Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura koreańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura koreańska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja „Mater 2-10” Hwang Sok-yong

Monumentalna saga Hwang Sok-yonga. Między brutalnym faktem a folklorem. Czy wielka powieść proletariackia ocala historię wykluczonych? Przeczytaj!
Wydawca: Bo.wiem

Liczba stron: 496


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Dominika Chybowska-Jang
 
Premiera: 15 kwietnia 2026 rok

W literackiej topografii Hwang Sok-yonga, wielkiego kronikarza wykluczonych, rzadko trafiamy na krajobrazy kojące. Zamiast nich autor rzuca nas na szczyt fabrycznego komina, gdzie Yi Jin-o – robotnik wymazany z grafiku współczesnej gospodarki – prowadzi swój podniebny, desperacki strajk. To tam, zawieszona między smogiem dzisiejszego Seulu a szeptami przodków, zaczyna się „Mater 2-10”. Jeśli proza Juana Rulfo była ekshumacją meksykańskiego pyłu, to monumentalna saga Hwanga jest próbą ocalenia godności klasy, którą Historia – ta pisana wielką literą – zwykła mielić na przemiał industrialnego postępu.

„Mater 2-10” to saga czterech pokoleń, rozpięta na stuleciu koreańskiego bólu. Od japońskiej okupacji i kolejowego drylu, przez bratobójczą wojnę, aż po brutalny neoliberalizm. Hwang Sok-yong, nominowany za tę powieść do Międzynarodowego Bookera, buduje konstrukcję zawieszoną wpół drogi między brutalnym faktem a folklorem. To tutaj duchy przodków siadają obok Jin-o na kominie, a dawne walki o niepodległość przeglądają się w dzisiejszych transparentach związkowych.

Najmocniejsze fragmenty powieści to te, w których Hwang pozwala przemówić historii bezpośrednio. Widzimy w nich konkretne doświadczenia, a więc pracę na kolei, represje policji kolonialnej, działalność podziemia, chodzenie do kina (filmy „Arirang” i „The Ownerless Ferryboat” funkcjonują tu jako element pamięci kulturowej, nie konkretne odniesienia). Konflikt między braćmi (kolaboracja kontra opór) jest tu czymś więcej, niż abstrakcyjnym dylematem ideologicznym. To egzystencjalny wybór bez dobrego rozwiązania. Właśnie w tych momentach proza nabiera ciężaru, staje się gęsta, niemal dokumentalna, ale jednocześnie naznaczona emocjonalną prawdą.

Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że lektura „Mater 2-10” to proces wymagający. Największą barierą dla zachodniego czytelnika staje się ogromne nagromadzenie podobnie brzmiących koreańskich imion w wielopokoleniowej narracji, które – choć niosą ze sobą rodowe dziedzictwo i symbolikę – w toku opowieści potrafią zlać się w jedną, trudną do rozsupłania masę. Czytelnik często musi walczyć o utrzymanie orientacji w genealogicznym gąszczu, a to naturalnie wybija z rytmu i osłabia emocjonalne zaangażowanie. Hwang ma też tendencję do dopowiadania: kontekstów, struktur, genealogii. Narracja wielokrotnie zatrzymuje się, by wyjaśnić, uporządkować, nazwać. W efekcie powieść momentami dryfuje w stronę wykładu historycznego, tracąc impet literacki.

Podobny problem dotyczy warstwy językowej. Niezależnie od tego, czy wynika to z oryginału, czy z przekładu, styl bywa zaskakująco generyczny. Zdania wielokrotnie złożone o powtarzalnej konstrukcji – często spięte frazami w rodzaju „sprawia to” czy „oznacza to” – nadają narracji rytm jednostajny. Tam, gdzie u Raymonda Carvera czy Lydii Davis milczenie było nośnikiem znaczenia, u Hwanga nadmiar słów bywa jego rozproszeniem. Momentami przypomina to literaturę faktu niskiej próby lub niefortunne tłumaczenie, które zgubiło po drodze lekkość oryginału. Po pewnym czasie przestaje się je nawet wyłapywać. I nie dlatego, że znikają. Po prostu stają się normą.

Nie znaczy to jednak, że projekt Hwanga się nie udaje. Wręcz przeciwnie – jego ambicja pozostaje imponująca. „Mater 2-10” to jedna z nielicznych współczesnych prób napisania wielkiej powieści proletariackiej, która nie ucieka ani w nostalgię, ani w ideologiczną prostotę. Autor konsekwentnie pokazuje, że historia klasy robotniczej to nie linearna opowieść o postępie, lecz ciąg powracających napięć. Między pracą a wyzyskiem, pamięcią a zapomnieniem, nadzieją a jej permanentnym odraczaniem.

