Recenzja "Jakby odór diabła" Laurent Lefeuvre

Czerń, która żyje, i duszne legendy Francji. Przeczytaj recenzję bezkompromisowego komiksu grozy „Jakby odór diabła”.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 64


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Marta Duda-Gryc
 
Premiera: 17 czerwca 2026 rok

Na jednej z plansz ostatniego opowiadania komiksu „Jakby odór diabła”, uwagę przyciągają plakaty z nazwiskami Battaglii, Toppiego i Wrightsona. To detal, który łatwo przeoczyć, ale trudno uznać go za przypadkowy. Laurent Lefeuvre od samego początku pokazuje, z jakiego pnia wyrasta jego rysunek – z tradycji, w której tusz kładzie się grubo, cienie mają swoją fizyczną wagę, a niepokój buduje się mozolną fakturą kreski.

Samo umieszczenie tego obrazu na ścianie wewnątrz świata przedstawionego – jako elementu scenografii – sugeruje,  że obcujemy z dziełem świadomym własnej tradycji. Lefeuvre nie próbuje udawać, że tworzy w próżni. Wskazuje na swoich mistrzów, a potem bierze ich narzędzia, by opowiedzieć nam historię o francuskiej prowincji, która pod cienką warstwą katolickiej pobożności wciąż skrywa pogański, duszny lęk.

Wpływy włoskiej tradycji autorskiego komiksu oraz amerykańskiej klasyki z magazynów typu Creepy czy Eerie widać tu na każdej stronie. Kadry są ciężkie, przeładowane wręcz fizycznym brudem. Rysownik nie boi się gęstego, niemal klaustrofobicznego kreskowania, nakładania na siebie kolejnych warstw plam tuszu. Kunszt francuskiego artysty objawia się w tym, jak genialnie zarządza on tłem. W wielu przypadkach pierwszy plan – postacie, ich gesty, proste czynności – służy jedynie za parawan. Prawdziwe zagrożenie, to metafizyczne i to zupełnie dosłowne, kryje się w głębi kadru. Lefeuvre zmusza nas do wytężania wzroku, do szukania w sękach starych drzew, w załamaniach wiejskiego muru czy w cieniach rzucanych przez płomień świecy kształtów, które mogą (ale nie muszą) być demonicznymi sylwetkami. To rysunek, który wymaga czasu. Nie da się przez te plansze przejść szybko, bo ich gęstość stawia opór.

Ta wizualna strona idzie w parze z niemal całkowitym milczeniem bohaterów. W komiksie praktycznie nie ma klasycznych dialogów, nie ma dymków, które porządkowałyby przestrzeń i dawały czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa. Zamiast tego otrzymujemy narrację z offu. To głos dawnego kronikarza, staroświecki, niespieszny, chwilami wręcz poetycki, który rezonuje w uszach niczym szeptana przy kominku legenda. Autor doskonale rozumie, że w komiksie grozy najgłośniejsze jest to, co niewypowiedziane. Mimika jego postaci – wykrzywione w niemym krzyku usta, puste, zgaszone spojrzenia zmęczonych wieśniaków – mówi o ich wewnętrznym dramacie znacznie więcej, niż byłby w stanie wyrazić jakikolwiek, nawet najlepiej napisany dialog.

Scenariusz albumu, będący adaptacją pięciu opowiadań Claude’a Seignolle’a, zabiera nas w podróż do świata, który z perspektywy współczesnego czytelnika wydaje się całkowicie egzotyczny. Seignolle, wybitny etnograf i badacz ludowych wierzeń, spędził życie na tropieniu demonicznych postaci w opowieściach francuskiej prowincji. Dla niego diabeł nigdy nie był abstrakcyjnym, teologicznym symbolem zła czy rogatą bestią z hollywoodzkich horrorów klasy B. U Seignolle’a – a za nim u Lefeuvre’a – diabeł to siła organiczna, niemal fizyczny element krajobrazu, który przenika do codzienności przez szczeliny w ludzkiej moralności.

