Recenzja "Winne" Jarosław Czechowicz

Wydawca:  SEQOJA

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda

Premiera: 27 marca 2020 r.

Jarosław Czechowicz powraca z nową książką. Jego debiut „Toksyczność” to relacja silnie oparta na autobiografii. W „Winnych” wiele wątków w jakimś sensie się powtarza. Jest rodzeństwo, toksyczna matka, brak ojca i zagubienie w otaczającym świecie. A jednak, mimo tych podobieństw, autor zadał sobie trud skonstruowania bardzo ciekawej fabuły, dzięki czemu w książce może odnaleźć się szerokie grono czytelników.

Nie będę ukrywał, że pierwsze 70 stron było dla mnie prawdziwą próbą cierpliwości. Niespieszna narracja dziejąca się w dwóch perspektywach czasowych: teraz i kiedyś, bardzo przypominała mi ograniczoną ramami gatunkowymi powieść obyczajową. Bohaterki – siostry Anna i Irena, mieszkają w dwóch oddalonych od siebie zakątkach Europy. Starsza osiadła w rodzinnym Krakowie, gdzie jako lekarz ginekolog prowadzi tradycyjne życie. Anna uciekła do Islandii. Mieszka w wynajmowanym mieszkaniu w Ísafjörður. Przedzierając się przez kolejne strony opowieści i odkrywając coraz więcej faktów z przeszłości, dochodzimy do wniosku, że dawniej coś ważnego zdarzyło się w tej rodzinie. Ta rozłąka nie jest tylko efektem młodzieńczego buntu, ale następstwem długofalowego procesu powstawania traumy, którego nie da się sprowadzić tylko do przemocy domowej. Winnych może być więcej, a ciężar kolejnych błędów spoczywa na barkach nie tylko obecnego pokolenia, ale też tego już odchodzącego. 

Gdzieś w połowie książki następuje moment przełomowy. Wraz ze spotkaniem sióstr dojdzie do eskalacji długo chowanych emocji. Akcja rozpędzi się, każda strona powieści kryć będzie nową tajemnicę. Napięcie wzrośnie, pojawią się nowi aktorzy dramatu. Układanka wreszcie zacznie nabierać namacalnych kształtów. To wszystko będzie możliwe dzięki dobrze przemyślanej strukturze, w której autor wykorzysta techniki z powodzeniem wykorzystywane w powieściach kryminalnych: retrospektywę, listy, zmieniające się przestrzenie czasowe, proste dialogi, pozornie oczywiste sytuacje. W ten sposób wskoczymy na karuzelę emocji, która dowiezie nas do upragnionego finiszu. Kompozycyjnie kojarzy mi się to z pierwszym sezonem serialu „Wielkich kłamstewek”. 

Właśnie drobiazgowo przemyślana struktura jest największym atutem „Winnych”. Tym bardziej nie rozumiem wydawców, którzy uznali poruszony tu temat za „zbyt trudny”, o czym autor pisze w podziękowaniu. Jarosław Czechowicz oddaje głos kobietom, ich skomplikowanej psychice. Nie boi się pisać o przemocy, o przenoszeniu deficytów między pokoleniami, także o szarości dnia codziennego i niemożności poukładania sobie świata na nowo. Anna podejmując decyzję o ucieczce skrzywdziła nie tylko siostrę, ale też męża. Irena dalej ma wyrzuty sumienia i czuje się odpowiedzialna za tragedię, jaka wydarzyła się lata temu. Ich matka, egoistyczna i bezwzględna kobieta, też nosi w sobie swoje motywacje i cierpienie. Na tle pięknej Islandii, ten potworny smutek jest jeszcze bardziej widoczny, tym silniej eksponowany. Trudno nie ulec temu kameralnemu widowisku nasyconemu bólem małych rodzinnych tragedii, zrealizowanemu z wielką pomysłowością i empatią.

Żeby jednak nie było tak różowo, mam do „Winnych” parę uwag. Mój sprzeciw budzi brak spójności wizji. Z jednej strony autor stawia na krótkie dialogi i budowanie napięcia, z drugiej nie omieszka dopowiedzieć każdej nieścisłości. Chodzi mi tu na przykład o taki wycinek dialogu „— Musisz być przy niej, to teraz bardzo ważne. — Irena chciałaby opowiedzieć trochę więcej o tym, jak ona widzi wyobcowanie siostry, co dzieje się teraz w umyśle stępionym zolpidemem, chciałaby przełożyć wszystkie odczucia na jakieś rady dla Jacka, ale czuje, że są tak samo bezradni. A czas nie uleczy tutaj żadnych ran. Należy tylko dbać o to, by nie było ich jeszcze więcej”. Takich scen jest w książce zdecydowanie za dużo. Jakby autor chciał czytelnikowi odebrać wolę do własnej interpretacji, jakby zapomniał, że to na niedopowiedzeniach i pauzach opiera się wartościowa literatura. Strasznie mnie to przegadanie męczyło, a zamiast wzniecać moją uwagę, usypiało czujność.

