Recenzja „Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane” Ingmar Bergman

Archiwalne teksty Bergmana wreszcie po polsku! Przeczytaj naszą recenzję tomu „Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane”.
Wydawca: PIW

Liczba stron: 448


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Tadeusz Szczepański
 
Premiera: 15 czerwca 2026 rok

Bóg, śmierć, samotność, bezlitosna analiza relacji międzyludzkich i tempo, przy którym nawet żółwie zaciągają hamulec ręczny – tak w wielkim skrócie pamiętamy Ingmara Bergmana. Szwedzki geniusz kina przyzwyczaił nas do dzieł monumentalnych, ciężkich i gęstych od psychologicznego mroku. Co jednak dzieje się, gdy zamiast dopracowanego arcydzieła dostajemy do rąk kartki wyciągnięte wprost z szuflady? Z czarnego zeszytu obłożonego w ceratę, pełnego wczesnych zapisków i pomysłów młodego Bergmana, powstałych jeszcze pod koniec lat 30.?

Nakładem PIW-u ukazał się tom „Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane” – pierwsze polskie wydanie jedenastu scenariuszy, szkiców i tekstów dramatycznych Bergmana, które w większości z różnych powodów nie doczekały się realizacji filmowej lub szerszego obiegu. Wszystko w znakomitym tłumaczeniu Tadeusza Szczepańskiego i zapakowane w klamrę krytyczną Maaret Koskinen.

Czy to rzeczywiście zaginiony Święty Graal dla kinofilów, czy po prostu elegancko wydany ekshumowany brudnopis?

Nie mam wątpliwości, że dla każdego, kto spędził z kinem Bergmana choćby parę godzin, lektura tego tomu będzie fascynującym procesem podglądania artysty in statu nascendi. Znajdziemy tu niemal pełny wachlarz motywów, które później uczyniły go legendą. Od obsesji śmiercią i milczeniem Boga, przez skomplikowane relacje płci, aż po motyw artysty uwikłanego w rolę.

Wspólne punkty tych tekstów są nadzwyczaj wyraziste. Sam Bergman przyznawał się zresztą, że na początku swojej drogi mocno inspirował się Augustem Strindbergiem. Mamy tu rozstrzał pełen kontrastów – od wczesnej sztuki dramatycznej z 1942 roku, przez słynne „Malowidło na drewnie” (które, jak wiemy, stało się punktem wyjścia nieśmiertelnej „Siódmej pieczęci”), aż po niedoszły filmowy projekt z 1969 roku, przygotowywany pierwotnie jako część wspólnego przedsięwzięcia z Fellinim i Kurosawą, czy telewizyjny szkic o zmartwychwstaniu Jezusa z połowy lat 70.

Najciekawszy w tym zbiorze nie jest jednak sam teatr, a droga, jaką Bergman pokonuje od myślenia przede wszystkim kategoriami sceny i dialogu w stronę coraz bardziej świadomego myślenia językiem filmu – kadrem, rytmem i montażem. To bezcenny podgląd na to, jak kształtował się wybitny umysł reżyserski. Bądźmy jednak przy tym bezwzględnie szczerzy i odrzućmy na chwilę nabożny stosunek do klasyków. Ta książka bywa momentami po prostu ciężka i męcząca.

Zbiór otwiera tekst „Śmierć Kaspra” i powiedzmy to sobie wprost – przebrnięcie przez ten otwierający teatralny drobiazg wymaga od czytelnika pewnego samozaparcia. Jeśli ktoś spodziewa się wartkiej prozy czy gładkich dramatów do czytania przy popołudniowej kawie, bardzo szybko zderzy się ze ścianą. Forma bywa chropowata, scenariuszowe skróty nie zawsze czytelne, a chęć przełączenia się na cokolwiek innego pojawia się w głowie więcej niż raz.

Atmosferę całego zbioru dobrze podsumowuje anegdota związana z Maaret Koskinen, autorką posłowia. Kiedy po latach badała spuściznę reżysera, sam Bergman w rozmowie telefonicznej nazwał swoje prywatne archiwum na wyspie Fårö śmietnikiem, dziwiąc się przy okazji, jak mogło mu się wydawać, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach złapie się na jego Rybę (farsę filmową z 1950 roku). I ma w tym trochę racji. Część z tych tekstów to urocze, ale jednak formalnie ślepe uliczki.

Wszystko jest tu do bólu surowe. Tam, gdzie w filmie dostalibyśmy genialne zbliżenie kamery Svena Nykvista, twarz Liv Ullmann czy gęstą ciszę, w tekście zostaje tylko goły, czasem cokolwiek kawiarniany lub przestarzały schemat dramatyczny. Czy w takim razie warto? Bez dwóch zdań – tak, ale pod jednym warunkiem.

„Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane” to nie jest książka na rozpoczęcie przygody z autorem „Persony”. Dla przypadkowego czytelnika będzie to lektura trudna, nierówna i momentami niezrozumiała. Ale dla filmoznawców, świadomych fanów mistrza oraz osób, które chcą prześledzić, jak z cienia Strindberga wyłaniał się jeden z najważniejszych głosów XX wieku – to pozycja absolutnie obowiązkowa. Pozwala odrzeć mistrza z łatki nieomylnego i zobaczyć w nim szukającego, potykającego się i eksperymentującego rzemieślnika. Rzecz wymagająca, ale warta każdej poświęconej minuty.

