Recenzja "Riddley Walker" Russel Hoban

Postnuklearny traktat egzystencjalny, który zainspirował Mad Maxa. Recenzja olśniewającej powieści „Riddley Walker”.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 328


Oprawa: twarda z obwalutą
 
Tłumaczenie: Piotr Siemion
 
Premiera: kwiecień 2026 rok

Słowo „wybitna” w odniesieniu do literatury współczesnej bywa dziś rzucane na wiatr, rozdawane z lekkością, która odbiera mu dawny ciężar. Sam jestem ostrożny i unikam wielkich kwantyfikatorów, woląc bezpieczne zachwyty nad sprawnością warsztatu czy wciągającą fabułą. Tym razem jednak trzeba to powiedzieć bez asekuracji i z pełną odpowiedzialnością – „Riddley Walker” Russella Hobana, wydany przez ArtRage w genialnym polskim przekładzie Piotra Siemiona, to dla mnie powieść wybitna. To ciemny, gęsty traktat antropologiczny i postnuklearny esej egzystencjalny, który całkowicie wymyka się ramom jakiejkolwiek gatunkowej definicji.

Gdyby spróbować zamknąć tę książkę w najprostszej szufladzie, użyłbym pewnie słowa postapokalipsa. Oto Anglia dwa tysiące lat po nuklearnym kataklizmie – świecie, który zresetował historię i zepchnął ludzkość z powrotem w mroki raczkującej epoki żelaza. Ludzie żyją tu w małych, ogrodzonych palisadami społecznościach. Zbierają złom, polują i drżą przed sforami krwiożerczych psów. Tak wygląda szkielet, na którym Hoban rozpiął wielopoziomowy labirynt filozoficzny, badający mechanizmy władzy, mitu i tragicznej powtarzalności ludzkiego losu.

Prawdziwym triumfem tej powieści – i rzeczą, która stawia ją w jednym rzędzie z eksperymentami Jamesa Joyce'a czy Anthony'ego Burgessa – jest jej język, znany jako „Riddleyspeak”. Świat po Wielgim BUM uległ nie tylko fizycznej, ale i lingwistycznej atomizacji. Zgodnie z tezą Wittgensteina, że granice mojego języka są granicami mojego świata, bohaterowie Hobana są uwięzieni w rzeczywistości, której nie potrafią w pełni nazwać. To oczywiste, wszak pojęcia z dawnej ery uległy degeneracji. Riddley, dwunastoletni narrator, który zostaje plemiennym wróżbito-tłumaczem, spisuje swoją historię językiem kalekim, fonetycznym, rozbitym na sylaby i zrośniętym na nowo. W tym piaszczystym leju językowym dawna terminologia naukowa, technologiczna i państwowa osunęła się w plebejski bełkot. Zyskała jednocześnie profetyczną, poetycką siłę. Słowo pogromować oznacza u niego planowanie, rodząc oczywiste, mroczne skojarzenia z programowaniem i pogromem. Z kolei mityczny praojciec Jaśniejący Ludzik o imieniu Adom staje się przerażającą hybrydą biblijnego Adama i rozszczepionego atomu. Piotr Siemion dokonał w polskim przekładzie wirtuozerii, tworząc frazę, która pulsuje, stawia opór i zmusza do czytania na głos. Początek jest trudny, ale jak już wejdzie się w ten świat, zmieniamy funkcjonowanie w alternatywny tryb myślenia. Jak dla mnie pewniaczek do wszelkich nagród za tłumaczenie.

