Recenzja „Nakarmić duchy” Tessa Hulls

Monumentalna powieść graficzna Tessy Hulls. Wielopokoleniowy esej o dziedziczeniu traumy i historii XX wieku. Przeczytaj recenzję komiksu „Nakarmić duchy”.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 400


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
 
Premiera: sierpień 2026 rok

William Faulkner napisał kiedyś w „Requiem dla zakonnicy”, że „przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Trudno o celniejsze zdanie, które trafiałoby w samo serce monumentalnej powieści graficznej Tessy Hulls „Nakarmić duchy”. Komiks ten – doceniony w 2025 roku Nagrodą Pulitzera oraz prestiżową Nagrodą Eisnera – wpisuje się w ten sam nurt wielkiej literatury rozliczeniowej, co pamiętny „Maus” Arta Spiegelmana. Jednak tam, gdzie Spiegelman używał zwierzęcej metafory do opowiedzenia o pożodze Holokaustu i połamanej relacji z ojcem, Hulls idzie krok dalej. Tworzy bezkompromisowy, wielopokoleniowy esej o dziedziczeniu strachu i emocjonalnej cenie ucieczki.

„Nakarmić duchy” nie są jednak ani tradycyjnym komiksem historycznym, ani zwykłą autobiografią. To rzecz o trzech kobietach z jednej rodziny, nad którymi historia XX wieku wykonała wyrok z odroczonym zapłatą. Najstarsza z nich, Sun Yi, była niezależną dziennikarką w Szanghaju, która po zwycięstwie komunistycznej rewolucji Mao Zedonga w 1949 roku stała się celem bezustannych inwigilacji i szykan. Po ucieczce do Hongkongu wydała bestsellerowe wspomnienia, po czym – pod ciężarem nagromadzonych traum – doznała głębokiego załamania psychicznego. Jej córka, Rose, dorastała w cieniu szpitali psychiatrycznych, ucząc się życia w nieustannym przerażeniu, które później bezwiednie przełożyła na relację ze swoją córką, Tessą. Najmłodsza z rodu, autorka komiksu, przez całą młodość próbowała uciekać na sam koniec świata – aż po arktyczne pustkowia – byle tylko wyrwać się z dusznego klimatu rodzinnego domu.

Sposób, w jaki Hulls buduje swoją opowieść, przywodzi na myśl najlepsze tradycje prozy biograficznej i powieści graficznej spod znaku „Persepolis” Marjane Satrapi. Podobnie jak Satrapi, autorka wplata wielką politykę – rewolucję, Wielki skok naprzód, kolonialny Hongkong – w intymny, wręcz podwórkowy wymiar ludzkiego cierpienia. Jednak u Hulls historyczne tło nie służy jedynie do edukowania czytelnika. Ono staje się matrycą, która odkształca ludzką psychikę. Autorka rozbiera na części pierwsze mechanizmy psychologiczne, zbliżając się do tego, co w prozie robił W.G. Sebald – zaciera granicę między pamięcią indywidualną a zbiorową. Pyta o to, ile z naszego dzisiejszego lęku należy do nas, a ile jest jedynie echem przeżyć naszych przodków.

Dobrym przykładem tej metody jest jedna z wczesnych stron komiksu, gdzie Hulls opowiada o regionie pochodzenia swojej rodziny — słynącym, jak pisze, z „ogrodów, wierszy i kobiet". W rogu kadru umieszcza prawdziwe zdjęcie młodej Sun Yi, a obok rysuje siebie, wskazującą je palcem, jakby chciała fizycznie dotknąć dowodu na istnienie babki sprzed własnych narodzin. To najbardziej sebaldowski gest w całej książce. Nie dlatego, że Hulls zaciera granicę między dokumentem a fikcją, jak robił to autor „Austerlitz". Pyta o coś innego – kto ma prawo narysować cudzą przeszłość na nowo, mając do dyspozycji jedno ziarniste zdjęcie i garść rodzinnych opowieści z drugiej ręki.

To, co czyni ten tom dziełem tak osobnym i gęstym, to bezpardonowe połączenie formy graficznej z niemal akademicką dociekliwością. Kadry Hulls, wykonane ostrą, czarno-białą kreską nawiązującą do tradycyjnego linorytu, przypominają wizualne poematy. Autorka ucieka od czystego realizmu na rzecz potężnych metafor. Kiedy ilustruje obłęd babki czy dławiącą miłość matki, obrazy stają się wręcz fizycznie przytłaczające. Skojarzenia z Fransem Masereelem i Käthe Kollwitz nie są tu przypadkowe, choć oboje odsyłają do czegoś innego. Od Masereela Hulls bierze wizualny rytm. Jej czarna, cięta kreska buduje gęste kadry o sekwencyjnej dynamice. Od Kollwitz – autorki wstrząsających portretów zgiętych pod ciężarem wojny matek – bierze coś głębszego. To przekonanie, że to właśnie kobiece ciało jest najbardziej wiarygodnym świadkiem historii. Gdy Hulls rysuje obłęd babki lub dławiącą miłość matki, nie ilustruje po prostu emocji. Stosuje tę samą logikę, co Kollwitz w swoich pracach o żałobie. Twarz i sylwetka stają się u niej polem bitwy. Rozgrywa się na nim to, czego same słowa nie potrafią unieść.

Jednocześnie „Nakarmić duchy” bywają pozycją bezlitosną dla czytelnika. To lektura wymagająca ogromnego skupienia. Hulls jest narratorką obecną na każdej stronie – nieustannie komentuje, podważa własne wnioski, cytuje archiwalne depesze dyplomatyczne i zderza ze sobą sprzeczne relacje. Momentami biografia przeradza się tu w gęsty esej socjologiczny, a tempo akcji zwalnia. Nie ma jednak mowy o pomyłce czy braku warsztatu. Ta strukturalna trudność jest celowym zabiegiem. Ma odzwierciedlać mozolny, bolesny proces terapeutyczny, jaki autorka musiała przebrnąć przez niemal dekadę pracy nad albumem.

Udało jej się stworzyć rzecz bardzo dobrą. Książkę, która nie daje łatwych odpowiedzi i nie serwuje hollywoodzkiego catharsis. Podobnie jak w „Mausie”, konkluzja nie przynosi cudownego uzdrowienia wszystkich ran, lecz daje coś znacznie cenniejszego – zrozumienie i akceptację. „Nakarmić duchy” to rzadki przypadek komiksu, który przekracza granice swojego medium i staje się po prostu uniwersalną literaturą o próbie odzyskania własnego życia z rąk przeszłości.

Recenzja "Jedzenie" Ivan Med̕eši

Groteska, biologia i anarchiczny bunt na serbskiej prowincji. Oceniamy „Jedzenie” Ivana Medešiego – głośny tom rusińskiego prozaika wydany przez Ha!art.
Wydawca: Ha!art

Liczba stron: 256


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Magdalena Bystrzak, Olga Stawińska
 
Premiera: 20 maja 2026 rok

Gdyby polski czytelnik chciał szukać dla tej prozy najprostszych szufladek, najpewniej wpadłby w pułapkę. Mogłoby się wydawać, że „Jedzenie” Ivana Medešiego – wydane przez Ha!art w świetnym, krwistym przekładzie Magdaleny Bystrzak i Olgi Stawińskiej – to po prostu wykwintna egzotyka z peryferii. Oto dostajemy tom sześciu opowiadań napisanych przez pisarza z rusińskiej mniejszości w serbskiej Wojwodinie, mieszkającego w Ruskim Krsturze, który za słowacki przekład tej książki zgarnął w 2019 roku najważniejszą tamtejszą nagrodę literacką, Anasoft Litera.

Tyle że traktowanie Medešiego wyłącznie jako ciekawostki z mniejszościowego pogranicza byłoby kardynalnym błędem. Rusiński prozaik robi bowiem z małą, wojwodińską prowincją dokładnie to samo, co Milan Kundera, Bohumil Hrabal czy Ladislav Fuks robili z Europą Środkową, a Andrzej Stasiuk czy Serhij Żadan z prowincjami naszego regionu. Prowincja nie jest tu etnograficznym rezerwatem do pokazywania turystom, ale uniwersalną metaforą egzystencjalnej klatki.

Bohaterowie Medešiego – ludzie tacy jak Capundrek z opowiadania „Złe wiatry”, Mirko ze „Zwycięstwa” czy Žermén z tytułowego „Jedzenia” – nie uczestniczą w żaden sposób w wielkich procesach dziejowych. Nie robią karier, nie budują przyszłości i dawno przestali wierzyć w bajki o społecznym awansie. Żyją w klaustrofobicznym świecie, gdzie bieda i stagnacja wyznaczają granice dosłownie każdego ruchu. Jak trzeźwo i bez zbędnego użalania zauważa Capundrek – bieda drastycznie ogranicza zakres horyzontalnych i wertykalnych ruchów w społecznym labiryncie. Co więc pozostaje człowiekowi, który został zepchnięty na całkowite peryferia rzeczywistości?

