Wydawca: Wydawnictwo JanKa
Liczba stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Współczesna literatura cierpi na nadmiar diagnostów, którzy kryzys dwudziestolatków próbują zamknąć w zgrabnych, socjologicznych tabelkach. Pokolenie Z doczekało się już setek publicystycznych etykiet o przebodźcowaniu, lęku przed przyszłością i alienacji w świecie przepełnionym materialnym komfortem. Rzadko jednak te diagnozy mają w sobie gęstość prawdziwej prozy.
Julia Śliwowska w swoim debiucie „Śpiątko” wykonuje w tym kontekście gest radykalny. Zamiast pisać kolejny manifest o depresji młodych dorosłych, przepisuje ich egzystencjalny impas na unikalny, oniryczny język. To taka proza, w której realizm nieustannie zderza się z absurdem.
Otrzymujemy historię bezimiennej dziewczyny, która po obronie licencjatu z polonistyki utknęła w egzystencjalnej próżni. Mieszka z rodzicami, nie ma pracy i balansuje w zawieszeniu między domowym gniazdem a lękiem przed wejściem w wytyczone przez system koleiny. Jej jedynym, rozpaczliwym buntem staje się próba wywalczenia prawa do snu.
Kiedy jawa okazuje się nieprzyswajalna, a głowę rozsadza gonitwa myśli, ratunkiem staje się zakupiony przez internet materac na kółkach. To przedziwne narzędzie lokomocji pozwala jej uciekać w wymiar, gdzie rzeczywistość można wreszcie rozszczelnić, a ból istnienia znieczulić chemicznym snem po zolpidemie.
W literackim pokrewieństwie tej książki kryje się coś znacznie głębszego niż tylko inspiracja powieścią Ottessy Moshfegh „Mój rok relaksu i odpoczynku”. O ile u Moshfegh hibernacja bohaterki była cynicznym, wielkomiejskim gestem odcięcia od nowojorskiego blichtru, o tyle u Śliwowskiej bezsenność ma w sobie surowość bliższą „Człowiekowi, który śpi” Georgesa Pereca. To ten sam rodzaj radykalnego wycofania, w którym ciało odmawia współpracy z terroryzującym je światem.
To zresztą nie jedyne skojarzenie, jakie miałem podczas lektury. Mobilny mebel Śliwowskiej wchodzi w fascynujący dialog ze słynnym, ciężkim fotelem Alfreda Lamberta z „Korekt” Jonathana Franzena. U amerykańskiego pisarza ten monumentalny skórzany fotel w piwnicy był szańcem starego patriarchy uciekającego przed Parkinsonem i tyranią codzienności. Śliwowska ironicznie tłumaczy ten motyw na język Pokolenia Z (może świadomie, a może nie).
Ciężki, zakorzeniony w podłodze mebel zamienia się w lekki, mobilny materac. Alfred Lambert potrzebował stabilności, by bronić swojej gasnącej tożsamości. Bezimienna dwudziestolatka potrzebuje mobilności w swoim wycofaniu. Jej materac dryfuje razem z nią, pozwalając jej uciekać na leśne polany i w zakamarki miasta.
Oba te rekwizyty pełnią jednak tę samą tragiczną funkcję – są prywatnymi wyspami kapitulacji, na których ciało i umysł odmawiają posłuszeństwa zewnętrznym systemom. Jeden bohater u schyłku życia, druga na jego starcie, oboje szukają azylu przed wymaganiami rzeczywistości.
I na zakończenie skojarzeń jeszcze film. Wizualnie ta proza momentami przypomina duszną, hipnotyzującą atmosferę „Schronienia” Todda Haynesa. Tam bohaterka grana przez Julianne Moore chorowała na współczesną cywilizację – tutaj bezimienna studentka choruje na rzeczywistość, która nie pozwala jej odpocząć. Nadwrażliwość dziewczyny jest tak potężna, że nawet struktura białka kurzego jaja podczas śniadania staje się tematem dogłębnej, niemal bolesnej analizy.
Warto jednak przy tych wszystkich imponujących kontekstach zachować czytelniczy umiar i pamiętać, czym „Śpiątko” jest w swojej esencji. To wciąż kameralny, niespełna stustronicowy debiut, a nie monumentalny traktat egzystencjalny. Śliwowska momentami bywa bezradna wobec własnego konceptu – ucieczka w sen bywa monotonna, a niektóre metafory wpadają w estetyzującą manierę. Tam, gdzie czytelnik chciałby głębszej psychologii, autorka czasem ucieka w bezpieczną, ironiczną pozę, przez co ból bohaterki bywa zbyt gładki, wręcz instagramowy. Wszystkie te wielkie literackie duchy krążą nad tą książką bardziej jako intuicyjne drogowskazy niż równorzędni partnerzy w dialogu. To obiecująca próbka talentu, głos wyróżniający się z tłumu polskich debiutantów (którzy bardzo często stawiają za bardzo na formę), ale nadal czekający na pełne rozwinięcie.
Najciekawsze w „Śpiątku” jest jednak to, jak Śliwowska redefiniuje klasyczny schemat powieści inicjacyjnej. Zamiast tradycyjnej drogi rozwoju i adaptacji do społeczeństwa, dostajemy coś na kształt gombrowiczowskiego egzystencjalizmu, przefiltrowanego przez poetykę snu. Bohaterka próbuje budować swoją podmiotowość nie poprzez działanie, ale poprzez ucieczkę i dystans.
Autorka udanie antropomorfizuje zwierzęta, zrównując je z ludźmi w naturze. W zderzeniu z ludzką hipokryzją i fasadowością tradycji, ten powrót do fauny obnaża pęknięcie między naszymi korzeniami a sztucznymi zasadami, które sami sobie narzuciliśmy.
Tytułowe „Śpiątko” – z formantem językowym rezerwowanym dla istot młodych, bezbronnych, dopiero pączkujących – staje się metaforą każdego, kto nie potrafi wpasować się we współczesną matrycę sukcesu. Śliwowska operuje językiem niesamowicie sprawnym, zakorzenionym w internetowym uzusie i ironii, ale podnosi go do rangi pełnoprawnej literatury.
Ostatecznie zostajemy z gorzkim pytaniem, czy to z dziewczyną jest coś nie tak, czy to raczej społeczeństwo stało się klatką, z której jedynym wolnym wyjściem jest sen. To krótka, ale uderzająca przypowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu autonomii i więzi w świecie, w którym nadmiar bodźców izoluje nas bardziej niż jakikolwiek otwarty konflikt. Bardzo udany debiut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz