Recenzja „Skrwawiony miłością. 7 opowiadań" Grzegorz Pul

Zbiór 7 zwięzłych opowiadań Grzegorza Pula pod lupą. Obyczajowa proza o męskich kryzysach, powracającym Marku i barwnej „Kolacji z Shackletonem”. Sprawdź recenzję.
Wydawca: Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego

Liczba stron: 72


Oprawa: miękka
 
Premiera: 29 maja 2026 rok

Lektura najnowszej książki Grzegorza Pula – autora znanego chociażby z tomu „Ni szagu nazad, czyli sztuka łowienia wspomnień” – jest doświadczeniem zaskakująco skondensowanym. Zbiór „Skrwawiony miłością. 7 opowiadań” mieści się na zaledwie 72 stronach. To format wyjątkowo skromny, wręcz miniaturowy, który z jednej strony nie grozi czytelnikowi znużeniem, z drugiej zaś nakłada na prozaika ogromną odpowiedzialność. W tak ciasnej przestrzeni każde słowo i każda obserwacja psychologiczna powinny ważyć dwa razy więcej.

Jak wypada ten literacki eksperyment? Otrzymujemy zbiór siedmiu dość czysto wyselekcjonowanych migawek z życia. Próżno szukać tu stylistycznej rewolucji czy głębokiego redefiniowania formy krótkiej prozy. Pul stawia na klasyczną, rzemieślniczą poprawność, w której codzienność, wycofanie i drobne męskie kryzysy przeplatają się z próbami zmysłowej poetyzacji.

Analizując te teksty, trudno nie dostrzec pewnego powracającego schematu psychologicznego. Mężczyźni zaludniający ten zbiór (noszący imię Marek, co stanowi już niemal znak rozpoznawczy twórczości autora), to postaci ulepione z tej samej gliny. To bohaterowie poturbowani przez relacje, zamknięci w sobie, często bezradni wobec własnych emocji i wybierający ucieczkę lub wycofanie zamiast konfrontacji.

Te uniwersalne mechanizmy dobrze widać na przykładzie kilku utworów z tomu:

  • Fizjologia i rozpad w „SMS” – w tym opowiadaniu autor śledzi portret mężczyzny tkwiącego w bezruchu na hotelowym łóżku. Pul ze sporym wyczuciem detalu kontrastuje tu fizjologiczną uciążliwość (narastające parcie na pęcherz, twardy jak podeszwa schabowy) z poetyckim tłem spływających po szybie kropel deszczu i rozpamiętywaniem rozpadu związku. Postać Marka, który pisze i kasuje pożegnalne wiadomości, by ostatecznie zostawić na pościeli chłodne „Spierdalam. Cześć”, dobrze oddaje stan męskiej rezygnacji, choć sam motyw samotności w wynajętym pokoju jest w literaturze mocno zagospodarowany.
  • Gęsty erotyzm w „Skrwawionym miłością” – tytułowa miniatura to z kolei próba stworzenia gęstej, zmysłowej atmosfery. Pul zagęszcza tu przestrzeń słowami-kluczami: pojawiają się bębny, atłasowe zasłony, zapach Diora i kot mruczący w ciemności. Utwór ten silnie balansuje na granicy zmysłowości i stylistycznej pretensjonalności. Poetycka fraza momentami ciąży pod własnym ciężarem, przez co zamiast intymnego napięcia uzyskuje efekt lekko przerysowanego romansu.
  • Absurd jako tarcza w „Kolacji z Shackletonem” – zdecydowanie najciekawszym i najbardziej obiecującym punktem tomu jest historia randki w restauracji. Główny bohater, sparaliżowany stresem przed wyniosłym kelnerem i atrakcyjną partnerką, zaczyna nagle – całkowicie bez zapowiedzi – opowiadać o tragicznej wyprawie polarnej Ernesta Shackletona i losie statkowego kota. Wprowadzenie konwencji scenariuszowej nadaje tekstowi lekkość. Udanie eksponuje poczucie humoru autora oraz trafnie pokazuje, jak absurd i gawędziarstwo stają się pancerzem chroniącym przed brakiem pewności siebie.

