Recenzja "Niektórych trzeba zabić" Patricia Evangelista

Patricia Evangelista dokumentuje tysiące egzekucji za rządów Dutertego i pokazuje, jak władza oswaja przemoc słowami.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 456


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
 
Premiera: 18 lutego 2026 rok

Reportaż bywa literaturą stanu wyjątkowego. I nie dlatego, że opisuje katastrofy. Istotne jest, że powstaje w chwili, gdy język przestaje nadążać za rzeczywistością. „Niektórych trzeba zabić” autorstwa Patricii Evangelisty jest zapisem momentu, w którym słowa „prawo”, „porządek” i „bezpieczeństwo” zostają odwrócone na lewą stronę i zaczynają znaczyć coś przeciwnego niż dotąd. Nie chodzi tu wyłącznie o filipińską wojnę z narkotykami z lat prezydentury Rodriga Dutertego. W centrum znajduje się moment, w którym państwo zaczyna mówić o zabijaniu językiem administracji, a społeczeństwo językiem konieczności.

Evangelista rozpoczyna swoją opowieść od epoki Ferdinanda Marcosa i rewolucji siły ludu, która wyniosła do władzy Corazon Aquino. Ten gest cofnięcia się w czasie nie jest reporterską manierą, lecz kluczem interpretacyjnym. Filipiny nie są bowiem egzotyczną wyspą przemocy, lecz demokracją kruchą, nadwyrężoną, rozczarowaną własną transformacją.

Kiedy w 2016 roku wybory wygrywa Rodrigo Duterte, obiecując, że zabije wszystkich ćpunów, nie czyni tego w próżni. Deklaracja wojny – jak trafnie zauważa Evangelista – jest zawsze politycznym triumfem. Walka z biedą, z korupcją, z narkotykami – żadnej nie da się wygrać, ale każdą można ogłosić. W tej logice sama zapowiedź eksterminacji staje się dowodem sprawczości.

Duterte nie był pierwszym politykiem, który odkrył, że przemoc może być performatywem. Był jednak jednym z tych, którzy doprowadzili tę figurę do konsekwencji skrajnej. Według różnych szacunków zginęło od kilku do nawet trzydziestu tysięcy osób. Policja mówi o ośmiu tysiącach. Reszta ginie w luce statystycznej.

Filipińska dziennikarka nie proponuje czytelnikowi dramaturgii opartej na kulminacjach. Jej książka ma strukturę powtórzenia. Ciała pojawiają się nocą. Policyjne raporty używają tych samych formuł. W komunikatach powraca słowo „nanlaban” (stawiał opór). Z punktu widzenia narracji literackiej jest to zabieg ryzykowny. Wszak monotonia może znużyć. Z punktu widzenia diagnozy jest to jednak konieczne. To właśnie powtarzalność czyni przemoc systemem.

Zwracam też uwagę na tytuł. Zdanie „Some people need killing”, wypowiedziane przez jednego z członków szwadronów śmierci, jest perłą czarnej retoryki. To zdanie bez sprawcy. Nie widzimy tu „zabijam”, nie „zabiliśmy”, lecz „trzeba zabić”. Bezosobowa konieczność, moralna higiena. Evangelista rozbiera tę frazę jak lingwistka. Analizuje różnice między „kill” a „murder”, między stroną czynną a bierną, między raportem policyjnym a relacją matki nad ciałem dziecka.

W tym sensie książka jest praktycznym komentarzem do orwellowskiego dwójmyślenia. W świecie, który znamy z „Roku 1984”, można jednocześnie wierzyć, że policja nie zabija i że zabija za mało. Autorka „Niektórych trzeba zabić” podkreśla, że straszne stało się zwyczajne i to przy aplauzie tłumu.

Jej styl jest przeciwieństwem brutalnej retoryki Dutertego: oszczędny, precyzyjny, skupiony na szczególe. To detal właśnie rozsadza statystykę. Nie „ofiara numer 2371”, lecz dziewczynka trafiona kulą przeznaczoną dla dziadka. Nie „podejrzany”, lecz mężczyzna w koszulce z nadrukiem, który chwilę wcześniej jadł kolację. Evangelista wie, że zdanie pisze się dłużej, niż trwa egzekucja. Ta świadomość rytmu (pisanie wolniejsze niż zabijanie) nadaje książce wymiar niemal metafizyczny.

Podkreślam, że autorka nie jest korespondentką zagraniczną, która wraca do bezpiecznego domu. Jest Filipinką. „Nie mam dokąd wrócić” – sugeruje w jednym z fragmentów. Jej wcześniejsze doświadczenia – relacjonowanie tajfunów, konfliktów zbrojnych, katastrof naturalnych – nauczyły ją obcowania ze śmiercią. Ale wojna z narkotykami różni się zasadniczo. Evangelista pracowała dla portalu Rappler, redakcji znanej z krytycznego stosunku do władzy. Każdy reportaż oznaczał ryzyko. Każde nazwisko potencjalny wyrok. Książka powstała więc nie tylko z reporterskiej potrzeby dokumentacji, lecz z egzystencjalnego przymusu.

