Recenzja "Jeszcze dzień życia" Damian Nenow, Raoul de la Fuente

Reżyseria: Damian Nenow, Raoul de la Fuente

Czas trwania: 1 godz. 25 min.

Kraj: Polska, Węgry, Hiszpania, Belgia, Niemcy
 
Premiera: 11 maja 2018 r

Trudno przy projekcji filmu „Jeszcze dzień życia” nie wspomnieć choćby półsłowem o „Walcu z baszirem”. Dzieło Ariego Folmana zapoczątkowało nową konwencję we współczesnej kinematografii – tworzenie dokumentalnych animacji dla dorosłych wzbogaconych o komiksową estetykę. W tę formę idealnie wpisuje się obraz Damiana Nenowa i Raoula de la Fuente, będący jednocześnie ekranizacją książki Ryszarda Kapuścińskiego.

Film ten stanowi zapis wydarzeń z wojny domowej w Angoli. Reporter z Polski opisał ten trudny konflikt i wydarzenia z 1975 roku, kiedy to wiatry historii zawiały w drugą stronę, a kajdany kolonializmu zostały zastąpione niepodległością. Małe tragedia i upokorzenia skonfrontowane są tu z międzynarodowymi szachami możnowładców. Po jednej stronie widzimy wypędzonych z własnych domów Portugalczyków, po drugiej wojnę toczoną między wspieraną przez Kubę i Związek Radziecki MPLA, a popieraną przez Stany Zjednoczone UNITA i FNLA. Ten film nie będzie ograniczał się jednak do raportowania kroniki ucieczek. Wraz z rozwojem zdarzeń obserwować będziemy coraz brutalniejsze sceny, w tym usłane trupami drogi i puchnące ciała matek z ich dziećmi.

Tak wygląda otoczenie, ale „Jeszcze dzień życia” to także historia o człowieku, i to wcale nie człowieku pospolitym. Kapuściński pragnie dostać się na front południowy, w czym zagrożenie widzą władze. Polski reporter nie miałby jednak tak wyrobionej marki, gdyby podobne przeszkody mogły go zniechęcić. Jego wycieczka rozpocznie się od Luango, percepcji ubogich dzielnic i zamieszkujących je mieszkańców. Później przeniesiemy się do auta, doświadczymy odkrywania piękna angolańskiego klimatu, spojrzymy na dramat zamordowanych obywateli, poznamy rozmowy z napotkanymi bojownikami i generałem Farusco. To wszystko zostanie uwypuklone w tej animacji, a zachowana do czasu równowaga między wątkami, pozwoli ukazać sposób funkcjonowania ludzkiego umysłu w czasie wojny. Z tych barwnych kadrów wyłoni się obraz istoty zamęczonej, przerażonej i zdeterminowanej do przetrwania za wszelką cenę. Gdzieś między słowami dostrzeżemy też to, czego słowami oddać się nie da – człowieka znajdującego się w pułapce koszmarów, w onirycznym transie.

I właśnie ta równowaga, a właściwie jej późniejsze zachwianie, będzie gwoździem do trumny tego filmu. Od pewnego momentu bowiem, twórcy postawili w centrum samego reżysera, jego wątpliwości, rozterki i zauroczenia.Kapuściński przesłania wszystko to, co znajduje się za nim. W film niepostrzeżenie wkrada się także intryga, której celem będzie z jednej strony przykucie uwagi mniej wymagającego widza, z drugiej także dalsza gloryfikacja bohatera. Autorzy wykorzystają wszelkie chwyty powszechnie forsowane w kinie akcji – spowolnienia, nagłe zmiany frontów, nerwowe odliczanie czasu, efektowne wybuchy. A wszystko to prowadzić będzie do patetycznej końcówki.

Obraz Nenowa i Fuente to wartościowy głos w sprawie mechanizmów wojennych i kondycji współczesnego człowieka. „Jeszcze dzień życia”, jak każdy film poruszający tematykę wojenną, traktować będzie o tragedii, bólu i traumie. Wszystko co koszmarne, będzie tu jednak przytłumione, znajdować się będzie poza pierwszym planem. Bohater grupowy gra tu ostatecznie podrzędną rolę, ustępując miejsca reporterowi. Trzeba jednak przyznać, że film ogląda się dobrze. Może to wszystko kwestia zastosowanej formy, stanowiącej doskonałą odskocznię od przeintelektualizowanej sztuki współczesnej. A może też siła tego obrazu tkwi w odwróconym podejściu do myślenia o sztuce – punktem wyjścia jest tu odmalowanie prawdziwego, brutalnego świata w wielokolorowej estetyce, przy jednoczesnej dbałości o psychologiczną głębię. To porusza bardziej niż jakakolwiek fikcja, choć trzeba uczciwie przyznać, że nie wszystkie kadry będą tu zachwycać. Wrażenie wtórności do „Walca z Baszirem” będzie szczególnie silne w surrealistycznych wizjach Kapuścińskiego. Wiarygodności dodają jednak dokumentalne wstawki i wywiady z uczestnikami tamtych zdarzeń, co summa summarum sprawia, że film powinien podobać się każdemu.
 
Ocena:

Recenzja "Umarli" Christian Kracht

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Liczba stron: 200

Oprawa: broszurowa ze skrzydłami


Premiera: 13 września 2018 r. 

Nie za wiele napisano u nas o Krachcie, próżno też szukać przekładów wszystkich jego książek, pozostawiono go samemu sobie. A przecież ten pięćdziesięciodwuletni pisarz, uchodzi za jednego z najwybitniejszych autorów szwajcarskich, jest autorem 7 powieści i kilku reportaży. Jakość jego prozy jest jednak na tyle wyróżniająca, że sama ona uprasza się o należne sobie miejsca na mapie literackich sił.

Akcja „Umarłych” toczy się na początku lat trzydziestych, w erze zmierzchu kina niemego, wypieranego przez produkcje dźwiękowe. W tych trudnych czasach, gdy coraz częściej do głosu dochodzą bębny zapowiadające II Wojnę Światową, pisarz powołuje do istnienia dwóch fikcyjnych bohaterów – reżysera Emila Nageliego z Berna oraz japońskiego filmowca Masahiko Amakasu. Pierwszy z nich właśnie wydał na świat wyjątkowy obraz „Wiatraki”, który wymieniany jest w jednej linii z dziełami Langa, Ozu, Murnau, Vigo czy Dowżeki. Drugi wysyła do Niemiec makabryczny film portretujący ceremonię seppuku japońskiego oficera. Wraz z załączonym listem, ma on stanowić propozycję współpracy, wyraz chęci podjęcia skutecznej walki z Hollywoodzkim potentatem. W ten zawoalowany sposób Nageli stanie się częścią międzynarodowej kooperacji, a jego zamierzeniem będzie nakręcenie zwariowanej komedii o wampirach, która ostatecznie przybierze postać dokumentalnej opowieści grozy.

Można powiedzieć, że „Umarli” to powieść błędów. Popełniają je wszyscy aktorzy tej sztuki, a każdy kolejny fałszywy czyn napędza spiralę zagubienia. Krachta mniej przy tym interesuje epatowanie przemocą i kreowanie brutalnych obrazów, niż malowanie plansz wewnętrznego krajobrazu człowieka. Widać tu klasyczną, czy wręcz staroświecką manierę pisarza, do tkania swojej powieści z subtelnym oddaniem. Modeluje każde ujęcie z pieczołowitością. Zwraca uwagę na każdy szczegół pejzażu emocjonalnego postaci i potrafi go oddać go z zadziwiającą precyzją. Jest z tym trochę jak z podejściem Nageliego do filmowania – woli przybrać statyczną formę podglądacza, niż celowo organizować wymyślne ujęcia. Imponuje mi w tym wszystkim brutalna szczerość, nieoszczędzanie żadnego elementu świata przedstawionego i niecofanie się przed żadną niewygodną prawdą. Ta rodząca się na naszych oczach ciemność utrzymuje nas w napięciu i wymaga stałej zmiany skali towarzyszących nam uczuć.