Historie zawarte w tomie rozwijają się w sposób, który może zaskoczyć, a nawet zniecierpliwić odbiorcę wychowanego na nowoczesnej, dynamicznej grozie. Tempo jest tu wybitnie powolne, wręcz hipnotyzujące. Lefeuvre nie spieszy się z budowaniem puenty. Pozwala nam najpierw poczuć chłód wiejskiej chaty, poczuć zapach dymu, ziemi i – jak sugeruje tytuł – tego specyficznego, siarkowego odoru, który zwiastuje nadejście nieczystego.

Ta powolność ma jednak swój głęboki cel artystyczny. Pozwala na pełne zanurzenie w świecie przedstawionym, gdzie granica między tym, co racjonalne, a tym, co nadprzyrodzone, ulega całkowitemu zatarciu. Sprawia także, że finałowe rozstrzygnięcia poszczególnych opowieści uderzają ze zdwojoną mocą. Nie jako nagły zwrot akcji, ale jako nieuchronna konsekwencja ludzkich wyborów. Buduje też unikalną relację z czytelnikiem, który staje się nie tyle widzem spektaklu, ile uczestnikiem dawnego rytuału opowiadania bajek.

W tych pięciu opowieściach nadprzyrodzone zło rzadko kiedy jest inicjatorem dramatu. Ono jedynie odpowiada na wezwanie. Prawdziwym potworem okazuje się tu człowiek – jego chciwość, pycha, małostkowość i niezdolność do powstrzymania własnych, prymitywnych instynktów. Diabeł wchodzi do tych domów tylko dlatego, że drzwi zostały mu szeroko otwarte przez samych gospodarzy.

„Jakby odór diabła” to komiks, który stoi w jawnej opozycji do współczesnych trendów rynkowych. W czasach, gdy powieść graficzna coraz częściej skłania się ku publicystyce, zaangażowaniu społecznemu czy introspektywnej psychoterapii, Twórca proponuje powrót do czystej, gatunkowej klasyki. Nie próbuje na nowo definiować horroru, nie sili się na postmodernistyczne dekonstrukcje czy mruganie do czytelnika z pozycji intelektualnej wyższości.

To dzieło, które traktuje swoje źródła z pełną, niemal religijną powagą. Ta powaga dla niektórych może być jednak barierą. Jeśli szukasz w komiksie szybkich odpowiedzi, skomplikowanych psychologicznie portretów czy dynamicznej akcji, ten album może cię rozczarować swoją prostotą. Opowiadania Seignolle’a mają bowiem strukturę przypowieści – są surowe, bezpośrednie i nie bawią się w niuanse tam, gdzie chodzi o odwieczną walkę dobra ze złem.

„Jakby odór diabła” to bez wątpienia jedna z najbardziej klimatycznych premier tego roku na polskim rynku komiksowym. Laurent Lefeuvre stworzył album, który nie tyle się czyta, ile którym się nasiąka. To powrót do czasów, gdy komiks grozy nie musiał być skomplikowanym traktatem filozoficznym, by dotknąć czegoś głęboko niepokojącego w ludzkiej naturze.

Recenzja "Angst" Gustaw Rajmus

Krótkie cięcia i egzystencjalna groza. Czy nowy zbiór opowiadań „Angst” Gustawa Rajmusa dorównuje znakomitym „Królestwom”?
Wydawca: Forma

Liczba stron: 120


Oprawa: broszurowa
 
Premiera: 8 czerwca 2026 rok

Gustaw Rajmus, jeden z intrygujących głosów współczesnej polskiej literatury niesamowitej, powraca z nowym zbiorem opowiadań. Książka zatytułowana „Angst” to – jak słusznie zauważają bliscy temu nurtowi twórcy i krytycy, Dariusz Muszer oraz Wojciech Gunia – precyzyjnie skonstruowany poligon lęku egzystencjalnego. Rajmus bawi się tu konwencją post-gotyku i udowadnia, że największym horrorem, z jakim przychodzi nam się mierzyć, jest samo istnienie.