„Niektórych trzeba zabić” wpisuje się zatem w tradycję literatury faktu, którą reprezentują autorzy pokroju Swietłany Aleksijewicz. W tym modelu literatura traktowana jest jako archiwum głosów, jako ostatnia instancja pamięci. Nie ma tu efektownych puent. Jest mozolne rekonstruowanie trajektorii kul, godzin zgonów, sprzecznych zeznań. Oczywiście można i pewnie nawet trzeba czytać tę książkę szerzej. Ona nie dotyczy przecież wyłącznie Filipin. Autorka pokazuje mechanizm, który można uruchomić wszędzie. Wystarczy zmęczenie demokracją, frustracja ekonomiczna i polityk, który wyzna, że wie, kto jest winny. Ten schemat wydaje się niepokojąco znajomy.

Recenzja "Łuskanie bobu w blasku księżyca" Xue Mo

Ascetyczna, hipnotyczna proza o życiu na chińskiej prowincji – o głodzie, pamięci i zgodzie na los, gdzie realizm splata się z mitem.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 216


Oprawa: miękka z obwalutą
 
Tłumaczenie: Marta Torbicka
 
Premiera: 19 stycznia 2026 rok

Kiedy sięgam po „Łuskanie bobu w blasku księżyca” autorstwa Xue Mo, mam poczucie, że wchodzę w przestrzeń surową jak pustynny wiatr i jednocześnie intymną jak szept wypowiadany nocą przy wygasającym palenisku. To moja kolejna podróż na Daleki Wschód, ale tym razem nie jest to wycieczka turystyczna. To proza głęboko zakorzeniona w prowincji Gansu, a jednocześnie dialogująca z wielkimi tradycjami literackimi Wschodu i Zachodu.

Xue Mo to jeden z najważniejszych współczesnych prozaików chińskich. Jest autorem kilkudziesięciu książek, wielokrotnie nagradzanym i tłumaczonym na mnóstwo języków. Pisze z wnętrza swojego regionu i to czuć niemal w każdym zdaniu. Pustynia, wiatr, głód, religijne napięcie, wiejska wspólnota, bieda i godność – to nie dekoracje, lecz żywioły kształtujące człowieka. Jego proza przywodzi mi na myśl zarówno nurt wiejski obecny w literaturze polskiej, jak i amerykańskie Południe spod znaku moralnego niepokoju. A jednocześnie wszystko to jest bez reszty chińskie, zakorzenione w lokalnym micie, w ludowym imaginarium, w doświadczeniu historycznych wstrząsów. Czy nie podobnie wygląda to u Mo Yana? Nie tyle na poziomie stylistycznej ekspresji (Xue Mo jest bardziej powściągliwy, mniej barokowy), ile w sposobie łączenia realizmu z elementem mitycznym i cielesnym. U obu autorów wieś jest miejscem, gdzie historia, polityka i biologia splatają się w nierozerwalny węzeł. Jednak tam, gdzie Mo Yan bywa groteskowy, Xue Mo wybiera ascetyczną tonację.

Cztery opowiadania, różne formalnie i w tonie, spina wspólna nuta. Mam tu na myśli zgodę na los, która nie jest rezygnacją, lecz formą mądrości. Widać to przede wszystkim w „Pięknie”. Oto historia młodej kobiety dotkniętej wstydliwą chorobą weneryczną staje się opowieścią o społecznej przemocy, o ostracyzmie. To niemal purytański mechanizm wykluczenia, przeniesiony w realia chińskiej prowincji. A przecież Xue Mo nie oskarża jednostki. Raczej odsłania system społecznych lęków i hipokryzji. W tej perspektywie jego opowiadanie mogłoby stanąć obok „Szkarłatnej litery”, choć operuje zupełnie inną symboliką. A przy okazji można się z niego dowiedzieć, jak cenne w leczeniu kiły jest okopcenie wrzodów dymem z palonych krowich fekaliów.

Motyw zgody na los pojawia się też w „Dziewczynach i cyjonach”, choć tu miesza się z próbą walki o przetrwanie. To tekst najdłuższy i najbardziej fizyczny. Niemal survivalowa medytacja nad nietrwałością. Dwie kobiety przemierzające pustynię w towarzystwie wielbłąda zmagają się z głodem, spiekotą i z własnym cieniem. Barwne oczy w mroku to ślepia drapieżników, ale też projekcja strachu. Pustynia w tej noweli jest żywa, ma osobowość, oddycha i obserwuje. Czytając zimą, siedząc pod dachem, z herbatą w dłoni, czułem żar piasku niemal fizycznie. Momentami miałem wrażenie, że ta wędrówka się dłuży, ale tak właśnie miało być. Znużenie, powtarzalność, powolne osuwanie się sił – to kwestia buddyjskiej nietrwałości. Czas w tych opowiadaniach nie biegnie liniowo. On się osadza jak pył.

Analizując pogodzenie się z losem nie sposób nie wspomnieć o biednym handlarzu, który całe życie niesie w sobie miłość utraconą w młodości. W jego historii pobrzmiewa doświadczenie przymusowych migracji, głodu, rozpadu rodziny. Jest w nim fatalizm, ale i cicha wielkość. Ten bohater, dzielący się ostatnim groszem, karmiący psa, oferujący strawę duchom opiekuńczym, jest figurą trwania. W jego prostym gotowaniu yamów i klusek odnajduję metafizykę codzienności. To literatura, która nie potrzebuje wielkich gestów. Wystarcza miska parującej zupy i księżyc nad progiem domu. Czy tylko ja miałem skojarzenia z Gabrielem Garcíą Márquezem i jego „Miłością w czasach zarazy”?

Myślę też o Williamie Faulknerze. Tak jak autor „Wściekłości i wrzasku” stworzył własne, mityczne Yoknapatawpha, tak Xue Mo buduje literacką topografię Gansu z jej pamięcią głodu, migracji, społecznych napięć. W obu przypadkach region staje się mikrokosmosem świata. Bohaterowie nie są jednostkami wyrwanymi z kontekstu, lecz węzłami w gęstej sieci pokoleniowych zależności. Czas nie płynie linearnie, a raczej krąży, osadza się w pamięci, powraca jak pył unoszony wiatrem.

W prozie chińskiego twórcy niezwykle silna jest obecność świata nadprzyrodzonego. Duchy przodków, znaki czy sny są naturalnym elementem rzeczywistości. Granica między żywymi a umarłymi bywa płynna. Jednocześnie autor wyraźnie rysuje podział między miastem a wsią. To pierwsze autor rysuje jako przestrzeń chciwości, interesowności i utraty miary. Wieś choć biedna, pokazana jest jako depozytariuszka wartości, które jeszcze nie zostały całkiem nadwyrężone. Nie jest to jednak naiwna idealizacja. Xue Mo widzi hipokryzję, przemoc ekonomiczną, okrucieństwo głodu (echa wielkiego głodu z przełomu lat 50. i 60. są w jednym z opowiadań niemal namacalne), ale w tym wszystkim szuka równowagi między światłem i mrokiem.

Ta książka jest dla mnie doświadczeniem głęboko zmysłowym. Wszystko tu pachnie (sezamowym olejem, kurzem, jesiennym liściem). Wszystko wydaje dźwięki (syk smażonych warzyw, wiatr w szczelinach domu, dalekie śpiewy opery z Shaanxi). A jednocześnie to proza niezwykle powściągliwa, oparta na niedopowiedzeniu. Sens nie jest podany wprost. Trzeba go wyłuskać, jak tytułowy bób. Gest powtarzalny, codzienny, a jednak niosący znaczenie. To przepiękny zbiór opowiadań leżący gdzieś na skrzyżowaniu chińskiej mądrości o nietrwałości, zachodniego egzystencjalizmu, moralnego niepokoju literatury amerykańskiej, realizmu magicznego Ameryki Łacińskiej i czechowowskiej subtelności. 

Recenza "Szczęśliwa ręka" Kuba Kulasa

Debiut Kuby Kulasy: dziewięć opowiadań i intryga wokół przeszczepionej ręki. Erudycja, groza i przewrotna gra z czytelnikiem.
Wydawca: Biuro Literackie

Liczba stron: 192


Oprawa: broszurowa

Premiera: 4 listopada 2026 rok

W literaturze od dawna powraca fantazmat dzieła, które uniezależnia się od autora. Według tej idei tekst jawi się jako byt autonomiczny, pasożytujący na ciele twórcy lub wręcz wyłaniający się z niego wbrew woli. „Szczęśliwa ręka” Kuby Kulasy czyni z tej metafory punkt wyjścia fabuły. Oto ręka zmarłego pisarza zostaje przeszczepiona i nadal pisze. Powstają nowe, znakomite teksty sygnowane nazwiskiem człowieka, który formalnie nie żyje.