Kluczem do interpretacji tego świata jest Legenda o żywocie Jusego. Russell Hoban stworzył ją pod wpływem autentycznego, XV-wiecznego fresku z katedry w Canterbury, przedstawiającego żywot świętego Eustachego. W powieści ta chrześcijańska opowieść mutuje w przerażający mit o upadku ludzkości. Sam Jus łączy w sobie cechy Chrystusa, Prometeusza i Roberta Oppenheimera. Ulegając pokusie poznania, bohater spotyka jelenia. Między rogami zwierzęcia jaśnieje głowa Małego Człowieka – symbol rozszczepionego atomu, czystej i niszczycielskiej energii naukowej. Chęć jej okiełznania sprowadza na świat pierwotną katastrofę. Dla ocalałych ta historia to nowa Księga Rodzaju. To także uniwersalna przestroga przed wiedzą sprytną, czyli technologią odartą z moralności, bezsilną wobec wiedzy mądrej. Mit działa jak mechanizm zbiorowej traumy, paraliżując lękiem i poczuciem winy każdą próbę zmiany obecnego porządku.

Hoban bezlitośnie obnaża przy tym mechanizmy władzy, zaprzęgniętej w służbę totalitarnej kontroli. W świecie po kataklizmie magia, religia i aparat państwowy stanowią jedno. Władzę sprawuje WPan Cfany a oficjalną liturgią państwa stają się wędrowne, propagandowe teatrzyki kukiełkowe. Choć przypominają tradycyjne pokazy Puncha i Judy, nie służą rozrywce. To państwowa msza. Riddley ma za zadanie publicznie i rytualnie tłumaczyć gesty marionetek. Za pomocą tych brutalnych metafor władza legitymizuje nędzę poddanych. Wmawia im, że codzienne cierpienie to jedyna droga do odkupienia dawnych win. Kiedy chłopak zaczyna dostrzegać polityczne szwy tej mistyfikacji i sięga po prawo do osobistej interpretacji, staje się dla systemu śmiertelnym zagrożeniem.

Najbardziej pesymistyczna diagnoza „Riddleya Walkera” dotyczy natury ludzkiego postępu. Pod tym względem Hoban zbliża się do „Władcy Much” Williama Goldinga oraz „Kantyczki dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Człowiek pozbawiony cywilizacyjnego gorsetu nie uczy się na błędach. On je z fatalistyczną precyzją powtarza. W trakcie wędrówki bohaterowie odkrywają składniki mitycznego Żółtego Chłopca. Czytelnik z przerażeniem rozpoznaje tę miksturę: węgiel drzewny, siarka, saletra. Ludzkość wegetująca w błocie i skrajnym ubóstwie nie szuka lekarstw, czystej wody ani lepszych metod uprawy roli. Jej pierwszym, instynktownym odruchem jest rekonstrukcja czarnego prochu. Pętla historii zaciska się na nowo. Postęp techniczny niezmiennie prowadzi do kolejnego samounicestwienia.

Bez „Riddleya Walkera” trudno wyobrazić sobie uniwersum „Mad Maxa”, postnuklearne gry z serii Fallout czy późniejsze literackie wizje Davida Mitchella. Russell Hoban napisał dzieło totalne – wymagające, bolesne i olśniewające. Ta książka wywołuje autentyczne, wewnętrzne drżenie, niczym licznik Geigera nastawiony na promieniowanie czystego geniuszu. Warto rzucić się w tę podróż przez „pszes ostatni ostały za gajnik”. To literatura, która konfrontuje nas z naszą własną przyszłością i zostaje pod skórą na zawsze.

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah

"Upadek i serce" Siti Rukiah
Wydawca: PIW

Liczba stron: 136


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Marianna Lis
 
Premiera: 13 maja 2026 rok

W literaturze narodowowyzwoleńczej istnieje pewien uświęcony, uniwersalny algorytm.  Jednostka musi w nim stopić się z tłumem, a intymny afekt ustąpić miejsca zbiorowej sprawie. Kiedy w 1950 roku indonezyjska pisarka Siti Rukiah publikowała powieść „Upadek i serce” (znaną w oryginale jako Kedjatuhan dan Hati), dokonała aktu drastycznej dywersji wobec tego paradygmatu. Zamiast spiżowego pomnika rewolucji, Państwowy Instytut Wydawniczy – w świetnym tłumaczeniu Marianny Lis – zaoferował nam tekst, który historię wielkich geopolitycznych przesunięć ogląda przez mikroskop kobiecej neurozy, rozczarowania i permanentnego poczucia obcości.

