Recenzja „Nonnonba” Shigeru Mizuki

Niezwykła opowieść o duchach, dorastaniu i narodzinach wyobraźni. Odkryj klasykę japońskiej mangi „Nonnonba” od wydawnictwa Mandioca.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 416


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Paweł Dybała
 
Premiera: 15 czerwca 2026 rok

W „Nonnonbie” Shigeru Mizukiego spotyka się mnóstwo absolutnie fascynujących spraw. Lekkość, brawura, graficzna swoboda, ale przede wszystkim dojrzałe, czułe i pozbawione patosu panowanie nad medium komiksowym. Widać na pierwszy rzut oka, że Mizuki potrafi w sztuce sekwencyjnej zrobić absolutnie wszystko. Z jednej strony mamy tu bezpretensjonalną, autobiograficzną opowieść o dorastaniu w prowincjonalnym Sakaiminato lat 30. XX wieku – z dziecięcymi bójkami o terytorium, szarym ubóstwem, szkolnymi wygłupami i pierwszymi fascynacjami. Z drugiej zaś strony autor z całkowitą naturalnością wrzuca nas w sam środek japońskiego folkloru, gdzie granica między światem realnym a zaświatami po prostu przestaje istnieć.

I to właśnie ten zabieg stawia ten komiks o półkę wyżej niż zwykłe wspomnieniowe powieści graficzne. Wizualnie „Nonnonba” działa jak kadr z filmów Studio Ghibli, w którym Isao Takahata z „Grobowca świetlików” podaje rękę Hayao Miyazakiemu z „Mojego sąsiada Totoro”. Mizuki zderza ze sobą dwa zupełnie odmienne plany estetyczne. Tła, architektura dawnej Japonii, gęste wiejskie krajobrazy są narysowane z powalającą, niemal fotograficzną szczegółowością. A na to wszystko zostają nałożone uproszczone, groteskowe postaci bohaterów, przypominające ludziki z warzyw, oraz same yōkai – stwory dziwne, kapryśne, czasem przerażające, ale częściej po prostu ludzkie w swoich dziwactwach. Ten plastyczny zgrzyt tworzy niesamowity efekt. Magia nie jest tu poezją doklejoną do rzeczywistości, a jest po prostu elementem krajobrazu.

Tytułowa Babcia Noncia – staruszka z sąsiedztwa, pełna życiowej mądrości i wiejskich przesądów – staje się dla małego Shigeru przewodniczką po tym, co niewidzialne. Jednak Mizuki, niczym wytrawny reżyser, uniknął taniej dychotomii między starym zabobonem a nowoczesnością. Dziwostwory (w świetnym, konsekwentnie poprowadzonym przez Pawła Dybałę tłumaczeniu dla wydawnictwa Mandioca) nie pojawiają się tutaj jako sensacja czy tanie straszaki. Ukazują się tam, gdzie prości ludzie nie potrafią inaczej oswoić lęku – tłumaczą biedę, nagłą chorobę, śmierć czy głód. Gdy w tle majaczy widmo biedy, a małe dziewczynki z sąsiedztwa są sprzedawane do domów gejsz, wiara w duchy staje się pancerzem ochronnym. Pozwala zachować godność i empatię tam, gdzie twarda rzeczywistość nie daje żadnej nadziei.

Zdumiewające jest to, jak Mizuki potrafi w jednym tomie wymieszać smutek z absolutnie nieskrępowanym humorem. Mamy tu do czynienia z komizmem najwyższej próby. Od podwórkowego, wręcz slapstickowego bicia się kijami, po bardzo subtelną ironię obyczajową. Ojciec – marzyciel i życiowy nieudacznik otwierający wiejskie kino – zderza się z matką przywiązaną do dawnych szlacheckich tytułów, a całość obserwujemy oczami chłopca, który w tym chaosie próbuje po prostu rysować i zrozumieć świat.

„Nonnonba” to wreszcie mistrzowska opowieść o narodzinach artysty i o przemijaniu świata, który bezpowrotnie zniknął. Mizuki nie moralizuje, nie poucza i nie próbuje sprzedać nam taniego sentymentalizmu. Zamiast tego serwuje komiks wielowarstwowy i ożywczy – pozycję, która przypomina, jak niewiele trzeba, by w zwykłej codzienności dostrzec to, co niewidzialne. Absolutna klasyka, do której chce się wracać.

Recenzja "Git-mana" Witold Horwath

Wyśmienita literatura środka o świecie warszawskich gitowców. Odkryj wciągającą, polifoniczną powieść „Git-mana” Witolda Horwatha.
Wydawca: JanKa

Liczba stron: 312


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 18 czerwca 2026 rok

Współczesna polska proza często cierpi na brak równowagi. Z jednej strony straszy nas przeestetyzowany, hermetyczny eksperyment, z drugiej banalna masówka skrojona pod sprzedażowy algorytm. „Git-mana” Witolda Horwatha to olśniewający dowód na to, jak powinna wyglądać literatura środka w swoim najwyższym wydaniu. Jest mięsista, plastyczna i bezkompromisowa, a przy tym napisana z rzadko spotykanym kunsztem warsztatowym. Przez ponad trzysta stron tej powieści po prostu się płynie.

Horwath z precyzją geodezji literackiej rekonstruuje warszawski „Trójkąt Bermudzki” z czasów PRL-u. Jego stolica nie jest pocztówkowa. To mikroświat odcięty od oficjalnej propagandy – przestrzeń zapuszczonych kamienic, odrapanych bram i podwórek, gdzie obowiązuje kodeks siły, a walutą jest strach. Autor nie tworzy tu jednak taniej sensacji ani dydaktycznej powiastki. Oddając głos trójce unikalnych narratorów – git-manie Joasi, wyobcowanemu Markowi oraz ich polonistce Irenie – tworzy dojrzałą, polifoniczną konstrukcję. Każda z tych postaci wnosi własny język, wrażliwość i perspektywę. Dzięki takiej konstrukcji prawda o powojennym buncie młodzieży okazuje się wielowarstwowa.

O sile tej książki decyduje przede wszystkim mistrzowskie budowanie napięcia w mikro-skali. Horwath potrafi rewelacyjnie stopniować emocje nie za sprawą gwałtownych scen walki, lecz poprzez misternie plecioną sieć aluzji i niedomówień. Zamiast wyłożyć karty na stół, pozwala bohaterom rzucać niepozorne nici, które czytelnik musi samodzielnie spleść w całość. Kapitalnym przykładem tego warsztatowego kunsztu jest scena, w której dowiadujemy się o wyroku brata Joasi. Autor nie podaje tej kluczowej informacji bezpośrednio i w jednym dramatycznym geście. Nie widzimy morza łez ani prób pocieszania ze strony bliskich. Nic z tych rzeczy. Pierwszy, ledwie uchwytny zalążek wieści wypływa niepozornie z narracji zbudowanej wokół jednej z kobiet. Więcej dowiemy się dopiero za chwilę, gdy perspektywę przejmuje Marek. Tego rodzaju misternych zabiegów – rozpraszania informacji i scalania ich z odmiennych punktów widzenia – jest w powieści pod dostatkiem. I to właśnie one stanowią idealny wytrych do unikania banalnych scen i grania na emocjach czytelników.

Ogromną wartością „Git-many” są jej bezsprzeczne walory historyczne i obyczajowe. Horwath z ogromną dbałością o detal przywołuje realia epoki. Od gomułkowskiej szarugi, przez gierkowski blichtr na kredyt, po stan wojenny i produkcję podziemnej bibuły. Subkultura gitowców nie jest tu epizodem, lecz swoistą, rdzennie polską odpowiedzią na ustrojową opresję i powojenną traumę rodziców. Autor doskonale czuje ten świat – przesiąknięty grypserą, zapachami wódki, tanich papierosów i podwórkowego terroru. Daje nam socjologiczny dokument niezwykłej wagi, pozbawiony jednak podręcznikowego dryfu.

Ta brutalna i chropowata rzeczywistość zostaje osłonięta specyficznym, podskórnym humorem oraz hrabalowską niemal czułością do ludzkich ułomności. Horwath potrafi zderzyć duszny patos podwórkowego kodeksu z komizmem codziennych potyczek, absurdem urzędniczej nowomowy czy nieporadnością młodzieńczych zalotów. Ten komizm nie służy taniemu rozbawieniu czytelników. On działa jak pancerz chroniący bohaterów przed ostateczną rozpaczą i pozwala dostrzec w zdemoralizowanych chuliganach odruchy bezinteresownej miłości i lojalności czy chęć ocalenia własnej godności.

„Git-mana” to proza wielowymiarowa, która nie daje o sobie zapomnieć na długo po zamknięciu książki. Witold Horwath udowadnia, że literatura angażująca emocjonalnie, sięgająca głęboko w ludzką psychikę i osadzona w realiach minionej epoki może być jednocześnie fascynującą, porywającą lekturą. To dojrzała opowieść o cenie dorastania w świecie, który od początku rozdaje swoim dzieciom przetasowane, złe karty. W moim prywatnym rankingu to absolutny tegoroczny top i przy okazji jedna z najlepszych książek wydanych przez Jankę w ostatnich latach.

Recenzja „Nonnonba” Shigeru Mizuki