Wydawca: Bo.wiem
Liczba stron: 496
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
W literackiej topografii Hwang Sok-yonga, wielkiego kronikarza wykluczonych, rzadko trafiamy na krajobrazy kojące. Zamiast nich autor rzuca nas na szczyt fabrycznego komina, gdzie Yi Jin-o – robotnik wymazany z grafiku współczesnej gospodarki – prowadzi swój podniebny, desperacki strajk. To tam, zawieszona między smogiem dzisiejszego Seulu a szeptami przodków, zaczyna się „Mater 2-10”. Jeśli proza Juana Rulfo była ekshumacją meksykańskiego pyłu, to monumentalna saga Hwanga jest próbą ocalenia godności klasy, którą Historia – ta pisana wielką literą – zwykła mielić na przemiał industrialnego postępu.
„Mater 2-10” to saga czterech pokoleń, rozpięta na stuleciu koreańskiego bólu. Od japońskiej okupacji i kolejowego drylu, przez bratobójczą wojnę, aż po brutalny neoliberalizm. Hwang Sok-yong, nominowany za tę powieść do Międzynarodowego Bookera, buduje konstrukcję zawieszoną wpół drogi między brutalnym faktem a folklorem. To tutaj duchy przodków siadają obok Jin-o na kominie, a dawne walki o niepodległość przeglądają się w dzisiejszych transparentach związkowych.
Najmocniejsze fragmenty powieści to te, w których Hwang pozwala przemówić historii bezpośrednio. Widzimy w nich konkretne doświadczenia, a więc pracę na kolei, represje policji kolonialnej, działalność podziemia, chodzenie do kina (filmy „Arirang” i „The Ownerless Ferryboat” funkcjonują tu jako element pamięci kulturowej, nie konkretne odniesienia). Konflikt między braćmi (kolaboracja kontra opór) jest tu czymś więcej, niż abstrakcyjnym dylematem ideologicznym. To egzystencjalny wybór bez dobrego rozwiązania. Właśnie w tych momentach proza nabiera ciężaru, staje się gęsta, niemal dokumentalna, ale jednocześnie naznaczona emocjonalną prawdą.
Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że lektura „Mater 2-10” to proces wymagający. Największą barierą dla zachodniego czytelnika staje się ogromne nagromadzenie podobnie brzmiących koreańskich imion w wielopokoleniowej narracji, które – choć niosą ze sobą rodowe dziedzictwo i symbolikę – w toku opowieści potrafią zlać się w jedną, trudną do rozsupłania masę. Czytelnik często musi walczyć o utrzymanie orientacji w genealogicznym gąszczu, a to naturalnie wybija z rytmu i osłabia emocjonalne zaangażowanie. Hwang ma też tendencję do dopowiadania: kontekstów, struktur, genealogii. Narracja wielokrotnie zatrzymuje się, by wyjaśnić, uporządkować, nazwać. W efekcie powieść momentami dryfuje w stronę wykładu historycznego, tracąc impet literacki.
Podobny problem dotyczy warstwy językowej. Niezależnie od tego, czy wynika to z oryginału, czy z przekładu, styl bywa zaskakująco generyczny. Zdania wielokrotnie złożone o powtarzalnej konstrukcji – często spięte frazami w rodzaju „sprawia to” czy „oznacza to” – nadają narracji rytm jednostajny. Tam, gdzie u Raymonda Carvera czy Lydii Davis milczenie było nośnikiem znaczenia, u Hwanga nadmiar słów bywa jego rozproszeniem. Momentami przypomina to literaturę faktu niskiej próby lub niefortunne tłumaczenie, które zgubiło po drodze lekkość oryginału. Po pewnym czasie przestaje się je nawet wyłapywać. I nie dlatego, że znikają. Po prostu stają się normą.
Nie znaczy to jednak, że projekt Hwanga się nie udaje. Wręcz przeciwnie – jego ambicja pozostaje imponująca. „Mater 2-10” to jedna z nielicznych współczesnych prób napisania wielkiej powieści proletariackiej, która nie ucieka ani w nostalgię, ani w ideologiczną prostotę. Autor konsekwentnie pokazuje, że historia klasy robotniczej to nie linearna opowieść o postępie, lecz ciąg powracających napięć. Między pracą a wyzyskiem, pamięcią a zapomnieniem, nadzieją a jej permanentnym odraczaniem.
Symboliczny tytuł nawiązujący do unieruchomionej lokomotywy w strefie zdemilitaryzowanej, dobrze oddaje charakter tej książki. To opowieść o ruchu, który został zatrzymany, o historii, która nie znalazła swojego domknięcia. Jin-o na kominie nie jest bohaterem w klasycznym sensie. Jest raczej punktem styku. Miejscem, w którym przeszłość i teraźniejszość na chwilę się spotykają, by zaraz znów się rozminąć.
Po lekturze pozostaje ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony mam ogromny szacunek dla skali i intencji. Z drugiej strony pozostaje świadomość, że ciężar materiału momentami przygniata samą formę. Hwang chce ocalić pamięć i rzeczywiście coś z niej ocala. Pytanie tylko, czy nie robi tego kosztem literackiej intensywności (chociaż podkreślam przy tym, że nie znam oryginału, a jedynie polskie tłumaczenie).
Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.