Inną kwestią jest podejście do Islandii. Każdy kto Jarosława Czechowicza obserwuje wie, że to wielki sympatyk Kraju Lodu. Widać jak bardzo chciał się swoją fascynacją podzielić. Zamiast jednak zgrabnie obudowywać tło w liryczne i drobiazgowe opisy (zalążki takich też tu bywają), często odwołuje się do przewodnikowego języka i ciekawostek, trochę na siłę wpycha w narrację: „Klasyczne skandynawskie wnętrze, jak by to ktoś określił, choć sama Anna wspomniała jej wczoraj, że Islandia nie jest żadnym krajem skandynawskim, lecz nordyckim”, „wie, że może tutaj siedzieć do wieczora i wciąż na nowo prosić o kolejną filiżankę, bo Húsið — jak sporo islandzkich knajp — każe płacić tylko za pierwszą porcję tego napoju, potem dolewać sobie można bez końca”. I tak dalej. Może nie ma w tym nic złego, ale mnie wybijało z toku opowieści. 

W opisywaniu zbliżeń seksualnych bliżej Czechowiczowi do Murakamiego, niż powiedzmy Henry’ego Millera, czy patrząc na nasz lokalny rynek Jarosława Kamińskiego z „Rozwiązłej”. Kreacja intymności, przynajmniej w moim odczuciu, wymaga dużej czujności twórczej. Niezwykle trudno jest tak oddać erotykę, by ludzie chcieli odnaleźć w teście skrawki siebie i poczuć bliskość, z przedstawionymi wydarzeniami. W „Winnych” cały opis seksu i związanych z nim emocji wydaje się odrealniony, zaczerpnięty z innego, mechanicznego świata. „Seksualne zapomnienie okazało się najbardziej skuteczne. Smak kobiecego ciała był doskonały. Jej kochanka była bardzo pewna siebie, pewna zdobywania rozkoszy Anny. To wszystko było niezwykle intensywne, choć dało się zauważyć, że czułość jest tu reglamentowana, nie wyniknie z tego zbliżenia nic więcej”. W innej scenie, opartej na wspomnieniu Czechowicz pisze „Anna przypomina sobie, jak czuła potrafiła być Selma. Jak odkryły wspólnie, że ciało Anny jest bardzo wrażliwe w dolnym odcinku pleców. Selma umiała zrobić masaż, który rozgrzał i zachęcił resztę ciała do tego, by zespolić się z drugim. Piersi kochanki miały słodki ciężar w dłoniach Anny i bardzo szybko obie kobiety znalazły wspólny, niespieszny rytm podążania ku spełnieniu”. Tu ponownie doświadczamy odejścia od namiętności, na rzecz tęsknoty i samotności. Erotyka jest wykorzystana tylko jako narzędzie do podkreślenia określonego stanu ducha. Nie jest ani fantazyjna, ani demoniczna. Nie nosi znamion lepkości, bliskości czy podniosłości. Jest czysto informacyjna, a przez to w jakimś sensie niepełna i techniczna.

Nie sposób ocenić „Winnych” jednoznacznie. Czuć w nich silnie fascynacje autora mocnymi tematami i odległym klimatem Islandzkiej wyspy. Chciałoby się jakoś tę historię rozwinąć, na przykład rozciągnąć wątek związku matki i siostry, albo dorzucić parę scen zmagania się z surowym klimatem. Chociażby kosztem ograniczenia myśli bohaterów, często zbyt oczywistych. Jarosław Czechowicz to czytelnik wybitny, co do tego nikt nie ma wątpliwości, dziwi mnie więc jego literacka strategia oparta na dopowiedzeniach. Sam uczyłem się recepcji dzieł literackich czytając jego omówienia i wielokrotnie właśnie tę kwestię słusznie punktował. Dlaczego więc sam świadomie ją stosuje? Nie omieszkam podpytać przy spotkaniu autorskim. Na pewno drzemie w „Winnych” olbrzymi potencjał, nie brakuje autorowi wyobraźni i talentu do budowania napięcia. Czytając ją czułem się pochłonięty, a to chyba najlepszy wyznacznik tego, że warto po nią sięgnąć, mimo pewnych niedociągnięć. Fani powieści obyczajowych powinni być zachwyceni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey