Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Codzienna walka" Manu Larcenet

Czy komiks może być „Dekalogiem” naszych czasów? Odkryj fenomen „Codziennej walki” – ponadczasowe arcydzieło, które zostanie z Tobą na zawsze. Sprawdź!
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 248


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
 
Premiera: 31 marca 2026 rok

Są twórcy, których się czyta. Są tacy, których się podziwia. I są wreszcie nieliczni, absolutnie nieliczni, których się przeżywa. Manu Larcenet należy do tej ostatniej kategorii. W świecie komiksu zajmuje miejsce zarezerwowane dla największych humanistów kina czy literatury – to ten sam kaliber wrażliwości, co u Krzysztofa Kieślowskiego czy Raymonda Carvera. Jeśli „Raport Brodecka” był mrocznym, graficznym poematem o złu, a „Blast” studium upadku, to wznowiona właśnie przez Mandiokę „Codzienna walka” jest jego „Dekalogiem”. To komiks absolutny, ponadczasowy. Dzieło, które za 50 lat będzie czytane z taką samą dawką wzruszenia.

Francuski twórca nie jest artystą jednowymiarowym. Każde jego dzieło jest na swój sposób odmienne, oryginalne. W przypadku „Codziennej walki” siła Larceneta tkwi w genialnym, niemal przewrotnym kontraście. Operuje stylem z pozoru kreskówkowym. Bohaterowie mają przerysowane nosy, kropki zamiast oczu i sylwetki jak z niedzielnej dobranocki. To jednak pułapka na czujność czytelnika. Ten uproszczony anturaż pozwala autorowi na bezkarną, niemal bolesną intymność. Gdy Marco, fotograf cierpiący na ataki paniki, dusi się w fioletowych oparach lęku, jego sitcomowa twarz wykrzywia się w sposób, którego nie oddałby żaden hiperrealizm.

Kartkując ten tom zwróćcie uwagę na oczy bohaterów. Te małe punkty potrafią w jednym kadrze wyrazić rezygnację, a w drugim, po milimetrowym przesunięciu kreski, głęboką czułość. To właśnie zdolność do kreślenia najtrudniejszych stanów psychicznych za pomocą najprostszych narzędzi, czyni w mojej opinii z Larceneta geniusza. Lęk nie jest tu opowiedziany. On jest narysowany. Atak paniki nie zostaje nazwany. On deformuje rzeczywistość kadru. Czy to oznacza, że „Codzienna walka” przekracza własne medium? Jestem przekonany, że jest w tym ziarenko prawdy. Niewiele opowieści graficznych potrafi wyjść ponad ilustrację emocji i stać się ich bezpośrednim nośnikiem.

O czym tak naprawdę jest ten komiks? Poznajemy historię Marca, który porzuca fotografowanie wojennych pogorzelisk na rzecz wiejskiej izolacji. Z pozoru może wydawać się to banalne. Mało to znamy opowieści o ucieczce w stronę prowincjonalnej ciszy? Larcenet z tej prostoty, potrafi jednak wykreować strukturę tragiczną. Rodzina, choroba ojca, niepewność pracy, miłość, która przychodzi nie w porę lub zbyt wcześnie – to wszystko są elementy codzienności. A jednak pod jego ręką zaczynają one przypominać coś w rodzaju świeckiej tragedii, rozpisanej na drobne przesunięcia emocji.

Jednym z najbardziej przejmujących wątków „Codziennej walki” jest relacja Marca z ojcem. Świetnie ukazuje tu dramat schyłku życia i odchodzenia w niepamięć. Ojciec, niegdyś silny robotnik stoczniowy, teraz trawiony przez Alzheimera, staje się cieniem samego siebie. Przeżywa ten sam dzień w zapętleniu i widzi tę samą łódź mijającą go po pięć razy dziennie. Larcenet z niezwykłą delikatnością portretuje tę więź, w której syn, patrząc na gasnącego rodzica, mierzy się z przerażającym odkryciem – ojcowie są śmiertelni i ich upadek zwiastuje nieuchronność własnego przemijania.