Żeby być przy tym uczciwym już od początku. W mojej opinii Rukiah nie napisała dzieła wybitnego w sensie formalnym. Mamy za to książkę bezlitośnie uczciwą, której największa siła tkwi w jej programowej szorstkości.

Główna bohaterka, Susi, to dziewczyna z jawajskiej klasy średniej, uwięziona w specyficznej próżni. Z jednej strony paraliżuje ją domowe, mikro-piekło zarządzane przez despotyczną, materialistyczną matkę. Z drugiej  dusi ją rzekomo wyzwoleńczy ruch partyzancki, do którego ucieka w poszukiwaniu autonomii.

Rukiah skutecznie demaskuje mit rewolucji jako wielkiego emancypatora. Susi, obcinając włosy i wstępując do Czerwonego Krzyża, a później do leśnych oddziałów partyzanckich, szybko orientuje się, że zmiana sztandarów nie narusza fundamentów patriarchatu. Narodowe przebudzenie Indonezji rodzi się w potwornych bólach, a język rewolucyjnych manifestów okazuje się dla kobiet kolejną klatką.

Najbardziej hipnotyzującym motywem powieści jest wątek „czerwieni”, a więc koloru, który ulega fascynującej, semantycznej degradacji. Z początku to barwa rewolucyjnego zrywu, krwi i młodzieńczej miłości pod czerwonym księżycem. Z czasem jednak ta czerwień blaknie, zostawiając po sobie jedynie posmak popiołu i poczucie zdrady samą siebie.

Konstrukcyjnie powieść opiera się na gęstym, niemal publicystycznym starciu idei, ucieleśnionym w relacji Susi z Lukiem – komunistycznym ideologiem i partyzantem. I to właśnie w tym miejscu ujawnia się największy problem artystyczny „Upadku i serca”. Rukiah bywa pisarką nieznośnie deklaratywną. Zamiast subtelnego dramatu psychologicznego, czytelnik otrzymuje momentami rwane, naskórkowe passusy, w których bohaterowie zamieniają się w nośniki określonych idei.

Luk wykłada marksistowskie traktaty o uciemiężeniu proletariatu przez plantatorów, Susi odpowiada mu naiwnym, wręcz neurotycznym uniwersalizmem opartym na lekturach Tołstoja czy Tagore. Ta dyskusja o roli sztuki i polityki bywa sztuczna, a sama Susi w swojej wiecznej pretensji do świata i niezdolności do empatii, potrafi czytelnika głęboko zirytować. Jej bunt bywa niedojrzały, a ucieczka w ramiona tradycyjnego małżeństwa (by ukryć nieślubną ciążę), nosi znamiona melodramatycznego skrótu.

Rukiah najciekawiej buduje portrety psychologiczne nie wprost, ale poprzez kontrast trzech sióstr, z których każda próbuje przetrwać ten dziejowy i rodzinny koszmar na własnych warunkach. Mamy więc Linę, która wybiera absolutny konformizm i idzie ścieżką wytyczoną przez despotyczną matkę. Kupuje pozorny spokój za cenę małżeństwa z bogatym handlarzem. Na drugim biegunie stoi Dini – radykalna, bezkompromisowa rebeliantka, która na zawsze zrywa z toksycznym domem, obcina włosy, odrzuca tradycyjne gorsety obyczajowe i szuka niezależności ekonomicznej w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

I wreszcie Susi, nasza główna bohaterka, zawieszona w próżni między tymi dwoma radykalizmami. Nie potrafi bezmyślnie milczeć jak Lina, ale brakuje jej też twardości i fanatyzmu Dini. Jej bunt jest intuicyjny, pełen wahań, napędzany neurozą i ciągłą potrzebą miłości. Miotając się między rewolucyjnymi ideałami a głęboko zakorzenioną potrzebą tradycyjnego bezpieczeństwa, Susi staje się najbardziej tragiczną figurą tej opowieści – człowiekiem, który nigdzie nie potrafi zapuścić korzeni.

To potrójne pęknięcie pokazuje, że rewolucja w Indonezji miała tak naprawdę wiele twarzy, a ta najbardziej bolesna rozgrywała się za zamkniętymi drzwiami jawajskich domów. Niestety, ten psychologiczny kalejdoskop cierpi na chroniczny brak literackiego oddechu. Powieść jest zbyt krótka, zbyt skondensowana. Rukiah jedynie uchyla drzwi do psychologicznego piekła tych kobiet, po czym gwałtownie je zatrzaskuje, pędząc za tykającym zegarem historii (od okupacji japońskiej po powrót Holendrów w 1949 roku).

W rezultacie wiele wątków sprawia wrażenie nieoszlifowanych fragmentów większej całości, która nigdy nie powstała. Częściowo dlatego, że reżim Suharto na dekady wymazał autorkę z indonezyjskiego panteonu.

Mimo tych narracyjnych niedociągnięć, „Upadek i serce” broni się jako bezcenny i bolesny dokument epoki. To proza szorstka, momentami niezgrabna, ale uderzająca rzadką w latach 50. odwagą obyczajową. Finałowy obraz Susi, która kupuje swojemu dziecku czerwone zabawki w domu męża, to potężna, gorzka metafora kapitulacji. Rukiah stworzyła książkę, która nie zachwyca perfekcją formy, ale fascynuje jako zapis rozpaczy jednostki, która zrozumiała, że w trybach wielkiej historii jej własne życie nigdy nie będzie należało do niej.

Recenzja "Prawo powszedniego ciążenia" Marianne Fritz

Wybitny debiut doceniony przez Jelinek. Radykalna, bezkompromisowa proza w duchu Kafki i Musila. Czy warto podjąć wyzwanie?
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 128


Oprawa: miękka
 
Tłumaczenie: Małgorzata Gralińska
 
Premiera: maj 2026 rok

Wszystko zaczyna się od nerwowego, bezgłośnego chichotu i mechanicznie powtarzanej frazy: „No tak. No tak”. To oszczędny, niemy krzyk Berty Kschyk (z domu Faust) – bohaterki, którą austriacka pisarka Marianne Fritz rzuca w duszne kleszcze powojennej rzeczywistości. W nagrodzonym Nagrodą im. Roberta Walsera debiucie „Prawo powszedniego ciążenia” nie ma miejsca na bezpieczny dystans. Autorka rezygnuje z publicystycznego patosu na rzecz radykalnej, formalnej dyscypliny, która niemal fizycznie przygniata czytelnika.

Losy Berty śledzimy na przestrzeni osiemnastu lat – od granicznego roku 1945 aż po styczeń 1963. W powojennej Austrii, pod dumną powierzchnią gospodarczej odbudowy i powrotu do rzekomej normalności, rozgrywa się cichy, intymny horror. Przytłoczona pragmatyzmem otoczenia i emocjonalnym chłodem bliskich, Berta osuwa się w absolutną psychiczną izolację.

Tytułowe „prawo powszedniego ciążenia” to w świecie Fritz nic innego jak bezwzględna grawitacja egzystencji. To nieubłagany ciężar społecznych ról, narzuconych norm i wojennej traumy, które determinują jednostkę znacznie silniej niż jej własna wola. Dla Berty jedynym momentem ulgi staje się sen jej dzieci. To właśnie wtedy, gdy śpią, nie są jeszcze dotknięte przez modelujące i kształtujące łapy życia. Kiedy jednak system daje jej jasno do zrozumienia, że jej dzieci to kolejne beznadziejne przypadki, Berta podejmuje desperacki, makabryczny akt, by uchronić je przed nieuchronnym walcem historii.

Ta niewielka objętościowo powieść wchodzi w fascynujący dialog z tradycją wielkiej moderny. Konstrukcyjnie i klimatycznie budzi natychmiastowe skojarzenia z osaczającym światem Franza Kafki oraz duszno ustrukturyzowanymi uniwersami Roberta Musila czy Jamesa Joyce'a. Fritz buduje narrację, która nieustannie pętli czas, porusza się płynnie między przeszłością a teraźniejszością. Przypomina to gęstą, niepokojącą mgłę, w której bohaterowie (i sam czytelnik) muszą poruszać się powoli, niemal po omacku.

Uderza też udany kontrast postaci. Z jednej strony mamy rezolutną, hiperaktywną przyjaciółkę Wilhelminę, która z przerażającym pragmatyzmem przejmuje kolejne sfery życia Berty (włącznie z jej mężem, Wilhelmem). Z drugiej samego Wilhelma, szofera i cynika, który swój egzystencjalny konformizm przyprawia uległością, byle tylko nie dostrzec pęknięć na fasadzie rodzinnej idylli. Fritz z bolesną precyzją operuje symbolami. Łańcuszek z małą Madonną staje się tu fetyszem i jedyną kotwicą dla obłąkanej bohaterki, a nazwiska bohaterów (Faust jako pięść, Schrei jako krzyk) brzmią niezwykle wymownie w zestawieniu z ich surowymi, wypranymi z głębszych emocji dialogami.

Warto jednak przy tych wszystkich monumentalnych kontekstach zachować krytyczną czujność i uczciwie określić status tego tekstu. Choć Elfriede Jelinek widziała w pisarce geniusza, a krytycy słusznie stawiają ją obok najwybitniejszych twórców nowoczesności, „Prawo powszedniego ciążenia” nie jest lekturą łatwą ani jednoznaczną w odbiorze.

Jej ostentacyjne łamanie zasad składniowych, chłód opisu i rezygnacja z tradycyjnej psychologizacji nie pozostają bez echa dla postaci. Bohaterowie momentami wydają się bardziej konstruktami językowymi niż ludźmi z krwi i kości. Ta radykalna bezkompromisowość formy, która później doprowadziła Fritz do stworzenia gigantycznych makro-powieści, tutaj jest jeszcze ujęta w karby dyscypliny. Jednakże już teraz potrafi zmęczyć swoją monotonią i hermetycznością. To literatura, która celowo rani i odpycha czytelnika, zamiast go wciągać.

Być może jednak najciekawsze w tym debiucie nie są podobieństwa do Kafki, Musila czy Joyce'a, lecz to, co od początku okazuje się niepodrabialne. Marianne Fritz nie buduje świata opartego na spektakularnych konfliktach ani wielkich ideach, lecz na drobnych przesunięciach w języku, powtórzeniach, obsesjach i pęknięciach codzienności. Jej bohaterowie nie tyle działają, ile są powoli modelowani przez niewidzialne siły społeczne, rodzinne i historyczne. Charakterystyczne jest również szczególne napięcie między chłodem narracji a ogromnym ładunkiem emocjonalnym ukrytym pod powierzchnią tekstu. Tam, gdzie wielu pisarzy opisywałoby cierpienie wprost, Fritz pozostawia po nim jedynie ślady (urwane frazy, natrętne gesty, mechaniczne powtórzenia).

Mimo tych formalnych barier (które można i należy traktować jako świadomy dobór modelu pisania), debiut Marianne Fritz pozostaje dziełem o porażającej intensywności. To mroczne, powściągliwe zstąpienie do piekła ludzkiej psychiki, gdzie między wierszami pulsuje to, co niewypowiedziane. Polski przekład tej książki przywraca naszej debacie literackiej głos osobny i potężny. Traktuję „Prawo powszedniego ciążenia” jako przypowieść o śmiercionośnym znaczeniu codzienności.

Recenzja "Riddley Walker" Russel Hoban