Recenzja "Angst" Gustaw Rajmus

Krótkie cięcia i egzystencjalna groza. Czy nowy zbiór opowiadań „Angst” Gustawa Rajmusa dorównuje znakomitym „Królestwom”?
Wydawca: Forma

Liczba stron: 120


Oprawa: broszurowa
 
Premiera: 8 czerwca 2026 rok

Gustaw Rajmus, jeden z intrygujących głosów współczesnej polskiej literatury niesamowitej, powraca z nowym zbiorem opowiadań. Książka zatytułowana „Angst” to – jak słusznie zauważają bliscy temu nurtowi twórcy i krytycy, Dariusz Muszer oraz Wojciech Gunia – precyzyjnie skonstruowany poligon lęku egzystencjalnego. Rajmus bawi się tu konwencją post-gotyku i udowadnia, że największym horrorem, z jakim przychodzi nam się mierzyć, jest samo istnienie.

Tytułowy „angst” – udręka, niepokój, psychiczne napięcie towarzyszące wkraczaniu w dorosłość i zderzeniu z codziennością – staje się u szczecińskiego pisarza idealnym partnerem dla zła. Rajmus przyjmuje tu rolę specyficznego, bezwzględnego terapeuty współczesności. Zamiast pocieszać, każe nam zajrzeć prosto w ciemność pod łóżkiem. Doskonale wie, że to, co tam ujrzymy, zrujnuje nasz dotychczasowy spokój.

Konstrukcja tomu opiera się na bardzo krótkich, skondensowanych i niezwykle intensywnych formach. Autor bierze na warsztat drobiazgi codziennego życia, wokół których narasta duszna, lepka niezwykłość. Bije przy tym celnie i krótko, zostawiając czytelnika z poczuciem emocjonalnego poturbowania.

Najlepszym tego dowodem są teksty takie jak „Więzy”, gdzie temat usunięcia problemu i rodzącego się po nim szaleństwa zostaje zamknięty w potwornej, surrealistycznej figurze papugi, bezlitośnie powtarzającej adres dokonania zbrodni. Z kolei w „Sadzie” autor w niesamowicie plastyczny, hipnotyczny sposób odtwarza ból dojrzewania, samotności i inicjacji w cierpienie.

Autor imponuje także różnorodnością motywów. „Wróciło” zamienia doświadczenie straty w makabryczną historię o fizycznym powrocie utraconego dziecka. „Zatańczyć z tobą chcę” zestawia domową codzienność z irracjonalnym okrucieństwem. „Biel” i „Wagon” pokazują, że miejsca dziecięcych lęków nie tracą swojej mocy mimo upływu lat, natomiast „Syzygia” zamienia zwykłe oczekiwanie na rodziców w klaustrofobiczny koszmar.

Rajmus chętnie sięga również po motywy współczesnej kultury. W „Konfirmacji” zestawia medialną przemoc z religijną symboliką, „Anima” wykorzystuje środowisko graczy konwentowych do opowieści o psychicznych granicach człowieka, a „Cierpliwa jest” przekształca medyczną diagnozę w groteskowy seans grozy. Z kolei „Delphicum oraculum postmodernista est” pokazuje autora jako erudytę świadomie igrającego z oczekiwaniami odbiorcy i pozostawiającego szerokie pole do interpretacji.

Największą zaletą „Angst” pozostaje konsekwencja. Rajmus nie tłumaczy swoich światów ani nie zamyka ich jednoznacznymi puentami. Buduje atmosferę niepewności, przypominając, że źródłem największego lęku często nie jest zło samo w sobie, lecz świadomość jego nieuchronnej obecności.

Mimo niewątpliwego zachwytu nad intensywnością tomu, jako wierny czytelnik prozy Rajmusa muszę postawić temu zbiorowi jeden, zasadniczy zarzut. Autor najbardziej imponuje mi w dłuższych, bardziej pojemnych strukturach. Pamiętając jego poprzedni, znakomity zbiór „Królestwa”, trudno nie odczuć pewnego niedosytu wywołanego tak ekstremalną kondensacją formy.

Tam, gdzie „Królestwa” rozwijały pięć rozbudowanych światów – od filozoficznego „Hagala”, przez gotyckiego „Mistrza”, po realizm magiczny „Ostoi” – „Angst” przypomina serię krótkich, celnych uderzeń. Efekt bywa bardzo intensywny, ale niektóre miniatury, jak „Odpowiedź” czy „Materia”, kończą się w chwili, gdy czytelnik dopiero zaczyna zanurzać się w wykreowanej rzeczywistości..

Styl Rajmusa wciąż jest ten sam: gęsty, mięsisty, chwilami celowo przegadany i barokowy. Pełen obrazów, które wywołują pod skórą fizyczne zimno. Jednak w tak krótkich formach, ten językowy przesyt bywa momentami odczuwalny. O ile w długich opowiadaniach z „Królestw” te językowe naddatki pracowały na monumentalny, mroczny klimat, o tyle tutaj parę fraz można by spokojnie odchudzić, z korzyścią dla dynamiki samych opowieści.

Angst” to bez wątpienia książka udana, spójna i całkowicie wolna od schematyczności. Gustaw Rajmus udowadnia, że potrafi ewoluować, a jego wyobraźnia z tomu na tom staje się coraz bardziej drapieżna. Choć osobiście wciąż uważam mistyczne freski z „Królestw” za szczytowe osiągnięcie pisarza, to nowy zbiór jawi się jako fascynujący, brutalny eksperyment na żywej tkance ludzkich fobii. To wymagająca, bolesna, ale na swój sposób niezwykle czuła literatura o tęsknocie za ładem w świecie, który bezpowrotnie pękł.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.      

Recenzja "Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi" Mariana Enríquez

Mariana Enríquez wraca z nowym zbiorem opowiadań. Sprawdź recenzję „Słonecznego miejsca dla mrocznych ludzi” – gotyk i body horror.
Wydawca: Echa

Liczba stron: 224


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
 
Premiera: 17 czerwca 2026 rok

Mariana Enríquez nie musi już niczego udowadniać. Jeśli jej monumentalna powieść „Nasza część nocy” uchodziła za literacki cios między oczy, to jej najnowszy zbiór dwunastu opowiadań „Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi” jest ostatecznym potwierdzeniem jej statusu królowej gotyku. Nazwać autorkę po prostu głosem z Argentyny to tak, jakby zupełnie nie zdawać sobie sprawy z jej dorobku. To przecież pełnoprawna, współczesna spadkobierczyni Shirley Jackson i H.P. Lovecrafta. Pisarka, która z precyzją chirurga potrafi przeszczepić klasyczne tropy literackiej grozy na ropiejący grunt latynoamerykańskiej codzienności.

Zło u Enríquez nigdy nie przychodzi z zewnątrz. Nie jest kosmicznym najeźdźcą ani potworem z szafy. Jest ciche, wszechobecne, wrośnięte w tkankę miejskiego i prowincjonalnego życia. Autorka ponownie wybiera swoją magiczną liczbę dwunastu tekstów (dokładnie tak jak w „To, co utraciliśmy w ogniu” i „Niebezpieczeństwach palenia w łóżku”), by zaprosić nas do świata, gdzie rzeczywistość niepostrzeżenie pęka, obnażając to, co od pokoleń próbowano zamieść pod dywan. O czym tym razem przeczytamy?

Zbiór otwiera tekst mocno zakorzeniony w realiach ubogiej dzielnicy Buenos Aires. Lekarka zaczyna słyszeć i widzieć zmarłych – w tym własną matkę, która odeszła po długich cierpieniach. Zjawisko szybko rozlewa się na sąsiadów. Autorka umiejętnie wykorzystuje ten paranormalny sztafaż do ostrej krytyki argentyńskiej klasy średniej i skrajnej prawicy (nienawiść do migrantów i najuboższych). Prawdziwym potworem nie są tu duchy, ale żywi lokatorzy żądający średniowiecznych samosądów w imię bezpieczeństwa.

Kolejne teksty przesuwają akcent na body horror. Badają lęki związane ze starzeniem się i rozkładem ciała. W pierwszym z nich przenosimy się nad rzekę Parana, gdzie ciało bohaterki dosłownie rozpada się za życia, a ludzkie dramaty splatają się z szowinistycznymi, ludowymi mitami o kobietach zamienianych w ptaki za nieposłuszeństwo. Z kolei „Przemiana” to intymne, odpychające studium kobiety po operacji macicy, która postanawia zachować swój wycięty mięśniak. Odnajduje w nim perwersyjny zachwyt w fizycznej anomalii i biologicznej deformacji.

Enríquez z niesłychaną drastycznością dotyka traumy gwałtu i przemocy patriarchalnej. W „Nieszczęsnej twarzy” matka i córka dosłownie tracą swoje oblicza w przerażającej metaforze systemowego wymazywania kobiet. Natomiast r„Kolory zrobione z łez” opowiadają o pracownicach sklepu vintage, które przymierzają suknie zmarłej żony bogatego przedsiębiorcy. Ubrania te fizycznie ranią ich ciała i w ten sposób odwzorowują ślady dawnych pobić i ran domowej przemocy z lat 80. To bolesne oskarżenie klas wyższych o bezkarność w czasach dyktatury.

Pisarka doskonale radzi sobie także poza granicami Argentyny. Tytułowe opowiadanie sięga po autentyczną, mroczną legendę Los Angeles i słynnego hotelu Cecil – sprawę zagadkowej śmierci Elisy Lam w zbiorniku z wodą. Autorka tworzy wokół tego reportażowy, zmysłowy portret miejskiej samotności i ludzi pijących wodę skażoną rozkładem. Natomiast „Julie”, będące hołdem dla kultowego horroru „Istota”, z ironią i nostalgią opowiada o dziewczynie uprawiającej seks z duchami. Przy okazji punktuje napięcia między argentyńskimi emigrantami a tymi, którzy zostali w kraju.

Finałowe partie zbioru to ukłon w stronę horroru kosmicznego. W „Hymnie hien” młoda para homoseksualistów odwiedza opuszczony pałac Aguirre, dawny obóz koncentracyjny z czasów junty wojskowej. Próba zabawy z przeszłością i włożenie ubrań ofiar budzi potwornego, samookaleczającego się kata, podczas gdy z ciemności dobiega śmiech ocalałych z pożaru hien. „Lokalny artysta” oraz dzieci o całkowicie czarnych oczach z opowiadania „Czarne oczy” to z kolei czysty, lovecraftowski chłód, gdzie małomiasteczkowa depopulacja ustępuje miejsca pradawnym, nieludzkim mitom.

Każda budowla narracyjna tej autorki wznoszona jest na tych samych, popękanych fundamentach. Nieważne, jak daleko uciekają jej bohaterowie – zawsze trafiają do miejsc, w których czas stanął w miejscu. Rower zepsuty na samym początku wycieczki do nawiedzonego domu staje się symbolem całej jej prozy. W tym świecie nic, czego dotykasz, nie jest pewne.

Największą siłą zbioru okazuje się stylistyczna ewolucja twórczyni. Enríquez porzuciła potrzebę czystej performatywności na rzecz absolutnej samoświadomości swojego daru. Doskonale operuje pierwszą osobą liczby pojedynczej. Jej narratorzy funkcjonują jak ślepe punkty opowieści – nie widzą wszystkiego, co pozwala grozie kiełkować w niedopowiedzeniach i ciemności. Ta perspektywa buduje niezwykłą intymność. Czytelnik czuje się, jakby siedział z autorką przy gasnącym ognisku w starym, trzeszczącym domu, podczas gdy ona trzyma go za rękę i prowadzi przez najczarniejszy z tuneli.

W nowym tomie znacznie mocniej dochodzi do głosu wisielczy, czarny humor oraz ironia w stylu Shirley Jackson. W ten sposób opisywane okrucieństwa – jak chociażby koszmarna zabawa dzieci z tragicznie zmarłym kolegą w „Cmentarzysku lodówek” stają się paradoksalnie lżejsze, by chwilę później uderzyć w nas ze zdwojoną, potworną siłą.

„Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi” to kolejny genialny, krwawy i makabryczny festiwal w dorobku argentyńskiej pisarki. Enríquez bezlitośnie poszerza granice swojego imperium. To proza, która autentycznie mrozi krew w żyłach, ale też przypomina, że choć wszystko wokół nas poszło nie tak, to – na całe szczęście – wciąż mamy kogoś, kto potrafi o tym opowiedzieć.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.     

Recenzja "Zabawa w wilka" Zuzana Říhová

Duszna i bezlitosna wiwisekcja małżeńskiego kryzysu na czeskiej prowincji. Recenzja hipnotyzującej powieści Zuzany Říhovej.
Wydawca: Afera

Liczba stron: 272


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Dorota Dobrew
 
Premiera: czerwiec 2026 rok

Zuzana Říhová w swojej nominowanej do nagrody Magnesia Litera powieści „Zabawa w wilka” dokonuje bezwzględnej dekonstrukcji sielskiego mitu prowincji. Zamiast uzdrawiającej ucieczki na wieś, czeska autorka serwuje nam duszną, gęstą od much i upału anatomię rozpadu. To brutalna i niezwykle poetycka gra z konwencją weird fiction, horroru wiejskiego oraz mrocznej, pozbawionej niewinności baśni w duchu Angeli Carter czy literackich, niepokojących światów Daisy Johnson i Helen Oyeyemi.

Punkt wyjścia przypomina klasyczny dreszczowiec psychologiczny. Bohumil i Bohumila (moim zdaniem trafny zabieg zbliżenia imion, sugerujący, że stanowią już tylko zlewające się, uwięzione w rutynie uniwersum) wraz z niepełnosprawnym intelektualnie synem uciekają z Pragi do Podlesia – wsi położonej na samym dnie głębokiego wąwozu. Przeprowadzka ma reanimować ich związek, przeżarty zdradą i wzajemną niechęcią. Jednak ta nowa przestrzeń od początku okazuje się opresyjna. Miastowych wita lepki skwar, susza niszcząca bydło i klaustrofobiczna, wroga społeczność, która pod maską tradycyjnej gościnności realizuje własny, drapieżny plan.

Říhová buduje napięcie nie poprzez krwawe efekty, ale przez permanentne, wręcz krystaliczne oczekiwanie na nieuchronne najgorsze. Groza sączy się tu z somatycznych detali, ot chociażby z sączącej się rany na dłoni Bohumili czy z odgłosów bliżej niezidentyfikowanego stworzenia krążącego nocą wokół chałupy. Autorka bezlitośnie przepisuje strukturę baśni o Czerwonym Kapturku. Odziera ją przy tym z dziecięcej naiwności. Przypomina, że najgroźniejsze wilki nie czekają w gęstwinie leśnej – one siedzą w nas samych, w naszej potrzebie dominacji, sadyzmu i pogardzie dla słabszych. Doskonale widać to w scenie, gdy stary Sláva wyprowadza niemego chłopca do leśnej zagrody, by karmić się jego bezbronnym przerażeniem. To nie mityczny potwór jest potworem, a człowiek, który w swojej samotności decyduje się na zadawanie cierpienia innym.

Największą siłą, a zarazem barierą wejścia tej prozy jest jej polifoniczna struktura. Říhová bez ostrzeżenia żongluje perspektywami, przeskakuje między świadomościami bohaterów, wiejskich gospodarzy, a nawet samej nocy, która personifikuje lęk i drwi z Bohumila. Czas nie płynie tu linearnie. On pętli się i rwie. Ta asymetria i celowa deorientacja, wzmocniona przez gwałtowne kontrasty językowe (gdzie niemal florystyczne, poetyckie opisy natury zderzają się z ordynarnym, brutalnym językiem wsi), upodabnia książkę do gorączkowego snu, z którego nie ma dokąd uciec. Pod tym względem powieści najbliżej do tekstów grozy i niepokojących, wiejskich miniatur Samanthy Schweblin czy Mariany Enríquez. Podobnie jak wspomniane autorki, Říhová nie daje satysfakcji łatwego finału. Zostawia nas z surowym, filmowym i bolesnym obrazem ludzkiego wyobcowania.

„Zabawa w wilka” to wymagający, zmysłowy traktat o chronicznej samotności i o tym, jak łatwo w warunkach izolacji zdjąć z siebie gorset człowieczeństwa. To proza, która na długo po lekturze zostawia pod powiekami duszny, wiejski krajobraz i udowadnia, że najgroźniejszy drapieżnik to ten, który zamiast wielkich kłów używa ludzkich intencji. Rzadko kiedy spotykam tak ciekawą i niejednoznaczna powieść gatunkową.

Recenzja "Angst" Gustaw Rajmus