Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura włoska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja „Opowieść jesienna” Tommaso Landolfi

Czy z labiryntu trzeba uciekać? Odkryj, jak Landolfi odwraca mit Teseusza i przetwarza traumę utraty domu w Opowieści jesiennej.
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 128


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Anna Wasilewska
 
Premiera: wrzesień 2026 rok

Rok 1946 we włoskiej literaturze to czas neorealizmu. Pisarze skrupulatnie rozliczali historię, opisywali partyzantkę i pokazywali wojenne rany w sposób niemal dokumentalny. Tymczasem Tommaso Landolfi usiadł w swoim rodzinnym domu i stworzył rzecz zupełnie osobną. „Opowieść jesienna” nosi wprawdzie pewne ślady historycznego konkretu. Mamy przecież ściganego żołnierza, wojenny chaos i przemykające w tle wojska. To wszystko tworzy jednak tylko ramę. Prawdziwa akcja bardzo szybko ucieka z pola walki i przenosi się w rejon mrocznej, odrealnionej fantastyki, w której wyraźnie słychać echa prozy Edgara Allana Poego czy późniejszych powieści Shirley Jackson.

Główny bohater to uciekinier, prawdopodobnie partyzant lub dezerter, który szuka schronienia w lasach. Trafia na stary, opuszczony dwór arystokratyczny. Wkracza do niego trochę siłą, szukając jedynie dachu nad głową przed deszczem i pościgiem. Bardzo szybko okazuje się jednak, że ten dom nie jest zwykłym budynkiem. To architektoniczny potwór.

Landolfi zasypuje nas detalami. Opisuje podniszczone meble, stare ubiory, ciasne korytarze, przejścia w murach i stropy. Im więcej szczegółów dostajemy, tym mniej rozumiemy z planu tej posiadłości. Pisarz stosuje tu zabieg niezwykły, a mianowicie używa precyzyjnego języka, by zasiać absolutną dezorientację. Dwór staje się niemożliwym do narysowania labiryntem, w którym bohater błądzi bez końca. Zamiast dającego bezpieczeństwo azylu, dom przeistacza się w pułapkę.

Ten wątek ma przejmujące tło biograficzne. Rodzinna posiadłość Landolfiego w Pico pod koniec wojny została dotkliwie zniszczona i rozgrabiona przez żołnierzy. Dla autora, który zresztą pisał tę książkę na zgliszczach, było to przeżycie wręcz dewastujące. Utrata rodowego gniazda nałożyła się w jego psychice na wczesną utratę matki, która zmarła, gdy pisarz miał około półtora roku. Dlatego końcowa scena w powieści nie jest zwykłym zwrotem akcji. Landolfi opisuje to zniszczenie jak masakrę ludzkiego ciała – dom krwawi, ma odsłonięte wnętrzności i rozszarpaną tkankę. To literackie przetworzenie traumy po utracie miejsca, które miało chronić przed światem.

Bardzo celny trop w odczytaniu tej przestrzeni podrzuca badacz Étienne Boillet. Odwołuje się on do mitu o Tezeuszu. W klasycznej opowieści bohater wchodzi do labiryntu z jasnym celem – chce zabić potwora i za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz, do światła i do ludzi.

Bohater Landolfiego postępuje dokładnie odwrotnie. On nie szuka wyjścia. Świadomie i z rosnącą fascynacją schodzi coraz głębiej, w samą mroczną przestrzeń mitu. Świat zewnętrzny, ze swoją wojną, Historią i obowiązkiem, przestaje dla niego istnieć. Labirynt wprawdzie przeraża narratora, ale zarazem stanowi jedyną osłonę przed brutalnością rzeczywistości.

W samym centrum tej labiryntowej konstrukcji stoją dwie kobiety, które napędzają fabułę. Obie nazywają się tak samo – Lucia. Pierwsza z nich to zmarła żona właściciela dworu. Jej postać znamy początkowo tylko z portretu, który fascynuje bohatera. Z czasem ujawnia ona swoją mroczną naturę podczas przerażającej seansu nekromancji. To demoniczna dark lady, symbol zmysłowego pożądania, perwersji i złamania wszelkich zakazów.