Ta obyczajowa, barwna i momentami niemal sitcomowa narracja jest regularnie przerywana przez surowe, czarno-białe plansze, które imitują fotografie wykonywane przez Marca. Te realistyczne kadry działają jak wizualne punkty wstrzymania, momenty, w których komiks bierze głęboki oddech, a czytelnik zostaje wytrącony z rytmu lekkiej kreski na rzecz kontemplacji detali. Dłoń ojca, twarze zmęczonych stoczniowców czy pozornie nieistotne przedmioty – Larcenet wykorzystuje te zdjęcia ze wspomnień, by nadać opowieści dokumentalny ciężar. Nie są to tylko ilustracje pracy, lecz rozpaczliwe próby zatrzymania czasu.

W całym tym natłoku zdarzeń i obrazów fundamentalną rolę odgrywa jednak milczenie, które Larcenet stosuje z precyzją godną mistrzów literatury. Autor świadomie rezygnuje z podawania łopatologicznych wyjaśnień dotyczących genezy ataków paniki Marca, pozwalając tym lękom po prostu istnieć jako immanentna część jego kondycji. To właśnie ten brak definitywnej odpowiedzi sprawia, że Marco przestaje być jedynie papierowym bohaterem. To postać na wskroś ludzka i uniwersalna. Dzięki tej narracyjnej powściągliwości „Codzienna walka” przestaje być tylko historią jednego człowieka, a staje się przypowieścią o lęku przed życiem, który towarzyszy każdemu z nas.

I jakby na przekór tej uniwersalności, Larcenet nie traktuje tła społecznego jako dekoracji. To tak naprawdę żywa tkanka, która determinuje lęki i wybory bohaterów. Widzimy tu Francję w głębokim procesie transformacji. W tym miejscu tradycyjne poczucie wspólnoty budowane wokół stoczniowych doków ustępuje miejsca chłodnej, zautomatyzowanej logice zysku. Autor z maestrią wplata te napięcia w codzienne rozmowy przy winie i pokazuje tym samym, jak wielka polityka i widmo prawicowego radykalizmu przenikają do prywatnych domów. To właśnie w tych subtelnych wymianach zdań między Markiem a jego sąsiadami czy rodziną najlepiej widać pęknięcia w strukturze narodu.

Jeśli myślisz, że zwyczajne życie jest nudne, Larcenet pokaże Ci w nim epopeję godną Homera, tyle że w wersji z jadowitymi sąsiadami i Alzheimerem w tle. To liturgia codzienności odprawiana w oparach dymu z marokańskiego zioła. Kieślowski narysowałby to dokładnie tak samo, gdyby tylko miał tyle poczucia humoru i taką rękę do groteski.

Recenzja "Satsuma gishiden t.1" Hiroshi Hirata

Feudalna Japonia bez złudzeń: przemoc, kasta i honor jako więzienie. „Satsuma Gishiden” to surowa, bezkompromisowa manga historyczna.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 264


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Dominika Krupczak
 
Premiera: marzec 2026 rok

Współczesna popkulturowa wizja samuraja przypomina często polerowaną katanę – jest estetyczna, chłodna i niepokojąco czysta. Przyzwyczajeni do romantycznych zrywów, krystalicznych kodeksów bushidō i niemal baletowych pojedynków, stajemy przed „Satsuma gishiden” Hiroshiego Hiraty z poczuciem poznawczego dysonansu. To jednak nie jest opowieść o honorze, który uskrzydla. Nazwałbym ten tom studium honoru jako morderczego naddatku. Jako kamienia uwiązanego u szyi kasty, która nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, bez wojny, za to z koniecznością kupowania jedzenia za pieniądze zarobione przy wyplataniu parasoli.

Pierwszy tom „Satsuma gishiden”, wydany w Polsce przez Mandiocę, otwiera sekwencja, która dla czytelnika nieprzygotowanego na radykalizm Hiraty może być szokiem. Hiemontori to nic innego, jak makabryczna gra, w której stawką jest wątroba skazańca. Tak, dobrze czytacie, wątroba. I już te pełne krwi plansze pokazują, jak wygląda deklaracja programowa autora. Hirata, uznawany za jednego z największych mistrzów mangi historycznej, z chirurgiczną precyzją wycina z japońskiej historii wszelkie narośla współczesnego sentymentalizmu.

Autor walczy z naiwną skłonnością do oceniania przeszłości przez pryzmat dzisiejszej wrażliwości. W świecie „Satsuma gishiden” system kastowy nie jest jedynie tłem, ale głównym antagonistą. Twórca pokazuje Japonię jako mechanizm miażdżący jednostkę. Miejsce, gdzie wierność tradycji nie jest wyborem moralnym, lecz biologicznym przymusem, za który płaci się najwyższą cenę.

