Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura chińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura chińska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Łuskanie bobu w blasku księżyca" Xue Mo

Ascetyczna, hipnotyczna proza o życiu na chińskiej prowincji – o głodzie, pamięci i zgodzie na los, gdzie realizm splata się z mitem.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 216


Oprawa: miękka z obwalutą
 
Tłumaczenie: Marta Torbicka
 
Premiera: 19 stycznia 2026 rok

Kiedy sięgam po „Łuskanie bobu w blasku księżyca” autorstwa Xue Mo, mam poczucie, że wchodzę w przestrzeń surową jak pustynny wiatr i jednocześnie intymną jak szept wypowiadany nocą przy wygasającym palenisku. To moja kolejna podróż na Daleki Wschód, ale tym razem nie jest to wycieczka turystyczna. To proza głęboko zakorzeniona w prowincji Gansu, a jednocześnie dialogująca z wielkimi tradycjami literackimi Wschodu i Zachodu.

Xue Mo to jeden z najważniejszych współczesnych prozaików chińskich. Jest autorem kilkudziesięciu książek, wielokrotnie nagradzanym i tłumaczonym na mnóstwo języków. Pisze z wnętrza swojego regionu i to czuć niemal w każdym zdaniu. Pustynia, wiatr, głód, religijne napięcie, wiejska wspólnota, bieda i godność – to nie dekoracje, lecz żywioły kształtujące człowieka. Jego proza przywodzi mi na myśl zarówno nurt wiejski obecny w literaturze polskiej, jak i amerykańskie Południe spod znaku moralnego niepokoju. A jednocześnie wszystko to jest bez reszty chińskie, zakorzenione w lokalnym micie, w ludowym imaginarium, w doświadczeniu historycznych wstrząsów. Czy nie podobnie wygląda to u Mo Yana? Nie tyle na poziomie stylistycznej ekspresji (Xue Mo jest bardziej powściągliwy, mniej barokowy), ile w sposobie łączenia realizmu z elementem mitycznym i cielesnym. U obu autorów wieś jest miejscem, gdzie historia, polityka i biologia splatają się w nierozerwalny węzeł. Jednak tam, gdzie Mo Yan bywa groteskowy, Xue Mo wybiera ascetyczną tonację.

Cztery opowiadania, różne formalnie i w tonie, spina wspólna nuta. Mam tu na myśli zgodę na los, która nie jest rezygnacją, lecz formą mądrości. Widać to przede wszystkim w „Pięknie”. Oto historia młodej kobiety dotkniętej wstydliwą chorobą weneryczną staje się opowieścią o społecznej przemocy, o ostracyzmie. To niemal purytański mechanizm wykluczenia, przeniesiony w realia chińskiej prowincji. A przecież Xue Mo nie oskarża jednostki. Raczej odsłania system społecznych lęków i hipokryzji. W tej perspektywie jego opowiadanie mogłoby stanąć obok „Szkarłatnej litery”, choć operuje zupełnie inną symboliką. A przy okazji można się z niego dowiedzieć, jak cenne w leczeniu kiły jest okopcenie wrzodów dymem z palonych krowich fekaliów.

Motyw zgody na los pojawia się też w „Dziewczynach i cyjonach”, choć tu miesza się z próbą walki o przetrwanie. To tekst najdłuższy i najbardziej fizyczny. Niemal survivalowa medytacja nad nietrwałością. Dwie kobiety przemierzające pustynię w towarzystwie wielbłąda zmagają się z głodem, spiekotą i z własnym cieniem. Barwne oczy w mroku to ślepia drapieżników, ale też projekcja strachu. Pustynia w tej noweli jest żywa, ma osobowość, oddycha i obserwuje. Czytając zimą, siedząc pod dachem, z herbatą w dłoni, czułem żar piasku niemal fizycznie. Momentami miałem wrażenie, że ta wędrówka się dłuży, ale tak właśnie miało być. Znużenie, powtarzalność, powolne osuwanie się sił – to kwestia buddyjskiej nietrwałości. Czas w tych opowiadaniach nie biegnie liniowo. On się osadza jak pył.

Analizując pogodzenie się z losem nie sposób nie wspomnieć o biednym handlarzu, który całe życie niesie w sobie miłość utraconą w młodości. W jego historii pobrzmiewa doświadczenie przymusowych migracji, głodu, rozpadu rodziny. Jest w nim fatalizm, ale i cicha wielkość. Ten bohater, dzielący się ostatnim groszem, karmiący psa, oferujący strawę duchom opiekuńczym, jest figurą trwania. W jego prostym gotowaniu yamów i klusek odnajduję metafizykę codzienności. To literatura, która nie potrzebuje wielkich gestów. Wystarcza miska parującej zupy i księżyc nad progiem domu. Czy tylko ja miałem skojarzenia z Gabrielem Garcíą Márquezem i jego „Miłością w czasach zarazy”?

Myślę też o Williamie Faulknerze. Tak jak autor „Wściekłości i wrzasku” stworzył własne, mityczne Yoknapatawpha, tak Xue Mo buduje literacką topografię Gansu z jej pamięcią głodu, migracji, społecznych napięć. W obu przypadkach region staje się mikrokosmosem świata. Bohaterowie nie są jednostkami wyrwanymi z kontekstu, lecz węzłami w gęstej sieci pokoleniowych zależności. Czas nie płynie linearnie, a raczej krąży, osadza się w pamięci, powraca jak pył unoszony wiatrem.

W prozie chińskiego twórcy niezwykle silna jest obecność świata nadprzyrodzonego. Duchy przodków, znaki czy sny są naturalnym elementem rzeczywistości. Granica między żywymi a umarłymi bywa płynna. Jednocześnie autor wyraźnie rysuje podział między miastem a wsią. To pierwsze autor rysuje jako przestrzeń chciwości, interesowności i utraty miary. Wieś choć biedna, pokazana jest jako depozytariuszka wartości, które jeszcze nie zostały całkiem nadwyrężone. Nie jest to jednak naiwna idealizacja. Xue Mo widzi hipokryzję, przemoc ekonomiczną, okrucieństwo głodu (echa wielkiego głodu z przełomu lat 50. i 60. są w jednym z opowiadań niemal namacalne), ale w tym wszystkim szuka równowagi między światłem i mrokiem.

Ta książka jest dla mnie doświadczeniem głęboko zmysłowym. Wszystko tu pachnie (sezamowym olejem, kurzem, jesiennym liściem). Wszystko wydaje dźwięki (syk smażonych warzyw, wiatr w szczelinach domu, dalekie śpiewy opery z Shaanxi). A jednocześnie to proza niezwykle powściągliwa, oparta na niedopowiedzeniu. Sens nie jest podany wprost. Trzeba go wyłuskać, jak tytułowy bób. Gest powtarzalny, codzienny, a jednak niosący znaczenie. To przepiękny zbiór opowiadań leżący gdzieś na skrzyżowaniu chińskiej mądrości o nietrwałości, zachodniego egzystencjalizmu, moralnego niepokoju literatury amerykańskiej, realizmu magicznego Ameryki Łacińskiej i czechowowskiej subtelności. 

Recenzja "Włóczędzy" Hao Jingfang

Hao Jingfang w „Włóczędzach” tworzy powieść, która jest jednocześnie medytacją nad historią, polityką i sztuką życia.
Wydawca: PIW

Liczba stron: 776


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Joanna Krenz

Premiera: 12 września 2025 rok

Hao Jingfang jest chińską pisarką science-fiction. Jej „Włóczędzy” to książka, która chodziła za mną od kiedy tylko od niej usłyszałem. Bo nagroda Hugo za „Składany Pekin”, bo porównania do Le Guin, bo moja ulubiona seria (Proza Dalekiego Wschodu), bo wreszcie pierwsze polskie tłumaczenie. Kupiłem więc bez wahania, ale czytałem już z pewnym dystansem. Powieść, która liczy sobie niecałe osiemset stron i zyskała sławę filozoficznej, nie mogła być łatwa. I rzeczywiście, łatwa nie jest.

Na pierwszy rzut oka to historia Ziemi i Marsa, dwóch światów, które dzieli ideologia. Ziemia jest kapitalistyczna, oparta na wolnym rynku i własności, ale jednocześnie duszna w swojej nieustannej pogoni za pieniądzem. Mars dla kontrastu jest egalitarny, kontrolowany, wspierający sztukę i naukę, lecz jednocześnie ciasny, przewidywalny, pozbawiony powietrza do oddychania. W centrum tego sporu mamy młodych ludzi – wysłanników Marsa, którzy wracają z wymiany na Ziemi i już nie potrafią być w pełni „stąd”. Ich doświadczenie obcego świata rozbiło ich wewnętrznie i teraz sami nie wiedzą, do którego wszechświata naprawdę należą.

Bohaterowie „Włóczęgów” są zawsze w pół drogi. Nie reprezentują czysto żadnej ze stron, nie stają się figurami ideologicznymi. Ich rozmowy, ich spory, ich wahania przypominają bardziej błądzenie po omacku niż szukanie prawdy. Ta książka jest ciężka w lekturze, bo Hao Jingfang rozciąga narrację, rozmywa postaci, gubi wątki na setki stron. To taka powieść, w której więcej się mówi niż dzieje, i momentami aż prosi się o ostrą redakcję. ale jednocześnie to w tym właśnie jest siła. Bo tak jak jej protagoniści dryfują między planetami, tak czytelnik dryfuje między rozdziałami, szukając czegoś stałego, a znajdując tylko fragmenty.

Czytałem i miałem skojarzenia z „Wydziedziczonymi” Le Guin, ale też z Ishiguro, który lubi pokazywać, jak życie przelatuje nam przez palce bez wyraźnych punktów zwrotnych. Tu jest podobnie. Historia nie ma ostrych krawędzi, jest mgłą, z której raz po raz wyłaniają się kształty. Hao Jingfang nie daje nam akcji, daje nam poczucie zagubienia. i to poczucie zostaje, nawet gdy książkę odkładamy. Jest też oczywiście zachwyt nad wyobraźnią, która buduje świat z prywatnymi samolotami, ubraniami generującymi energię elektryczną, wspomnieniami zamkniętymi w hologramach. Nad subtelnością, z jaką autorka powoli odkrywa korzenie młodej Luoying.

Czas płynie tu jak w filmach Antonioniego. Długie spojrzenia, mgła między Marsem a Ziemią, niepewność, której nie można uchwycić. Luoying tańczy jak u Piny Bausch, a jej ruchy wciągają w świat, w którym każdy krok ma znaczenie, choć zaraz znika. To powieść, która jest jednocześnie próbą rozpisania Lema i uchwycenia płynności filmów Terrence’a Malicka. Ona mówi językiem literatury SF, poezji i kina awangardowego jednocześnie.

To nie jest powieść doskonała. To dzieło, które męczy i fascynuje jednocześnie. Dokładnie przez to jest potrzebne. Opowiada o tym, jak wygląda życie w cieniu wielkich idei. Bez fajerwerków, bez katharsis. Z ciągłym pytaniem: a my, pomiędzy, kim właściwie jesteśmy?

Przeczytaj też recenzje innych książek z serii Proza Dalekiego Wschodu:
1.  "Wencheng" Yu Hua
2. "Czteroksiąg" Yan Lianke
3.  "Dawna stolica" Yasunari Kawabata
4. "Zapiski z Hiroszimy" Kenzaburō Ōe
5. "Uśmiechnięty wilk" Yūko Tsushima
6. "Głos góry" Yasunari Kawabata
7. "Tajemniczy pociąg" Can Xue
8. "Wencheng" Yu Hua 
9. "Opowieści znad rzei Hulan" Xiao Hong
10. "Tęczujący popiół" Sheng Keyi 
 

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.