Druga Lucia to jej córka. Wygląda identycznie jak matka, jest jej fizycznym sobowtórem, ale pod względem charakteru stanowi jej całkowite zaprzeczenie. Jest naiwna, czysta i dobra. Jej imię, pochodzące od łacińskiego luce (światło), nie jest przypadkowe. To ona na chwilę rozświetla ponure mroki posiadłości. Córka żyje jednak w cieniu straszliwej przeszłości. Jest uwięziona przez ojca, który widzi w niej reinkarnację zmarłej żony, a przy tym zostaje obciążona klątwą. Matka zapowiedziała bowiem przed śmiercią, że jeśli Lucia pokocha kogoś innego, ginie.

Przepowiednia spełnia się bezlitośnie. Gdy między bohaterem a dziewczyną rodzi się uczucie, do dworu wdzierają się obcy żołnierze. Lucia zostaje brutalnie zamordowana, a historia brutalnie wkracza w ten mityczny świat.

„Opowieść jesienna” nie była by jednak tym czym jest dla literatury, gdyby nie język. Znawcy Landolfiego wiedzą, że to pisarz, który uwielbiał groteskę, makabryczny humor, kpinę i złośliwą ironię. W tym utworze niemal całkowicie z tego rezygnuje. Powieść jest śmiertelnie poważna, ponura i napisana w tonie czystego, wręcz melodramatycznego tragizmu.

Autor, którego opowiadanie można było przeczytać w antologii „Opowieści niesamowite, t. 7: z języka włoskiego", używa przy tym języka stylizowanego na XIX-wieczną polszczyznę i włoszczyznę, pełnego archaizmów i wysmakowanych form. Badacze nazywają to czasem „lingwa-pelle” – językiem-skórą albo językiem-schronieniem. Działa on dokładnie tak samo jak sam dwór, a więc ma odgradzać pisarza od banału i brutalności czasów, w których przyszło mu żyć.

Finał utworu przynosi przejmujący akcent autobiograficzny. Po latach bohater wraca na ruiny posiadłości i sadzi na grobie Lucii krzew róż. W oryginale pojawia się słowo rosellina. To czytelny ukłon w stronę Rosiny, kuzynki Landolfiego, która opiekowała się nim po śmierci matki i również zmarła bardzo młodo, mając zaledwie 26 lat.

„Opowieść jesienna” okazuje się więc czymś znacznie więcej niż sprawnie napisanym horrorem gotyckim. To głęboka, podszyta autobiograficznym bolesnym doświadczeniem opowieść o niemożności ucieczki przed czasem, o stracie i próbie zaklinania rzeczywistości za pomocą literatury.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.   

Recenzja "Do perfekcji" Vincenzo Latronico

"Do perfekcji" Vincenzo Latronico to przykład włoskiej powieści
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 128


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie:
Katarzyna Skórska

Premiera: 14 maja 2025 rok

Vincenzo Latronico w swojej krótkiej powieści „Do perfekcji” tworzy literacki portret współczesnego człowieka Zachodu uwikłanego w logikę późnego kapitalizmu, zinternalizowanego nadzoru oraz estetyzacji codzienności. Na przykładzie relacji dwojga bohaterów, Anny i Toma, autor ukazuje mechanizmy, dzięki którym pozór autentyczności zastępuje rzeczywiste doświadczenie, a życie zamienia się w projekt, podlegający nieustannej optymalizacji i autoeksploatacji.

Narracja prowadzona w trzeciej osobie przy zachowaniu ścisłej perspektywy wewnętrznej nadaje opowieści znamiona chłodnej introspekcji. W ten sposób pisarz zbliża powieść do współczesnej prozy intymistycznej o zabarwieniu eseistycznym (kierunek, którym podążają np. Ottessa Moshfegh, Ben Lerner czy Sally Rooney). Jednocześnie mamy tu do czynienia z ironiczną, choć niepozbawioną empatii diagnozą pokolenia, które funkcjonuje w stanie permanentnego performansu.

Latronico posługuje się językiem precyzyjnym, oszczędnym, niekiedy wręcz technokratycznym (bardzo dobrze oddany po polsku), co odpowiada analizowanemu przez niego światu „estetycznego kapitalizmu”. Opisy wnętrz, aplikacji czy interakcji społecznych operują słownikiem z pogranicza designu, psychologii użytkowej i technologii cyfrowych. W sposób naturalny potęguje to wrażenie narracyjnej alienacji i ilustruje, w jaki sposób język współczesności kolonizuje również nasze emocje.

Jak prezentuje się „Do perfekcji” pod względem tematycznym? Dzieło wpisuje się w tradycję literatury egzystencjalnej, choć nie tyle poprzez klasyczne pytania o sens czy wolność, ile raczej poprzez ukazanie subtelnych, strukturalnych form zniewolenia (wynikających z dobrowolnego uczestnictwa w systemie opartym na wizerunku, samooptymalizacji i znormalizowanej produktywności). Na uwagę zasługuje też diagnoza jednego z ważniejszych mechanizmów społecznych XXI wieku: utowarowienia afektów. Powieść ta z powodzeniem może być odczytana w świetle teorii ekonomii afektu, która zakłada, że emocje, zamiast być spontanicznym doświadczeniem wewnętrznym, stają się dziś elementem obiegu gospodarczego. Są produkowane, zarządzane i konsumowane.

Nuda, melancholia, fascynacja, niepokój, rozczarowanie — funkcjonują nie tylko jako elementy psychologiczne, ale jako społecznie dystrybuowane struktury odczuwania. Anna i Tom nie „czują”, lecz raczej pracują nad odczuwaniem, analizują swoje emocje, konsultują je z dyskursami terapeutycznymi, estetycznymi czy cyfrowymi, a następnie porządkują je tak, by były spójne z wizerunkiem.

W tym sensie „Do perfekcji” trafnie wpisuje się w refleksje Evy Illouz nad „ekonomią emocjonalnego kapitalizmu”, w której granica między uczuciem a jego reprezentacją zostaje zatarta. Latronico ukazuje, jak jego bohaterowie internalizują logikę rynku — również w sferze emocjonalnej. Uczucia stają się inwestycją (np. czas spędzony z partnerem), kryzysy relacji kosztem, a rozstanie racjonalną decyzją o minimalizacji strat.

Z perspektywy afektywnej ekonomii, warto też zauważyć, jak opowieść o parze „cyfrowych nomadów” rozgrywa się w przestrzeni uprzywilejowanej, ale nieautentycznej. Berlin, Lizbona czy Rzym nie mają tutaj statusu konkretnych miejsc, lecz stają się scenografiami do autoinscenizacji. Miejsca nie są doświadczane afektywnie, lecz konsumowane wizualnie i konwertowane na symboliczny kapitał (np. za pomocą zdjęć, wspomnień, narracji). Emocjonalna pustka nie wynika z ich braku, lecz z ich nadprodukcji. Uczucia są produkowane w nadmiarze, ale tracą intensywność i głębię.

To tylko jeden z tropów, jakie mi się nasunął podczas lektury. Z perspektywy literaturoznawczej książka Latronica stanowi tym samym cenny przykład prozy, która nie tyle opowiada historię i składa hołd "Rzeczom" Pereca, co raczej przeprowadza swoiste laboratorium współczesności. Jest to narracja niskiej intensywności fabularnej, ale wysokiej intensywności refleksyjnej. W ten sposób otrzymujemy interesujący materiał analityczny zarówno dla badaczy współczesnej powieści, jak i dla kulturoznawców zainteresowanych przemianami podmiotowości w epoce późnego neoliberalizmu.  Nominacja do Bookera? W ogóle mnie nie dziwi. O tej książce warto rozmawiać.

Recenzja "Spluń trzy razy" Davide Raviati


Odkryj wielowymiarowy świat włoskiej prowincji w komiksie „Spluń trzy razy” Davide'a Reviatiego – recenzja opowieści o dorastaniu, wykluczeniu i życiu na granicy kultur.
Wydawca: Mandioca

Liczba stron: 568


Oprawa: miękka

Tłumaczenie: Katarzyna Skórska

Premiera: 29 sierpnia 2024 rok

"Spluń trzy razy" Davide'a Reviatiego to komiks, który podejmuje próbę zajrzenia w przeszłość włoskiej prowincji. Jednocześnie ten kilkusetstronicowy utwór konfrontuje nas z tematem inności i wykluczenia. Akcja toczy się gdzieś na wiejskich przedmieściach jakiegoś dużego miasta. To tam grupa nastolatków spędza czas, doświadczając pierwszych smaków dorosłości – alkoholu, papierosów, bójek i zawiązywania przyjaźni. Skojarzenia z „Ulicznikami” Piera Paolo Pasoliniego są jak najbardziej na miejscu. Zresztą nie tylko z nimi, bo odniesień do kina i literatury można tu odnaleźć co najmniej kilka. W tle tej opowieści przewija się też społeczność Romów widziana oczami dzieci, z mocno uwarunkowanym przez dorosłych spojrzeniem pełnym uprzedzeń.

Reviati oddaje hołd życiu na włoskiej prowincji, ale robi to bez zbędnego sentymentalizmu. Komiks płynnie łączy elementy realistyczne z poetycką nutą, a autor, czerpiąc z estetyki włoskiej literatury XX wieku, osadza fabułę w swoistym "terytorium pamięci". Twórca prowadzi czytelnika przez historie małych, pozornie nieważnych zdarzeń, które jednak układają się w mozaikę opowieści o dojrzewaniu.

Narracja rozpisana jest na wiele głosów i perspektyw, przypominając bardziej powieść niż typowy komiks o dorastaniu. To, co zasługuje na uznanie, to sposób, w jaki autor umiejscawia akcję w szerokim kontekście historycznym i społecznym. W jego opowieści pobrzmiewają echa neorealizmu: mamy tu świat dorosłych, świat młodzieży, ale też przyrodę i społeczność Romów – w oczach Włochów często postrzeganych na równi z dzikimi zwierzętami.

Zasłużone uznanie budzi także warstwa graficzna. Reviati wykorzystuje swój nieco surowy, „rysowany pazurem” styl, by oddać trudy życia w prowincjonalnym, zamkniętym środowisku. Jego kreska jest dynamiczna, czasami przypomina eksplozje z prac Francisa Bacona – pełne emocji, prawdziwie wyczuwalnych w każdym detalu. Mimo tego, jego ilustracje są też mocno kontrolowane, a każda linia wydaje się mieć swoje znaczenie, nadając historii głębszy wymiar.

Komiks pozostawia wrażenie fragmentaryczności. "Spluń trzy razy" to nie tyle jednolita historia, co bardziej zbiór epizodów – przypomina szkic pamięci, w którym przeplatają się wspomnienia różnych chwil, ale nie zawsze tworzą one całość. Epizodyczność narracji może być dla niektórych czytelników nieco problematyczna, bo sprawia, że fabuła nie tworzy w pełni spójnej opowieści. Dla mnie jednak, człowieka zakochanego w krótkich formach i niedopowiedzeniu, taki zabieg potwierdza olbrzymi talent i odwagę autora.

Reviati stawia na pierwszym planie historię Guido i jego przyjaciół. Kwestie związane z romską społecznością rozgrywają się niejako na marginesie. Są widziane z boku i przez pryzmat młodych bohaterów, co ogranicza głębsze spojrzenie na ich los. To celowy zabieg – życie Romów jest zaledwie tłem mówiącym o współistnieniu i napięciach międzykulturowych. Im jest o nim ciszej, im bardziej spychany jest na dalsze miejsce, tym mocniej wybrzmiewa w krwioobiegu czytelnika.

Dodatkowym atutem jest bonus w postaci opowieści o Papuszy, poetce romskiej, odkrytej przez Jerzego Ficowskiego. Jej historia symbolizuje wyzwanie związane z życiem pomiędzy światami i próbę integracji bez utraty tożsamości. Papusza, jako postać wpleciona w zakończenie komiksu, stanowi piękną paralelę do tematów poruszanych przez Reviatiego, a przy okazji odnosi się do polskiego czytelnika w bezpośredni sposób.

"Spluń trzy razy" to w moim odczytaniu piękna, wnikliwa i wizualnie niezwykle ciekawa opowieść, rozciągnięta między chęcią opowiedzenia historii o dojrzewaniu a próbą uchwycenia problemów złożonej rzeczywistości społecznej. Reviati przedstawia się polskiemu czytelnikowi jako świetny obserwator i artysta.

Recenzja "Ryż" Su Tong