Symboliczny tytuł nawiązujący do unieruchomionej lokomotywy w strefie zdemilitaryzowanej, dobrze oddaje charakter tej książki. To opowieść o ruchu, który został zatrzymany, o historii, która nie znalazła swojego domknięcia. Jin-o na kominie nie jest bohaterem w klasycznym sensie. Jest raczej punktem styku. Miejscem, w którym przeszłość i teraźniejszość na chwilę się spotykają, by zaraz znów się rozminąć.

Po lekturze pozostaje ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony mam ogromny szacunek dla skali i intencji. Z drugiej strony pozostaje świadomość, że ciężar materiału momentami przygniata samą formę. Hwang chce ocalić pamięć i rzeczywiście coś z niej ocala. Pytanie tylko, czy nie robi tego kosztem literackiej intensywności (chociaż podkreślam przy tym, że nie znam oryginału, a jedynie polskie tłumaczenie).

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.   

Recenzja "Gdy dojrzewa gryka" Yi Hyosŏk

Świat pęka między nagością a normą. Recenzja, która rozbiera modernizm do kości i demaskuje jego ukrytą siłę.
Wydawca: PIW

Liczba stron: 144


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie:
Ewa Rynarzewska

Premiera: 13 maja 2025 rok

Są książki, które przychodzą do człowieka jak burza: nie pytają, czy może; nie pytają, czy gotów. Po prostu się zdarzają. Taki jest zbiór „Gdy dojrzewa gryka”, pierwsze spotkanie polskiego czytelnika z Yi Hyosŏkiem — autorem, którego nie da się czytać z dystansu. On wchodzi pod skórę, rozpina guziki, rozwiązuje gorset konwenansów i pokazuje: oto człowiek. Nagusieńki. Cielesny. Żywy.

Yi Hyosŏk (1907–1942) był jak D.H. Lawrence, ale z duszą Wschodu i cielesnością wplecioną w rytmy natury, nie industrialnej melancholii. Pisał o seksualności w czasach, gdy słowo „namiętność” leżało spętane w konfucjańskim kagańcu. Robił to świadomie, zuchwale, z czułością i brutalnością jednocześnie. Jakby wiedział, że tylko tak można dotknąć prawdy. Nie idealizował pragnienia, nie wpisywał go w romantyczne frazesy. Zamiast tego zanurzał swoich bohaterów w błocie instynktów, w świat, w którym pożądanie nie jest grzechem tylko koniecznością.

Zaczynał jako pisarz o proletariackiej duszy, ale z czasem porzucił ideologię na rzecz indywidualnej eksploracji. Piękna, ciała, wolności. To właśnie w latach 30. jego proza nabiera smaku — i to smaków ostrych, czasem kwaśnych, zawsze nasyconych. Był modernistą, ale nie w manierze salonowej. Jego modernizm rozszczepiał obraz świata, rozdartego między cielesnością a hipokryzją.

Tytułowe opowiadanie uchodzi za arcydzieło. Czy dla mnie nim jest? Niekoniecznie, to trochę za mocne słowo. Czuję w nim jednak dużą siłę. Jest liryczne, niemal eteryczne, a jednak pod spodem buzujące niepokojem. Gryka kwitnie, bieli się jak ciało w półmroku. Dwóch mężczyzn podróżuje przez wiejski krajobraz. A razem z nimi snuje się przeszłość, wspomnienia, nieoczywiste pragnienia. I wtedy pojawia się ona. Dziewczyna — figura może rzeczywista, może wspomnieniowa, może symboliczna — która przynosi ze sobą coś, co przypomina sen o niespełnionej bliskości. Yi Hyosŏk potrafi tu stworzyć krajobraz tak zmysłowy, że niemal czujemy zapach dojrzałej gryki i dotyk sierpniowego powietrza na skórze. Nie dzieje się wiele, ale jednocześnie dzieje się wszystko: wewnętrzny krajobraz bohatera rozkwita równolegle z naturą. Seksualność nie jest aktem, jest atmosferą.

W zbiorze znajdziemy też „Punnyŏ”. To opowiadanie wbija nóż tam, gdzie najbardziej boli. Punnyŏ, młoda dziewczyna, doświadcza świata mężczyzn nie jako kochanka, ale jako obiekt, który najpierw się bierze, potem odrzuca. Gwałcona, wykorzystywana, bita — ale też świadomie poszukująca przyjemności, przekraczająca granice narzucone przez matkę, sąsiadów, społeczeństwo. Yi Hyosŏk nie ucieka od brutalności. Wręcz przeciwnie, pokazuje ją z taką szczerością, że współczesny czytelnik może mieć problem: czy to wyzwolenie, czy pogwałcenie?

To właśnie siła tej prozy. Autor nie daje łatwych odpowiedzi. Punnyŏ nie jest ofiarą, ani heroiną — jest kimś pomiędzy, kimś niepokojąco ludzkim.

Kolejny tekst ze zbioru to słodycz, która pali gardło. „Cierpkie morele” najpierw zachwycają zapachem, potem zostawiają cierpki posmak. Yi Hyosŏk opowiada tu o miłości, która nie potrafi się spełnić. I może dobrze. Bohaterowie są zbyt uwikłani w to, czego im nie wolno, a czego pragną. Ich relacja jest jak taniec, w którym kroki się mylą, ale emocje zostają. Wrażliwość autora zachwyca. Pokazuje, że nawet niespełnienie może być piękne, jeśli tylko pozwolimy sobie je poczuć w całej intensywności.

„Róża jest chora” to aluzja do Blake’a? Autor pokazuje kobietę zarażoną syfilisem. Nie w roli ofiary, lecz jako figurę wolności, buntowniczkę, która nie boi się ciała, nawet jeśli ono ma w sobie zarazę. To opowieść o miłości, która boli. I o tym, jak bardzo kobieta może być wolna. Nawet jeśli za tę wolność zapłaci społecznym ostracyzmem, samotnością albo śmiercią.

To opowiadanie to modernizm pełną gębą: cielesność, choroba, pożądanie, upadek, odkupienie — wszystko w jednym krótkim tekście, który zostawia po sobie dziwne uczucie: niepokój i zachwyt jednocześnie.

Na koniec „Widma miasta”. Najstarszy tekst w zbiorze, ale jeden z najbardziej poruszających. Miejski pejzaż, melancholia, rozpad tożsamości w tłumie i betonie. Yi pokazuje tu inne oblicze swojej twórczości, bardziej oniryczne, introspektywne, ale nadal w duchu sensualnego doświadczenia świata. Przeszłość kroczy za bohaterem jak cień, jak widmo i nie daje o sobie zapomnieć. Można uciec ze wsi do miasta, ale nie ucieknie się od samego siebie.

Yi Hyosŏk to pisarz, który miał odwagę pisać o rzeczach, o których milczano. Który zrobił z seksualności temat poważny, filozoficzny, cielesny i estetyczny zarazem. Który — choć żył krótko — zostawił po sobie literaturę drapiącą, wzruszającą i fascynującą. Ten zbiór to nie tylko spotkanie ze słowem. To lustro, w którym odbija się nasze własne napięcie między pragnieniem a powinnością, między tym, co czujemy, a tym, co wypada.

Przeczytaj też recenzje innych książek z serii Proza Dalekiego Wschodu:
1.  "Wencheng" Yu Hua
2. "Czteroksiąg" Yan Lianke
3.  "Dawna stolica" Yasunari Kawabata
4. "Zapiski z Hiroszimy" Kenzaburō Ōe
5. "Uśmiechnięty wilk" Yūko Tsushima
6. "Głos góry" Yasunari Kawabata
7. "Tajemniczy pociąg" Can Xue
8. "Wencheng" Yu Hua 
9. "Opowieści znad rzei Hulan" Xiao Hong
10. "Tęczujący popiół" Sheng Keyi

Recenzja "Mamuśki" Ma Yeong-shin

"Mamuśki" Ma Yeong-shin to świetny komiks o niezależności kobiet
Wydawca: Kwiaty Orientu

Liczba stron: 372


Oprawa: miękka

Tłumaczenie: Marzena Stefańska-Adams

Premiera: 25 stycznia 2023 rok

Andriej Tarkowski, wybitny radziecki reżyser filmowy, w swojej książce zatytułowanej „Czas utrwalony” napisał „Prawdziwy obraz artystyczny inspiruje odbiorcę do jednoczesnego przeżywania złożonych, odmiennych, a niekiedy nawet wzajemnie wykluczających się uczuć”. Biorąc ten cytat za miarę dzieła literackiego można śmiało powiedzieć, że komiks „Mamuśki” Ma Yeong-shin jest dokonaniem artystycznym. Jego lektura jednocześnie czaruje, wciąga, oburza, hipnotyzuje, uwiera, bawi. Stąd trudno się dziwić skrajnym ocenom na goodreads. Już w pierwszych kadrach czytamy wiadomość otrzymaną smsem „Ty kretynko, to ja powinnam na ciebie złożyć skargę”. Chwilę później nadchodzi odpowiedź „Idź myć gówna innych…”. Stronę dalej autor idzie jeszcze krok dalej i w usta jednej ze swoich bohaterek wkłada okrzyk „Ty SUKO”. Tak mocne rozpoczęcie to nic innego jak komunikat „Albo drogi czytelniku akceptujesz moją bezpośredniość, albo poszukaj innego miejsce dla siebie”. 