Językowo książka Grzegorza Pula jest poprawna, rytmiczna i pozbawiona rażących potknięć. Autor sprawnie prowadzi narrację i ma niezłe wyczucie dialogu. Głównym wyzwaniem tego tomu pozostaje jednak jego przezroczystość. Stylistycznie i tematycznie opowiadania poruszają się po ścieżkach mocno wydeptanych przez polską prozę obyczajową. Znajdziemy tu i powrót na pogrzeb ojca („W moją burzliwą noc”), i trudne wyprawy na ryby („Jezioro wspomnień”), i motyw przemocy domowej („Miłość”). Brakuje w mojej opinii wyraźniejszego, autorskiego idiomatu. Czegoś, co nadałoby tym powszednim historiom unikalny ton i wyróżniłoby je na tle podobnych publikacji.

„Skrwawiony miłością” to proza kameralna i niewymagająca, idealna na krótki wieczór. Choć promocyjne zapowiedzi o „wielosmakowym koktajlu” i „poruszaniu najgłębszych strun” wydają się nieco na wyrost, książka Pula ma swoje momenty. Zwłaszcza tam, gdzie autor pozwala sobie na odrobinę ironii i dystansu do swoich bohaterów. Dla czytelników szukających prostych, obyczajowych migawek będzie to poprawnie napisana lektura, nawet jeśli niedługo po odłożeniu na półkę zatrze się w pamięci.

Recenzja „Nakarmić duchy” Tessa Hulls

Monumentalna powieść graficzna Tessy Hulls. Wielopokoleniowy esej o dziedziczeniu traumy i historii XX wieku. Przeczytaj recenzję komiksu „Nakarmić duchy”.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 400


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
 
Premiera: sierpień 2026 rok

William Faulkner napisał kiedyś w „Requiem dla zakonnicy”, że „przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Trudno o celniejsze zdanie, które trafiałoby w samo serce monumentalnej powieści graficznej Tessy Hulls „Nakarmić duchy”. Komiks ten – doceniony w 2025 roku Nagrodą Pulitzera oraz prestiżową Nagrodą Eisnera – wpisuje się w ten sam nurt wielkiej literatury rozliczeniowej, co pamiętny „Maus” Arta Spiegelmana. Jednak tam, gdzie Spiegelman używał zwierzęcej metafory do opowiedzenia o pożodze Holokaustu i połamanej relacji z ojcem, Hulls idzie krok dalej. Tworzy bezkompromisowy, wielopokoleniowy esej o dziedziczeniu strachu i emocjonalnej cenie ucieczki.

„Nakarmić duchy” nie są jednak ani tradycyjnym komiksem historycznym, ani zwykłą autobiografią. To rzecz o trzech kobietach z jednej rodziny, nad którymi historia XX wieku wykonała wyrok z odroczonym zapłatą. Najstarsza z nich, Sun Yi, była niezależną dziennikarką w Szanghaju, która po zwycięstwie komunistycznej rewolucji Mao Zedonga w 1949 roku stała się celem bezustannych inwigilacji i szykan. Po ucieczce do Hongkongu wydała bestsellerowe wspomnienia, po czym – pod ciężarem nagromadzonych traum – doznała głębokiego załamania psychicznego. Jej córka, Rose, dorastała w cieniu szpitali psychiatrycznych, ucząc się życia w nieustannym przerażeniu, które później bezwiednie przełożyła na relację ze swoją córką, Tessą. Najmłodsza z rodu, autorka komiksu, przez całą młodość próbowała uciekać na sam koniec świata – aż po arktyczne pustkowia – byle tylko wyrwać się z dusznego klimatu rodzinnego domu.

Sposób, w jaki Hulls buduje swoją opowieść, przywodzi na myśl najlepsze tradycje prozy biograficznej i powieści graficznej spod znaku „Persepolis” Marjane Satrapi. Podobnie jak Satrapi, autorka wplata wielką politykę – rewolucję, Wielki skok naprzód, kolonialny Hongkong – w intymny, wręcz podwórkowy wymiar ludzkiego cierpienia. Jednak u Hulls historyczne tło nie służy jedynie do edukowania czytelnika. Ono staje się matrycą, która odkształca ludzką psychikę. Autorka rozbiera na części pierwsze mechanizmy psychologiczne, zbliżając się do tego, co w prozie robił W.G. Sebald – zaciera granicę między pamięcią indywidualną a zbiorową. Pyta o to, ile z naszego dzisiejszego lęku należy do nas, a ile jest jedynie echem przeżyć naszych przodków.

