Recenzja "Nocne historie" Laurent Mauvignier

Haneke na francuskiej wsi. Omówienie powieści „Nocne historie” Laurenta Mauvigniera – od hipnotyzującej prozy po wielką ekranizację.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 544


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie:
Jacek Giszczak

Premiera: 25 września 2026 rok

Prawdziwa groza w literaturze rzadko potrzebuje rekwizytów zza światów. Najbardziej niszczycielskie okazuje się to, co ciche, zaniechane i powoli fermentujące pod powierzchnią codzienności. W „Nocnych historiach” Laurent Mauvignier – pisarz o wirtuozerskim zacięciu stylistycznym i laureat Nagrody Goncourtów – bierze na warsztat klasyczną matrycę thrillera typu home invasion i przerabia ją na gęste, wielogłosowe studium ludzkiej bezradności.

Krajobraz tej powieści jest całkowicie pozbawiony malowniczości. To zapomniana osada, spękany asfalt, porastające mchem stodoły i połacie kukurydzy. W tej izolacji egzystuje garstka ludzi. Jest tu ponury, przytłoczony długami rolnik Patrice, jego chłodna żona Marion, ich córka Ida oraz sąsiadka, ekscentryczna malarka Christine.

Napięcie narasta bez pośpiechu. Christine od dawna dostaje anonimowe groźby, w małżeństwie Bergogne'ów miłość wygasła, a rutynę codziennych obowiązków podszywa przeczucie nadchodzącej katastrofy. Kiedy w dniu czterdziestych urodzin Marion pod domem zjawiają się trzej nieznajomi, przeszłość wdziera się w teraźniejszość z brutalną siłą. Jednak to nie sami napastnicy stanowią tu największe zagrożenie. Są jedynie katalizatorem dla pęknięć, które w tej rodzinie istniały od dawna.

Sposób, w jaki Mauvignier prowadzi narrację, budzi skojarzenia z dwoma zupełnie różnymi tradycjami filmowymi. Z jednej strony mamy tu bezlitosną obyczajową analizę w stylu Claude’a Chabrola. Autor podgląda wiejski mikrokosmos z chłodnym obiektywizmem, demaskując hipokryzję, poczucie wstydu i nieumiejętność budowania relacji.

Z drugiej strony – gdy dojdzie już do konfrontacji w zamkniętym domu – proza Mauvigniera wkracza na terytorium bliskie „Funny Games” Michaela Hanekego. Podobnie jak austriacki reżyser, francuski pisarz odziera przemoc z jakiejkolwiek hollywoodzkiej atrakcyjności czy taniego suspensu. Jest ona duszna, lepka i paraliżująca. Autor wsadza czytelnika w sam środek klaustrofobicznej matni, z której nie ma ucieczki, bo prawdziwym więzieniem okazuje się pamięć bohaterów.

Największym osiągnięciem „Nocnych historii” pozostaje sama fraza. Mauvignier buduje wielokrotnie złożone, hipnotyzujące zdania, które potrafią ciągnąć się przez całe strony. Pisarz po mistrzowsku spowalnia czas narracji. Wygląda to tak, jakby Stephen King postanowił napisać powieść grozy językiem Marcela Prousta.

Każda sekunda przed nieuchronnym wybuchem zostaje rozłożona na czynniki pierwsze. Dowiadujemy się wszystkiego o mikroruchach bohaterów, ich wahaniach, wstydzie, przebłyskach czułości i narastającej panice. Mauvignier nie śpieszy się do rozwiązania zagadki. Pytanie kto i dlaczego traci znaczenie w zderzeniu z samą obserwacją tego, jak misternie skonstruowana jest ta literacka machina.

Niezwykła wizualność tej prozy sprawiła, że po książkę sięgnęło francuskie kino. Ekranizacja w reżyserii Léi Mysius – ze znakomitą obsadą, w której znaleźli się Monica Bellucci, Hafsia Herzi oraz Benoît Magimel – trafiła do Konkursu Głównego w Cannes. Jej polska premiera zaplanowana jest na listopad 2026 roku. Mauvignier stworzył książkę bezkompromisową. Połączył elegancję prozy wysokiej z surową dynamiką thrillera. Udowodnił, że od własnej przeszłości nie da się uciec – można jedynie na chwilę odroczyć jej wyrok. Doskonała lektura!


Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.   

Recenzja "Słyszę nowy świat" Alan Moore

Witajcie w Wielkim Kiedy. Przeczytaj omówienie powieści „Słyszę nowy świat” Alana Moore’a: londyński półświatek, magia, bracia Kray i rok 1958.
Wydawca: Echa

Liczba stron: 440


Oprawa: twarda

Tłumaczenie:
Wojciech Szypuła

Premiera: wrzesień 2026 rok

Alan Moore – komiksowy szaman z Northampton, architekt „Strażników” i „V jak Vendetta” znowu to robi. Drugi tom jego pentalogii „Długi Londyn” zatytułowany „Słyszę nowy świat” dowodzi, że autor nie ma absolutnie żądnego szacunku dla limitu słów, cierpliwości zwolenników czystego suspensu czy klasycznych ram fantastyki miejskiej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu otrzymujemy prozę całkowicie osobną. Gęstą, bezczelną i rozbuchaną stylistycznie.

Jest rok 1958. Dennis Knuckleyard, nieporadny protagonista z pierwszego tomu („Wielkie Kiedy”), ma już dwadzieścia kilka lat i dorabia jako pisarz na obrzeżach londyńskiej kontrkultury oraz prasy rozrywkowej. Przez dziewięć lat robił wszystko, by wyprzeć z pamięci istnienie drugiego, mitologicznego Londynu. Naiwnie wierzył, że jeśli nie będzie pisał o tamtejszych rewirach, to i tamten świat o nim zapomni.

Zapomnienie w prozie Moore’a to jednak tylko kruchutkie zawieszenie broni. Przeszłość dopada Dennisa pod postacią mosiężnego klucza – niechcianej pamiątki, którą przed laty przemycił z Wielkiego Kiedy. Chcąc raz na zawsze zamknąć ten rozdział, Dennis oddaje klucz znajomemu, ekscentrycznemu producentowi muzycznemu Joemu Meekowi. Działa to jednak jak lont. Magiczne konsekwencje natychmiast rozlewają się po mieście, a w Notting Hill i na ulicach Londynu zjawiają się nieproszeni goście z drugiej strony. Gdy Grace Shilling – dawna miłość Dennisa – zostaje wciągnięta w śledztwo w sprawie tych wydarzeń i sama rusza do Długiego Londynu, przerażony Dennis rusza jej śladem. Tak rozpoczyna się kolejna niebezpieczna wędrówka przez obydwa wymiary.

Samo określenie „Wielkie Kiedy” czy „Długi Londyn” nie oznacza po prostu kolejnej krainy ukrytej za szafą. Dla Moore’a to mityczne i poetyckie podglebie stolicy – drugie ciało miasta stworzone z języka, lęków, starych map i politycznych fobii.

Autor umiejętnie rezygnuje z prostego podziału na zwykłą rzeczywistość i magiczny świat. Londyn końca lat pięćdziesiątych w wydaniu Moore’a sam w sobie przypomina obłędny sen. Pisarz zaludnia drugi plan rzeczywistymi, historycznymi postaciami tamtej epoki. Jest to Joe Meek, pionier brytyjskiej muzyki pop i realizator dźwięku, twórca albumu „I Hear a New World”, Bracia Kray, czyli brutalni bliźniacy rządzący w latach swojej świetności londyńskim półświatkiem oraz Francis Bacon, David Litvinoff czy postacie z kręgów cyganerii Soho i Notting Hill.

Gdy obok mafijnych oprychów pojawia się karłowaty, makabryczny morderca Button Dainty albo widmowa, szkicowana kredką istota Slenderhorse, granica między faktem a fantastyką całkowicie się zaciera. Magia w tej powieści nie musi wywracać świata do góry nogami. Ona wchodzi po prostu w szczeliny miasta, które i tak trzeszczy w szwach.

Warto zwrócić uwagę na wybór momentu dziejowego. Powieść została osadzona w 1958 roku – w przededniu wielkiej eksplozji obyczajowej, tuż przed nadchodzącymi latami sześćdziesiątymi. W tle intrygi pojawiają się zamieszki rasowe w Notting Hill, dźwięki rock and rolla, przemiany kulturowe i upadek brytyjskiego imperium. Prawdziwy Londyn właśnie się przeobraża, a Wielkie Kiedy działa tu jak czuły rezonator. Moore pokazuje, że zmiana społeczna jest jak wstrząs tektoniczny, który musi natychmiast wywołać reakcję w mitycznym odbiciu miasta.

Nie da się ukryć, że „Słyszę nowy świat” bywa lekturą wymagającą. Moore pisze frazą przeładowaną przymiotnikami i metaforami, momentami wręcz barokową. Potrafi porzucić osiowy wątek detektywistyczny na kilkadziesiąt stron tylko po to, by opisać architekturę jednej ulicy, klimat konkretnego pubu albo zrekonstruować seans spirytystyczny ze Swedenborgiem pod podłogą.

Mamy tu do czynienia z autorem, który z całą świadomością wybiera stylistyczny nadmiar. Czasem intryga ugrzęźnie w dygresjach, a tempo drastycznie spadnie, ale to cena, jaką płaci się za wniknięcie do tej niezwykłej wyobraźni. Twórca nie pisze klasycznego thrillera urban fantasy. On buduje współczesną, miejską mitologię.  Dla czytelników szukających zwartej, rzemieślniczej akcji ta książka może być trudnym doświadczeniem. Jednak ci, którzy lubią gubić się w labiryntach słów, dostaną fascynującą, psychodeliczną podróż przez mroczne serce brytyjskiej stolicy.

Recenzja „Autobiografia mojej matki” Jamaica Kincaid

Jamaica Kincaid i Nobel: dlaczego warto odkryć „Autobiografię mojej matki”? Przeczytaj analizę niezwykłej, zmysłowej prozy z Dominiki
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Liczba stron: 157


Oprawa: twarda z obwalutą
 
Tłumaczenie: Ewa Horodyska
 
Premiera: 1998 rok

Co roku, gdy zbliża się październik i rośnie giełda nazwisk przed literacką Nagrodą Nobla, w zestawieniach bukmacherów regularnie pojawia się Jamaica Kincaid. Obok niej wymienia się także Can Xue, Anne Carson czy Maryse Condé. I za każdym razem część polskich czytelników zadaje sobie to samo pytanie – kim jest ta pisarka?

Czy Jamaica Kincaid dostanie Nobla?

Można odnieść wrażenie, że polski rynek wydawniczy dawno przestał interesować się jej twórczością. A szkoda. Ostatnia (i właściwie jedyna) jej powieść wyszła u nas w 1998 roku nakładem PIW-u. Była to „Autobiografia mojej matki” w świetnym przekładzie Ewy Horodyskiej. Od tamtej pory wokół pisarki w Polsce panuje cisza. Tymczasem na świecie od dekad uchodzi za jedną z najważniejszych autorek literatury karaibskiej i postkolonialnej. Jeśli Akademia Szwedzka postawi na zaskoczenie, tak jak zrobiła to chociażby w przypadku Louise Glück czy Abdulrazaka Gurnaha, Jamaica Kincaid i Nobel mogą wreszcie sprawić, że polscy wydawcy odkurzą jej prozę.

Kim jest bohaterka „Autobiografii mojej matki”?

Wbrew temu, co sugeruje jej artystyczny pseudonim, pisarka nie pochodzi z Jamajki. Urodziła się na Antigui jako Elaine Potter Richardson, a akcję „Autobiografii mojej matki” osadziła na Dominice — wyspie, z której pochodziła jej matka. To fikcyjna, choć silnie zakorzeniona w historii Karaibów opowieść o Xueli Claudette Richardson, córce kobiety pochodzącej od rdzennej ludności wyspy i ojca o mieszanym afrykańsko-szkockim pochodzeniu. Książkę otwiera bardzo mocne zdanie: „Moja matka zmarła w chwili moich narodzin i dlatego przez całe życie nic nie oddzielało mnie od wieczności”. Tak więc matka umiera, a ojciec – strażnik więzienny i drobny cwaniak – oddaje małą Xuelę na wychowanie pracującej dla niego praczce. Traktuje dziecko dosłownie jak tobołek z brudnymi ubraniami. Dziewczynka dorasta w świecie, w którym od nikogo nie dostaje miłości, ale też szybko uczy się, że brak miłości to nie tragedia, tylko stan naturalny.

Kolonializm, obojętność i nihilistyczne fatum

Kincaid tworzy świat przesiąknięty cichym okrucieństwem, wykorzenieniem i spuścizną po Imperium Brytyjskim. Jej bohaterka nie jest bierna, ale wie, że los nie ma jej do zaoferowania nic dobrego. Zamiast budować tradycyjną fabułę z dialogami, autorka serwuje nam hipnotyzujący, nostalgiczny strumień świadomości. Dodam, że to strumień o niesamowitej sensoryczności. „Autobiografia mojej matki” pachnie wilgotną ziemią i deszczem, rozgrzanym ciałem, owocami nerkowca i migdałami. To świat gęsty od zapachów i kolorów, ale pod tą zmysłową warstwą kryje się głęboki nihilizm i trauma. Kincaid pokazuje, jak kolonializm zatruwa relacje między ludźmi – uczy ich nieufności nawet wobec własnych sąsiadów i braci.

Feminizm, ciało i radykalny wybór

Równie ważny jest tu wątek feministyczny. Xuela obserwuje kobiety wokół siebie (matki, macochy, żony), które stosują strategię przetrwania w patriarchalnym świecie. Gdy trafia pod dach państwa LaBatte, pani domu niemal sama szyje jej suknię i przysposabia ją na kochankę własnego męża, byle tylko dziewczyna urodziła im dziecko. Kiedy Xuela zachodzi w ciążę, ucieka i dokonuje brutalnej, bolesnej aborcji. Dwa dni w wulkanie bólu stają się dla niej momentem założycielskim. Decyduje, że nigdy nie zostanie matką i nie wyda na ten okrutny świat kolejnej ofiary. To akt odzyskania własnego ciała i własnej woli.

Dlaczego warto po nią sięgnąć?

Gdyby połączyć gęsty od zapachów i bujnej przyrody język Gabriela Garcíi Márqueza z chłodnym, nihilistycznym i brutalnym światopoglądem Cormaca McCarthy’ego, otrzymalibyśmy właśnie „Autobiografię mojej matki”. To proza piękna jak karaibski krajobraz, ale beznamiętna i twarda jak głaz. Nie przez przypadek bywa porównywana do „Szerokiego Morza Sargassowego” Jean Rhys czy „Umiłowanej” Toni Morrison.

Czy Jamaica Kincaid dostanie Nobla? Czas pokaże. Ale bez względu na decyzję Szwedzkiej Akademii, „Autobiografia mojej matki” pozostaje jedną z najbardziej przejmujących, brutalnych i zmysłowych opowieści o samotności, jakie napisano w XX wieku. Czas, aby polscy czytelnicy dostali ją z powrotem.