„A świat trwa” László
Krasznahorkaia, „To, co nieśli” Tima O’Briena, a może „Na wulkanie” Radosława
Kobierskiego? Który z tych tytułów zasłużył na miało najlepszego zbioru
opowiadań 2025 roku? Ode mnie tej odpowiedzi nie otrzymacie, ale chętnie polecę
Wam jeszcze kilka innych tytułów, które przeczytacie z satysfakcją.
Wydawanie zbiorów
opowiadań w Polsce wciąż pozostaje niszą, ale niszą zaskakująco żywotną. Rok
2025 po raz kolejny udowodnił, że krótka forma prozatorska konsekwentnie buduje
swoją pozycję. Do księgarń trafiły dziesiątki nowych tytułów. Od kameralnych
debiutów, przez ambitną literaturę piękną, aż po gatunkowe eksperymenty z
pogranicza grozy, fantastyki i kryminału.
Jak co roku, mnogość
premier oznacza jedno – obok książek znakomitych pojawia się sporo pozycji
przeciętnych, a czasem wręcz rozczarowujących. Dlatego przygotowanie zestawienia
najlepszych opowiadań 2025 roku wymaga selekcji, uważnej lektury i jasno
określonych kryteriów. Zwracam uwagę nie tylko na nazwiska autorów, ale także
na jakość przekładu, linię wydawniczą oraz spójność całego tomu. Ostatecznie
jednak decyduje to, czy dane opowiadania zostają w głowie na dłużej.
W ciągu ostatnich
dwunastu miesięcy przeczytałem kilkadziesiąt nowych zbiorów opowiadań wydanych
w Polsce. Autorzy pochodzili z różnych tradycji literackich i kultur, a
tematyka tekstów rozciągała się od intymnych historii obyczajowych, przez
opowieści historyczne, po wizje przyszłości i formalne eksperymenty. Rok 2025
potwierdził, że opowiadanie, dzięki swojej kondensacji, potrafi być formą
bardziej intensywną i odważną niż pełnowymiarowa powieść.
Poniżej znajdziesz
moje subiektywne zestawienie książek, które najlepiej reprezentują hasło najlepsze
zbiory opowiadań 2025 roku wydane w Polsce. Kolejność, jak zawsze, jest
przypadkowa.
"Na
wulkanie" Radosław Kobierski
Na mapie polskiej
prozy Kobierski jawi się jako autor świadomie idący pod prąd modnym tendencjom.
Jego opowiadania nie sięgają po aktualne medialne tematy, nie próbują wywoływać
kontrowersji. Tym bardziej interesująca wydaje się paralela z pisarstwem Olgi
Tokarczuk. Może nie tyle w warstwie stylistycznej, ile w sposobie budowania
bohaterów zawieszonych między biografią jednostkową a wielkimi procesami
historyczno-społecznymi. W „Na wulkanie” dostrzegalna jest także bliskość z
działami Andrzeja Stasiuka (choć Kobierski pozbawia swoją narrację „barokowej”
frazy), a także z melancholijną, introspektywną prozą Tadeusza Nowaka.
Najsilniejszym tonem
„Na wulkanie” jest melancholia, świadomość, że przeszłość, choć niewyraźna i
pełna powidoków, wciąż rezonuje w teraźniejszości. Kobierski nie oferuje
bohaterom pełnych rozwiązań, nie obdarza ich nadmierną samoświadomością. W
ciszy, w urwanych dialogach i w niedopowiedzeniach kryje się prawda o ludzkim
doświadczeniu.
„Zwiastun
nieszczęścia” Ismail Kadare
Ten tom trafił na
moją listę nie z powodu nazwiska autora, choć Ismail Kadare sam w sobie jest
wystarczającym argumentem. „Zwiastun nieszczęścia” znakomicie pokazuje, czym
opowiadanie może być jako forma autonomiczna, a nie jedynie pobocznym polem dla
pisarza znanego z powieści. Przekrojowy wybór jedenastu tekstów z lat 1961–2008
pozwala prześledzić rozwój warsztatu Kadarego, ale ukazuje także jego niezwykłą
konsekwencję w budowaniu świata literackiego.
Czytając te
opowiadania, miałem poczucie obcowania z prozą gęstą, precyzyjną i chłodno
skomponowaną. Kadare operuje niedopowiedzeniem, atmosferą zagrożenia i
subtelnym napięciem w sposób, który przywołuje tradycję środkowoeuropejskiej
paraboli oraz bałkańską wrażliwość na historię, mit i władzę. W krótkiej formie
szczególnie wyraźnie wybrzmiewa jego talent do kondensacji sensów. Pojedyncze
obrazy czy sytuacje potrafią nieść ciężar całych epok, systemów politycznych i
zbiorowych lęków. To bez dwóch zdań jedne z najlepszych opowiadań 2025 roku.
"Laszowanie"
Maciej Dobosiewicz
„Laszowanie” to zapis
męskości kruchej, niepewnej, wrażliwej. Męskości, która dopiero szuka swojego
języka. A przecież podobne napięcie znajdziemy choćby w prozie Ernesta
Hemingwaya, z tą różnicą, że amerykański pisarz gloryfikował twardość, a
Dobosiewicz pokazuje jej cenę.
Jestem naprawdę
zachwycony. Rzadko spotyka się w polskiej prozie książka, który łączy w sobie
taką subtelność psychologiczną, humor, ironię i emocjonalną prawdę. Dobosiewicz
nie moralizuje, nie narzuca wniosków, a raczej otwiera przestrzeń do refleksji.
Każde opowiadanie można czytać osobno, ale dopiero całość ujawnia pełnię sensu:
to nie historia jednego chłopca, lecz nas wszystkich, którzy kiedyś
próbowaliśmy „wylaszować się” z rodzinnych, społecznych czy narodowych więzów.
„Czytelniku,
nienawidzę cię!”, „Wszystko jest iluzją” Henry Kuttner
Tym razem dwa tomy, a
nie jeden. Trafiły one do mojego zestawienia wspólnie, bo Henry Kuttner w
krótkiej formie działa jak czysty koncentrat wyobraźni. Rozdzielanie
„Czytelniku, nienawidzę cię” i „Wszystko jest iluzją” byłoby sztuczne. Razem
tworzą pełniejszy obraz pisarza, który w złotym wieku science fiction robił
rzeczy bezczelne, anarchiczne i formalnie odważniejsze niż wielu jego bardziej
dziś rozpoznawalnych kolegów po fachu. Kuttner bawi się konwencją, wysadza ją
od środka humorem, absurdem i konceptualnym szaleństwem, a jednocześnie
zaskakująco często dotyka tematów tożsamości, percepcji i granic ludzkiej
kontroli nad światem. Historie o Hogbenach czy Gallowayu Gallegherze są
groteskowe, alkoholowe i pozornie lekkie, ale pod tą pulpą kryje się ironiczny
komentarz do mitu postępu, genialności i racjonalności. Nauka u Kuttnera niemal
zawsze wymyka się spod kontroli, a człowiek okazuje się jej najsłabszym
ogniwem.
Doceniam te zbiory za
mistrzostwo kondensacji i bezwstydną radość opowiadania, której próżno dziś
szukać w wielu współczesnych tekstach fantastycznych. Kuttner potrafi w
kilkunastu stronach zrobić więcej niż inni w całych powieściach. Zarysować
świat, wywrócić go na drugą stronę i zostawić czytelnika z pytaniem, czy to, co
właśnie przeczytał, było żartem, czy jednak całkiem serio. To literatura
oldschoolowa tylko z pozoru. W swojej bezczelności, płynności formy i braku
respektu wobec poważnej narracji pozostaje zaskakująco świeża. Dlatego „Czytelniku,
nienawidzę cię” i „Wszystko jest iluzją” uznaję za jeden z najważniejszych
powrotów klasycznej fantastyki w polskich wydaniach 2025 roku.
