Liczba stron: 136
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Maciek Bielawski w swojej najnowszej mikropowieści „Bez głowy” proponuje nam szczególny rodzaj literackiej hipnozy. Choć książka wydana nakładem wydawnictwa Książkowe Klimaty liczy niewiele ponad 130 stron, jej ciężar właściwy i ładunek refleksji potrafią rzucić wyzwanie o wiele obszerniejszym tomom.
Ta książka to w gruncie rzeczy bolesna i fascynująca zarazem opowieść o patroszeniu rzeczywistości, o patrzeniu i głębokim rejestrowaniu cierpienia. Swoim klimatem i filozoficznym podejściem do obrazu przypomina ona kultowy esej „Widok cudzego cierpienia” Susan Sontag. Całość fabuły kręci się wokół ekscentrycznego cyklu dwudziestu dwóch fotografii autorstwa tajemniczego, w zasadzie nieobecnego Artura Stadnickiego. Na zdjęciach oglądamy ludzi skadrowanych do ramion – wszyscy zostali pozbawieni głów. Ten radykalny gest artystyczny staje się w powieści punktem wyjścia do interesującej wiwisekcji ludzkich losów. Bielawski, rezygnując z portretowania twarzy, paradoksalnie odczarowuje ból świata. Zabiera z kadru to, co w dobie dzisiejszych social mediów potwornie retuszujemy i fałszujemy.
Konstrukcyjnie powieść może zaskoczyć płynnością, z jaką autor żongluje skrajnymi rejestrami narracyjnymi. Książka otwiera się wernisażem, podczas którego słuchamy akademickiego, nadętego i groteskowo naszpikowanego frazesami odczytu krytyka sztuki. Bielawski sprawnie bawi się tym językiem, wykorzystując naukowe napuszenie jako parawan dla emocjonalnego dyletantyzmu i niespełnienia. Chwilę później ta narracja rozpada się w polifoniczny chaos głosów odwiedzających wystawę. Tu z kolei doświadczamy kakofonii pretensjonalnych komentarzy, pustych sloganów i codziennego bełkotu ludzi, którzy stoją obok sztuki, zupełnie jej nie dotykając. Ta partia dialogowa w moim odczuciu działa jak lustro naszych przebodźcowanych, komunikacyjnie ułomnych czasów.
Dopiero w kolejnych częściach formalna układanka zyskuje bolesny, ludzki wymiar. Poznajemy galerię postaci dotkniętych głębokim deficytem i paraliżującą ambicją. Jest córka uwiązana do schorowanej matki, wyrzucająca sobie każdą chwilę uwagi dedykowanej własnemu życiu. Jest student, który marzył o kulturoznawstwie, ale wylądował na fizyce, cierpiący na kompleks prowincji i boleśnie odczuwający brak kapitału kulturowego. Wreszcie dostajemy portret Marka Glanca, którego pragnienie wyjątkowości i neurotyczna pogoń za perfekcją rodzą się w dzieciństwie, pod kloszem rodziców pracujących w kulturze.
W tym miejscu ujawnia się największa siła stylistyczna Bielawskiego – jego mikroskopijna, niemal chirurgiczna uważność na detal z epoki transformacji. Sceny z wrocławskiego przedszkola z przełomu lat 70 i 80. należą do najmocniejszych fragmentów książki. Widzimy matkę Marka w luksusowym płaszczu z wełny i czapce z lisa, szyjącą ze skrawków niemieckiej „Burdy”. A także ojca pachnącego francuską wodą kolońską, wysiadającego z czerwonego Fiata 125p. To neurotyczne środowisko inteligenckie, w którym dziecko od najmłodszych lat karmione jest mitem własnego geniuszu. Chwalone za konia z masy gazetowej i recytujące Miłosza przed płaczącą dyrekcją w 1988 roku, zostaje bezbronnie wystawione na zderzenie z wielkim światem. Bielawski pisze o tych ludziach z niesamowitą czułością, kierując aparat na zwyczajność. Pod względem szkatułkowej konstrukcji i dekonstrukcji mitu artysty, książka subtelnie kłania się tradycji „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.
„Bez głowy” składa się z pięciu części, które zamiast linearnie rozwijać jedną fabułę, bezustannie ją przepisują, rozszczelniają i poddają w wątpliwość. Historia fotografa nigdy się nie stabilizuje. Bielawski świadomie rezygnuje z dawania ostatecznych odpowiedzi i nie dąży do jednoznacznej konkluzji. Taka strategia ucieczki przed domknięciem i zawieszenie w przestrzeni domysłów mogą u części czytelników wywołać zniecierpliwienie lub poczucie narracyjnej frustracji. Książka po prostu stawia na asymetrię i niedopowiedzenie, co nie każdemu musi przypaść do gustu. W mojej opinii to jedna z największych jej zalet.
Powieść Maćka Bielawskiego to ostrzeżenie przed utratą kontaktu z rzeczywistością w świecie, który zamieniliśmy na ciąg halucynacji i fragmentarycznych obrazów. To książka bolesna, zostawiająca czytelnika z poczuciem głębokiego smutku, ale też rzadki dowód na to, że polska proza współczesna potrafi perfekcyjnie bawić się formą, nie tracąc przy tym z oczu żywego, cierpiącego człowieka. I fabuły, bo ona też jest tu szalenie ważna.


