Wydawca: Officyna
Liczba stron: 128
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Rok 1946 we włoskiej literaturze to czas neorealizmu. Pisarze skrupulatnie rozliczali historię, opisywali partyzantkę i pokazywali wojenne rany w sposób niemal dokumentalny. Tymczasem Tommaso Landolfi usiadł w swoim rodzinnym domu i stworzył rzecz zupełnie osobną. „Opowieść jesienna” nosi wprawdzie pewne ślady historycznego konkretu. Mamy przecież ściganego żołnierza, wojenny chaos i przemykające w tle wojska. To wszystko tworzy jednak tylko ramę. Prawdziwa akcja bardzo szybko ucieka z pola walki i przenosi się w rejon mrocznej, odrealnionej fantastyki, w której wyraźnie słychać echa prozy Edgara Allana Poego czy późniejszych powieści Shirley Jackson.
Główny bohater to uciekinier, prawdopodobnie partyzant lub dezerter, który szuka schronienia w lasach. Trafia na stary, opuszczony dwór arystokratyczny. Wkracza do niego trochę siłą, szukając jedynie dachu nad głową przed deszczem i pościgiem. Bardzo szybko okazuje się jednak, że ten dom nie jest zwykłym budynkiem. To architektoniczny potwór.
Landolfi zasypuje nas detalami. Opisuje podniszczone meble, stare ubiory, ciasne korytarze, przejścia w murach i stropy. Im więcej szczegółów dostajemy, tym mniej rozumiemy z planu tej posiadłości. Pisarz stosuje tu zabieg niezwykły, a mianowicie używa precyzyjnego języka, by zasiać absolutną dezorientację. Dwór staje się niemożliwym do narysowania labiryntem, w którym bohater błądzi bez końca. Zamiast dającego bezpieczeństwo azylu, dom przeistacza się w pułapkę.
Ten wątek ma przejmujące tło biograficzne. Rodzinna posiadłość Landolfiego w Pico pod koniec wojny została dotkliwie zniszczona i rozgrabiona przez żołnierzy. Dla autora, który zresztą pisał tę książkę na zgliszczach, było to przeżycie wręcz dewastujące. Utrata rodowego gniazda nałożyła się w jego psychice na wczesną utratę matki, która zmarła, gdy pisarz miał około półtora roku. Dlatego końcowa scena w powieści nie jest zwykłym zwrotem akcji. Landolfi opisuje to zniszczenie jak masakrę ludzkiego ciała – dom krwawi, ma odsłonięte wnętrzności i rozszarpaną tkankę. To literackie przetworzenie traumy po utracie miejsca, które miało chronić przed światem.
Bardzo celny trop w odczytaniu tej przestrzeni podrzuca badacz Étienne Boillet. Odwołuje się on do mitu o Tezeuszu. W klasycznej opowieści bohater wchodzi do labiryntu z jasnym celem – chce zabić potwora i za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz, do światła i do ludzi.
Bohater Landolfiego postępuje dokładnie odwrotnie. On nie szuka wyjścia. Świadomie i z rosnącą fascynacją schodzi coraz głębiej, w samą mroczną przestrzeń mitu. Świat zewnętrzny, ze swoją wojną, Historią i obowiązkiem, przestaje dla niego istnieć. Labirynt wprawdzie przeraża narratora, ale zarazem stanowi jedyną osłonę przed brutalnością rzeczywistości.
W samym centrum tej labiryntowej konstrukcji stoją dwie kobiety, które napędzają fabułę. Obie nazywają się tak samo – Lucia. Pierwsza z nich to zmarła żona właściciela dworu. Jej postać znamy początkowo tylko z portretu, który fascynuje bohatera. Z czasem ujawnia ona swoją mroczną naturę podczas przerażającej seansu nekromancji. To demoniczna dark lady, symbol zmysłowego pożądania, perwersji i złamania wszelkich zakazów.
Druga Lucia to jej córka. Wygląda identycznie jak matka, jest jej fizycznym sobowtórem, ale pod względem charakteru stanowi jej całkowite zaprzeczenie. Jest naiwna, czysta i dobra. Jej imię, pochodzące od łacińskiego luce (światło), nie jest przypadkowe. To ona na chwilę rozświetla ponure mroki posiadłości. Córka żyje jednak w cieniu straszliwej przeszłości. Jest uwięziona przez ojca, który widzi w niej reinkarnację zmarłej żony, a przy tym zostaje obciążona klątwą. Matka zapowiedziała bowiem przed śmiercią, że jeśli Lucia pokocha kogoś innego, ginie.
Przepowiednia spełnia się bezlitośnie. Gdy między bohaterem a dziewczyną rodzi się uczucie, do dworu wdzierają się obcy żołnierze. Lucia zostaje brutalnie zamordowana, a historia brutalnie wkracza w ten mityczny świat.
„Opowieść jesienna” nie była by jednak tym czym jest dla literatury, gdyby nie język. Znawcy Landolfiego wiedzą, że to pisarz, który uwielbiał groteskę, makabryczny humor, kpinę i złośliwą ironię. W tym utworze niemal całkowicie z tego rezygnuje. Powieść jest śmiertelnie poważna, ponura i napisana w tonie czystego, wręcz melodramatycznego tragizmu.
Autor, które opowiadanie można było przeczytać w antologii „Opowieści niesamowite, t. 7: z języka włoskiego", używa przy tym języka stylizowanego na XIX-wieczną polszczyznę i włoszczyznę, pełnego archaizmów i wysmakowanych form. Badacze nazywają to czasem „lingwa-pelle” – językiem-skórą albo językiem-schronieniem. Działa on dokładnie tak samo jak sam dwór, a więc ma odgradzać pisarza od banału i brutalności czasów, w których przyszło mu żyć.
Finał utworu przynosi przejmujący akcent autobiograficzny. Po latach bohater wraca na ruiny posiadłości i sadzi na grobie Lucii krzew róż. W oryginale pojawia się słowo rosellina. To czytelny ukłon w stronę Rosiny, kuzynki Landolfiego, która opiekowała się nim po śmierci matki i również zmarła bardzo młodo, mając zaledwie 26 lat.
„Opowieść jesienna” okazuje się więc czymś znacznie więcej niż sprawnie napisanym horrorem gotyckim. To głęboka, podszyta autobiograficznym bolesnym doświadczeniem opowieść o niemożności ucieczki przed czasem, o stracie i próbie zaklinania rzeczywistości za pomocą literatury.