Sprzeciw. Ale nie jest to żaden romantyczny, porywający bunt na barykadach. To anarchiczny, groteskowy i czysto kontrkulturowy odruch obronny, wyrastający prosto z nudy, fizjologii i punkowego ducha (zresztą sam Medeši debiutował przed laty na łamach punkowego zina „Keresturski pendrek”). Bunt bohaterów Medešiego jest mały, przygodny i całkowicie nieskuteczny w skali świata, ale pozwala im zachować resztki własnej podmiotowości. Kiedy Capundrek kupuje sobie satelitarny odbiornik, by łapać kanały z sąsiednich krajów i ostentacyjnie ignorować serbską telewizję państwową, płaci dług państwu kpiną i podstępem. To cicha, złośliwa dywersja człowieka z głową w radioaktywnym pudle telewizora.

Wspaniałe jest to, jak Medeši odwraca w tych opowiadaniach klasyczną hierarchię wartości. Pisarz bezpardonowo zrzuca z cokołu wielkie metafizyczne tęsknoty i oddaje głos biologii. W świecie „Jedzenia” rządy sprawuje ciało – głód, zmęczenie, seksualne parcie, trawienie, choroba, uzależnienie i wszechobecny fizjologiczny ciężar. Zgodnie z intuicją Michela Foucaulta, który przekonywał, że najwięcej o społeczeństwie dowiemy się, badając jego marginesy, szaleństwo i cielesność, Medeši pokazuje, że u ludzi pozbawionych perspektyw to biologia odzywa się pierwsza. Tytułowe „jedzenie” przestaje być tylko czynnością – staje się symbolicznym fundamentem przetrwania w zdemontowanym świecie.

Nie ma tu jednak taniego, przygnębiającego naturalizmu reportażowego. Rzeczywistość u Medešiego jest stale deformowana przez niesamowity, czarny humor, groteskę i absurd. Autor buduje opowieść o moralnym i aksjologicznym bankructwie z podobną dozą irracjonalizmu, jaką znajdziemy w mrocznym świecie „Szatańskiego tanga” László Krasznahorkaia. Tyle że u Rusińca ten smutek rozbrajany jest bałkańskim temperamentem i śmiechem, który bardzo szybko przechodzi w przerażający egzystencjalny niepokój.

Olbrzymia siła tej prozy tkwi w języku. Medeši bezczelnie meandruje między dosłownością, potocznością a nagłymi, poetyckimi błyskami. Wulgaryzmy i rynsztokowe frazy nie służą tu epatowaniu tanią wulgarnością, ale tworzą gęsty, potężny idiolekt. Jest to proza językowo niejednorodna, wręcz hybrydowa – co nie dziwi u autora, który pisze w języku rusińskim, funkcjonuje na stykach obiegów serbskiego i słowackiego, a zawodowo łączył wykształcenie psychologiczne z pracą w branży IT.

„Jedzenie” to podróż na same obrzeża współczesnego świata, z której wraca się z poczuciem, że te peryferia są nam znacznie bliższe, niż chcielibyśmy przyznać. Medeši nakreślił portret człowieka ponowoczesnego, dla którego symboliczne centrum świata przesunęło się tak daleko, że po prostu przestało istnieć. Zostało tylko ciało, antena na dachu, odrobina groteskowego humoru i cichy, desperacki opór przeciwko nudzie. To niezwykle mięsista, bezkompromisowa i porywająca literatura.

Recenzja „Barański. Rozmowa-rzeka” Piotr Marecki

„Barański. Rozmowa-rzeka” Piotr Marecki książka rozmowa
Wydawca: Ha!art

Liczba stron: 282


Oprawa: miękka
 
Premiera: kwiecień 2026 rok

Są w polskiej literaturze okołofilmowej książki, które czyta się w dwa wieczory. Są też i takie, z którymi zostaje się na całe miesiące. „Barański. Rozmowa-rzeka” Piotra Mareckiego (wydana przez Ha!art) należy do tej drugiej kategorii. Sam spędziłem przy niej blisko trzy miesiące i nie było w tym ani grama znużenia. Przeciwnie, to rzadki przypadek lektury, która działa jak otwarty system inspiracji. Wymaga zatrzymania, odłożenia książki na szafkę i ruszenia na własne poszukiwania. To pod jej wpływem sięgnąłem po film Francisa Forda Coppoli oparty na prozie Mircei Eliadego („Młodość stulatka”) – ekranizację, która zgodnie z opinią samego Barańskiego okazała się słabiutka. To ta rozmowa pchnęła mnie do lektury dzieł Stanisława Czycza i Waldemara Siemińskiego, a wreszcie do ponownego, znacznie głębszego przefiltrowania samych filmów reżysera „Kramarza”.

Wielka w tym zasługa sposobu, w jaki Piotr Marecki prowadzi tę rozmowę. Pytający całkowicie odpuścił tu rolę kogoś, kto musi za wszelką cenę narzucać tezy czy rozliczać branżę. Zamiast tego wykonał pracę uczciwą, subtelną i wyjątkowo dociekliwą. Jest mistrzowsko przygotowany, wchodzi z reżyserem w autentyczny dialog i podsuwa mu głębokie tropy interpretacyjne. Wyciąga z rozmówcy wątki, z których sam artysta nie zawsze zdawał sobie sprawę. Czuć, że Mareckiemu zależy wyłącznie na tym, by dowiedzieć się jak najwięcej od swojego bohatera. Nie boi się też wypowiedzieć swojej opinii, z którą reżyserowi może być nie po drodze.

A sam Andrzej Barański okazuje się rozmówcą absolutnie niezwykłym. Autor „Dwóch księżyców”, „Nad rzeką, której nie ma” czy „Parę osób, mały czas” to twórca osobny, pochodzący z Pińczowa, ukształtowany przez technikum budowlane w Kielcach, Studencki Teatr Politechniki w Gliwicach (gdzie poznał Tadeusza Różewicza) i wreszcie łódzką Filmówkę. Mimo że zdobył Platynowe Lwy za całokształt twórczości, pozostaje wolny od jakiegokolwiek pozoranctwa. Nie boi się krytyki, z rozbrajającą rozwagą mówi o swoich niedokończonych projektach i programowo unika dążenia do komercyjnego sukcesu. Jak sam wyznaje, interesowało go wyłącznie robienie filmów o doskonale mu znanych małych miasteczkach, a o sukcesie myślał tylko tyle, by pozwolił mu nakręcić kolejną rzecz. Gdy wspomina fakt, że jego film nie dostał się do konkursu głównego w Gdyni, nie ma w nim goryczy – widzi w tym wręcz idealną, estetyczną symetrię, ramy zdemolowane przez dyskwalifikację na początku i na końcu drogi.

Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki ta dwójka rozmawia o literaturze i jej przekładzie na język filmu. Barański buduje swoje kino w oparciu o teksty wybitnych pisarzy, ale też inspiracje płynące od badaczy kultury i lokalnych gawędziarzy – w rozmowie przewijają się takie nazwiska jak Stoberski, Wojciechowski, Kuncewiczowa, Filipowicz, Różewicz, Kozieł, Masternak czy Kotula. Ale nie ma tu współczesnego, płytkiego ślizgania się po wątkach fabularnych. Marecki i Barański rozbierają na części pierwsze samą strategię budowania świata filmowego i próbę uchwycenia unikalnego stylu danego autora. Wnikają głęboko w psychikę postaci i w wewnętrzną strukturę języka. Dowiadujemy się, jak mierzyć film w centymetrach, a nie w metrach, jak reżyser z pietyzmem traktuje to, co dzieje się między zdarzeniami, zamiast gonić za tanią, sensacyjną intrygą.

Zaskakujące jest również to, jak swobodnie wypowiedzi Barańskiego dryfują między wiejską codziennością a filozofią wysoką. Reżyser potrafi z całkowitą naturalnością przejść od rozważań o wyższości kozy nad krową czy sekretach wędkarstwa, do relacjonowania wieloletnich zmagań z pismami Martina Heideggera. Mówi momentami jak Miron Białoszewski, a chwilę później jak zakonny braciszek.

Nie trzeba wcale być filmoznawcą ani znać na pamięć całej filmografii Barańskiego, by ta książka chwyciła za gardło. To nie jest po prostu rozliczenie z planu zdjęciowego. To przejmujący traktat o etyce pracy, o powstrzymywaniu się od oceniania drugiego człowieka i o szacunku dla prowincji. Wypowiedzi reżysera dotykają kwestii ostatecznych – miłości, starości, samotności i śmierci – w sposób całkowicie niemedialny, nienachalny i daleki od komercyjnych oczywistości. Z tych dwustu kilkudziesięciu stron wyłania się portret artysty, który swoją egzystencję traktuje jak niewyczerpaną przygodę, dziwi się rzeczom, wokół których kino zazwyczaj przechodzi obojętnie, i w absolutnym skupieniu stwarza siebie na nowo. Fantastyczna, gęsta i uwalniająca lektura.