Recenzja "Git-mana" Witold Horwath

Wyśmienita literatura środka o świecie warszawskich gitowców. Odkryj wciągającą, polifoniczną powieść „Git-mana” Witolda Horwatha.
Wydawca: JanKa

Liczba stron: 312


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 18 czerwca 2026 rok

Współczesna polska proza często cierpi na brak równowagi. Z jednej strony straszy nas przeestetyzowany, hermetyczny eksperyment, z drugiej banalna masówka skrojona pod sprzedażowy algorytm. „Git-mana” Witolda Horwatha to olśniewający dowód na to, jak powinna wyglądać literatura środka w swoim najwyższym wydaniu. Jest mięsista, plastyczna i bezkompromisowa, a przy tym napisana z rzadko spotykanym kunsztem warsztatowym. Przez ponad trzysta stron tej powieści po prostu się płynie.

Horwath z precyzją geodezji literackiej rekonstruuje warszawski „Trójkąt Bermudzki” z czasów PRL-u. Jego stolica nie jest pocztówkowa. To mikroświat odcięty od oficjalnej propagandy – przestrzeń zapuszczonych kamienic, odrapanych bram i podwórek, gdzie obowiązuje kodeks siły, a walutą jest strach. Autor nie tworzy tu jednak taniej sensacji ani dydaktycznej powiastki. Oddając głos trójce unikalnych narratorów – git-manie Joasi, wyobcowanemu Markowi oraz ich polonistce Irenie – tworzy dojrzałą, polifoniczną konstrukcję. Każda z tych postaci wnosi własny język, wrażliwość i perspektywę. Dzięki takiej konstrukcji prawda o powojennym buncie młodzieży okazuje się wielowarstwowa.

O sile tej książki decyduje przede wszystkim mistrzowskie budowanie napięcia w mikro-skali. Horwath potrafi rewelacyjnie stopniować emocje nie za sprawą gwałtownych scen walki, lecz poprzez misternie plecioną sieć aluzji i niedomówień. Zamiast wyłożyć karty na stół, pozwala bohaterom rzucać niepozorne nici, które czytelnik musi samodzielnie spleść w całość. Kapitalnym przykładem tego warsztatowego kunsztu jest scena, w której dowiadujemy się o wyroku brata Joasi. Autor nie podaje tej kluczowej informacji bezpośrednio i w jednym dramatycznym geście. Nie widzimy morza łez ani prób pocieszania ze strony bliskich. Nic z tych rzeczy. Pierwszy, ledwie uchwytny zalążek wieści wypływa niepozornie z narracji zbudowanej wokół jednej z kobiet. Więcej dowiemy się dopiero za chwilę, gdy perspektywę przejmuje Marek. Tego rodzaju misternych zabiegów – rozpraszania informacji i scalania ich z odmiennych punktów widzenia – jest w powieści pod dostatkiem. I to właśnie one stanowią idealny wytrych do unikania banalnych scen i grania na emocjach czytelników.

Ogromną wartością „Git-many” są jej bezsprzeczne walory historyczne i obyczajowe. Horwath z ogromną dbałością o detal przywołuje realia epoki. Od gomułkowskiej szarugi, przez gierkowski blichtr na kredyt, po stan wojenny i produkcję podziemnej bibuły. Subkultura gitowców nie jest tu epizodem, lecz swoistą, rdzennie polską odpowiedzią na ustrojową opresję i powojenną traumę rodziców. Autor doskonale czuje ten świat – przesiąknięty grypserą, zapachami wódki, tanich papierosów i podwórkowego terroru. Daje nam socjologiczny dokument niezwykłej wagi, pozbawiony jednak podręcznikowego dryfu.

Ta brutalna i chropowata rzeczywistość zostaje osłonięta specyficznym, podskórnym humorem oraz hrabalowską niemal czułością do ludzkich ułomności. Horwath potrafi zderzyć duszny patos podwórkowego kodeksu z komizmem codziennych potyczek, absurdem urzędniczej nowomowy czy nieporadnością młodzieńczych zalotów. Ten komizm nie służy taniemu rozbawieniu czytelników. On działa jak pancerz chroniący bohaterów przed ostateczną rozpaczą i pozwala dostrzec w zdemoralizowanych chuliganach odruchy bezinteresownej miłości i lojalności czy chęć ocalenia własnej godności.

„Git-mana” to proza wielowymiarowa, która nie daje o sobie zapomnieć na długo po zamknięciu książki. Witold Horwath udowadnia, że literatura angażująca emocjonalnie, sięgająca głęboko w ludzką psychikę i osadzona w realiach minionej epoki może być jednocześnie fascynującą, porywającą lekturą. To dojrzała opowieść o cenie dorastania w świecie, który od początku rozdaje swoim dzieciom przetasowane, złe karty. W moim prywatnym rankingu to absolutny tegoroczny top i przy okazji jedna z najlepszych książek wydanych przez Jankę w ostatnich latach.

Recenzja "Sudety. Raj utracony. Opowieści z czesko-niemieckiego pogranicza" autor zbiorowy

Hrabalowski humor, traumy pogranicza i krajobraz, który pamięta więcej niż ludzie. Odkryj czeską antologię opowiadań „Sudety. Raj utracony”.
Wydawca: Książkowe Klimaty

Liczba stron: 352


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Katarzyna Dudzic‑Grabińska, Kamil Czaiński, Julia Różewicz, Agata Wróbel
 
Premiera: lipiec 2026 rok

Wielka historia ma to do siebie, że lubi sprowadzać ludzi do cyfr, a skomplikowane losy pogranicza do wygodnych, jednowymiarowych haseł w podręcznikach. Zbiór opowiadań „Sudety. Raj utracony. Opowieści z czesko-niemieckiego pogranicza” robi coś dokładnie odwrotnego. Zdejmuje z czesko-niemieckiej przeszłości warstwę politycznego brązu i przywraca podmiotowość tym, którzy pod tymi dziejowymi żarnami zostali zmieleni.

Sudety przez pokolenia były przestrzenią, w której Czesi i Niemcy żyli obok siebie, dzieląc codzienne sprawy, językowe naleciałości i górski trud. Jednak wstrząsy XX wieku (od rozpadu monarchii austro-węgierskiej i narastających konfliktów narodowościowych, przez okupację i wojnę, aż po powojenne wysiedlenia) brutalnie rozerwały tę wielonarodową mozaikę. Powojenna rzeczywistość przyniosła masowe i często brutalne wysiedlenia ludności niemieckiej oraz próbę wymazania ich obecności z oficjalnej pamięci. Autorzy tomu nie szukają tanich rozliczeń ani nie próbują budować idyllicznego mitu dawnego pogranicza. Dobrze wiedzą, że przedwojenny raj nosił w sobie liczne pęknięcia – podskórne żale, narastające podziały społeczne i narodowe napięcia.

To właśnie zderzenie zwykłego człowieka z mechanizmami dziejów stanowi oś całej antologii. Twórcy pokazują, jak polityka i granice wdzierają się w prywatne życie mieszkańców: rozbijają wieloletnie przyjaźnie, stawiają dawnych kumpli po dwóch stronach barykady i doprowadzają ludzi do obłędu. Wielka historia przestaje być abstrakcyjnym procesem z podręcznika, a staje się sumą indywidualnych dramatów – trudnych wyborów matrymonialnych wbrew woli rodziny, lęku przed odrzuceniem ze względu na czeski akcent czy tragicznych powojennych losów Niemców, opowiedzianych po latach z perspektywy starego człowieka.

Siłą tego tomu jest jego narracyjna i historyczna wrażliwość. Opowiadanie „Dwa pogrzeby” Petry Klabouchovej to niezwykłe studium sudeckiego bytowania, w którym tradycja, szacunek do śmierci i surowość górskiego życia mieszają się z nieprzewidywalnością losu. Z kolei Petra Dvořáková sprawnie ukazuje czułość ukrytą w prozie dnia codziennego. Wreszcie w zamykającym tom „Sezonie na raki” Kateřina Tučkowa oddaje głos tym, których na dekady pozbawiono prawa do cierpienia. Pokazuje, jak głębokie i nieodwracalne rany pozostawiła po sobie wojenna zawierucha.

Na innym poziomie estetycznym antologia ta wpisuje się w najznamienitsze tradycje literatury Europy Środkowej, gdzie absolutna tragiczność losu nieustannie sąsiaduje z absurdem i specyficznym, podszytym czułością humorem. Czescy autorzy bezbłędnie operują hrabalowską czułością wobec prozy dnia codziennego, w której nawet kwestie cielesności, śmieszności czy sąsiedzkich małostkowości nie służą taniemu gagowi, lecz odzierają patos z wielkich narodowych narracji. Ten właściwy czeskiej prozie idiom – bliski także duchowi Jaroslava Haška czy literaturze Oty Pavla – sprawia, że traumy pogranicza wyzwalają się z ciasnego gorsetu martyrologii. Humor staje się tu pancerzem chroniącym przed rozpaczą, a swoista groteskowość codzienności ujawnia, jak bardzo polityczne podziały bywają sztuczne wobec nienaruszalnych, ziemskich rytmów życia i śmierci.

Warto również odczytywać ten tom przez pryzmat pojęcia genius loci oraz literatury małych ojczyzn, do której w polskim kontekście odsyłają chociażby prace Olgi Tokarczuk o Kotlinie Kłodzkiej, proza Andrzeja Stasiuka czy mitopoetyka powojennego przesiedlenia u Zbigniewa Rokity. Sudety w tej antologii przestają być wyłącznie tłem – stają się samodzielnym, niemal palimpsestowym bohaterem dramatu. Krajobraz, samotne cmentarze, dziczejące sady i porzucone fundamenty funkcjonują niczym nieoficjalne archiwum, przechowujące pamięć, której zabroniono wybrzmiewać w podręcznikach.

„Sudety. Raj utracony” przypomina, że ziemia i krajobraz pamiętają znacznie więcej niż ludzie. Opuszczone sady, zarośnięte cmentarze czy fundamenty dawnych domów stają się niemymi świadkami historii, której nie da się sprowadzić do prostych kategorii winy i niewinności. To poruszająca, dojrzała proza o tym, co właściwie tracimy, gdy z danego miejsca znikają tworzący je ludzie wraz ze swoimi opowieściami.

Recenzja „Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane” Ingmar Bergman

Archiwalne teksty Bergmana wreszcie po polsku! Przeczytaj naszą recenzję tomu „Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane”.
Wydawca: PIW

Liczba stron: 448


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Tadeusz Szczepański
 
Premiera: 15 czerwca 2026 rok

Bóg, śmierć, samotność, bezlitosna analiza relacji międzyludzkich i tempo, przy którym nawet żółwie zaciągają hamulec ręczny – tak w wielkim skrócie pamiętamy Ingmara Bergmana. Szwedzki geniusz kina przyzwyczaił nas do dzieł monumentalnych, ciężkich i gęstych od psychologicznego mroku. Co jednak dzieje się, gdy zamiast dopracowanego arcydzieła dostajemy do rąk kartki wyciągnięte wprost z szuflady? Z czarnego zeszytu obłożonego w ceratę, pełnego wczesnych zapisków i pomysłów młodego Bergmana, powstałych jeszcze pod koniec lat 30.?

Nakładem PIW-u ukazał się tom „Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane” – pierwsze polskie wydanie jedenastu scenariuszy, szkiców i tekstów dramatycznych Bergmana, które w większości z różnych powodów nie doczekały się realizacji filmowej lub szerszego obiegu. Wszystko w znakomitym tłumaczeniu Tadeusza Szczepańskiego i zapakowane w klamrę krytyczną Maaret Koskinen.

Czy to rzeczywiście zaginiony Święty Graal dla kinofilów, czy po prostu elegancko wydany ekshumowany brudnopis?

Nie mam wątpliwości, że dla każdego, kto spędził z kinem Bergmana choćby parę godzin, lektura tego tomu będzie fascynującym procesem podglądania artysty in statu nascendi. Znajdziemy tu niemal pełny wachlarz motywów, które później uczyniły go legendą. Od obsesji śmiercią i milczeniem Boga, przez skomplikowane relacje płci, aż po motyw artysty uwikłanego w rolę.

Wspólne punkty tych tekstów są nadzwyczaj wyraziste. Sam Bergman przyznawał się zresztą, że na początku swojej drogi mocno inspirował się Augustem Strindbergiem. Mamy tu rozstrzał pełen kontrastów – od wczesnej sztuki dramatycznej z 1942 roku, przez słynne „Malowidło na drewnie” (które, jak wiemy, stało się punktem wyjścia nieśmiertelnej „Siódmej pieczęci”), aż po niedoszły filmowy projekt z 1969 roku, przygotowywany pierwotnie jako część wspólnego przedsięwzięcia z Fellinim i Kurosawą, czy telewizyjny szkic o zmartwychwstaniu Jezusa z połowy lat 70.

Najciekawszy w tym zbiorze nie jest jednak sam teatr, a droga, jaką Bergman pokonuje od myślenia przede wszystkim kategoriami sceny i dialogu w stronę coraz bardziej świadomego myślenia językiem filmu – kadrem, rytmem i montażem. To bezcenny podgląd na to, jak kształtował się wybitny umysł reżyserski. Bądźmy jednak przy tym bezwzględnie szczerzy i odrzućmy na chwilę nabożny stosunek do klasyków. Ta książka bywa momentami po prostu ciężka i męcząca.

Zbiór otwiera tekst „Śmierć Kaspra” i powiedzmy to sobie wprost – przebrnięcie przez ten otwierający teatralny drobiazg wymaga od czytelnika pewnego samozaparcia. Jeśli ktoś spodziewa się wartkiej prozy czy gładkich dramatów do czytania przy popołudniowej kawie, bardzo szybko zderzy się ze ścianą. Forma bywa chropowata, scenariuszowe skróty nie zawsze czytelne, a chęć przełączenia się na cokolwiek innego pojawia się w głowie więcej niż raz.

Atmosferę całego zbioru dobrze podsumowuje anegdota związana z Maaret Koskinen, autorką posłowia. Kiedy po latach badała spuściznę reżysera, sam Bergman w rozmowie telefonicznej nazwał swoje prywatne archiwum na wyspie Fårö śmietnikiem, dziwiąc się przy okazji, jak mogło mu się wydawać, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach złapie się na jego Rybę (farsę filmową z 1950 roku). I ma w tym trochę racji. Część z tych tekstów to urocze, ale jednak formalnie ślepe uliczki.

Wszystko jest tu do bólu surowe. Tam, gdzie w filmie dostalibyśmy genialne zbliżenie kamery Svena Nykvista, twarz Liv Ullmann czy gęstą ciszę, w tekście zostaje tylko goły, czasem cokolwiek kawiarniany lub przestarzały schemat dramatyczny. Czy w takim razie warto? Bez dwóch zdań – tak, ale pod jednym warunkiem.

„Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane” to nie jest książka na rozpoczęcie przygody z autorem „Persony”. Dla przypadkowego czytelnika będzie to lektura trudna, nierówna i momentami niezrozumiała. Ale dla filmoznawców, świadomych fanów mistrza oraz osób, które chcą prześledzić, jak z cienia Strindberga wyłaniał się jeden z najważniejszych głosów XX wieku – to pozycja absolutnie obowiązkowa. Pozwala odrzeć mistrza z łatki nieomylnego i zobaczyć w nim szukającego, potykającego się i eksperymentującego rzemieślnika. Rzecz wymagająca, ale warta każdej poświęconej minuty.

Recenzja "Git-mana" Witold Horwath