Wydawca: Nie Powiem
Liczba stron: 192
Oprawa: miękka
Żyjemy w czasach, w których literatura felinologiczna przeżywa swój boom. Rynek wydawniczy zalała fala kocich pozycji. Półki księgarń uginają się od japońskich powieści, w których melancholijne mruczki serwują kawę w osiedlowych kawiarniach i pomagają odnaleźć sens życia. Ale o kotach piszą też w innych regionach świata. Popularny sierściuch stał się ostatecznym symbolem popkulturowego spokoju, obiektem kultu na TikToku i uniwersalnym wytrychem do serc czytelników.
Kiedy więc do rąk wpada mi kolejna polska proza o tym, jak to zwierzę zmienia życie człowieka, włącza mi się od razu czujnik sceptyka. Spodziewałem się taniej psychologii, wyidealizowanych obrazków z instagramowego mieszkania i poetyckich zachwytów nad różowymi poduszkami na łapkach. Podchodziłem więc do „Przechodząc, odciskam ślady łap” Grzegorza Pula jak do jeża i szczerze wątpiłem, czy w ogóle dotrwam do ostatniej strony.
A jednak dotrwałem. I powiem więcej, czytało mi się to nadzwyczaj dobrze. Dlaczego? Bo największa siła tej książki nie leży w żadnych wyżynach literackiej formy, lecz w pełnym autoironii, twardym realizmie. Pul nie pisze wierszy na cześć absolutnej harmonii z naturą. Zamiast tego z rozbrajającą szczerością wrzuca nas w sam środek codzienności.
Wystarczy spojrzeć na fragmenty, w których autor bez zbędnej pruderii opisuje potyczki z fizjologią swoich podopiecznych. Przeboje z biegunkami kotki Miśki, wyrywające ze snu o erotycznym baraszkowaniu brutalnym atakiem fetoru, czy autorska klasyfikacja „gungułów” i „kalabraków” dowodzą jednego – Pul nie koloryzuje. Mieszkanie z kotem to nie jest ciągła medytacja w blasku świec. To nieustanny stan pogotowia, walka z unoszącym się w powietrzu kurzem ze żwirku i godzenie się z faktem, że od tej pory twoje ubrania zawsze będą w połowie składały się z cudzego futra.
Dwa plany czasowe – jeden tradycyjnie opowiadający o kolejnych latach z kotką Dziubą i resztą ferajny, drugi bardziej emocjonalny i skondensowany – nadają tej z pozoru prostej historii ładną, nienachalną dynamikę. Czyta się to dobrze i szybko.
Gdybym jednak miał udawać surowego krytyka i za wszelką cenę poszukać wad tej książki, to powiedziałbym, że Grzegorz Pul popełnia tu kardynalny grzech przesadnej uległości wobec podmiotu lirycznego. Przecież ta książka to w gruncie rzeczy drobiazgowo spisana kronika całkowitej, bezwarunkowej kapitulacji gatunku Homo sapiens przed paroma kilogramami futra i pazurów! Autor próbuje udawać gospodarza domostwa, ale czytelnik błyskawicznie orientuje się, że ma do czynienia z traktatem o syndromie sztokholmskim. Pul nie opisuje wychowania kota – on z masochistyczną przyjemnością dokumentuje proces reformatowania psychiki, w którym pobudka o czwartej rano czy rezygnacja z własnych planów na rzecz profilaktyki weterynaryjnej stają się nową normą społeczną. Tyle że... czy jakikolwiek kociarz postąpiłby inaczej? Cała ta uległość nie jest słabością warsztatu, lecz siłą tej opowieści – jest po prostu rozbrajająco prawdziwa.
Druga „wada”? Ta proza jest przezroczysta. Brak tu wielkich metafor, eksperymentów ze stylem czy intelektualnych fikołków. Jeśli szukacie głębokich traktatów o egzystencji – pomyliliście adresy. To książka prosta, momentami wręcz banalna językowo. Ale i tu kryje się pułapka, bo ta pozorna zwyczajność działa bezbłędnie. Zaczynasz czytać dla rozrywki, a po chwili łapiesz się na tym, że przeglądasz się w tej historii jak w lusterku.
„Przechodząc, odciskam ślady łap” broni się czymś, czego nie da się kupić na warsztatach z pisania – autentycznością i niezwykłym wyczuciem rytmu codzienności. To nie jest wielka literatura, która zdobędzie Nike, ale dokładam ją na półkę udanych, ciepłych i bezpretensjonalnych opowieści godnych polecenia.
I choć finałowe partie uderzają w nostalgiczne i trudne nuty związane z odchodzeniem zwierzęcia – i robią to nadzwyczaj trafnie – z całości wyłania się obraz po prostu dobrego, zwariowanego życia. Daje radę. Nawet jeśli przed lekturą myślałeś, że o kotach napisano już o trzy tysiące książek za dużo.