"Oto
początek naszej historii. Opowiadania wybrane" Tobias Wolff
Zbiór opowiadań „Oto
początek naszej historii” autorstwa Tobiasa Wolffa to istotne wydarzenie nie
tylko dla polskiego czytelnika, ale i dla literackiej recepcji amerykańskiej
krótkiej formy. Wolff, obok Raymonda Carvera i Richarda Forda, uznawany jest za
jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. dirty realism. Nurtu, który w
drugiej połowie XX wieku przeciwstawił się zarówno eksperymentom
postmodernistycznym, jak i powierzchownemu eskapizmowi literatury popularnej1.
W tomie, który ukazał
się nakładem Wydawnictwa Czarne w tłumaczeniu Krzysztofa Umińskiego, odnaleźć
można osiemnaście opowiadań, zróżnicowanych formalnie i tematycznie, lecz
połączonych charakterystycznym dla autora podejściem do narracji, konstrukcji
postaci oraz operowania puentą.
Wolff to taki
McCarthy w wersji miejskiej. Oferuje mniej krwi, ale za to więcej samotności.
Nie ma tu rewolwerów ani pustyni, a jednocześnie jest coś dużo bardziej
bolesnego. Rozmowy z ojcem, którego się nie zna. Małżeństwa, które się kończą,
zanim się zaczną. Głosy w słuchawce, które milkną za wcześnie. To książka dla
tych, którzy wolą cichą apokalipsę od tej z wybuchami
„Takie urywki” Bianca
Bellova
„Takie urywki” są
jedną z najbardziej bezkompromisowych prób uchwycenia codziennego doświadczenia
w krótkiej formie, jakie ukazały się w Polsce w 2025 roku. Bellová rezygnuje z
fabularnej satysfakcji na rzecz emocjonalnej precyzji. Każde opowiadanie działa
jak punktowy nacisk na wrażliwe miejsce (relację, wspomnienie, lęk, poczucie
niespełnienia). To literatura fragmentu i pauzy, która ufa czytelnikowi i nie
prowadzi go za rękę. W świecie prozy często przeładowanej znaczeniem Bellová
wybiera ascezę, a jej surowy język i urywana forma okazują się narzędziami
wyjątkowo skutecznymi.
Czeska autorka stawia
na konsekwencję spojrzenia i rzadką umiejętność kondensacji ludzkiego losu w
kilku zdaniach. Potrafi w krótkiej scenie zawrzeć całe życie: jego ciężar,
śmieszność, bezradność i cichą godność. To opowiadania, które nie domagają się
natychmiastowej reakcji, lecz zostają w czytelniku jak obce, a jednak znajome
wspomnienia. „Takie urywki” nie próbują być wielką syntezą, ale właśnie dzięki
temu trafiają w sedno współczesnego doświadczenia (rozproszonego, niepewnego,
pełnego niedopowiedzeń).
"Wszystkie
kobiety Sindbada" Gyula Krúdy
„Wszystkie kobiety
Sindbada” to książka, która mnie kompletnie zauroczyła. Nie, nie
„zainteresowała”, nie „zainspirowała” – zauroczyła, jak piękna kobieta spotkana
raz na dworcu o zmierzchu, której imienia nigdy się nie poznało, a o której się
śni przez pół życia. To zbiór ulotny, poetycki, przesycony melancholią i
zapachem minionych epok. Taki, do którego nie tyle się wraca, co raczej w
którym się na zawsze gdzieś zostaje.
„Wszystkie kobiety
Sindbada” to książka o miłości, której nigdy nie było i która nigdy się nie
skończyła. O kobiecości ujętej w ramy epoki, o mężczyźnie, który tylko udaje,
że kochał, choć może tylko śnił. O umieraniu, które jest tylko kolejną podróżą.