Tytułowy „angst” – udręka, niepokój, psychiczne napięcie towarzyszące wkraczaniu w dorosłość i zderzeniu z codziennością – staje się u szczecińskiego pisarza idealnym partnerem dla zła. Rajmus przyjmuje tu rolę specyficznego, bezwzględnego terapeuty współczesności. Zamiast pocieszać, każe nam zajrzeć prosto w ciemność pod łóżkiem. Doskonale wie, że to, co tam ujrzymy, zrujnuje nasz dotychczasowy spokój.

Konstrukcja tomu opiera się na bardzo krótkich, skondensowanych i niezwykle intensywnych formach. Autor bierze na warsztat drobiazgi codziennego życia, wokół których narasta duszna, lepka niezwykłość. Bije przy tym celnie i krótko, zostawiając czytelnika z poczuciem emocjonalnego poturbowania.

Najlepszym tego dowodem są teksty takie jak „Więzy”, gdzie temat usunięcia problemu i rodzącego się po nim szaleństwa zostaje zamknięty w potwornej, surrealistycznej figurze papugi, bezlitośnie powtarzającej adres dokonania zbrodni. Z kolei w „Sadzie” autor w niesamowicie plastyczny, hipnotyczny sposób odtwarza ból dojrzewania, samotności i inicjacji w cierpienie.

Autor imponuje także różnorodnością motywów. „Wróciło” zamienia doświadczenie straty w makabryczną historię o fizycznym powrocie utraconego dziecka. „Zatańczyć z tobą chcę” zestawia domową codzienność z irracjonalnym okrucieństwem. „Biel” i „Wagon” pokazują, że miejsca dziecięcych lęków nie tracą swojej mocy mimo upływu lat, natomiast „Syzygia” zamienia zwykłe oczekiwanie na rodziców w klaustrofobiczny koszmar.

Rajmus chętnie sięga również po motywy współczesnej kultury. W „Konfirmacji” zestawia medialną przemoc z religijną symboliką, „Anima” wykorzystuje środowisko graczy konwentowych do opowieści o psychicznych granicach człowieka, a „Cierpliwa jest” przekształca medyczną diagnozę w groteskowy seans grozy. Z kolei „Delphicum oraculum postmodernista est” pokazuje autora jako erudytę świadomie igrającego z oczekiwaniami odbiorcy i pozostawiającego szerokie pole do interpretacji.

Największą zaletą „Angst” pozostaje konsekwencja. Rajmus nie tłumaczy swoich światów ani nie zamyka ich jednoznacznymi puentami. Buduje atmosferę niepewności, przypominając, że źródłem największego lęku często nie jest zło samo w sobie, lecz świadomość jego nieuchronnej obecności.

Mimo niewątpliwego zachwytu nad intensywnością tomu, jako wierny czytelnik prozy Rajmusa muszę postawić temu zbiorowi jeden, zasadniczy zarzut. Autor najbardziej imponuje mi w dłuższych, bardziej pojemnych strukturach. Pamiętając jego poprzedni, znakomity zbiór „Królestwa”, trudno nie odczuć pewnego niedosytu wywołanego tak ekstremalną kondensacją formy.

Tam, gdzie „Królestwa” rozwijały pięć rozbudowanych światów – od filozoficznego „Hagala”, przez gotyckiego „Mistrza”, po realizm magiczny „Ostoi” – „Angst” przypomina serię krótkich, celnych uderzeń. Efekt bywa bardzo intensywny, ale niektóre miniatury, jak „Odpowiedź” czy „Materia”, kończą się w chwili, gdy czytelnik dopiero zaczyna zanurzać się w wykreowanej rzeczywistości..

