Recenzja "Zapiski z kociego kraju" ” Lao She

Lao She na Marsie, czyli wielkie rozczarowanie. Czy „Zapiski z kociego kraju” to tylko naiwna ramotka? Przeczytaj surową recenzję chińskiej dystopii.
Wydawca: Yumeka

Liczba stron: 250


Oprawa: miękka
 
Tłumaczenie: Magdalena Stoszek-Deng
 
Premiera: 20 stycznia 2026 rok

Są takie książki, które wracają po latach nie dlatego, że są zapomnianymi arcydziełami, ale dlatego, że historia literatury potrzebuje ich jako ważnych punktów orientacyjnych. „Zapiski z kociego kraju” Lao She bez wątpienia należą do tej kategorii. Problem polega na tym, że ich znaczenie historyczne okazuje się znacznie ciekawsze niż sama lektura. Gdyby ten tekst został napisany dzisiaj, coś mi mówi, że nie przeszedłby nawet wstępnej selekcji u najmniej wybrednego wydawcy. To, co miało być jadowitą satyrą, dziś czyta się raczej jak ciężkawa alegoria, która z mozołem próbuje udawać literaturę przez wielkie „L”.

Zacznijmy od fundamentu, który w każdej dystopii powinien trzymać czytelnika za gardło, a więc od świata przedstawionego. Narrator rozbija się na Marsie i trafia do kraju kotoludzi. Brzmi jak obiecujący punkt wyjścia dla groteski? I rzeczywiście — przez chwilę można uwierzyć, że Lao She stworzy satyryczne piekło na miarę azjatyckich „Podróży Guliwera”. Problem polega jednak na tym, że marsjańska sceneria bardzo szybko okazuje się jedynie dekoracją. Kotoludzie nie funkcjonują jak prawdziwe społeczeństwo, lecz jak ruchome symbole kolejnych narodowych wad, a ich świat sprawia wrażenie bardziej publicystycznej alegorii niż literackiej rzeczywistości. Im dłużej trwa ta podróż przez Koci Kraj, tym mocniej widać, że groteskowa maska nie tyle odsłania prawdę o upadku cywilizacji, ile coraz bardziej ogranicza bohaterów do roli chodzących tez.

Główny problem Lao She nie leży jednak w samej konstrukcji świata, lecz w sposobie formułowania diagnoz. „Zapiski z kociego kraju” próbują być traktatem o upadku cywilizacji, korupcji i marazmie. Co otrzymujemy w zamian? Serię łopatologicznych rozdziałów-wykładów, w których narrator z wyższością godną kolonialnego turysty analizuje, że:

  • Kocimiętka to opium – metafora tak subtelna jak uderzenie obuchem w głowę.
  • Szkoły nie uczą – odkrycie na miarę skargi w księdze zażaleń, a nie wielkiej literatury.
  • Politycy kradną – tu już głęboki szok i niedowierzanie.

Wszystko tu jest podane na tacy, przeżute i wyplute. Lao She nie pozwala czytelnikowi myśleć. Niestety on go instruuje, co ma czuć. Narracja jest statyczna, pozbawiona iskry, a kocie społeczeństwo jest tak jednowymiarowe i głupie, że walka o ich ocalenie wydaje się równie sensowna, co próba naprawy zepsutego budzika przy pomocy młotka.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że jedynym powodem, dla którego dzisiaj ekscytujemy się tym tytułem, jest tragiczny życiorys autora i kontekst historyczny. Ale umówmy się, tragiczny los pisarza nie czyni automatycznie jego książki wybitną. „Zapiski z kociego kraju” to literatura zmęczona, która próbuje nieść ciężar świata na wątłych barkach taniej alegorii. To, co u Orwella jest mrożącą krew w żyłach mechaniką władzy, u Lao She jest chaotyczną opowieścią o istotach, które są zbyt absurdalne, by budzić grozę. A przy okazji zbyt irytujące, by budzić współczucie.

Oczywiście byłoby nieuczciwe oczekiwać od dystopii z początku XX wieku subtelności współczesnej prozy psychologicznej — również Orwell czy Huxley potrafili zatrzymywać narrację, by wygłaszać polityczne diagnozy. Problem w tym, że Lao She znacznie rzadziej potrafi przekuć publicystykę w pełnoprawną literaturę.

Naprawdę chciałem, żeby ta książka przypadła mi do gustu. Polubiłem autora za tom „Człowiek, którynigdy nie skłamał?”, cenię literaturę z Państwa Środka, sięgam po praktycznie każdą książkę tłumaczoną przez Panią Magdalenę, a do fantastyki uciekam przynajmniej kilka razy w roku. Niemniej po przeczytaniu np. książek H.G. Wellsa, Julesa Verne’a czy Eugeniusza Zamiatina, „Zapiski z kociego kraju” wydają mi się po prostu literackim anachronizmem. A wszystkie wymienione były pisane przecież wcześniej. Ba, w tym samym 1932 roku wydano „Nowy wspaniały świat”. Być może właśnie dlatego dziś najciekawszy okazuje się nie sam efekt literacki, lecz miejsce tej powieści w historii gatunku. „Zapiski z kociego kraju” pozostają ważnym świadectwem epoki i interesującym eksperymentem w historii chińskiej fantastyki. Nie zmienia to jednak faktu, że jako powieść bronią się dziś głównie fragmentami, a ciężar ich reputacji wydaje się większy niż ciężar samej literatury.

Recenzja "Codzienna walka" Manu Larcenet

Czy komiks może być „Dekalogiem” naszych czasów? Odkryj fenomen „Codziennej walki” – ponadczasowe arcydzieło, które zostanie z Tobą na zawsze. Sprawdź!
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 248


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
 
Premiera: 31 marca 2026 rok

Są twórcy, których się czyta. Są tacy, których się podziwia. I są wreszcie nieliczni, absolutnie nieliczni, których się przeżywa. Manu Larcenet należy do tej ostatniej kategorii. W świecie komiksu zajmuje miejsce zarezerwowane dla największych humanistów kina czy literatury – to ten sam kaliber wrażliwości, co u Krzysztofa Kieślowskiego czy Raymonda Carvera. Jeśli „Raport Brodecka” był mrocznym, graficznym poematem o złu, a „Blast” studium upadku, to wznowiona właśnie przez Mandiokę „Codzienna walka” jest jego „Dekalogiem”. To komiks absolutny, ponadczasowy. Dzieło, które za 50 lat będzie czytane z taką samą dawką wzruszenia.

Francuski twórca nie jest artystą jednowymiarowym. Każde jego dzieło jest na swój sposób odmienne, oryginalne. W przypadku „Codziennej walki” siła Larceneta tkwi w genialnym, niemal przewrotnym kontraście. Operuje stylem z pozoru kreskówkowym. Bohaterowie mają przerysowane nosy, kropki zamiast oczu i sylwetki jak z niedzielnej dobranocki. To jednak pułapka na czujność czytelnika. Ten uproszczony anturaż pozwala autorowi na bezkarną, niemal bolesną intymność. Gdy Marco, fotograf cierpiący na ataki paniki, dusi się w fioletowych oparach lęku, jego sitcomowa twarz wykrzywia się w sposób, którego nie oddałby żaden hiperrealizm.

Kartkując ten tom zwróćcie uwagę na oczy bohaterów. Te małe punkty potrafią w jednym kadrze wyrazić rezygnację, a w drugim, po milimetrowym przesunięciu kreski, głęboką czułość. To właśnie zdolność do kreślenia najtrudniejszych stanów psychicznych za pomocą najprostszych narzędzi, czyni w mojej opinii z Larceneta geniusza. Lęk nie jest tu opowiedziany. On jest narysowany. Atak paniki nie zostaje nazwany. On deformuje rzeczywistość kadru. Czy to oznacza, że „Codzienna walka” przekracza własne medium? Jestem przekonany, że jest w tym ziarenko prawdy. Niewiele opowieści graficznych potrafi wyjść ponad ilustrację emocji i stać się ich bezpośrednim nośnikiem.

O czym tak naprawdę jest ten komiks? Poznajemy historię Marca, który porzuca fotografowanie wojennych pogorzelisk na rzecz wiejskiej izolacji. Z pozoru może wydawać się to banalne. Mało to znamy opowieści o ucieczce w stronę prowincjonalnej ciszy? Larcenet z tej prostoty, potrafi jednak wykreować strukturę tragiczną. Rodzina, choroba ojca, niepewność pracy, miłość, która przychodzi nie w porę lub zbyt wcześnie – to wszystko są elementy codzienności. A jednak pod jego ręką zaczynają one przypominać coś w rodzaju świeckiej tragedii, rozpisanej na drobne przesunięcia emocji.

Jednym z najbardziej przejmujących wątków „Codziennej walki” jest relacja Marca z ojcem. Świetnie ukazuje tu dramat schyłku życia i odchodzenia w niepamięć. Ojciec, niegdyś silny robotnik stoczniowy, teraz trawiony przez Alzheimera, staje się cieniem samego siebie. Przeżywa ten sam dzień w zapętleniu i widzi tę samą łódź mijającą go po pięć razy dziennie. Larcenet z niezwykłą delikatnością portretuje tę więź, w której syn, patrząc na gasnącego rodzica, mierzy się z przerażającym odkryciem – ojcowie są śmiertelni i ich upadek zwiastuje nieuchronność własnego przemijania.

Ta obyczajowa, barwna i momentami niemal sitcomowa narracja jest regularnie przerywana przez surowe, czarno-białe plansze, które imitują fotografie wykonywane przez Marca. Te realistyczne kadry działają jak wizualne punkty wstrzymania, momenty, w których komiks bierze głęboki oddech, a czytelnik zostaje wytrącony z rytmu lekkiej kreski na rzecz kontemplacji detali. Dłoń ojca, twarze zmęczonych stoczniowców czy pozornie nieistotne przedmioty – Larcenet wykorzystuje te zdjęcia ze wspomnień, by nadać opowieści dokumentalny ciężar. Nie są to tylko ilustracje pracy, lecz rozpaczliwe próby zatrzymania czasu.

W całym tym natłoku zdarzeń i obrazów fundamentalną rolę odgrywa jednak milczenie, które Larcenet stosuje z precyzją godną mistrzów literatury. Autor świadomie rezygnuje z podawania łopatologicznych wyjaśnień dotyczących genezy ataków paniki Marca, pozwalając tym lękom po prostu istnieć jako immanentna część jego kondycji. To właśnie ten brak definitywnej odpowiedzi sprawia, że Marco przestaje być jedynie papierowym bohaterem. To postać na wskroś ludzka i uniwersalna. Dzięki tej narracyjnej powściągliwości „Codzienna walka” przestaje być tylko historią jednego człowieka, a staje się przypowieścią o lęku przed życiem, który towarzyszy każdemu z nas.

I jakby na przekór tej uniwersalności, Larcenet nie traktuje tła społecznego jako dekoracji. To tak naprawdę żywa tkanka, która determinuje lęki i wybory bohaterów. Widzimy tu Francję w głębokim procesie transformacji. W tym miejscu tradycyjne poczucie wspólnoty budowane wokół stoczniowych doków ustępuje miejsca chłodnej, zautomatyzowanej logice zysku. Autor z maestrią wplata te napięcia w codzienne rozmowy przy winie i pokazuje tym samym, jak wielka polityka i widmo prawicowego radykalizmu przenikają do prywatnych domów. To właśnie w tych subtelnych wymianach zdań między Markiem a jego sąsiadami czy rodziną najlepiej widać pęknięcia w strukturze narodu.

Jeśli myślisz, że zwyczajne życie jest nudne, Larcenet pokaże Ci w nim epopeję godną Homera, tyle że w wersji z jadowitymi sąsiadami i Alzheimerem w tle. To liturgia codzienności odprawiana w oparach dymu z marokańskiego zioła. Kieślowski narysowałby to dokładnie tak samo, gdyby tylko miał tyle poczucia humoru i taką rękę do groteski.

Recenzja „Mater 2-10” Hwang Sok-yong

Monumentalna saga Hwang Sok-yonga. Między brutalnym faktem a folklorem. Czy wielka powieść proletariackia ocala historię wykluczonych? Przeczytaj!
Wydawca: Bo.wiem

Liczba stron: 496


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Dominika Chybowska-Jang
 
Premiera: 15 kwietnia 2026 rok

W literackiej topografii Hwang Sok-yonga, wielkiego kronikarza wykluczonych, rzadko trafiamy na krajobrazy kojące. Zamiast nich autor rzuca nas na szczyt fabrycznego komina, gdzie Yi Jin-o – robotnik wymazany z grafiku współczesnej gospodarki – prowadzi swój podniebny, desperacki strajk. To tam, zawieszona między smogiem dzisiejszego Seulu a szeptami przodków, zaczyna się „Mater 2-10”. Jeśli proza Juana Rulfo była ekshumacją meksykańskiego pyłu, to monumentalna saga Hwanga jest próbą ocalenia godności klasy, którą Historia – ta pisana wielką literą – zwykła mielić na przemiał industrialnego postępu.

„Mater 2-10” to saga czterech pokoleń, rozpięta na stuleciu koreańskiego bólu. Od japońskiej okupacji i kolejowego drylu, przez bratobójczą wojnę, aż po brutalny neoliberalizm. Hwang Sok-yong, nominowany za tę powieść do Międzynarodowego Bookera, buduje konstrukcję zawieszoną wpół drogi między brutalnym faktem a folklorem. To tutaj duchy przodków siadają obok Jin-o na kominie, a dawne walki o niepodległość przeglądają się w dzisiejszych transparentach związkowych.

Najmocniejsze fragmenty powieści to te, w których Hwang pozwala przemówić historii bezpośrednio. Widzimy w nich konkretne doświadczenia, a więc pracę na kolei, represje policji kolonialnej, działalność podziemia, chodzenie do kina (filmy „Arirang” i „The Ownerless Ferryboat” funkcjonują tu jako element pamięci kulturowej, nie konkretne odniesienia). Konflikt między braćmi (kolaboracja kontra opór) jest tu czymś więcej, niż abstrakcyjnym dylematem ideologicznym. To egzystencjalny wybór bez dobrego rozwiązania. Właśnie w tych momentach proza nabiera ciężaru, staje się gęsta, niemal dokumentalna, ale jednocześnie naznaczona emocjonalną prawdą.

Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że lektura „Mater 2-10” to proces wymagający. Największą barierą dla zachodniego czytelnika staje się ogromne nagromadzenie podobnie brzmiących koreańskich imion w wielopokoleniowej narracji, które – choć niosą ze sobą rodowe dziedzictwo i symbolikę – w toku opowieści potrafią zlać się w jedną, trudną do rozsupłania masę. Czytelnik często musi walczyć o utrzymanie orientacji w genealogicznym gąszczu, a to naturalnie wybija z rytmu i osłabia emocjonalne zaangażowanie. Hwang ma też tendencję do dopowiadania: kontekstów, struktur, genealogii. Narracja wielokrotnie zatrzymuje się, by wyjaśnić, uporządkować, nazwać. W efekcie powieść momentami dryfuje w stronę wykładu historycznego, tracąc impet literacki.

Podobny problem dotyczy warstwy językowej. Niezależnie od tego, czy wynika to z oryginału, czy z przekładu, styl bywa zaskakująco generyczny. Zdania wielokrotnie złożone o powtarzalnej konstrukcji – często spięte frazami w rodzaju „sprawia to” czy „oznacza to” – nadają narracji rytm jednostajny. Tam, gdzie u Raymonda Carvera czy Lydii Davis milczenie było nośnikiem znaczenia, u Hwanga nadmiar słów bywa jego rozproszeniem. Momentami przypomina to literaturę faktu niskiej próby lub niefortunne tłumaczenie, które zgubiło po drodze lekkość oryginału. Po pewnym czasie przestaje się je nawet wyłapywać. I nie dlatego, że znikają. Po prostu stają się normą.

Nie znaczy to jednak, że projekt Hwanga się nie udaje. Wręcz przeciwnie – jego ambicja pozostaje imponująca. „Mater 2-10” to jedna z nielicznych współczesnych prób napisania wielkiej powieści proletariackiej, która nie ucieka ani w nostalgię, ani w ideologiczną prostotę. Autor konsekwentnie pokazuje, że historia klasy robotniczej to nie linearna opowieść o postępie, lecz ciąg powracających napięć. Między pracą a wyzyskiem, pamięcią a zapomnieniem, nadzieją a jej permanentnym odraczaniem.

Symboliczny tytuł nawiązujący do unieruchomionej lokomotywy w strefie zdemilitaryzowanej, dobrze oddaje charakter tej książki. To opowieść o ruchu, który został zatrzymany, o historii, która nie znalazła swojego domknięcia. Jin-o na kominie nie jest bohaterem w klasycznym sensie. Jest raczej punktem styku. Miejscem, w którym przeszłość i teraźniejszość na chwilę się spotykają, by zaraz znów się rozminąć.

Po lekturze pozostaje ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony mam ogromny szacunek dla skali i intencji. Z drugiej strony pozostaje świadomość, że ciężar materiału momentami przygniata samą formę. Hwang chce ocalić pamięć i rzeczywiście coś z niej ocala. Pytanie tylko, czy nie robi tego kosztem literackiej intensywności (chociaż podkreślam przy tym, że nie znam oryginału, a jedynie polskie tłumaczenie).

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.