Recenzja "Zabawa w wilka" Zuzana Říhová

Duszna i bezlitosna wiwisekcja małżeńskiego kryzysu na czeskiej prowincji. Recenzja hipnotyzującej powieści Zuzany Říhovej.
Wydawca: Afera

Liczba stron: 272


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Dorota Dobrew
 
Premiera: czerwiec 2026 rok

Zuzana Říhová w swojej nominowanej do nagrody Magnesia Litera powieści „Zabawa w wilka” dokonuje bezwzględnej dekonstrukcji sielskiego mitu prowincji. Zamiast uzdrawiającej ucieczki na wieś, czeska autorka serwuje nam duszną, gęstą od much i upału anatomię rozpadu. To brutalna i niezwykle poetycka gra z konwencją weird fiction, horroru wiejskiego oraz mrocznej, pozbawionej niewinności baśni w duchu Angeli Carter czy literackich, niepokojących światów Daisy Johnson i Helen Oyeyemi.

Punkt wyjścia przypomina klasyczny dreszczowiec psychologiczny. Bohumil i Bohumila (moim zdaniem trafny zabieg zbliżenia imion, sugerujący, że stanowią już tylko zlewające się, uwięzione w rutynie uniwersum) wraz z niepełnosprawnym intelektualnie synem uciekają z Pragi do Podlesia – wsi położonej na samym dnie głębokiego wąwozu. Przeprowadzka ma reanimować ich związek, przeżarty zdradą i wzajemną niechęcią. Jednak ta nowa przestrzeń od początku okazuje się opresyjna. Miastowych wita lepki skwar, susza niszcząca bydło i klaustrofobiczna, wroga społeczność, która pod maską tradycyjnej gościnności realizuje własny, drapieżny plan.

Říhová buduje napięcie nie poprzez krwawe efekty, ale przez permanentne, wręcz krystaliczne oczekiwanie na nieuchronne najgorsze. Groza sączy się tu z somatycznych detali, ot chociażby z sączącej się rany na dłoni Bohumili czy z odgłosów bliżej niezidentyfikowanego stworzenia krążącego nocą wokół chałupy. Autorka bezlitośnie przepisuje strukturę baśni o Czerwonym Kapturku. Odziera ją przy tym z dziecięcej naiwności. Przypomina, że najgroźniejsze wilki nie czekają w gęstwinie leśnej – one siedzą w nas samych, w naszej potrzebie dominacji, sadyzmu i pogardzie dla słabszych. Doskonale widać to w scenie, gdy stary Sláva wyprowadza niemego chłopca do leśnej zagrody, by karmić się jego bezbronnym przerażeniem. To nie mityczny potwór jest potworem, a człowiek, który w swojej samotności decyduje się na zadawanie cierpienia innym.

Największą siłą, a zarazem barierą wejścia tej prozy jest jej polifoniczna struktura. Říhová bez ostrzeżenia żongluje perspektywami, przeskakuje między świadomościami bohaterów, wiejskich gospodarzy, a nawet samej nocy, która personifikuje lęk i drwi z Bohumila. Czas nie płynie tu linearnie. On pętli się i rwie. Ta asymetria i celowa deorientacja, wzmocniona przez gwałtowne kontrasty językowe (gdzie niemal florystyczne, poetyckie opisy natury zderzają się z ordynarnym, brutalnym językiem wsi), upodabnia książkę do gorączkowego snu, z którego nie ma dokąd uciec. Pod tym względem powieści najbliżej do tekstów grozy i niepokojących, wiejskich miniatur Samanthy Schweblin czy Mariany Enríquez. Podobnie jak wspomniane autorki, Říhová nie daje satysfakcji łatwego finału. Zostawia nas z surowym, filmowym i bolesnym obrazem ludzkiego wyobcowania.

„Zabawa w wilka” to wymagający, zmysłowy traktat o chronicznej samotności i o tym, jak łatwo w warunkach izolacji zdjąć z siebie gorset człowieczeństwa. To proza, która na długo po lekturze zostawia pod powiekami duszny, wiejski krajobraz i udowadnia, że najgroźniejszy drapieżnik to ten, który zamiast wielkich kłów używa ludzkich intencji. Rzadko kiedy spotykam tak ciekawą i niejednoznaczna powieść gatunkową.

Recenzja "Bez głowy" Maciek Bielawski

"Bez głowy" Maciek Bielawski
Wydawca:
 Książkowe klimaty

Liczba stron: 136


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 21 maja 2026 rok

Maciek Bielawski w swojej najnowszej mikropowieści „Bez głowy” proponuje nam szczególny rodzaj literackiej hipnozy. Choć książka wydana nakładem wydawnictwa Książkowe Klimaty liczy niewiele ponad 130 stron, jej ciężar właściwy i ładunek refleksji potrafią rzucić wyzwanie o wiele obszerniejszym tomom.

Ta książka to w gruncie rzeczy bolesna i fascynująca zarazem opowieść o patroszeniu rzeczywistości, o patrzeniu i głębokim rejestrowaniu cierpienia. Swoim klimatem i filozoficznym podejściem do obrazu przypomina ona kultowy esej „Widok cudzego cierpienia” Susan Sontag. Całość fabuły kręci się wokół ekscentrycznego cyklu dwudziestu dwóch fotografii autorstwa tajemniczego, w zasadzie nieobecnego Artura Stadnickiego. Na zdjęciach oglądamy ludzi skadrowanych do ramion – wszyscy zostali pozbawieni głów. Ten radykalny gest artystyczny staje się w powieści punktem wyjścia do interesującej wiwisekcji ludzkich losów. Bielawski, rezygnując z portretowania twarzy, paradoksalnie odczarowuje ból świata. Zabiera z kadru to, co w dobie dzisiejszych social mediów potwornie retuszujemy i fałszujemy.

Konstrukcyjnie powieść może zaskoczyć płynnością, z jaką autor żongluje skrajnymi rejestrami narracyjnymi. Książka otwiera się wernisażem, podczas którego słuchamy akademickiego, nadętego i groteskowo naszpikowanego frazesami odczytu krytyka sztuki. Bielawski sprawnie bawi się tym językiem, wykorzystując naukowe napuszenie jako parawan dla emocjonalnego dyletantyzmu i niespełnienia. Chwilę później ta narracja rozpada się w polifoniczny chaos głosów odwiedzających wystawę. Tu z kolei doświadczamy kakofonii pretensjonalnych komentarzy, pustych sloganów i codziennego bełkotu ludzi, którzy stoją obok sztuki, zupełnie jej nie dotykając. Ta partia dialogowa w moim odczuciu działa jak lustro naszych przebodźcowanych, komunikacyjnie ułomnych czasów.

Dopiero w kolejnych częściach formalna układanka zyskuje bolesny, ludzki wymiar. Poznajemy galerię postaci dotkniętych głębokim deficytem i paraliżującą ambicją. Jest córka uwiązana do schorowanej matki, wyrzucająca sobie każdą chwilę uwagi dedykowanej własnemu życiu. Jest student, który marzył o kulturoznawstwie, ale wylądował na fizyce, cierpiący na kompleks prowincji i boleśnie odczuwający brak kapitału kulturowego. Wreszcie dostajemy portret Marka Glanca, którego pragnienie wyjątkowości i neurotyczna pogoń za perfekcją rodzą się w dzieciństwie, pod kloszem rodziców pracujących w kulturze.

W tym miejscu ujawnia się największa siła stylistyczna Bielawskiego – jego mikroskopijna, niemal chirurgiczna uważność na detal z epoki transformacji. Sceny z wrocławskiego przedszkola z przełomu lat 70 i 80. należą do najmocniejszych fragmentów książki. Widzimy matkę Marka w luksusowym płaszczu z wełny i czapce z lisa, szyjącą ze skrawków niemieckiej „Burdy”. A także ojca pachnącego francuską wodą kolońską, wysiadającego z czerwonego Fiata 125p. To neurotyczne środowisko inteligenckie, w którym dziecko od najmłodszych lat karmione jest mitem własnego geniuszu. Chwalone za konia z masy gazetowej i recytujące Miłosza przed płaczącą dyrekcją w 1988 roku, zostaje bezbronnie wystawione na zderzenie z wielkim światem. Bielawski pisze o tych ludziach z niesamowitą czułością, kierując aparat na zwyczajność. Pod względem szkatułkowej konstrukcji i dekonstrukcji mitu artysty, książka subtelnie kłania się tradycji „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.

„Bez głowy” składa się z pięciu części, które zamiast linearnie rozwijać jedną fabułę, bezustannie ją przepisują, rozszczelniają i poddają w wątpliwość. Historia fotografa nigdy się nie stabilizuje. Bielawski świadomie rezygnuje z dawania ostatecznych odpowiedzi i nie dąży do jednoznacznej konkluzji. Taka strategia ucieczki przed domknięciem i zawieszenie w przestrzeni domysłów mogą u części czytelników wywołać zniecierpliwienie lub poczucie narracyjnej frustracji. Książka po prostu stawia na asymetrię i niedopowiedzenie, co nie każdemu musi przypaść do gustu. W mojej opinii to jedna z największych jej zalet.

Powieść Maćka Bielawskiego to ostrzeżenie przed utratą kontaktu z rzeczywistością w świecie, który zamieniliśmy na ciąg halucynacji i fragmentarycznych obrazów. To książka bolesna, zostawiająca czytelnika z poczuciem głębokiego smutku, ale też rzadki dowód na to, że polska proza współczesna potrafi perfekcyjnie bawić się formą, nie tracąc przy tym z oczu żywego, cierpiącego człowieka. I fabuły, bo ona też jest tu szalenie ważna.