W jego ujęciu Japonia okresu Edo – już po przełomowej bitwie pod Sekigaharą i ugruntowaniu władzy Tokugawa – nie jest sceną dla heroicznych narracji. To przestrzeń głęboko zhierarchizowana, niemal klaustrofobiczna. Pokój, który oficjalnie nastaje po latach wojen, okazuje się fikcją. Wojownicy pozbawieni głównego zajęcia zostają wtłoczeni w role rzemieślników i usługodawców. To postacie tragiczne w swoim rozdarciu, gdyż poza codziennymi obowiązkami zachowują prawo (i wewnętrzny przymus) do zabicia każdego, kto naruszy ich iluzoryczną godność.

W tym sensie „Satsuma gishiden” wpisuje się w szerszy nurt opowieści o kryzysie klasy wojowników. Można tu dostrzec dalekie echo filmów Akiry Kurosawy, Masakiego Kobayashiego czy Hideo Goshy. Chodzi rzecz jasna o ten element ich filmografii, który demitologizuje samurajów, pokazując ich jako ludzi uwikłanych w sprzeczności epoki. Jednak Hirata idzie w swojej koncepcji jeszcze dalej. Odbiera swoim bohaterom nawet resztki romantyzmu. Wierność nie jest tu wyborem, lecz przymusem. Honor nie uszlachetnia, lecz więzi.

Szczególnie interesujące jest operowanie czasem narracyjnym. Hirata bez skrupułów zatrzymuje akcję, by na długich planszach objaśniać kontekst społeczny, ekonomiczny czy polityczny. Autor nie szuka protagonisty, z którym łatwo byłoby nam się utożsamić. Shiba Sakon, swoisty antybohater tego tomu, to postać ulepiona z cynizmu, sprytu i bezwzględności. Z perspektywy współczesnego odbiorcy przyzwyczajonego do płynnej, serialowej narracji, taki zabieg może wydawać się niepotrzebnym zaburzeniem rytmu. A jednak właśnie w tych dygresjach ujawnia się ambicja dzieła. Nie chodzi przecież o historię jednostki, lecz o rekonstrukcję świata jako systemu zależności. To manga, która chwilami bardziej przypomina esej historyczny niż klasyczną opowieść graficzną.

Nie bez znaczenia pozostaje także warstwa wizualna. Rysunki Hiraty są gęste, ciężkie, pełne detalu. Jakby każda kreska próbowała unieść ciężar epoki. Nie ma tu miejsca na estetyczną lekkość. Kadry bywają statyczne, wręcz przytłaczające, ale to właśnie dzięki temu czytelnik odczuwa materialność przedstawionego świata: ciężar zbroi, szorstkość tkanin, fizyczność przemocy. To estetyka, która nie tyle ilustruje historię, co ją współtworzy.

Na osobny komentarz zasługuje polskie tłumaczenie, które sięga po stylizację staropolską. Taki zabieg, momentami trudny w odbiorze, można czytać jako próbę znalezienia językowego ekwiwalentu dla dystansu kulturowego i historycznego. O ile jednak w teorii ma on potencjał, w praktyce bywa często barierą. Ja na niektórych stronach czułem po prostu sztuczność. Patos wylewający się z ust bohaterów jest tak samo nieporęczny jak ich miecze w warsztacie bednarskim. Być może to zagubienie uleci w niepamięć po kolejnej lekturze, w połączeniu z innymi tomami, które na dłużej pozwolą zatrzymać się w innej epoce.

„Satsuma gishiden” czytam dzisiaj jako interesujący głos w dyskusji o prezentyzmie – tendencji do oceniania przeszłości według współczesnych norm. Hirata świadomie się temu sprzeciwia. Nie usprawiedliwia okrucieństwa, ale też go nie filtruje. Pozwala mu wybrzmieć w całej jego surowości, a nas, odbiorców, zmusza do konfrontacji z obcym systemem wartości.

Pierwszy tom tej serii nie daje pełni odpowiedzi. I być może właśnie dlatego jest tak intrygujący. To bardziej zaproszenie do dalszej podróży niż zamknięta opowieść. Podróży wymagającej, momentami niewygodnej, ale ostatecznie niezwykle satysfakcjonującej.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.    

Recenzja "Tu" Will McPhail

"Tu" Will McPhail  Czuły, ironiczny komiks o millenialsie, który uczy się mówić prosto z serca i naprawdę być „tu”.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 272


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Łukasz Witczak

Premiera: 24 listopada 2025 rok

„Tu” autorstwa Willa McPhaila to powieść graficzna pozornie skromna, intymna, niemal nieśmiała. Zarazem jest to jedno z najcelniejszych studiów współczesnej alienacji, jakie powstały w języku obrazu. To komiks, który nie krzyczy diagnozami, nie epatuje teorią i nie moralizuje. On po prostu nasłuchuje.

Bałem się trochę, że McPhail opowie kolejną historię o samotności pokolenia millenialsów w sensie socjologicznym. Taką pełną problemów pierwszego świata i slangu żywcem wyciętego z korporacyjnego słownika. Nic bardziej mylnego. W „Tu” mamy historię egzystencjalnego rozdźwięku. Autor stawia na rozszczepienie między życiem wewnętrznym a performansem społecznym.

Bohaterem opowieści jest Nick. Ot młody ilustrator, który nie może znaleźć sobie miejsca. Nie jest jednak outsiderem, wyrzutkiem ani wykluczonym. On funkcjonuje w świecie. Chodzi do kawiarni, bywa w barach, pracuje, spotyka ludzi, flirtuje, rozmawia. A jednak coś wyraźnie się nie zgadza. Wszystko to odbywa się w trybie symulacji. Jakby życie było interfejsem, a nie doświadczeniem.

W moim odczuciu McPhail trafia w samo sedno współczesnej kondycji. Życie rozumiane jako autoprezentacja. Bohater nie tyle istnieje, co systematycznie odgrywa siebie. Jego relacje są poprawne, grzeczne, kulturowo zgodne z kodem. A jednocześnie potwornie puste. Dialogi wygłaszane do napotkanych kobiet (matki, siostry, kochanki) przypominają protokoły towarzyskie, nie spotkania osób. Small talk nie jest tu rozmową, lecz rytuałem. Odwiedzone kawiarnie, bary, przestrzenie miejskie stają się scenografiami, nie realnymi miejscami.

Symbolika wizualna komiksu genialnie wzmacnia to poczucie prezentacji. Dominują czernie, szarości, minimalistyczna kreska, uproszczone twarze, spojrzenia bez wyrazu. Świat Nicka jest estetycznie uporządkowany, ale emocjonalnie wyjałowiony. Dopiero momenty autentycznego kontaktu eksplodują kolorem. Barwa nie jest tu dekoracją, lecz kategorią ontologiczną. Kolor = obecność, szarość = alienacja.

Narracyjnie „Tu” nie jest historią miłosną w klasycznym sensie. Relacja Nicka z Wren nie pełni funkcji romantycznej fantazji zbawczej, lecz funkcję inicjacyjną. Wren nie ratuje bohatera, a jest katalizatorem jego przemiany poznawczej. To dzięki niej Nick uczy się języka emocji, który nie jest ironią, dystansem ani autoświadomością, lecz prostotą. Uczy się mówić wprost. A to w świecie McPhaila jest aktem rewolucyjnym.

Szczególnie poruszająca jest równoległa linia narracyjna związana z chorobą matki Nicka. To ona nadaje całej opowieści głębię egzystencjalną. Pokazuje, że alienacja nie jest tylko problemem społecznym czy pokoleniowym, lecz egzystencjalnym lękiem przed bliskością, stratą i śmiercią. Protagonista nie potrafi rozmawiać nie dlatego, że jest introwertykiem, lecz dlatego, że rozmowa wymaga podjęcia ryzyka, a więc także odsłonięcia, utraty kontroli, emocjonalnej ekspozycji.

Styl McPhaila łączy subtelną ironię rodem z „New Yorkera” z głębokim humanizmem. Humor nie służy tu rozładowaniu napięcia, lecz jego oswajaniu. Śmieszność świata nie neguje jego tragizmu, ona go czyni znośnym. To komiks, który potrafi być jednocześnie dowcipny i czuły, lekki i bolesny, ironiczny i empatyczny. Świetnie napisana historia, która udowadnia, że w minimalizmie tkwi olbrzymia siła.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.  

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah