Recenzja "Prawo powszedniego ciążenia" Marianne Fritz

Wybitny debiut doceniony przez Jelinek. Radykalna, bezkompromisowa proza w duchu Kafki i Musila. Czy warto podjąć wyzwanie?
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 128


Oprawa: miękka
 
Tłumaczenie: Małgorzata Gralińska
 
Premiera: maj 2026 rok

Wszystko zaczyna się od nerwowego, bezgłośnego chichotu i mechanicznie powtarzanej frazy: „No tak. No tak”. To oszczędny, niemy krzyk Berty Kschyk (z domu Faust) – bohaterki, którą austriacka pisarka Marianne Fritz rzuca w duszne kleszcze powojennej rzeczywistości. W nagrodzonym Nagrodą im. Roberta Walsera debiucie „Prawo powszedniego ciążenia” nie ma miejsca na bezpieczny dystans. Autorka rezygnuje z publicystycznego patosu na rzecz radykalnej, formalnej dyscypliny, która niemal fizycznie przygniata czytelnika.

Losy Berty śledzimy na przestrzeni osiemnastu lat – od granicznego roku 1945 aż po styczeń 1963. W powojennej Austrii, pod dumną powierzchnią gospodarczej odbudowy i powrotu do rzekomej normalności, rozgrywa się cichy, intymny horror. Przytłoczona pragmatyzmem otoczenia i emocjonalnym chłodem bliskich, Berta osuwa się w absolutną psychiczną izolację.

Tytułowe „prawo powszedniego ciążenia” to w świecie Fritz nic innego jak bezwzględna grawitacja egzystencji. To nieubłagany ciężar społecznych ról, narzuconych norm i wojennej traumy, które determinują jednostkę znacznie silniej niż jej własna wola. Dla Berty jedynym momentem ulgi staje się sen jej dzieci. To właśnie wtedy, gdy śpią, nie są jeszcze dotknięte przez modelujące i kształtujące łapy życia. Kiedy jednak system daje jej jasno do zrozumienia, że jej dzieci to kolejne beznadziejne przypadki, Berta podejmuje desperacki, makabryczny akt, by uchronić je przed nieuchronnym walcem historii.

Ta niewielka objętościowo powieść wchodzi w fascynujący dialog z tradycją wielkiej moderny. Konstrukcyjnie i klimatycznie budzi natychmiastowe skojarzenia z osaczającym światem Franza Kafki oraz duszno ustrukturyzowanymi uniwersami Roberta Musila czy Jamesa Joyce'a. Fritz buduje narrację, która nieustannie pętli czas, porusza się płynnie między przeszłością a teraźniejszością. Przypomina to gęstą, niepokojącą mgłę, w której bohaterowie (i sam czytelnik) muszą poruszać się powoli, niemal po omacku.

Uderza też udany kontrast postaci. Z jednej strony mamy rezolutną, hiperaktywną przyjaciółkę Wilhelminę, która z przerażającym pragmatyzmem przejmuje kolejne sfery życia Berty (włącznie z jej mężem, Wilhelmem). Z drugiej samego Wilhelma, szofera i cynika, który swój egzystencjalny konformizm przyprawia uległością, byle tylko nie dostrzec pęknięć na fasadzie rodzinnej idylli. Fritz z bolesną precyzją operuje symbolami. Łańcuszek z małą Madonną staje się tu fetyszem i jedyną kotwicą dla obłąkanej bohaterki, a nazwiska bohaterów (Faust jako pięść, Schrei jako krzyk) brzmią niezwykle wymownie w zestawieniu z ich surowymi, wypranymi z głębszych emocji dialogami.

Warto jednak przy tych wszystkich monumentalnych kontekstach zachować krytyczną czujność i uczciwie określić status tego tekstu. Choć Elfriede Jelinek widziała w pisarce geniusza, a krytycy słusznie stawiają ją obok najwybitniejszych twórców nowoczesności, „Prawo powszedniego ciążenia” nie jest lekturą łatwą ani jednoznaczną w odbiorze.

Jej ostentacyjne łamanie zasad składniowych, chłód opisu i rezygnacja z tradycyjnej psychologizacji nie pozostają bez echa dla postaci. Bohaterowie momentami wydają się bardziej konstruktami językowymi niż ludźmi z krwi i kości. Ta radykalna bezkompromisowość formy, która później doprowadziła Fritz do stworzenia gigantycznych makro-powieści, tutaj jest jeszcze ujęta w karby dyscypliny. Jednakże już teraz potrafi zmęczyć swoją monotonią i hermetycznością. To literatura, która celowo rani i odpycha czytelnika, zamiast go wciągać.

Być może jednak najciekawsze w tym debiucie nie są podobieństwa do Kafki, Musila czy Joyce'a, lecz to, co od początku okazuje się niepodrabialne. Marianne Fritz nie buduje świata opartego na spektakularnych konfliktach ani wielkich ideach, lecz na drobnych przesunięciach w języku, powtórzeniach, obsesjach i pęknięciach codzienności. Jej bohaterowie nie tyle działają, ile są powoli modelowani przez niewidzialne siły społeczne, rodzinne i historyczne. Charakterystyczne jest również szczególne napięcie między chłodem narracji a ogromnym ładunkiem emocjonalnym ukrytym pod powierzchnią tekstu. Tam, gdzie wielu pisarzy opisywałoby cierpienie wprost, Fritz pozostawia po nim jedynie ślady (urwane frazy, natrętne gesty, mechaniczne powtórzenia).

Mimo tych formalnych barier (które można i należy traktować jako świadomy dobór modelu pisania), debiut Marianne Fritz pozostaje dziełem o porażającej intensywności. To mroczne, powściągliwe zstąpienie do piekła ludzkiej psychiki, gdzie między wierszami pulsuje to, co niewypowiedziane. Polski przekład tej książki przywraca naszej debacie literackiej głos osobny i potężny. Traktuję „Prawo powszedniego ciążenia” jako przypowieść o śmiercionośnym znaczeniu codzienności.

Recenzja "Śpiątko" Julia Śliwowska

"Śpiątko" Julia Śliwowska
Wydawca: Wydawnictwo JanKa

Liczba stron: 132


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 17 kwietnia 2026 rok

Współczesna literatura cierpi na nadmiar diagnostów, którzy kryzys dwudziestolatków próbują zamknąć w zgrabnych, socjologicznych tabelkach. Pokolenie Z doczekało się już setek publicystycznych etykiet o przebodźcowaniu, lęku przed przyszłością i alienacji w świecie przepełnionym materialnym komfortem. Rzadko jednak te diagnozy mają w sobie gęstość prawdziwej prozy.

Julia Śliwowska w swoim debiucie „Śpiątko” wykonuje w tym kontekście gest radykalny. Zamiast pisać kolejny manifest o depresji młodych dorosłych, przepisuje ich egzystencjalny impas na unikalny, oniryczny język. To taka proza, w której realizm nieustannie zderza się z absurdem.

Otrzymujemy historię bezimiennej dziewczyny, która po obronie licencjatu z polonistyki utknęła w egzystencjalnej próżni. Mieszka z rodzicami, nie ma pracy i balansuje w zawieszeniu między domowym gniazdem a lękiem przed wejściem w wytyczone przez system koleiny. Jej jedynym, rozpaczliwym buntem staje się próba wywalczenia prawa do snu.

Kiedy jawa okazuje się nieprzyswajalna, a głowę rozsadza gonitwa myśli, ratunkiem staje się zakupiony przez internet materac na kółkach. To przedziwne narzędzie lokomocji pozwala jej uciekać w wymiar, gdzie rzeczywistość można wreszcie rozszczelnić, a ból istnienia znieczulić chemicznym snem po zolpidemie.

W literackim pokrewieństwie tej książki kryje się coś znacznie głębszego niż tylko inspiracja powieścią Ottessy Moshfegh „Mój rok relaksu i odpoczynku”. O ile u Moshfegh hibernacja bohaterki była cynicznym, wielkomiejskim gestem odcięcia od nowojorskiego blichtru, o tyle u Śliwowskiej bezsenność ma w sobie surowość bliższą „Człowiekowi, który śpi” Georgesa Pereca. To ten sam rodzaj radykalnego wycofania, w którym ciało odmawia współpracy z terroryzującym je światem.

To zresztą nie jedyne skojarzenie, jakie miałem podczas lektury. Mobilny mebel Śliwowskiej wchodzi w fascynujący dialog ze słynnym, ciężkim fotelem Alfreda Lamberta z „Korekt” Jonathana Franzena. U amerykańskiego pisarza ten monumentalny skórzany fotel w piwnicy był szańcem starego patriarchy uciekającego przed Parkinsonem i tyranią codzienności. Śliwowska ironicznie tłumaczy ten motyw na język Pokolenia Z (może świadomie, a może nie).

Ciężki, zakorzeniony w podłodze mebel zamienia się w lekki, mobilny materac. Alfred Lambert potrzebował stabilności, by bronić swojej gasnącej tożsamości. Bezimienna dwudziestolatka potrzebuje mobilności w swoim wycofaniu. Jej materac dryfuje razem z nią, pozwalając jej uciekać na leśne polany i w zakamarki miasta.

Oba te rekwizyty pełnią jednak tę samą tragiczną funkcję – są prywatnymi wyspami kapitulacji, na których ciało i umysł odmawiają posłuszeństwa zewnętrznym systemom. Jeden bohater u schyłku życia, druga na jego starcie, oboje szukają azylu przed wymaganiami rzeczywistości.

I na zakończenie skojarzeń jeszcze film. Wizualnie ta proza momentami przypomina duszną, hipnotyzującą atmosferę „Schronienia” Todda Haynesa. Tam bohaterka grana przez Julianne Moore chorowała na współczesną cywilizację – tutaj bezimienna studentka choruje na rzeczywistość, która nie pozwala jej odpocząć. Nadwrażliwość dziewczyny jest tak potężna, że nawet struktura białka kurzego jaja podczas śniadania staje się tematem dogłębnej, niemal bolesnej analizy.

Warto jednak przy tych wszystkich imponujących kontekstach zachować czytelniczy umiar i pamiętać, czym „Śpiątko” jest w swojej esencji. To wciąż kameralny, niespełna stustronicowy debiut, a nie monumentalny traktat egzystencjalny. Śliwowska momentami bywa bezradna wobec własnego konceptu – ucieczka w sen bywa monotonna, a niektóre metafory wpadają w estetyzującą manierę. Tam, gdzie czytelnik chciałby głębszej psychologii, autorka czasem ucieka w bezpieczną, ironiczną pozę, przez co ból bohaterki bywa zbyt gładki, wręcz instagramowy. Wszystkie te wielkie literackie duchy krążą nad tą książką bardziej jako intuicyjne drogowskazy niż równorzędni partnerzy w dialogu. To obiecująca próbka talentu, głos wyróżniający się z tłumu polskich debiutantów (którzy bardzo często stawiają za bardzo na formę), ale nadal czekający na pełne rozwinięcie.

Najciekawsze w „Śpiątku” jest jednak to, jak Śliwowska redefiniuje klasyczny schemat powieści inicjacyjnej. Zamiast tradycyjnej drogi rozwoju i adaptacji do społeczeństwa, dostajemy coś na kształt gombrowiczowskiego egzystencjalizmu, przefiltrowanego przez poetykę snu. Bohaterka próbuje budować swoją podmiotowość nie poprzez działanie, ale poprzez ucieczkę i dystans.

Autorka udanie antropomorfizuje zwierzęta, zrównując je z ludźmi w naturze. W zderzeniu z ludzką hipokryzją i fasadowością tradycji, ten powrót do fauny obnaża pęknięcie między naszymi korzeniami a sztucznymi zasadami, które sami sobie narzuciliśmy.

Tytułowe „Śpiątko” – z formantem językowym rezerwowanym dla istot młodych, bezbronnych, dopiero pączkujących – staje się metaforą każdego, kto nie potrafi wpasować się we współczesną matrycę sukcesu. Śliwowska operuje językiem niesamowicie sprawnym, zakorzenionym w internetowym uzusie i ironii, ale podnosi go do rangi pełnoprawnej literatury.

Ostatecznie zostajemy z gorzkim pytaniem, czy to z dziewczyną jest coś nie tak, czy to raczej społeczeństwo stało się klatką, z której jedynym wolnym wyjściem jest sen. To krótka, ale uderzająca przypowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu autonomii i więzi w świecie, w którym nadmiar bodźców izoluje nas bardziej niż jakikolwiek otwarty konflikt. Bardzo udany debiut.

Recenzja "Stara szkoła" Tobias Wolff

Stara szkoła – błyskotliwa opowieść o ambicji, klasowych lękach i literaturze jako formie autokreacji.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 232


Oprawa: miękka
 
Tłumaczenie: Krzysztof Umiński
 
Premiera: 5 maja 2026 rok

Amerykańskie elity z Wschodniego Wybrzeża lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku miały swój specyficzny kult. Mianowicie zamiast bogów, czciły pisarzy. W świecie, który Tobias Wolff rekonstruuje w „Starej szkole”, nastoletni chłopcy nie ekscytują się tak bardzo wyborem Kennedy’ego na prezydenta, jak rytmicznym stukotem klawiszy maszyn do pisania Remingtona. To nie jest jednak kolejna sentymentalna pocztówka z młodzieńczego kampusu, z rzewną muzyką w tle i duchem „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Wolff pisze z zupełnie innej pozycji – bez taryfy ulgowej dla swoich bohaterów, bez nostalgicznego wygładzania kantów. Wchodzi w tę zamkniętą społeczność jak chirurg, dla którego literatura nie jest jedynie pięknym rzemiosłem.

Wielkość tej prozy – równej kalibrem dokonaniom Philipa Rotha czy Johna Williamsa – objawia się w jej zwodniczej, niemal minimalistycznej powściągliwości. Wolff, znany jako absolutny mistrz amerykańskiego opowiadania, zamyka tę historię na około dwustu stronach. I to właśnie ta ekonomia tekstu generuje największe napięcie. Tutaj nie ma miejsca na stylistyczne popisówki. Każde zdanie jest wyważone z precyzją, której autor uczył się od samego Hemingwaya. Pod gładką, elegancką powierzchnią retro-narracji tli się niepokojący, moralny żar.

Konstrukcja fabularna opiera się na pozornie prostym, wręcz anegdotycznym motywie. Szkołę odwiedzają trzy całkowicie odmienne figury amerykańskiego życia literackiego – Robert Frost, Ayn Rand i Ernest Hemingway. Nagrodą za najlepsze uczniowskie opowiadanie jest prywatna audiencja u Mistrza. Wolff nie byłby jednak sobą, gdyby potraktował tych gigantów nabożnie. Zamiast tego z genialną, momentami bezwzględną ironią demaskuje ich pozy, a wraz z nimi ślepą wiarę uczniów w zbawczą moc naśladownictwa.

Prawdziwym tematem „Starej szkoły” nie jest bowiem sam akt tworzenia, ale desperackie próby przymierzania cudzych tożsamości. Bezimienny narrator, stypendysta panicznie lękający się ujawnienia swojego żydowskiego i robotniczego pochodzenia, traktuje literaturę jak pancerz. Wolff portretuje ten proces z rzadko spotykaną, bolesną wręcz intymnością, gdzie tworzenie fasady mającej ukryć brak społecznego zakorzenienia i imitacja stylu stają się substytutem własnego głosu. Chłopcy rywalizują ze sobą, spychając przyjaźń na dalszy plan. Oni tworzą nie dlatego, że mają coś ważnego do przekazania światu. Piszą, ponieważ panicznie boją się, że bez blichtru literackiego talentu okażą się nikim.

Największy kunszt Wolffa ujawnia się w sposobie, w jaki prowadzi czytelnika przez kulminacyjny punkt powieści. Chodzi o moment, w którym pragnienie uniesienia i akceptacji popycha bohatera do błędu ostatecznego, jakim jest plagiat. W rękach mniej subtelnego autora historia ta osunęłaby się w dydaktyczną powiastkę moralną. U Wolffa staje się ona czymś na kształt świeckiego rachunku sumienia. Pisarz rezygnuje z taniego dramatyzmu i zamiast banału wprowadza narracyjny chłód (przypominający ten ze „Stonera”). Prawda o ludzkiej słabości i wstydzie nie zostaje tu zwerbalizowana w patetycznych monologach. Ona wynika wprost z pustki między wierszami, z milczenia profesorów i z nagłego, surowego zderzenia wykreowanej przez bohatera iluzji z twardym, klasowym realizmem instytucji.

„Stara szkoła” to także głębokie, socjologiczne studium kraju w momencie przełomu. Pod płaszczykiem snobizmu i dyskusji o tym, czy rym w poezji jest już narzędziem skompromitowanym, Wolff z maestrią wszywa w tkankę powieści tematy znacznie cięższego kalibru: antysemityzm, ukryte formy agresji, klasowe podziały oraz rodzący się cynizm, który kilka lat później znajdzie swoje ujście w doświadczeniu Wietnamu. Mistrzostwo autora polega na tym, że te wielkie, narodowe traumy pokazuje przez pryzmat drobnych przesunięć emocjonalnych w szkolnych ławach.

W finałowych rozdziałach i genialnym, niespiesznym epilogu perspektywa się poszerza, pozwalając spojrzeć na dawną rywalizację z dystansu dojrzałego mężczyzny, ojca i żołnierza. To właśnie wtedy dociera do nas, że Wolff napisał książkę, która przekracza ramy klasycznego campus novel – przypowieść o tym, jak literatura, w całej swojej kłamliwej naturze, potrafi paradoksalnie stać się jedynym narzędziem do odkrycia prawdy o samym sobie. To proza, przez którą się płynie, ale która zostaje pod skórą na lata.