Wydawca: Yumeka
Liczba stron: 250
Oprawa: miękka
Są takie książki, które wracają po latach nie dlatego, że są zapomnianymi arcydziełami, ale dlatego, że historia literatury potrzebuje ich jako ważnych punktów orientacyjnych. „Zapiski z kociego kraju” Lao She bez wątpienia należą do tej kategorii. Problem polega na tym, że ich znaczenie historyczne okazuje się znacznie ciekawsze niż sama lektura. Gdyby ten tekst został napisany dzisiaj, coś mi mówi, że nie przeszedłby nawet wstępnej selekcji u najmniej wybrednego wydawcy. To, co miało być jadowitą satyrą, dziś czyta się raczej jak ciężkawa alegoria, która z mozołem próbuje udawać literaturę przez wielkie „L”.
Zacznijmy od fundamentu, który w każdej dystopii powinien trzymać czytelnika za gardło, a więc od świata przedstawionego. Narrator rozbija się na Marsie i trafia do kraju kotoludzi. Brzmi jak obiecujący punkt wyjścia dla groteski? I rzeczywiście — przez chwilę można uwierzyć, że Lao She stworzy satyryczne piekło na miarę azjatyckich „Podróży Guliwera”. Problem polega jednak na tym, że marsjańska sceneria bardzo szybko okazuje się jedynie dekoracją. Kotoludzie nie funkcjonują jak prawdziwe społeczeństwo, lecz jak ruchome symbole kolejnych narodowych wad, a ich świat sprawia wrażenie bardziej publicystycznej alegorii niż literackiej rzeczywistości. Im dłużej trwa ta podróż przez Koci Kraj, tym mocniej widać, że groteskowa maska nie tyle odsłania prawdę o upadku cywilizacji, ile coraz bardziej ogranicza bohaterów do roli chodzących tez.
Główny problem Lao She nie leży jednak w samej konstrukcji świata, lecz w sposobie formułowania diagnoz. „Zapiski z kociego kraju” próbują być traktatem o upadku cywilizacji, korupcji i marazmie. Co otrzymujemy w zamian? Serię łopatologicznych rozdziałów-wykładów, w których narrator z wyższością godną kolonialnego turysty analizuje, że:
- Kocimiętka to opium – metafora tak subtelna jak uderzenie obuchem w głowę.
- Szkoły nie uczą – odkrycie na miarę skargi w księdze zażaleń, a nie wielkiej literatury.
- Politycy kradną – tu już głęboki szok i niedowierzanie.
Wszystko tu jest podane na tacy, przeżute i wyplute. Lao She nie pozwala czytelnikowi myśleć. Niestety on go instruuje, co ma czuć. Narracja jest statyczna, pozbawiona iskry, a kocie społeczeństwo jest tak jednowymiarowe i głupie, że walka o ich ocalenie wydaje się równie sensowna, co próba naprawy zepsutego budzika przy pomocy młotka.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że jedynym powodem, dla którego dzisiaj ekscytujemy się tym tytułem, jest tragiczny życiorys autora i kontekst historyczny. Ale umówmy się, tragiczny los pisarza nie czyni automatycznie jego książki wybitną. „Zapiski z kociego kraju” to literatura zmęczona, która próbuje nieść ciężar świata na wątłych barkach taniej alegorii. To, co u Orwella jest mrożącą krew w żyłach mechaniką władzy, u Lao She jest chaotyczną opowieścią o istotach, które są zbyt absurdalne, by budzić grozę. A przy okazji zbyt irytujące, by budzić współczucie.
Oczywiście byłoby nieuczciwe oczekiwać od dystopii z początku XX wieku subtelności współczesnej prozy psychologicznej — również Orwell czy Huxley potrafili zatrzymywać narrację, by wygłaszać polityczne diagnozy. Problem w tym, że Lao She znacznie rzadziej potrafi przekuć publicystykę w pełnoprawną literaturę.
Naprawdę chciałem, żeby ta książka przypadła mi do gustu. Polubiłem autora za tom „Człowiek, którynigdy nie skłamał?”, cenię literaturę z Państwa Środka, sięgam po praktycznie każdą książkę tłumaczoną przez Panią Magdalenę, a do fantastyki uciekam przynajmniej kilka razy w roku. Niemniej po przeczytaniu np. książek H.G. Wellsa, Julesa Verne’a czy Eugeniusza Zamiatina, „Zapiski z kociego kraju” wydają mi się po prostu literackim anachronizmem. A wszystkie wymienione były pisane przecież wcześniej. Ba, w tym samym 1932 roku wydano „Nowy wspaniały świat”. Być może właśnie dlatego dziś najciekawszy okazuje się nie sam efekt literacki, lecz miejsce tej powieści w historii gatunku. „Zapiski z kociego kraju” pozostają ważnym świadectwem epoki i interesującym eksperymentem w historii chińskiej fantastyki. Nie zmienia to jednak faktu, że jako powieść bronią się dziś głównie fragmentami, a ciężar ich reputacji wydaje się większy niż ciężar samej literatury.