O tym, jak można żyć życiem utkanym z westchnień i szeptów.
Czy warto? Jak
cholera. Gwarantuję niesamowite wrażenia. I jeszcze długo po zamknięciu
ostatniej strony będziecie się zastanawiać, czy Sindbad był w waszym życiu. A
może wy byliście jedną z jego kobiet?
"Dobrze,
bracie" Peter Markus
Wziąłem „Dobrze,
bracie” Petera Markusa do ręki i od razu wiedziałem: to nie jest książka, to
jest błotnisty amulet, to jest zaklęcie wymamrotane przez rybę z trzema głowami
i żadnym okiem.
To nie jest powieść,
bracie. To jest rzeka. I my w niej. Po kolana, po szyję, po sam czubek czapki.
Markus robi coś,
czego nikt inny nie odważył się zrobić. On nie pisze o braciach. On jest tymi
braćmi. Jest każdym gwoździem w deskach ich domu, każdym bąblem powietrza w
mule. On bierze cztery słowa — rzeka, błoto, ryba, brat — i układa z nich
wszechświat, który mógłby trwać wiecznie, nawet gdyby zabrakło liter. To jest
Biblia dla ludzi, którzy wierzą, że wiadro pełne błota to skarb większy niż
złoto.
"Do
boju!" Lu Xun
Zbiór „Do boju” –
dzięki nowym, kongenialnym tłumaczeniom – nie tylko przybliża polskiemu
czytelnikowi jedną z najważniejszych postaci literatury XX wieku, ale również
stawia pytania, które wciąż są niewygodne. O sens rewolucji. O miejsce
jednostki. O społeczną obojętność. O odpowiedzialność za milczenie.
„Do boju!” to
książka, którą czyta się z ciężarem na sercu, ale też z poczuciem, że oto
obcujemy z literaturą, która nie przemija. Lu Xun – jak chciał – wciąż bzyczy
koło ucha możnych, burzy obraz świata, który chciałby o sobie myśleć zbyt
dobrze. I nawet jeśli ten jego krzyk nie zmieni świata, to przynajmniej nie
pozwala udawać, że wszystko jest w porządku.
„Siedem pustych domów”
Samanta Schweblin
Ten zbiór znalazł się
w moim rankingu, ponieważ „Siedem pustych domów” to jedna z książek, które
udowadniają, że opowiadanie może być formą bardziej niepokojącą i precyzyjną
niż powieść. Samanta Schweblin konsekwentnie wykorzystuje motyw domu jako
przestrzeni pozornie oswojonej, a w istocie głęboko niestabilnej. Siedem
tekstów, siedem wnętrz i siedem odmian braku (emocjonalnego, egzystencjalnego,
pamięciowego). Autorka operuje środkami znanymi z literatury grozy, ale
rezygnuje z dosłowności na rzecz narastającego dyskomfortu. Relacje rodzinne,
choroba, żałoba czy izolacja nie są tu tematami samymi w sobie, lecz
mechanizmami odsłaniającymi kruchość tożsamości i granic, jakie stawiamy między
sobą a światem.
Czytając ten tom,
miałem wrażenie poruszania się po przestrzeni, która ciągle zmienia proporcje. Raz
jest duszno i klaustrofobicznie, innym razem pozornie pusto, ale nigdy
bezpiecznie. Schweblin znakomicie panuje nad rytmem opowiadań. Buduje napięcie
bez efektownych fajerwerków, za to z mistrzowską kontrolą detalu i puenty,
która nie tyle zamyka tekst. Dużą rolę odgrywa także świetny przekład Tomasza
Pindla, pozwalający wybrzmieć chłodnej, precyzyjnej frazie autorki. To zbiór
niewielki objętościowo, lecz o ogromnej sile oddziaływania.
"Asortyment
strapień" Lydia Davis
Wiele w życiu
opowiadań przeczytałem. Wiecie o tym bardzo dobrze. A jednak Lydia Davis, czyli
jedna z najbardziej oryginalnych współczesnych prozaiczek, zaskoczyła mnie. W
"Asortymencie strapień" udowodniła, że krótka forma narracyjna może
być nie tylko elastyczna, ale także zadziwiająco pojemna.
Ósmy tom Opowiadań
Amerykańskich to zbiór tekstów, które balansują na granicy prozy, poezji i
filozofii. Lydia Davis nieustannie kwestionuje kanoniczne definicje tego
gatunku literackiego. Eksperymentuje zarówno z treścią, jak i formą – niektóre
historie są zwarte i skondensowane do kilku zdań, inne przypominają quasi-eseje
czy studia socjologiczne, a jeszcze kolejne nabierają formy epistolarnych
rozważań.
Lydia Davis
udowadnia, że opowiadanie jako gatunek wciąż ewoluuje, a granice literatury
można przesuwać na nieskończoną liczbę sposobów. "Asortyment
strapień" to książka, która wymaga skupienia i otwartości, ale w zamian
oferuje wyjątkowe doświadczenie literackie – pełne ironii, wnikliwości i
intelektualnej gry. Czytanie tej książki to jak przeglądanie szkicownika René
Magritte’a – codzienne sytuacje nagle nabierają surrealistycznych kształtów, a
zwykła rozmowa o gramatyce okazuje się być dialogiem o śmierci. Albo o
gramatyce. Nigdy nie wiadomo.
„Prując przez raj” Sam
Shepard
„Prując przez raj” to
opowiadania pisane bez znieczulenia. Surowe, cielesne, a jednocześnie
zaskakująco czułe. Sam Shepard rozkłada tu na czynniki pierwsze mit
amerykańskiego snu, pokazując go jako serię drobnych klęsk, nieudanych gestów i
życiowych zakrętów. Bohaterowie tych tekstów to mężczyźni poobijani przez
własne ambicje, marzenia i iluzje. Zawieszeni gdzieś między pustynią a stacją
benzynową, między chęcią ucieczki a niemożnością ruszenia z miejsca. Shepard
pisze krótką formę jakby od niechcenia. Kondensuje sytuacje do jednego epizodu,
jednej rozmowy, jednego impulsu. Z tych drobin wyłania się pełny, nieupiększony
obraz życia, w którym sukces jest podejrzany, a sens bywa chwilowy i kruchy.
Doceniam ten tom za uczciwość
i literacką bezczelność. Brak tu patosu, moralizowania czy efektownych puent. A
jednak każde opowiadanie zostawia po sobie ślad. Shepard operuje językiem
oszczędnym, twardym, ale podszytym empatią. Potrafi w jednym akapicie połączyć
brutalność przypadku z intymnością bliskości. To proza zakorzeniona w tradycji
Carvera i nowej amerykańskiej nowelistyki, lecz posiadająca własny,
rozpoznawalny rytm i temperaturę. W świetnym przekładzie Marka Cieślika „Prując
przez raj” czyta się jak zapis chwil, które zwykle umykają uwadze. A przecież
właśnie one składają się na prawdziwe życie. To jeden z najmocniejszych i
najbardziej bezkompromisowych zbiorów opowiadań wydanych w Polsce w 2025 roku.
Miałem ich nie szeregować, ale ten na pewno byłby w mojej trójce.
"A
świat trwa" László Krasznahorkai
Choć zbiór składa się
z oddzielnych opowieści, zlewają się one w jeden, nieustępliwy rytm. To świat, w
którym każdy gest nosi ciężar metafizyczny, każdy ruch prowadzi donikąd. A
każde słowo wymyka się jednoznaczności. Krasznahorkai mistrzowsko operuje
napięciem między drobiazgowością obserwacji a wszechogarniającym poczuciem
bezsensu. Jego bohaterowie niby patrzą, ale nie widzą. Niby mówią, ale niczego
nie komunikują. Niby istnieją, ale coraz bardziej przypominają duchy. Właśnie w
tym rozdźwięku kryje się jego siła. To proza, która jednocześnie jest osobista
i bezosobowa, intymna i obojętna. Jakby autor mówił, że on tu nie jestem ważny.
