Wydawca: PIW
Liczba stron: 450
Oprawa: twarda z obwalutą
W swojej literackiej wędrówce po mapie Ameryki Łacińskiej często potykamy się o wielkie nazwiska, które przesłaniają nam horyzont. Jednak to właśnie u stóp Juana Rulfo, w pyle meksykańskiej drogi do Sayuli, rodzi się gęsta, niemal duszna atmosfera, która później zasiliła płuca całego realizmu magicznego. PIW-owska edycja „Pedro Páramo i inne prozy” to nie tyle przypomnienie tego nazwiska, ile ekshumacja świata, który nigdy nie zaznał spokoju. Bo tak, u Rulfo granica między życiem a śmiercią jest równie iluzoryczna, co cień rzucany w pełnym słońcu Jalisco.
Przystępując do lektury tego zbioru, trzeba porzucić nadzieję na linearność. Rulfo wywołuje historię niczym medium na seansie spirytystycznym. „Pedro Páramo” – ta „wielka gęsta sinusoida”, by użyć języka filmowej krytyki – oscyluje między konkretną, brutalną materią feudalnego ucisku a eterycznym szeptem duchów zamieszkujących Comalę. Opowieść Juana Preciado — syna podążającego tropem ojca — bardzo szybko przestaje być osią narracyjną, a staje się jedynie pretekstem do uruchomienia chóru szeptów, ech i powidoków. Miasteczko nie jest tylko tłem, ale aktywnym uczestnikiem tragedii. Każdy krok bohatera staje się zejściem do mitologicznych piekieł.
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że Rulfo pisze ascetycznie. To prawda, ale tylko na poziomie powierzchni. Jego zdania są krótkie, dialogi urwane, a opisy zredukowane do minimum. Autor, sam będąc wybitnym fotografem, buduje sceny niczym surowe, czarno-białe kadry. Nie znajdziemy tu barokowych ozdobników. Jednak pod tą oszczędnością pulsuje coś znacznie gęstszego. Każde słowo wydaje się obciążone nadmiarem tego, czego nie wypowiedziano. Cisza nie jest tu pauzą, lecz nośnikiem znaczenia. Milczenie bohaterów mówi więcej niż ich wyznania.
Napięcie tej prozy rodzi się właśnie między formą a doświadczeniem. Z jednej strony mamy niemal dokumentalną surowość: świat chłopów, właścicieli ziemskich, przemocy wpisanej w codzienność. Z drugiej — rzeczywistość nieustannie przecieka w coś, co trudno nazwać inaczej niż metafizyką, choć pozbawioną jakiegokolwiek patosu. Duchy w Comali są raczej śladami pamięci, które nie zdążyły się rozpaść.
W centrum tego literackiego transu stoi postać Pedra Páramo. Trudno nazwać go po prostu tyranem — to słowo jest zbyt wygodne. To postać tragiczna w swojej potędze, patriarcha, który potrafi skazać całe miasto na śmierć głodową w akcie zemsty za brak żałoby po ukochanej Susanie San Juan. Rulfo genialnie portretuje tę relację między materią (władzą nad ziemią) a wiarą (czy raczej jej brakiem, gdy niebiosa milczą).
W tym kontekście „Równina w płomieniach” i „Złoty kogut” nie odgrywają roli dodatków, lecz dopełniają mechanikę całego tomu. Jeśli „Pedro Páramo” jest zejściem w głąb — ku śmierci, winie i dziedziczeniu przemocy — to opowiadania działają jak rozproszone refleksy tego samego świata. Bohaterowie mówią często w pierwszej osobie, ale ich głosy brzmią, jakby należały do jednej, zbiorowej świadomości.
Uderzające pozostaje jednak to, że Rulfo nigdy nie próbuje tej rzeczywistości objaśniać. Nie ma tu narracyjnego voice-overu, który porządkowałby doświadczenie, nadawał mu sens czy kierunek. Jeśli pojawia się jakakolwiek teza, to wyłania się ona mimochodem, z nagromadzenia obrazów (spalonych równin, opuszczonych domów, ludzi mówiących do siebie zza granicy śmierci). W efekcie czytelnik nie tyle rozumie ten świat, co zostaje w niego wciągnięty.
To właśnie w tym miejscu najłatwiej o rozczarowanie. Oczekiwanie narracyjnej klarowności czy emocjonalnej kulminacji rozbija się o strukturę, która konsekwentnie odmawia spełnienia tych potrzeb. Rulfo nie buduje napięcia w klasycznym sensie; raczej je rozprasza. Czy to wada? Nie, ale też trzeba mieć świadomość, że lektura nie należy do najprostszych. „Pedro Páramo i inne prozy” nie aspirują do bycia wielką, totalną opowieścią o Meksyku — mimo że często się je w ten sposób czyta. Zamiast tego oferują doświadczenie świata, w którym historia nie układa się w narrację, lecz osiada w ludziach jak kurz.
Jeśli szukać w tym zbiorze jakiegoś realnego mankamentu, to paradoksalnie jest nim jego kompletność. PIW zebrał niemal wszystko, co Rulfo napisał, boleśnie przypominając nam, jak skromny ilościowo jest to dorobek. To autor, który udowodnił, że nie potrzebuje setek tomów, by stworzyć kosmos. Pozostawia nas z poczuciem niedosytu, który nie wynika z realizacyjnych braków, lecz z natury samej Comali – miejsca, z którego się nie wraca, a o którym nie da się zapomnieć.
Po odłożeniu książki pozostaje w nas gorzki posmak. Chcielibyśmy wierzyć, że to tylko literatura, egzotyczny folklor z dalekiego kraju. To najprostszy sposób, żeby nie brać tego świata na serio. Ale Rulfo, z okrutną precyzją, mówi nam coś uniwersalnego o kondycji ludzkiej. O tym, że wszyscy jesteśmy synami i córkami jakichś „Pedrów Páramo”, błądzącymi w poszukiwaniu sensu w świecie, który dawno już stał się miastem duchów.
Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.