Dobrym przykładem tej metody jest jedna z wczesnych stron komiksu, gdzie Hulls opowiada o regionie pochodzenia swojej rodziny — słynącym, jak pisze, z „ogrodów, wierszy i kobiet". W rogu kadru umieszcza prawdziwe zdjęcie młodej Sun Yi, a obok rysuje siebie, wskazującą je palcem, jakby chciała fizycznie dotknąć dowodu na istnienie babki sprzed własnych narodzin. To najbardziej sebaldowski gest w całej książce. Nie dlatego, że Hulls zaciera granicę między dokumentem a fikcją, jak robił to autor „Austerlitz". Pyta o coś innego – kto ma prawo narysować cudzą przeszłość na nowo, mając do dyspozycji jedno ziarniste zdjęcie i garść rodzinnych opowieści z drugiej ręki.

To, co czyni ten tom dziełem tak osobnym i gęstym, to bezpardonowe połączenie formy graficznej z niemal akademicką dociekliwością. Kadry Hulls, wykonane ostrą, czarno-białą kreską nawiązującą do tradycyjnego linorytu, przypominają wizualne poematy. Autorka ucieka od czystego realizmu na rzecz potężnych metafor. Kiedy ilustruje obłęd babki czy dławiącą miłość matki, obrazy stają się wręcz fizycznie przytłaczające. Skojarzenia z Fransem Masereelem i Käthe Kollwitz nie są tu przypadkowe, choć oboje odsyłają do czegoś innego. Od Masereela Hulls bierze wizualny rytm. Jej czarna, cięta kreska buduje gęste kadry o sekwencyjnej dynamice. Od Kollwitz – autorki wstrząsających portretów zgiętych pod ciężarem wojny matek – bierze coś głębszego. To przekonanie, że to właśnie kobiece ciało jest najbardziej wiarygodnym świadkiem historii. Gdy Hulls rysuje obłęd babki lub dławiącą miłość matki, nie ilustruje po prostu emocji. Stosuje tę samą logikę, co Kollwitz w swoich pracach o żałobie. Twarz i sylwetka stają się u niej polem bitwy. Rozgrywa się na nim to, czego same słowa nie potrafią unieść.

Jednocześnie „Nakarmić duchy” bywają pozycją bezlitosną dla czytelnika. To lektura wymagająca ogromnego skupienia. Hulls jest narratorką obecną na każdej stronie – nieustannie komentuje, podważa własne wnioski, cytuje archiwalne depesze dyplomatyczne i zderza ze sobą sprzeczne relacje. Momentami biografia przeradza się tu w gęsty esej socjologiczny, a tempo akcji zwalnia. Nie ma jednak mowy o pomyłce czy braku warsztatu. Ta strukturalna trudność jest celowym zabiegiem. Ma odzwierciedlać mozolny, bolesny proces terapeutyczny, jaki autorka musiała przebrnąć przez niemal dekadę pracy nad albumem.

Udało jej się stworzyć rzecz bardzo dobrą. Książkę, która nie daje łatwych odpowiedzi i nie serwuje hollywoodzkiego catharsis. Podobnie jak w „Mausie”, konkluzja nie przynosi cudownego uzdrowienia wszystkich ran, lecz daje coś znacznie cenniejszego – zrozumienie i akceptację. „Nakarmić duchy” to rzadki przypadek komiksu, który przekracza granice swojego medium i staje się po prostu uniwersalną literaturą o próbie odzyskania własnego życia z rąk przeszłości.

Recenzja "Jedzenie" Ivan Med̕eši

Groteska, biologia i anarchiczny bunt na serbskiej prowincji. Oceniamy „Jedzenie” Ivana Medešiego – głośny tom rusińskiego prozaika wydany przez Ha!art.
Wydawca: Ha!art

Liczba stron: 256


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Magdalena Bystrzak, Olga Stawińska
 
Premiera: 20 maja 2026 rok

Gdyby polski czytelnik chciał szukać dla tej prozy najprostszych szufladek, najpewniej wpadłby w pułapkę. Mogłoby się wydawać, że „Jedzenie” Ivana Medešiego – wydane przez Ha!art w świetnym, krwistym przekładzie Magdaleny Bystrzak i Olgi Stawińskiej – to po prostu wykwintna egzotyka z peryferii. Oto dostajemy tom sześciu opowiadań napisanych przez pisarza z rusińskiej mniejszości w serbskiej Wojwodinie, mieszkającego w Ruskim Krsturze, który za słowacki przekład tej książki zgarnął w 2019 roku najważniejszą tamtejszą nagrodę literacką, Anasoft Litera.

Tyle że traktowanie Medešiego wyłącznie jako ciekawostki z mniejszościowego pogranicza byłoby kardynalnym błędem. Rusiński prozaik robi bowiem z małą, wojwodińską prowincją dokładnie to samo, co Milan Kundera, Bohumil Hrabal czy Ladislav Fuks robili z Europą Środkową, a Andrzej Stasiuk czy Serhij Żadan z prowincjami naszego regionu. Prowincja nie jest tu etnograficznym rezerwatem do pokazywania turystom, ale uniwersalną metaforą egzystencjalnej klatki.

Bohaterowie Medešiego – ludzie tacy jak Capundrek z opowiadania „Złe wiatry”, Mirko ze „Zwycięstwa” czy Žermén z tytułowego „Jedzenia” – nie uczestniczą w żaden sposób w wielkich procesach dziejowych. Nie robią karier, nie budują przyszłości i dawno przestali wierzyć w bajki o społecznym awansie. Żyją w klaustrofobicznym świecie, gdzie bieda i stagnacja wyznaczają granice dosłownie każdego ruchu. Jak trzeźwo i bez zbędnego użalania zauważa Capundrek – bieda drastycznie ogranicza zakres horyzontalnych i wertykalnych ruchów w społecznym labiryncie. Co więc pozostaje człowiekowi, który został zepchnięty na całkowite peryferia rzeczywistości?

Sprzeciw. Ale nie jest to żaden romantyczny, porywający bunt na barykadach. To anarchiczny, groteskowy i czysto kontrkulturowy odruch obronny, wyrastający prosto z nudy, fizjologii i punkowego ducha (zresztą sam Medeši debiutował przed laty na łamach punkowego zina „Keresturski pendrek”). Bunt bohaterów Medešiego jest mały, przygodny i całkowicie nieskuteczny w skali świata, ale pozwala im zachować resztki własnej podmiotowości. Kiedy Capundrek kupuje sobie satelitarny odbiornik, by łapać kanały z sąsiednich krajów i ostentacyjnie ignorować serbską telewizję państwową, płaci dług państwu kpiną i podstępem. To cicha, złośliwa dywersja człowieka z głową w radioaktywnym pudle telewizora.

Wspaniałe jest to, jak Medeši odwraca w tych opowiadaniach klasyczną hierarchię wartości. Pisarz bezpardonowo zrzuca z cokołu wielkie metafizyczne tęsknoty i oddaje głos biologii. W świecie „Jedzenia” rządy sprawuje ciało – głód, zmęczenie, seksualne parcie, trawienie, choroba, uzależnienie i wszechobecny fizjologiczny ciężar. Zgodnie z intuicją Michela Foucaulta, który przekonywał, że najwięcej o społeczeństwie dowiemy się, badając jego marginesy, szaleństwo i cielesność, Medeši pokazuje, że u ludzi pozbawionych perspektyw to biologia odzywa się pierwsza. Tytułowe „jedzenie” przestaje być tylko czynnością – staje się symbolicznym fundamentem przetrwania w zdemontowanym świecie.

Nie ma tu jednak taniego, przygnębiającego naturalizmu reportażowego. Rzeczywistość u Medešiego jest stale deformowana przez niesamowity, czarny humor, groteskę i absurd. Autor buduje opowieść o moralnym i aksjologicznym bankructwie z podobną dozą irracjonalizmu, jaką znajdziemy w mrocznym świecie „Szatańskiego tanga” László Krasznahorkaia. Tyle że u Rusińca ten smutek rozbrajany jest bałkańskim temperamentem i śmiechem, który bardzo szybko przechodzi w przerażający egzystencjalny niepokój.

Olbrzymia siła tej prozy tkwi w języku. Medeši bezczelnie meandruje między dosłownością, potocznością a nagłymi, poetyckimi błyskami. Wulgaryzmy i rynsztokowe frazy nie służą tu epatowaniu tanią wulgarnością, ale tworzą gęsty, potężny idiolekt. Jest to proza językowo niejednorodna, wręcz hybrydowa – co nie dziwi u autora, który pisze w języku rusińskim, funkcjonuje na stykach obiegów serbskiego i słowackiego, a zawodowo łączył wykształcenie psychologiczne z pracą w branży IT.

„Jedzenie” to podróż na same obrzeża współczesnego świata, z której wraca się z poczuciem, że te peryferia są nam znacznie bliższe, niż chcielibyśmy przyznać. Medeši nakreślił portret człowieka ponowoczesnego, dla którego symboliczne centrum świata przesunęło się tak daleko, że po prostu przestało istnieć. Zostało tylko ciało, antena na dachu, odrobina groteskowego humoru i cichy, desperacki opór przeciwko nudzie. To niezwykle mięsista, bezkompromisowa i porywająca literatura.