Ważny jest przepływ świata przez język.
Tytuł „A świat trwa”
brzmi w tym kontekście przewrotnie. W języku Krasznahorkaia „trwanie” nie
oznacza ani stabilności, ani nadziei. Trwać to znosić, przeżywać bez złudzeń,
kontynuować mimo nieuchronnej destrukcji. To ironiczne echo, rodzaj gorzkiej
konstatacji. Świat trwa, bo inaczej nie umie. Jednocześnie w tym beznadziejnym
pejzażu tli się coś wielkiego i mam tu na myśli przekonanie, że literatura ma
jeszcze siłę ocalać sens. Że nazwaniem katastrofy można ją choć trochę oswoić.
Że w ruinach być może da się odnaleźć cień człowieczeństwa.
Jeśli Bolaño wierzył,
że zło jest strukturą świata, Krasznahorkai dowodzi, że jest także jego
powietrzem.
„Arabeski” Serhij
Żadan
„Arabeski” to jedna z lepszych książek
ostatnich lat, które o wojnie mówią bez retoryki, bez heroizacji i bez
komfortowego dystansu. Żadan nie interesuje się frontem jako widowiskiem ani
wojną jako metaforą. Skupia się za to na życiu pomiędzy alarmami, przepustkami
i pogrzebami. Na ludziach, którzy na chwilę zdejmują mundury, próbują zasnąć
obok drugiego człowieka, wypić herbatę, wejść do dawnego domu, przypilnować
szkoły, która już nie jest szkołą. Te krótkie, oszczędne opowiadania działają
jak wycięte fragmenty rzeczywistości. Są pozbawione puenty, często urwane,
jakby autor nie miał prawa ich domykać. I właśnie w tej powściągliwości kryje
się ich siła. Wojna u Żadana nie krzyczy, ona stale boli.
Doceniam „Arabeski”
za znalezienie nowego języka dla doświadczenia, które niszczy język. Żadan
pisze prosto, niemal sucho, ale każdy szczegół (zamknięte drzwi pokoju,
skasowany numer w telefonie, fortepian przykryty kocem), niesie ciężar nie do
udźwignięcia. To opowiadania o adaptacji, która jest formą przetrwania, a nie
zwycięstwa. O pamięci, której nie da się wyczyścić, o bliskości, która na
moment ratuje, ale niczego nie naprawia. Ten zbiór jest literackim świadectwem
czasu trwającego teraz, bez gwarancji przyszłej interpretacji.
"To,
co nieśli" Tim O'Brien
„Wojna jest piekłem,
ale to nawet nie pół prawdy” – pisze Tim O’Brien, amerykański weteran i pisarz,
który w swojej antologii „To, co nieśli” przesuwa granice tego, czym może być
literatura wojenna. To nie zbiór relacji, nie pamiętnik i nie klasyczna
powieść o froncie. To książka o samej istocie opowiadania wojny, o
niemożliwości jej opowiedzenia. Trochę też o tym, że właśnie w tej
niemożliwości rodzi się prawda.
Seria Opowiadań
Amerykańskich jest tak fenomenalna, bo oddaje głos twórcom osobnym. Każdy ma
swój unikatowy styl, frazy, pomysł na pisanie. Nie inaczej jest i tym razem.
O’Brien pisze językiem surowym, często rytmicznym, niemal hipnotycznym. Jego
zdania potrafią brzmieć jak wersy wiersza, ale nigdy nie popadają w
emfatyczność. Polski przekład Tomasza S. Gałązki oddaje tę równowagę. Między
chłodem a liryką, między wojskową precyzją a emocjonalnym drżeniem. Widać tu
świetne ucho dla niuansu, do amerykańskich idiomów (frazy żołnierskie,
potoczności, groteskowe dialogi). Każde słowo jest na swoim miejscu, a rytm
narracji wciąga jak melodia marszu przez dżunglę. Oryginału nie czytałem, ale
jestem przekonany, że lepiej oddać się go nie dało.
"Opowieści
niesamowite z języka japońskiego"
Szkoda, że
współczesny rynek wydawniczy zdewaluował do cna takie hasła jak „literacka
uczta”, „lektura obowiązkowa” czy „dzieło wyjątkowe”, bo z przyjemnością pod
jednym z tych transparentów umieściłbym „Opowieści niesamowite z języka
japońskiego” w wyborze i przekładzie Katarzyny Sonnenberg-Musiał. Zbiór ten
stanowi rozwinięcie i reinterpretację głośnej antologii PIW-u z 1986 roku,
„Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej”. Podobnie jak
pierwowzór wpisuje się w tradycję serii, która od lat prezentuje polskiemu
czytelnikowi klasyczne i mniej znane teksty z kanonu światowej grozy. Ale
zarazem jest czymś więcej – panoramą literatury japońskiej, w której to, co
cudowne, okrutne i dziwaczne, stapia się organicznie z tym, co zwykłe, codzienne,
niemal niezauważalne.
Bo jeśli antologie
francuskie, niemieckie czy rosyjskie operowały zazwyczaj w ramach znanych nam,
zachodnich formuł grozy (od gotyckich ruin po fantazmaty szatańskich paktów),
to Japonia wnosi tu własną, odrębną logikę literacką. Groza nie wynika z nagłego
wtargnięcia obcego, lecz z powolnego osuwania się rzeczywistości w stan
podejrzanej chwiejności. To jest przestrzeń, gdzie codzienność staje się
złudzeniem, a sen potrafi pożreć jawę. Yōkai i yūrei (istoty z tradycyjnych
opowieści kaidan) są obecne, ale często występują w cieniu, przefiltrowane
przez modernistyczny dyskurs, zderzone z Freudowską psychoanalizą,
egzystencjalną trwogą, chorobą, obłędem.
„Opowieści
niesamowite z języka japońskiego” to więc nie tylko kolejna pozycja w cieszącej
się popularnością serii PIW-u, ale też książka, która zadaje pytania o samo
źródło literackiej wyobraźni. Czy groza to obcość, czy raczej intymne pęknięcie
w tym, co najbliższe? Czy duchy straszą, czy raczej przypominają, że życie jest
kruche, a pamięć złudna.
"Pić się chce.
Opowiadania" Wolfgang Hilbig.
Hilbig pisze krótką
formę tak, jakby była ona laboratorium języka i świadomości. Narracja rozpada
się, gęstnieje, zapętla, a czytelnik zostaje wciągnięty w świat pozbawiony
stabilnych punktów odniesienia. Oniryzm tych opowiadań nie jest estetycznym
gestem, lecz sposobem opisu rzeczywistości zdeformowanej przez przemoc systemu,
strach i egzystencjalne wyjałowienie. To proza wymagająca, chwilami duszna, ale
także niezwykle uczciwa wobec doświadczenia życia w cieniu historii.
Co mnie w nim kupiło?
Wyjątkowa spójność tonu i siła języka. Doskonale opowiada o rzeczywistości NRD
i jej długim cieniu, a przy okazji demaskuje mechanizmy wewnętrznego
zniewolenia. Hilbig tworzy teksty, w których polityczność przenika do psychiki,
a poczucie braku, głodu i pragnienia staje się metaforą egzystencjalną. To
opowiadania, które nie oferują ulgi ani klarownych sensów, ale zostają w
czytelniku jak ciężki osad. Idealny dowód na to, że krótka forma może być
nośnikiem literatury o wadze niemal totalnej. „Pić się chce” nie bez przyczyny
włączam rzutem na taśmę do najlepszych zbiorów opowiadań wydanych w Polsce w
2025 roku.