"Mamuśki" Ma Yeong-shin od początku wysyłają jasny komunikat do czytelnika: albo akceptujesz bezpośredniość, albo poszukaj innego miejsce dla siebie"

Główna oś fabularna kręci się wokół czterech kobiet po pięćdziesiątce. Lee Soyeon to rozwódka znajdująca się w toksycznym związku. Myeong-ok ma romans z młodszym mężczyzną. Yeonsun jest zamożna, co przyciąga amatorów płci przeciwnej.  Yeonjeong z kolei nie może polegać na mężu, który w sprawach łóżkowych, delikatnie mówiąc, nie wykazuje się odpowiednim zaangażowaniem. „Mamuśki” to fragmentaryczna narracja o współczesnej kobiecie. Ma Yeong-shin mnoży wątki, wprowadza elementy humoru, ale nie szczędzi też przykrości swoim bohaterkom. Ich partnerów trapią różnorakie nałogi: od hazardu, przez alkohol, aż na kobietach kończąc. Lee Soyeon, Myeong-ok, Yeonsun i Yeonjeong są tu reprezentantkami całego pokolenia. Bez znaczenie pozostaje, gdzie tak naprawdę rozgrywa się akcja. Podobne emocje i rozczarowania stanowią o życiu wielu Brazylijek, Kanadyjek, Australijek czy Polek. 

 „Mamuśki” Ma Yeong-shin to fragmentaryczna narracja o współczesnej kobiecie.

„Mamuśki” nie są bynajmniej moralitetem czy jakąś formą apelu. To perfekcyjnie skonstruowana powieść graficzna, która pokazuje życie wbrew tradycjom. Ma Yeong-shin dowodzi, że kobiety nie tylko mogą same pracować, ale też brać sprawy uczuciowe we własne ręce. Wiek, przynależność do grupy towarzyskiej, wstyd pokoleniowy – to wszystko nie ma tu żadnego znaczenia. Bohaterki idą na całość, doświadczają przygód seksualnych, lądują w niewielkich pokojach w motelach, podejmują się bójek w dusznych zaułkach. Żyją pełną życia.

W nadaniu zawrotnego rytmu narracji pomagają ilustracje. Czarno-białe kadry, raz ukazujące bohaterów z oddali, w innym momencie skupiające się na szczegółach, są bardzo precyzyjne. Autor mniej interesuje się drugim planem, gdzie na ogół nie dzieje się nic, całą uwagę skupiając na bodźcach i towarzyszących im emocjach. Nie jest to może graficzne rozpasanie czy artystyczne arcydzieło, ale w tych prostych kreskach drzemie duża siła narracyjna.

"Mamuśki" autorstwa Ma Yeong-shin to pierwszy komiks w repertuarze Kwiatów Orientu

„Mamuśki” są komiksem z tezą. I jako taki budzi on skrajne emocje. Jedni odnajdują w nim powód do dyskusji na temat wyzwolenia kobiet. Inni, zmęczeni już tą kwestią mówią, że nie ma tu nic odkrywczego. Są też tacy, którzy zarzucają wizji Ma Yeong-shin nieumiarkowanie i nadmierny hedonizm. Ja proponuję podejść do tej lektury bez oczekiwań, bez szukania w niej prawd objawionych. Właśnie wtedy „Mamuśki” okazują się całkiem zabawnym portretem kobiet, które chcą od życia czegoś więcej niż nudnych związków, dzieci i monotonii. Nie mam pewności, czy takie postępowanie jest słuszne. Ale ja tu nie chciałem znaleźć jakiejś życiowej porady. Pragnąłem razem z bohaterkami przeżyć kilka incydentów, zajrzeć do miejsc, których na co dzień nie odwiedzam, oburzyć się, by po chwili utonąć w morzu empatii i śmiechu. po prostu nieźle się bawić. I właśnie to otrzymałem. „Mamuśki” wykorzystując artystyczną  strukturę i odwagę autora, są gwarancją udanej rozrywki.

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah