Recenzja "Zapomniane. W poszukiwaniu ukrytych miejsc i zaginionych pomników przeszłości w Palestynie" Raja Shehadeh i Penny Johnson

Czy architektura może być narzędziem dominacji? Przejmująca analiza rugowania palestyńskiego dziedzictwa z map i sumień. Ważny głos w sporze o ziemię i prawo.
Wydawca: Karakter

Liczba stron: 272


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Anna Sak
 
Premiera: 9 marca 2026 rok

Raja Shehadeh – palestyński prawnik, aktywista i prawdopodobnie najwybitniejszy współczesny prozaik tego regionu – od dekad odgrywa rolę głosu rozsądku w świecie zdominowanym przez krzyk. Jego pisarstwo przeszło ewolucję od chłodnych analiz prawnych po intymne kroniki oblężonego Ramallah. Jednak po jego niedawnej, przepełnionej czystą rozpaczą książce o Gazie, można było odnieść wrażenie, że ten tytan dialogu ostatecznie skapitulował przed beznadzieją. „Zapomniane”, napisane wspólnie z żoną, badaczką Penny Johnson, jest więc nieoczekiwanym powrotem. Pozostaje czujne na ciężar historii, ale odmawia poddania się jej miażdżącej sile

Projekt „Zapomnianego” jest w swej istocie melancholijną, a zarazem rygorystyczną archeologią. Autorzy wyruszają w drogę przez Zachodni Brzeg i Galileę, ale nie jest to sentymentalna wycieczka. To poszukiwanie dowodów na istnienie kultury, która jest systematycznie wypierana z mapy i świadomości.

Czytając ich zapiski, nie sposób uciec od skojarzeń z W.G. Sebaldem. Podobnie jak w „Pierścieniach Saturna” (gdzie autor wędruje wzdłuż wybrzeża Suffolk, odsłaniając pogrzebaną przemoc imperium), Shehadeh i Johnson traktują krajobraz jako tekst. Różnica między oboma krajobrazami jest jednak zasadnicza. W Palestynie przemoc jest procesem trwającym, administracyjnym i materialnym.

Autorzy wprowadzają fascynującą perspektywę narracyjną. Piszą w pierwszej osobie liczby mnogiej, co nadaje książce charakter intymnego przymierza. Momentami dystansują się, mówiąc o sobie „Raja” i „Penny”. Ten zabieg sugeruje, że oni sami stali się już częścią tej historycznej tragedii, tak samo jak opisywane przez nich ruiny.

U podstaw pracy Shehadeha leży zrozumienie biopolityki, pojęcia rozwijanego przez Michela Foucaulta czy Giorgio Agambena. „Zapomniane” dokumentuje, jak geografia i historia są manipulowane, by kontrolować życie. Poruszanie się po Palestynie to nawigowanie w sieci ograniczeń: pozwoleń, punktów kontrolnych i dróg tylko dla osadników.

Fragmentacja ziemi służy fragmentacji tożsamości. Młody Palestyńczyk, uwięziony w enklawie, traci pamięć o całości kraju. W tym kontekście każda odnaleziona ruina osmańskiego chanu czy zapomniany rzymski kamień stają się aktami politycznego oporu.

Esej Shehadeha i Johnson jest propozycją odczytania ziemi jako palimpsestu wielu kultur: rzymskiej, bizantyjskiej, islamskiej i kultury krzyżowców. To wizja Palestyny ekumenicznej (choć, jak się okazuje, nie w pełni symetrycznej), ziemi trzech wyznań. Jest to jednak punkt widzenia, który wchodzi w ostry kurs kolizyjny z oficjalną narracją izraelską.

Warto tu zachować krytyczny dystans. Autorzy bywają wymijający w kwestiach, które nie pasują do ich narracji. Opisując Tell Balata koło Nablusu, skupiają się na epoce brązu. Jednocześnie ignorują żydowskie konotacje tego miejsca jako biblijnego Sychem. Podobnie przy Qasr al-Yahud (miejscu chrztu Jezusa), punktują izraelskie tablice za podkreślanie przejścia Izraelitów przez Jordan, podczas gdy sami pomijają historyczne znaczenie nazwy, która w tłumaczeniu brzmi „Zamek Żydów”.

W klasycznej literaturze europejskiej ruiny są źródłem melancholijnej przyjemności. W Palestynie – jak zauważają autorzy – nie ma miejsca na taką niewinność. Każda zrujnowana wioska, jak Kafr Bir’im (zniszczona w 1953 r.), czy wymazana dzielnica Manshiya w Tel Awiwie, jest oskarżeniem.

Szczególnie poruszający jest fragment o Yerachu Paranie, historyku z kibucu Ha’aon. Paran poświęcił lata na upamiętnienie dwóch tureckich pilotów z 1914 roku, których pomnik stoi na terenie kibucu. Shehadeh pyta z bolesną ironią, jak to możliwe, by z taką pieczołowitością dbać o pamięć obcych lotników, całkowicie ignorując los 300 mieszkańców palestyńskiej wioski Al-Samra, na których zburzonych domach ów kibuc zbudowano? Odpowiedź jest brutalna: uznanie historii osmańskiej nie zagraża narracji państwowej, uznanie Nakby – tak.

„Zapomniane” nie jest pisanym w furii pamfletem. To proza precyzyjna aż do bólu, co paradoksalnie wzmacnia jej siłę rażenia. Shehadeh i Johnson, oboje po siedemdziesiątce, oferują wizję dziedzictwa, które odmawia bycia wymazanym. Nawet gdy buldożery i bomby zmieniają rzeźbę terenu, autorzy dostrzegają czerwone anemony przebijające się przez skały i migdałowce kwitnące mimo wszystko.

Dla polskiego czytelnika, wychowanego w cieniu ruin i sporów o historyczną rację, lekcja z „Zapomnianego” jest uniwersalna. Jeśli historia ma być narzędziem dominacji, a nie zrozumienia, to przestaje być nauką, a staje się formą zbiorowej iluzji. Shehadeh i Johnson stawiają nam wyzwanie: czy potrafimy słuchać krajobrazu uważniej niż oficjalnych przewodników?

Recenzja "Idąc na rzeź" Mahmoud Dowlatabadi

Esej o „Idąc na rzeź” Mahmouda Dowlatabadiego – przejmującej powieści o wojnie iracko-irańskiej, języku propagandy i granicach ludzkiego cierpienia.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 128


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Mateusz M. Kłagisz
 
Premiera: 9 marca 2026 rok

Mahmoud Dowlatabadi, często określany mianem irańskiego Tołstoja (choć sam od tej etykiety ucieka z pokorą rzemieślnika) jest w literaturze perskiej postacią pomnikową. Jego twórczość to pomost między klasyczną tradycją prozy Abu’l-Fadla Bayhaqiego a modernistycznym niepokojem XX wieku. Sam pisarz odrzuca jednak kategorię wpływu jako formy zależności. Jego projekt literacki opiera się raczej na tym, co nazywa sprawą ludzką, a więc uniwersalnym doświadczeniu egzystencji, które przekracza granice języków, religii i państw.

W tym sensie Dowlatabadi wpisuje się w napięcie, które od dawna kształtuje recepcję literatury pozaeuropejskiej. W obrębie tego, co Fredric Jameson nazwał niegdyś narodową alegorią, jego proza bywa redukowana do politycznego dokumentu. Tymczasem „Idąc na rzeź” stanowczo opiera się takiej redukcji. Choć wyrasta z konkretnej historii, nie daje się do niej sprowadzić. Autor w swojej książce dokonuje bolesnej wiwisekcji jednego z najbardziej traumatycznych doświadczeń współczesnego Iranu – wojny iracko-irańskiej (1980–1988). Nie robi tego jednak z perspektywy propagandzisty, lecz filozofa i moralisty, który w piasku pustyni szuka resztek człowieczeństwa.

W oficjalnym dyskursie Islamskiej Republiki wojna z Irakiem funkcjonuje jako Adabijāt-e defā-e moghaddas – literatura świętej obrony. To nurt nasycony martyrologią, religijnym zapałem i czarno-białym podziałem na szlachetnych obrońców wiary oraz najeźdźców. Dowlatabadi, pisarz głęboko zakorzeniony w losie irańskiego ludu, wyłamuje się z tego schematu.

Wojna w „Idąc na rzeź” nie jest chwalebnym dżihadem. To ośmioletni, wyniszczający impas, który pochłonął setki tysięcy istnień. Dowlatabadi przenosi nas na Wzgórze Zero, w pięćdziesięciostopniowy upał, gdzie jedynym bogiem i jedynym celem staje się woda. Autor odziera konflikt z narodowych barw. Paradoksalnie, pisząc z perspektywy irackiego majora i arabskiego pisarza, podkreśla uniwersalność cierpienia. Na linii frontu wróg staje się lustrzanym odbiciem nas samych. Obie strony umierają z tego samego pragnienia.

Sercem powieści jest postmodernistyczna gra z narracją. Dowlatabadi wprowadza postać Pisarza, któremu władze (w tym przypadku irackie) zlecają stworzenie wojennej propagandy. Ma on skroić rzeczywistość pod dyktat oficjalnej linii, zamieniając krew w atrament, a prawdę w narzędzie psychologiczne.

To tutaj powieść osiąga swój najbardziej przenikliwy wymiar. Wojna toczy się nie tylko na froncie, lecz także w języku. Pisarz staje się polem walki między doświadczeniem a jego reprezentacją, między etyką a lojalnością wobec państwa. W tej perspektywie „Idąc na rzeź” można czytać jako traktat o zdradzie słowa. Literatura, która miała być przestrzenią prawdy, zostaje podporządkowana mechanizmom władzy. Jak zauważa narrator, kłamstwo staje się nawykiem, a wraz z nim hipokryzją, zapomnieniem, pustką.

Ten wątek wpisuje powieść w długą tradycję refleksji nad odpowiedzialnością pisarza, ale jednocześnie nadaje mu specyficznie irański kontekst. Wszak to kraj, w którym literatura od zawsze pozostawała w napięciu z władzą.

Podkreślę jeszcze raz arcyważny ruch Dowlatabadiego. Powinien on mocno wybrzmieć. Przecież sam autor spędził lata w więzieniach Sawaku, a mimo to przyjął perspektywę iracką w swojej książce. To literacka dywersja. Pokazując tamtą stronę udowadnia, że wojna to nie zderzenie cywilizacji, ale symetryczna halucynacja. Żołnierze uwięzieni na Wzgórzu Zero, oszalali z braku wody, widzą w snajperze nie wroga, ale przeznaczenie.

Można tu szukać tropów u Melville’a (Ahab) czy Saramago (biologiczny determinizm losu), ale Dowlatabadi pozostaje głęboko osadzony w perskim adabie. Jego proza to połączenie starożytnego fatalizmu z nowoczesnym niepokojem. To, co u innych byłoby reportażem, u niego staje się metafizycznym horrorem. W jednym z najbardziej przejmujących momentów powieści żołnierze patrzą na kontener z wodą. Obiekt banalny, a zarazem absolutny. Jest blisko, a jednocześnie nieosiągalny. W tej figurze skupia się cała metafizyka książki – prosta rzecz urasta do rangi Arki Przymierza.

I tak, „Idąc na rzeź” skupia się na mikroskali frontu. Trudno jednak nie zauważyć, że nad Wzgórzem Zero wisi cień globalnego cynizmu. Dowlatabadi nie musi pisać o Reaganowskich dostawach broni czy europejskich technologiach chemicznych używanych przez Saddama. To wszystko jest obecne w ołowianych słowach i w poczuciu bycia porzuconym przez świat.

To książka o tym, że wojna nie kończy się wraz z zawieszeniem broni. Ona trwa w języku, w zniekształconych wspomnieniach, w traumie, która każe pisarzowi wciąż od nowa wracać na linię frontu. Dowlatabadi stworzył dzieło gęste od znaczeń, w którym każda kropla wody (lub jej brak) waży tyle, co cała filozofia Wschodu. Wspaniała książka.