Ten koncept z pogranicza medycyny, prawa autorskiego i metafizyki, mógłby pozostać literacką anegdotą. Autor czyni z niego jednak soczewkę, przez którą oglądamy współczesną kondycję twórczości. Od rynku książki, przez walkę o prawa i komercjalizację dorobku, aż po napięcie między sztuką a produktem. Thriller metafizyczny okazuje się tu narzędziem do postawienia pytania o to, kim dziś jest autor i kto naprawdę ma władzę nad tekstem.

Konstrukcja powieści ma charakter szkatułkowy. Na pierwszym planie widzimy śledztwo wokół piszącej ręki. Ta opowieść przeplatana jest opowiadaniami przypisywanymi zmarłemu twórcy. Skojarzenia z „Ostatnim życzeniem” Andrzeja Sapkowskiego, gdzie narracja ramowa spaja autonomiczne historie, są jak najbardziej uzasadnione. Jednak u Kulasy relacje między warstwami są znacznie bardziej podstępne. Opowiadania nie tylko uzupełniają główną intrygę. One ją komentują, podważają i reinterpretują. Sens całości odsłania się dopiero wtedy, gdy czytelnik zaczyna dostrzegać ukryte mosty między tekstami.

To właśnie w tych mikroopowieściach autor pokazuje pełnię swojego warsztatu. Imponuje przy tym gatunkowy rozrzut. Tu metafizyczna groteska, tam dystopia w duchu „Black Mirror”, a jeszcze kawałek dalej quasi-filozoficzne parabole. „Mądrość sepii”, „Tybetańskie biuro podróży” czy „Raport z obcej planety” dowodzą, że Kulasa potrafi operować skrótem, ironią i celną pointą.

Szczególnie intrygujące są narracje prowadzone z nieludzkich perspektyw: ośmiornicy, psa, innych istot obdarzonych odmienną percepcją. W tle pobrzmiewa echo pytania znanego z eseju Thomasa Nagela (jak to jest być nietoperzem?), lecz Kulasa idzie o kilka kroków dalej. U niego próba wyjścia poza ludzki punkt widzenia okazuje się zarazem próbą zrozumienia własnej, kruchej tożsamości.

Zatrzymajmy się chwilę nad postacią Teodora Sępa Szarzyńskiego – enigmatycznego prozaika, który po śmierci pisze dalej. Mamy tu przykład bardzo udanej biografii fikcyjnego twórcy, która nie jest zwykłą akademicką zabawą, lecz żywym problemem. Czy dzieło należy do autora, do jego ciała, do rynku, a może do czytelnika? W jednej z najbardziej błyskotliwych partii książki pojawia się meta-dyskusja stylizowana na głos odbiorcy, który domaga się od pisarza szacunku dla własnego czasu. To przykład autotematyzmu, który nie zamyka się w hermetycznym kręgu, lecz otwiera przestrzeń dialogu.

Motyw „non omnis moriar” zostaje tu potraktowany przewrotnie. Tak, artysta umiera, ale jego ręka (a więc fragment ciała, pamięci, nawyku) trwa i tworzy. Literatura jest więc nieco łagodniejszą formą nawiedzenia, w której ciało staje się medium opowieści. Kulasa zadaje pytania o rozproszenie świadomości, o problem okrętu Tezeusza, o to, gdzie zaczyna się i kończy człowiek. Czy talent jest własnością mózgu? Czy może zapisał się w mięśniach, ścięgnach, w pamięci ruchu?

Choć tematyka jest gęsta od filozoficznych tropów (buddyzm, reinkarnacja, przechodzenie bytów, fatum i przypadek), ton pozostaje zaskakująco lekki. Autor potrafi budować grozę i niepokój, by za chwilę rozbroić je ironią. Dialogi są dynamiczne, momentami bezczelne. Narracja unika przegadania i banalności.

Są też emocje. Chociażby w opowiadaniach pełnych czułości wobec zwierząt i istot marginalnych. Historia psa należącego do Jezusa czy sepii jako bytu w całości zbudowanego ze świadomości nie są jedynie formalnym eksperymentem. One niosą emocjonalny ładunek, który równoważy intelektualną grę.

 „Szczęśliwa ręka” to powieść, która nie odsłania wszystkich kart przy pierwszej lekturze. Po zamknięciu książki pozostaje wrażenie, że coś jeszcze pracuje pod powierzchnią, że warto wrócić do wcześniejszych fragmentów, by zobaczyć je w nowym świetle. W czasach, gdy książki bywają traktowane jak produkty w tabelce Excela, debiut Kulasy przypomina, że literatura może być przestrzenią ryzyka i intelektualnej przygody. To tekst erudycyjny, ale nie hermetyczny, wymagający, lecz czytelny, przewrotny, a przy tym uczciwy wobec odbiorcy.

„Szczęśliwa ręka” udowadnia, że autor ma dobrą rękę do pisania.

Powieść znalazła się na liście "Najlepszych książek 2025 roku"