie pozostają bez echa dla postaci. Bohaterowie momentami wydają się bardziej konstruktami językowymi niż ludźmi z krwi i kości. Ta radykalna bezkompromisowość formy, która później doprowadziła Fritz do stworzenia gigantycznych makro-powieści, tutaj jest jeszcze ujęta w karby dyscypliny. Jednakże już teraz potrafi zmęczyć swoją monotonią i hermetycznością. To literatura, która celowo rani i odpycha czytelnika, zamiast go wciągać.

Być może jednak najciekawsze w tym debiucie nie są podobieństwa do Kafki, Musila czy Joyce'a, lecz to, co od początku okazuje się niepodrabialne. Marianne Fritz nie buduje świata opartego na spektakularnych konfliktach ani wielkich ideach, lecz na drobnych przesunięciach w języku, powtórzeniach, obsesjach i pęknięciach codzienności. Jej bohaterowie nie tyle działają, ile są powoli modelowani przez niewidzialne siły społeczne, rodzinne i historyczne. Charakterystyczne jest również szczególne napięcie między chłodem narracji a ogromnym ładunkiem emocjonalnym ukrytym pod powierzchnią tekstu. Tam, gdzie wielu pisarzy opisywałoby cierpienie wprost, Fritz pozostawia po nim jedynie ślady (urwane frazy, natrętne gesty, mechaniczne powtórzenia).

Mimo tych formalnych barier (które można i należy traktować jako świadomy dobór modelu pisania), debiut Marianne Fritz pozostaje dziełem o porażającej intensywności. To mroczne, powściągliwe zstąpienie do piekła ludzkiej psychiki, gdzie między wierszami pulsuje to, co niewypowiedziane. Polski przekład tej książki przywraca naszej debacie literackiej głos osobny i potężny. Traktuję „Prawo powszedniego ciążenia” jako przypowieść o śmiercionośnym znaczeniu codzienności.

Recenzja "Śpiątko" Julia Śliwowska

"Śpiątko" Julia Śliwowska
Wydawca: Wydawnictwo JanKa

Liczba stron: 132


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 17 kwietnia 2026 rok

Współczesna literatura cierpi na nadmiar diagnostów, którzy kryzys dwudziestolatków próbują zamknąć w zgrabnych, socjologicznych tabelkach. Pokolenie Z doczekało się już setek publicystycznych etykiet o przebodźcowaniu, lęku przed przyszłością i alienacji w świecie przepełnionym materialnym komfortem. Rzadko jednak te diagnozy mają w sobie gęstość prawdziwej prozy.

Julia Śliwowska w swoim debiucie „Śpiątko” wykonuje w tym kontekście gest radykalny. Zamiast pisać kolejny manifest o depresji młodych dorosłych, przepisuje ich egzystencjalny impas na unikalny, oniryczny język. To taka proza, w której realizm nieustannie zderza się z absurdem.

Otrzymujemy historię bezimiennej dziewczyny, która po obronie licencjatu z polonistyki utknęła w egzystencjalnej próżni. Mieszka z rodzicami, nie ma pracy i balansuje w zawieszeniu między domowym gniazdem a lękiem przed wejściem w wytyczone przez system koleiny. Jej jedynym, rozpaczliwym buntem staje się próba wywalczenia prawa do snu.

Kiedy jawa okazuje się nieprzyswajalna, a głowę rozsadza gonitwa myśli, ratunkiem staje się zakupiony przez internet materac na kółkach. To przedziwne narzędzie lokomocji pozwala jej uciekać w wymiar, gdzie rzeczywistość można wreszcie rozszczelnić, a ból istnienia znieczulić chemicznym snem po zolpidemie.

W literackim pokrewieństwie tej książki kryje się coś znacznie głębszego niż tylko inspiracja powieścią Ottessy Moshfegh „Mój rok relaksu i odpoczynku”. O ile u Moshfegh hibernacja bohaterki była cynicznym, wielkomiejskim gestem odcięcia od nowojorskiego blichtru, o tyle u Śliwowskiej bezsenność ma w sobie surowość bliższą „Człowiekowi, który śpi” Georgesa Pereca. To ten sam rodzaj radykalnego wycofania, w którym ciało odmawia współpracy z terroryzującym je światem.

To zresztą nie jedyne skojarzenie, jakie miałem podczas lektury. Mobilny mebel Śliwowskiej wchodzi w fascynujący dialog ze słynnym, ciężkim fotelem Alfreda Lamberta z „Korekt” Jonathana Franzena. U amerykańskiego pisarza ten monumentalny skórzany fotel w piwnicy był szańcem starego patriarchy uciekającego przed Parkinsonem i tyranią codzienności. Śliwowska ironicznie tłumaczy ten motyw na język Pokolenia Z (może świadomie, a może nie).

Ciężki, zakorzeniony w podłodze mebel zamienia się w lekki, mobilny materac. Alfred Lambert potrzebował stabilności, by bronić swojej gasnącej tożsamości. Bezimienna dwudziestolatka potrzebuje mobilności w swoim wycofaniu. Jej materac dryfuje razem z nią, pozwalając jej uciekać na leśne polany i w zakamarki miasta.

Oba te rekwizyty pełnią jednak tę samą tragiczną funkcję – są prywatnymi wyspami kapitulacji, na których ciało i umysł odmawiają posłuszeństwa zewnętrznym systemom. Jeden bohater u schyłku życia, druga na jego starcie, oboje szukają azylu przed wymaganiami rzeczywistości.

I na zakończenie skojarzeń jeszcze film. Wizualnie ta proza momentami przypomina duszną, hipnotyzującą atmosferę „Schronienia” Todda Haynesa. Tam bohaterka grana przez Julianne Moore chorowała na współczesną cywilizację – tutaj bezimienna studentka choruje na rzeczywistość, która nie pozwala jej odpocząć. Nadwrażliwość dziewczyny jest tak potężna, że nawet struktura białka kurzego jaja podczas śniadania staje się tematem dogłębnej, niemal bolesnej analizy.

Warto jednak przy tych wszystkich imponujących kontekstach zachować czytelniczy umiar i pamiętać, czym „Śpiątko” jest w swojej esencji. To wciąż kameralny, niespełna stustronicowy debiut, a nie monumentalny traktat egzystencjalny. Śliwowska momentami bywa bezradna wobec własnego konceptu – ucieczka w sen bywa monotonna, a niektóre metafory wpadają w estetyzującą manierę. Tam, gdzie czytelnik chciałby głębszej psychologii, autorka czasem ucieka w bezpieczną, ironiczną pozę, przez co ból bohaterki bywa zbyt gładki, wręcz instagramowy. Wszystkie te wielkie literackie duchy krążą nad tą książką bardziej jako intuicyjne drogowskazy niż równorzędni partnerzy w dialogu. To obiecująca próbka talentu, głos wyróżniający się z tłumu polskich debiutantów (którzy bardzo często stawiają za bardzo na formę), ale nadal czekający na pełne rozwinięcie.

Najciekawsze w „Śpiątku” jest jednak to, jak Śliwowska redefiniuje klasyczny schemat powieści inicjacyjnej. Zamiast tradycyjnej drogi rozwoju i adaptacji do społeczeństwa, dostajemy coś na kształt gombrowiczowskiego egzystencjalizmu, przefiltrowanego przez poetykę snu. Bohaterka próbuje budować swoją podmiotowość nie poprzez działanie, ale poprzez ucieczkę i dystans.

Autorka udanie antropomorfizuje zwierzęta, zrównując je z ludźmi w naturze. W zderzeniu z ludzką hipokryzją i fasadowością tradycji, ten powrót do fauny obnaża pęknięcie między naszymi korzeniami a sztucznymi zasadami, które sami sobie narzuciliśmy.

Tytułowe „Śpiątko” – z formantem językowym rezerwowanym dla istot młodych, bezbronnych, dopiero pączkujących – staje się metaforą każdego, kto nie potrafi wpasować się we współczesną matrycę sukcesu. Śliwowska operuje językiem niesamowicie sprawnym, zakorzenionym w internetowym uzusie i ironii, ale podnosi go do rangi pełnoprawnej literatury.

Ostatecznie zostajemy z gorzkim pytaniem, czy to z dziewczyną jest coś nie tak, czy to raczej społeczeństwo stało się klatką, z której jedynym wolnym wyjściem jest sen. To krótka, ale uderzająca przypowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu autonomii i więzi w świecie, w którym nadmiar bodźców izoluje nas bardziej niż jakikolwiek otwarty konflikt. Bardzo udany debiut.

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah