Recenzja "Bez głowy" Maciek Bielawski

"Bez głowy" Maciek Bielawski
Wydawca:
 Książkowe klimaty

Liczba stron: 136


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 21 maja 2026 rok

Maciek Bielawski w swojej najnowszej mikropowieści „Bez głowy” proponuje nam szczególny rodzaj literackiej hipnozy. Choć książka wydana nakładem wydawnictwa Książkowe Klimaty liczy niewiele ponad 130 stron, jej ciężar właściwy i ładunek refleksji potrafią rzucić wyzwanie o wiele obszerniejszym tomom.

Ta książka to w gruncie rzeczy bolesna i fascynująca zarazem opowieść o patroszeniu rzeczywistości, o patrzeniu i głębokim rejestrowaniu cierpienia. Swoim klimatem i filozoficznym podejściem do obrazu przypomina ona kultowy esej „Widok cudzego cierpienia” Susan Sontag. Całość fabuły kręci się wokół ekscentrycznego cyklu dwudziestu dwóch fotografii autorstwa tajemniczego, w zasadzie nieobecnego Artura Stadnickiego. Na zdjęciach oglądamy ludzi skadrowanych do ramion – wszyscy zostali pozbawieni głów. Ten radykalny gest artystyczny staje się w powieści punktem wyjścia do interesującej wiwisekcji ludzkich losów. Bielawski, rezygnując z portretowania twarzy, paradoksalnie odczarowuje ból świata. Zabiera z kadru to, co w dobie dzisiejszych social mediów potwornie retuszujemy i fałszujemy.

Konstrukcyjnie powieść może zaskoczyć płynnością, z jaką autor żongluje skrajnymi rejestrami narracyjnymi. Książka otwiera się wernisażem, podczas którego słuchamy akademickiego, nadętego i groteskowo naszpikowanego frazesami odczytu krytyka sztuki. Bielawski sprawnie bawi się tym językiem, wykorzystując naukowe napuszenie jako parawan dla emocjonalnego dyletantyzmu i niespełnienia. Chwilę później ta narracja rozpada się w polifoniczny chaos głosów odwiedzających wystawę. Tu z kolei doświadczamy kakofonii pretensjonalnych komentarzy, pustych sloganów i codziennego bełkotu ludzi, którzy stoją obok sztuki, zupełnie jej nie dotykając. Ta partia dialogowa w moim odczuciu działa jak lustro naszych przebodźcowanych, komunikacyjnie ułomnych czasów.

Dopiero w kolejnych częściach formalna układanka zyskuje bolesny, ludzki wymiar. Poznajemy galerię postaci dotkniętych głębokim deficytem i paraliżującą ambicją. Jest córka uwiązana do schorowanej matki, wyrzucająca sobie każdą chwilę uwagi dedykowanej własnemu życiu. Jest student, który marzył o kulturoznawstwie, ale wylądował na fizyce, cierpiący na kompleks prowincji i boleśnie odczuwający brak kapitału kulturowego. Wreszcie dostajemy portret Marka Glanca, którego pragnienie wyjątkowości i neurotyczna pogoń za perfekcją rodzą się w dzieciństwie, pod kloszem rodziców pracujących w kulturze.

W tym miejscu ujawnia się największa siła stylistyczna Bielawskiego – jego mikroskopijna, niemal chirurgiczna uważność na detal z epoki transformacji. Sceny z wrocławskiego przedszkola z przełomu lat 70 i 80. należą do najmocniejszych fragmentów książki. Widzimy matkę Marka w luksusowym płaszczu z wełny i czapce z lisa, szyjącą ze skrawków niemieckiej „Burdy”. A także ojca pachnącego francuską wodą kolońską, wysiadającego z czerwonego Fiata 125p. To neurotyczne środowisko inteligenckie, w którym dziecko od najmłodszych lat karmione jest mitem własnego geniuszu. Chwalone za konia z masy gazetowej i recytujące Miłosza przed płaczącą dyrekcją w 1988 roku, zostaje bezbronnie wystawione na zderzenie z wielkim światem. Bielawski pisze o tych ludziach z niesamowitą czułością, kierując aparat na zwyczajność. Pod względem szkatułkowej konstrukcji i dekonstrukcji mitu artysty, książka subtelnie kłania się tradycji „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.

„Bez głowy” składa się z pięciu części, które zamiast linearnie rozwijać jedną fabułę, bezustannie ją przepisują, rozszczelniają i poddają w wątpliwość. Historia fotografa nigdy się nie stabilizuje. Bielawski świadomie rezygnuje z dawania ostatecznych odpowiedzi i nie dąży do jednoznacznej konkluzji. Taka strategia ucieczki przed domknięciem i zawieszenie w przestrzeni domysłów mogą u części czytelników wywołać zniecierpliwienie lub poczucie narracyjnej frustracji. Książka po prostu stawia na asymetrię i niedopowiedzenie, co nie każdemu musi przypaść do gustu. W mojej opinii to jedna z największych jej zalet.

Powieść Maćka Bielawskiego to ostrzeżenie przed utratą kontaktu z rzeczywistością w świecie, który zamieniliśmy na ciąg halucynacji i fragmentarycznych obrazów. To książka bolesna, zostawiająca czytelnika z poczuciem głębokiego smutku, ale też rzadki dowód na to, że polska proza współczesna potrafi perfekcyjnie bawić się formą, nie tracąc przy tym z oczu żywego, cierpiącego człowieka. I fabuły, bo ona też jest tu szalenie ważna.

Recenzja "Riddley Walker" Russel Hoban

Postnuklearny traktat egzystencjalny, który zainspirował Mad Maxa. Recenzja olśniewającej powieści „Riddley Walker”.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 328


Oprawa: twarda z obwalutą
 
Tłumaczenie: Piotr Siemion
 
Premiera: kwiecień 2026 rok

Słowo „wybitna” w odniesieniu do literatury współczesnej bywa dziś rzucane na wiatr, rozdawane z lekkością, która odbiera mu dawny ciężar. Sam jestem ostrożny i unikam wielkich kwantyfikatorów, woląc bezpieczne zachwyty nad sprawnością warsztatu czy wciągającą fabułą. Tym razem jednak trzeba to powiedzieć bez asekuracji i z pełną odpowiedzialnością – „Riddley Walker” Russella Hobana, wydany przez ArtRage w genialnym polskim przekładzie Piotra Siemiona, to dla mnie powieść wybitna. To ciemny, gęsty traktat antropologiczny i postnuklearny esej egzystencjalny, który całkowicie wymyka się ramom jakiejkolwiek gatunkowej definicji.

Gdyby spróbować zamknąć tę książkę w najprostszej szufladzie, użyłbym pewnie słowa postapokalipsa. Oto Anglia dwa tysiące lat po nuklearnym kataklizmie – świecie, który zresetował historię i zepchnął ludzkość z powrotem w mroki raczkującej epoki żelaza. Ludzie żyją tu w małych, ogrodzonych palisadami społecznościach. Zbierają złom, polują i drżą przed sforami krwiożerczych psów. Tak wygląda szkielet, na którym Hoban rozpiął wielopoziomowy labirynt filozoficzny, badający mechanizmy władzy, mitu i tragicznej powtarzalności ludzkiego losu.

Prawdziwym triumfem tej powieści – i rzeczą, która stawia ją w jednym rzędzie z eksperymentami Jamesa Joyce'a czy Anthony'ego Burgessa – jest jej język, znany jako „Riddleyspeak”. Świat po Wielgim BUM uległ nie tylko fizycznej, ale i lingwistycznej atomizacji. Zgodnie z tezą Wittgensteina, że granice mojego języka są granicami mojego świata, bohaterowie Hobana są uwięzieni w rzeczywistości, której nie potrafią w pełni nazwać. To oczywiste, wszak pojęcia z dawnej ery uległy degeneracji. Riddley, dwunastoletni narrator, który zostaje plemiennym wróżbito-tłumaczem, spisuje swoją historię językiem kalekim, fonetycznym, rozbitym na sylaby i zrośniętym na nowo. W tym piaszczystym leju językowym dawna terminologia naukowa, technologiczna i państwowa osunęła się w plebejski bełkot. Zyskała jednocześnie profetyczną, poetycką siłę. Słowo pogromować oznacza u niego planowanie, rodząc oczywiste, mroczne skojarzenia z programowaniem i pogromem. Z kolei mityczny praojciec Jaśniejący Ludzik o imieniu Adom staje się przerażającą hybrydą biblijnego Adama i rozszczepionego atomu. Piotr Siemion dokonał w polskim przekładzie wirtuozerii, tworząc frazę, która pulsuje, stawia opór i zmusza do czytania na głos. Początek jest trudny, ale jak już wejdzie się w ten świat, zmieniamy funkcjonowanie w alternatywny tryb myślenia. Jak dla mnie pewniaczek do wszelkich nagród za tłumaczenie.

Kluczem do interpretacji tego świata jest Legenda o żywocie Jusego. Russell Hoban stworzył ją pod wpływem autentycznego, XV-wiecznego fresku z katedry w Canterbury, przedstawiającego żywot świętego Eustachego. W powieści ta chrześcijańska opowieść mutuje w przerażający mit o upadku ludzkości. Sam Jus łączy w sobie cechy Chrystusa, Prometeusza i Roberta Oppenheimera. Ulegając pokusie poznania, bohater spotyka jelenia. Między rogami zwierzęcia jaśnieje głowa Małego Człowieka – symbol rozszczepionego atomu, czystej i niszczycielskiej energii naukowej. Chęć jej okiełznania sprowadza na świat pierwotną katastrofę. Dla ocalałych ta historia to nowa Księga Rodzaju. To także uniwersalna przestroga przed wiedzą sprytną, czyli technologią odartą z moralności, bezsilną wobec wiedzy mądrej. Mit działa jak mechanizm zbiorowej traumy, paraliżując lękiem i poczuciem winy każdą próbę zmiany obecnego porządku.

Hoban bezlitośnie obnaża przy tym mechanizmy władzy, zaprzęgniętej w służbę totalitarnej kontroli. W świecie po kataklizmie magia, religia i aparat państwowy stanowią jedno. Władzę sprawuje WPan Cfany a oficjalną liturgią państwa stają się wędrowne, propagandowe teatrzyki kukiełkowe. Choć przypominają tradycyjne pokazy Puncha i Judy, nie służą rozrywce. To państwowa msza. Riddley ma za zadanie publicznie i rytualnie tłumaczyć gesty marionetek. Za pomocą tych brutalnych metafor władza legitymizuje nędzę poddanych. Wmawia im, że codzienne cierpienie to jedyna droga do odkupienia dawnych win. Kiedy chłopak zaczyna dostrzegać polityczne szwy tej mistyfikacji i sięga po prawo do osobistej interpretacji, staje się dla systemu śmiertelnym zagrożeniem.

Najbardziej pesymistyczna diagnoza „Riddleya Walkera” dotyczy natury ludzkiego postępu. Pod tym względem Hoban zbliża się do „Władcy Much” Williama Goldinga oraz „Kantyczki dla Leibowitza” Waltera M. Millera. Człowiek pozbawiony cywilizacyjnego gorsetu nie uczy się na błędach. On je z fatalistyczną precyzją powtarza. W trakcie wędrówki bohaterowie odkrywają składniki mitycznego Żółtego Chłopca. Czytelnik z przerażeniem rozpoznaje tę miksturę: węgiel drzewny, siarka, saletra. Ludzkość wegetująca w błocie i skrajnym ubóstwie nie szuka lekarstw, czystej wody ani lepszych metod uprawy roli. Jej pierwszym, instynktownym odruchem jest rekonstrukcja czarnego prochu. Pętla historii zaciska się na nowo. Postęp techniczny niezmiennie prowadzi do kolejnego samounicestwienia.

Bez „Riddleya Walkera” trudno wyobrazić sobie uniwersum „Mad Maxa”, postnuklearne gry z serii Fallout czy późniejsze literackie wizje Davida Mitchella. Russell Hoban napisał dzieło totalne – wymagające, bolesne i olśniewające. Ta książka wywołuje autentyczne, wewnętrzne drżenie, niczym licznik Geigera nastawiony na promieniowanie czystego geniuszu. Warto rzucić się w tę podróż przez „pszes ostatni ostały za gajnik”. To literatura, która konfrontuje nas z naszą własną przyszłością i zostaje pod skórą na zawsze.

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah

"Upadek i serce" Siti Rukiah
Wydawca: PIW

Liczba stron: 136


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Marianna Lis
 
Premiera: 13 maja 2026 rok

W literaturze narodowowyzwoleńczej istnieje pewien uświęcony, uniwersalny algorytm.  Jednostka musi w nim stopić się z tłumem, a intymny afekt ustąpić miejsca zbiorowej sprawie. Kiedy w 1950 roku indonezyjska pisarka Siti Rukiah publikowała powieść „Upadek i serce” (znaną w oryginale jako Kedjatuhan dan Hati), dokonała aktu drastycznej dywersji wobec tego paradygmatu. Zamiast spiżowego pomnika rewolucji, Państwowy Instytut Wydawniczy – w świetnym tłumaczeniu Marianny Lis – zaoferował nam tekst, który historię wielkich geopolitycznych przesunięć ogląda przez mikroskop kobiecej neurozy, rozczarowania i permanentnego poczucia obcości.

Żeby być przy tym uczciwym już od początku. W mojej opinii Rukiah nie napisała dzieła wybitnego w sensie formalnym. Mamy za to książkę bezlitośnie uczciwą, której największa siła tkwi w jej programowej szorstkości.

Główna bohaterka, Susi, to dziewczyna z jawajskiej klasy średniej, uwięziona w specyficznej próżni. Z jednej strony paraliżuje ją domowe, mikro-piekło zarządzane przez despotyczną, materialistyczną matkę. Z drugiej  dusi ją rzekomo wyzwoleńczy ruch partyzancki, do którego ucieka w poszukiwaniu autonomii.

Rukiah skutecznie demaskuje mit rewolucji jako wielkiego emancypatora. Susi, obcinając włosy i wstępując do Czerwonego Krzyża, a później do leśnych oddziałów partyzanckich, szybko orientuje się, że zmiana sztandarów nie narusza fundamentów patriarchatu. Narodowe przebudzenie Indonezji rodzi się w potwornych bólach, a język rewolucyjnych manifestów okazuje się dla kobiet kolejną klatką.

Najbardziej hipnotyzującym motywem powieści jest wątek „czerwieni”, a więc koloru, który ulega fascynującej, semantycznej degradacji. Z początku to barwa rewolucyjnego zrywu, krwi i młodzieńczej miłości pod czerwonym księżycem. Z czasem jednak ta czerwień blaknie, zostawiając po sobie jedynie posmak popiołu i poczucie zdrady samą siebie.

Konstrukcyjnie powieść opiera się na gęstym, niemal publicystycznym starciu idei, ucieleśnionym w relacji Susi z Lukiem – komunistycznym ideologiem i partyzantem. I to właśnie w tym miejscu ujawnia się największy problem artystyczny „Upadku i serca”. Rukiah bywa pisarką nieznośnie deklaratywną. Zamiast subtelnego dramatu psychologicznego, czytelnik otrzymuje momentami rwane, naskórkowe passusy, w których bohaterowie zamieniają się w nośniki określonych idei.

Luk wykłada marksistowskie traktaty o uciemiężeniu proletariatu przez plantatorów, Susi odpowiada mu naiwnym, wręcz neurotycznym uniwersalizmem opartym na lekturach Tołstoja czy Tagore. Ta dyskusja o roli sztuki i polityki bywa sztuczna, a sama Susi w swojej wiecznej pretensji do świata i niezdolności do empatii, potrafi czytelnika głęboko zirytować. Jej bunt bywa niedojrzały, a ucieczka w ramiona tradycyjnego małżeństwa (by ukryć nieślubną ciążę), nosi znamiona melodramatycznego skrótu.

Rukiah najciekawiej buduje portrety psychologiczne nie wprost, ale poprzez kontrast trzech sióstr, z których każda próbuje przetrwać ten dziejowy i rodzinny koszmar na własnych warunkach. Mamy więc Linę, która wybiera absolutny konformizm i idzie ścieżką wytyczoną przez despotyczną matkę. Kupuje pozorny spokój za cenę małżeństwa z bogatym handlarzem. Na drugim biegunie stoi Dini – radykalna, bezkompromisowa rebeliantka, która na zawsze zrywa z toksycznym domem, obcina włosy, odrzuca tradycyjne gorsety obyczajowe i szuka niezależności ekonomicznej w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

I wreszcie Susi, nasza główna bohaterka, zawieszona w próżni między tymi dwoma radykalizmami. Nie potrafi bezmyślnie milczeć jak Lina, ale brakuje jej też twardości i fanatyzmu Dini. Jej bunt jest intuicyjny, pełen wahań, napędzany neurozą i ciągłą potrzebą miłości. Miotając się między rewolucyjnymi ideałami a głęboko zakorzenioną potrzebą tradycyjnego bezpieczeństwa, Susi staje się najbardziej tragiczną figurą tej opowieści – człowiekiem, który nigdzie nie potrafi zapuścić korzeni.

To potrójne pęknięcie pokazuje, że rewolucja w Indonezji miała tak naprawdę wiele twarzy, a ta najbardziej bolesna rozgrywała się za zamkniętymi drzwiami jawajskich domów. Niestety, ten psychologiczny kalejdoskop cierpi na chroniczny brak literackiego oddechu. Powieść jest zbyt krótka, zbyt skondensowana. Rukiah jedynie uchyla drzwi do psychologicznego piekła tych kobiet, po czym gwałtownie je zatrzaskuje, pędząc za tykającym zegarem historii (od okupacji japońskiej po powrót Holendrów w 1949 roku).

W rezultacie wiele wątków sprawia wrażenie nieoszlifowanych fragmentów większej całości, która nigdy nie powstała. Częściowo dlatego, że reżim Suharto na dekady wymazał autorkę z indonezyjskiego panteonu.

Mimo tych narracyjnych niedociągnięć, „Upadek i serce” broni się jako bezcenny i bolesny dokument epoki. To proza szorstka, momentami niezgrabna, ale uderzająca rzadką w latach 50. odwagą obyczajową. Finałowy obraz Susi, która kupuje swojemu dziecku czerwone zabawki w domu męża, to potężna, gorzka metafora kapitulacji. Rukiah stworzyła książkę, która nie zachwyca perfekcją formy, ale fascynuje jako zapis rozpaczy jednostki, która zrozumiała, że w trybach wielkiej historii jej własne życie nigdy nie będzie należało do niej.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.    

Recenzja "Bez głowy" Maciek Bielawski