Recenzja "Strup" Aga Bocian

Emocjonalny rollercoaster osadzony w Toruniu. Sprawdzamy plusy i minusy książki „Strup” Agi Bocian. Czy warto po nią sięgnąć?
Wydawca: Nie Powiem

Liczba stron: 300


Oprawa: miękka
 
Premiera: lipiec 2026 rok

Są w polskiej literaturze obyczajowej tematy, o których nie da się pisać bez ładunku emocjonalnego. Przemoc domowa, próba odbudowy życia po toksycznym związku, cień psychopatii rzucany na dziecko i bezradność systemów wsparcia to materiał niezwykle żywy, wręcz pulsujący. W swojej najnowszej powieści „Strup” (będącej kontynuacją „Rany”). Aga Bocian sięga właśnie po tę bolesną materię. Ponownie osadza losy bohaterów w klimatycznym, autentycznym Toruniu.

Dostajemy tu historię dwóch kobiet – Igi, która walczy o spokój własny i dzieci po odejściu od agresywnego męża oraz Małgorzaty, próbującej przetrawić żałobę po stracie syna w środowisku osób bezdomnych. I trzeba autorce oddać, że intencja oraz psychologiczny fundament tej powieści zasługują na słowa uznania. Bocian nie boi się poruszać kwestii trudnych, o których wciąż mówi się za mało. Przekonująco i uczciwie pokazała mechanizm subtelnego zastraszania i to, jak uwikłanie w konflikt rodziców rezonuje na małych dzieciach. Szkoda tylko, że ta bez wątpienia ważna opowieść miejscami cierpi z powodu warsztatowych skrótów.

Trudno o zbiór bardziej wyrazistych intencji społecznych, ale jako czytelnik muszę rozliczyć książkę nie tylko z tego, o czym opowiada, lecz także jak to robi. A w „Strupie” konstrukcja literacka zbyt często ustępuje miejsca podręcznikowemu melodramatyzmowi.


Pierwszym zgrzytem jest nadmiar patosu. Łzy u bohaterów nie są tu akcentem. One pojawiają się na łamach prozy niemal co kilkanaście stron, doprowadzając do pewnego stępienia wrażliwości czytelnika. Zamiast budować napięcie podskórnie, autorka decyduje się na stałe serwowanie maksymalnych rejestrów emocjonalnych. Co więcej, ta chęć natychmiastowego wzruszenia czytelnika prowadzi czasem do inscenizacyjnej sztuczności. Najlepszym przykładem jest scena, w której mała Mania po raz pierwszy w książce dostaje pełniejszy głos. Zamiast naturalnego, dziecięcego dialogu otrzymujemy precyzyjnie uszytą inscenizację zabawy lalkami, w której kilkulatka de facto referuje nieudane małżeństwo po to tylko, by na zapotrzebowanie fabuły „łzy jak grochy popłynęły po policzkach”, a serce Igi znów uległo ściśnięciu. To scenariuszowy chwyt tak jawnie zaprojektowany pod rozpacze czytelnika, że z miejsca traci swój autentyzm.

Druga sprawa to dosłowność. W tej prozie niemal wszystko jest dopowiedziane, nazwane i wyłożone. Brak tu miejsca na podtekst, niedomówienie czy czytelnicze wyobrażenie sobie reszty z zachowań postaci. Są strony, które można byłoby bez straty dla czytelnika wyciąć dosłownie w całości. Kolejna toruńska ulica czy tekst piosenki niekoniecznie wnoszą coś wartościowego do historii.

Warto też zwrócić uwagę na samą warstwę językową i kompozycyjną. Druga bohaterka, Małgorzata, i jej wątek poszukiwania prawdy w środowisku osób bezdomnych, miał ogromny potencjał na zbalansowanie historii Igi. Niestety, potraktowano go marginalnie, ucinając jego głębię na rzecz finałowej, pospiesznej konkluzji.

Pod względem stylistyki zauważalne są również pewne powtarzalne matryce zdaniowe. Czasami na jednej stronie (jak chociażby na pięćdziesiątej drugiej w mojej wersji ebooka) powracają natrętnie te same konstrukcje i te same słowa-klucze (ze stałą natarczywością słowa „sprawiały”). To kolejny dowód, że redakcyjnie nie zrealizowano tu pracy w 100%.

Czy „Strup” to książka zła? Nie, absolutnie nie. To pozycja, która z pewnością znajdzie – i już znajduje – rzesze odbiorców szukających w literaturze obyczajowej mocnych, bezpośrednich wzruszeń oraz wsparcia w przepracowywaniu własnych traum. Aga Bocian ma świetne wyczucie ludzkiego cierpienia i empatię, której nie da się kupić. Zaręczam także, że mimo kilku wad czyta się ją z satysfakcją.

Jeśli szukacie historii z Ważnym Przesłaniem, osadzonej w polskich realiach, która dotyka spraw przemocy domowej z dużą dawka emocjonalnego ładunku – to lektura, po którą warto sięgnąć. Jeśli jednak w literaturze szukacie językowej powściągliwości, niedomówień i perfekcyjnie oszlifowanego warsztatu, „Strup” może okazać się dla Was pozycją miejscami zbyt dosłowną i schematyczną.