Styl Rajmusa wciąż jest ten sam: gęsty, mięsisty, chwilami celowo przegadany i barokowy. Pełen obrazów, które wywołują pod skórą fizyczne zimno. Jednak w tak krótkich formach, ten językowy przesyt bywa momentami odczuwalny. O ile w długich opowiadaniach z „Królestw” te językowe naddatki pracowały na monumentalny, mroczny klimat, o tyle tutaj parę fraz można by spokojnie odchudzić, z korzyścią dla dynamiki samych opowieści.

Angst” to bez wątpienia książka udana, spójna i całkowicie wolna od schematyczności. Gustaw Rajmus udowadnia, że potrafi ewoluować, a jego wyobraźnia z tomu na tom staje się coraz bardziej drapieżna. Choć osobiście wciąż uważam mistyczne freski z „Królestw” za szczytowe osiągnięcie pisarza, to nowy zbiór jawi się jako fascynujący, brutalny eksperyment na żywej tkance ludzkich fobii. To wymagająca, bolesna, ale na swój sposób niezwykle czuła literatura o tęsknocie za ładem w świecie, który bezpowrotnie pękł.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.      

Recenzja "Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi" Mariana Enríquez

Mariana Enríquez wraca z nowym zbiorem opowiadań. Sprawdź recenzję „Słonecznego miejsca dla mrocznych ludzi” – gotyk i body horror.
Wydawca: Echa

Liczba stron: 224


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
 
Premiera: 17 czerwca 2026 rok

Mariana Enríquez nie musi już niczego udowadniać. Jeśli jej monumentalna powieść „Nasza część nocy” uchodziła za literacki cios między oczy, to jej najnowszy zbiór dwunastu opowiadań „Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi” jest ostatecznym potwierdzeniem jej statusu królowej gotyku. Nazwać autorkę po prostu głosem z Argentyny to tak, jakby zupełnie nie zdawać sobie sprawy z jej dorobku. To przecież pełnoprawna, współczesna spadkobierczyni Shirley Jackson i H.P. Lovecrafta. Pisarka, która z precyzją chirurga potrafi przeszczepić klasyczne tropy literackiej grozy na ropiejący grunt latynoamerykańskiej codzienności.

Zło u Enríquez nigdy nie przychodzi z zewnątrz. Nie jest kosmicznym najeźdźcą ani potworem z szafy. Jest ciche, wszechobecne, wrośnięte w tkankę miejskiego i prowincjonalnego życia. Autorka ponownie wybiera swoją magiczną liczbę dwunastu tekstów (dokładnie tak jak w „To, co utraciliśmy w ogniu” i „Niebezpieczeństwach palenia w łóżku”), by zaprosić nas do świata, gdzie rzeczywistość niepostrzeżenie pęka, obnażając to, co od pokoleń próbowano zamieść pod dywan. O czym tym razem przeczytamy?

Zbiór otwiera tekst mocno zakorzeniony w realiach ubogiej dzielnicy Buenos Aires. Lekarka zaczyna słyszeć i widzieć zmarłych – w tym własną matkę, która odeszła po długich cierpieniach. Zjawisko szybko rozlewa się na sąsiadów. Autorka umiejętnie wykorzystuje ten paranormalny sztafaż do ostrej krytyki argentyńskiej klasy średniej i skrajnej prawicy (nienawiść do migrantów i najuboższych). Prawdziwym potworem nie są tu duchy, ale żywi lokatorzy żądający średniowiecznych samosądów w imię bezpieczeństwa.

Kolejne teksty przesuwają akcent na body horror. Badają lęki związane ze starzeniem się i rozkładem ciała. W pierwszym z nich przenosimy się nad rzekę Parana, gdzie ciało bohaterki dosłownie rozpada się za życia, a ludzkie dramaty splatają się z szowinistycznymi, ludowymi mitami o kobietach zamienianych w ptaki za nieposłuszeństwo. Z kolei „Przemiana” to intymne, odpychające studium kobiety po operacji macicy, która postanawia zachować swój wycięty mięśniak. Odnajduje w nim perwersyjny zachwyt w fizycznej anomalii i biologicznej deformacji.

Enríquez z niesłychaną drastycznością dotyka traumy gwałtu i przemocy patriarchalnej. W „Nieszczęsnej twarzy” matka i córka dosłownie tracą swoje oblicza w przerażającej metaforze systemowego wymazywania kobiet. Natomiast r„Kolory zrobione z łez” opowiadają o pracownicach sklepu vintage, które przymierzają suknie zmarłej żony bogatego przedsiębiorcy. Ubrania te fizycznie ranią ich ciała i w ten sposób odwzorowują ślady dawnych pobić i ran domowej przemocy z lat 80. To bolesne oskarżenie klas wyższych o bezkarność w czasach dyktatury.

Pisarka doskonale radzi sobie także poza granicami Argentyny. Tytułowe opowiadanie sięga po autentyczną, mroczną legendę Los Angeles i słynnego hotelu Cecil – sprawę zagadkowej śmierci Elisy Lam w zbiorniku z wodą. Autorka tworzy wokół tego reportażowy, zmysłowy portret miejskiej samotności i ludzi pijących wodę skażoną rozkładem. Natomiast „Julie”, będące hołdem dla kultowego horroru „Istota”, z ironią i nostalgią opowiada o dziewczynie uprawiającej seks z duchami. Przy okazji punktuje napięcia między argentyńskimi emigrantami a tymi, którzy zostali w kraju.

Finałowe partie zbioru to ukłon w stronę horroru kosmicznego. W „Hymnie hien” młoda para homoseksualistów odwiedza opuszczony pałac Aguirre, dawny obóz koncentracyjny z czasów junty wojskowej. Próba zabawy z przeszłością i włożenie ubrań ofiar budzi potwornego, samookaleczającego się kata, podczas gdy z ciemności dobiega śmiech ocalałych z pożaru hien. „Lokalny artysta” oraz dzieci o całkowicie czarnych oczach z opowiadania „Czarne oczy” to z kolei czysty, lovecraftowski chłód, gdzie małomiasteczkowa depopulacja ustępuje miejsca pradawnym, nieludzkim mitom.

Każda budowla narracyjna tej autorki wznoszona jest na tych samych, popękanych fundamentach. Nieważne, jak daleko uciekają jej bohaterowie – zawsze trafiają do miejsc, w których czas stanął w miejscu. Rower zepsuty na samym początku wycieczki do nawiedzonego domu staje się symbolem całej jej prozy. W tym świecie nic, czego dotykasz, nie jest pewne.

Największą siłą zbioru okazuje się stylistyczna ewolucja twórczyni. Enríquez porzuciła potrzebę czystej performatywności na rzecz absolutnej samoświadomości swojego daru. Doskonale operuje pierwszą osobą liczby pojedynczej. Jej narratorzy funkcjonują jak ślepe punkty opowieści – nie widzą wszystkiego, co pozwala grozie kiełkować w niedopowiedzeniach i ciemności. Ta perspektywa buduje niezwykłą intymność. Czytelnik czuje się, jakby siedział z autorką przy gasnącym ognisku w starym, trzeszczącym domu, podczas gdy ona trzyma go za rękę i prowadzi przez najczarniejszy z tuneli.

W nowym tomie znacznie mocniej dochodzi do głosu wisielczy, czarny humor oraz ironia w stylu Shirley Jackson. W ten sposób opisywane okrucieństwa – jak chociażby koszmarna zabawa dzieci z tragicznie zmarłym kolegą w „Cmentarzysku lodówek” stają się paradoksalnie lżejsze, by chwilę później uderzyć w nas ze zdwojoną, potworną siłą.

„Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi” to kolejny genialny, krwawy i makabryczny festiwal w dorobku argentyńskiej pisarki. Enríquez bezlitośnie poszerza granice swojego imperium. To proza, która autentycznie mrozi krew w żyłach, ale też przypomina, że choć wszystko wokół nas poszło nie tak, to – na całe szczęście – wciąż mamy kogoś, kto potrafi o tym opowiedzieć.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.