Siłą tej książki jest z pewnością także interesujące odtworzenie dawnych czasów, z ich niepokojami politycznymi, społecznymi i kulturalnymi. Kracht wplata w swoją historię wydarzenia, które faktycznie miały kiedyś miejsce – jak chociażby niedoszły zamach na Charliego Chaplina w Tokio. Znajdziemy tu całą paletę anegdot i ciekawostek ze światka filmowego lat 30-tych. Jednocześnie warto zauważyć, że zagrożenia militarne i narodowościowe zostały potraktowane przez Szwajcara nieco po macoszemu, można wręcz odnieść wrażenie, że są skondensowane w jednym zdaniu taksówkarza poruszającego temat dyskryminacji Żydów. Zdecydowanie nie jest to książka wielkich konfliktów, a raczej indywidualnych dramatów.

Dostrzegam w „Umarłych” próbę zmierzenia się z tematem ojcostwa. Zarówno Emila, jak i Masahiko łączy nie tylko pasja do filmowania, ale także trudne dzieciństwo. Widzimy to w scenach dziejących się w restauracji, gdy ojciec Nageliego przypisany zostaje do podrzędnego miejsca przy ubikacji, oraz w retrospekcjach, na których uzdolniony lingwistycznie Amakasu, w odwecie za niespełnianie pokładanych w nim nadziei, podpala szkołę. Autor nie sięga jednak do korzeni, nie rozwija tej poszlaki, zostawia nas z moralizatorskim pouczeniem, nie wydobywając jednak sedna tego problemu na wierzch. Nie pozwala poczuć nam go na własnej skórze. Trochę podobnie jest ze związkiem Nageliego i jego dziewczyny, który choć ukazany w sposób destrukcyjny, wcale nie dotyka tak głęboko jak powinien.

„Umarli” to książka o odchodzeniu pewnej epoki, ale także o uleganiu pokusom i konsekwencjom, jakie będzie trzeba ponieść. O straconych pomysłach i nadziejach, o pokoleniu, które niczego nie mogło udowodnić. Kracht pełnymi garściami czerpie z „Fausta”, opowiada o smutku, ale przede wszystkim mierzy się z problemem różnorakiego wyobcowania. Inna sprawa, że to wyobcowanie można także odnieść do czytelnika, który czasami będzie gubić się w pajęczynie poszlak i zwidów. Autor nakreślił nam historię pełną utrat, nie wypełnił jej jednak wyrazistą treścią. Doskonale odmalował tło, ale w tym kluczowym miejscu zszedł o jedno piętro literackiej głębi za nisko. To na pewno ciekawa próba, jednocześnie jednak taka książka, której nie zapamiętam na długo, gdyż wszystko znajduje się tu na niezłym poziomie, ale brakuje jej czegoś wyróżniającego, czegoś na czym mógłbym oprzeć swoją sympatię. Nadajemy z Krachtem na nieco innej fali wrażliwości.
Ocena:




Recenzja "Winni" Gustav Möller

Reżyseria: Gustav Möller

Czas trwania: 1 godz. 25 min.

Kraj produkcji: Dania


Premiera polska: 21 stycznia 2019 rok

Gustav Möller to debiutant, co jest o tyle zaskakujące, że dzieło które stworzył jest nad wyraz dojrzałe, a w kategorii przyjętej koncepcji wręcz perfekcyjne. Duński reżyser udowodnił, że aby uchwycić sieć międzyludzkich zależności i wewnętrznych rozterek, nie jest wymagany inscenizacyjny rozmach. Wystarczy telefon i odpowiednio dobrany aktor.

„Winni” są historią Asgara Holma (w tej roli znakomity Jakob Cedergren), policjanta odsuniętego dyscyplinarnie od swojego dawnego zajęcia. Przeżywający wewnętrzną walkę przed nadchodzącą rozprawą sądową, został przydzielony do obsługi numeru alarmowego. Jako operator infolinii transformuje swoją złość na dzwoniących, jest opryskliwy, odmawia pomocy, nie trzyma się procedur. Działa tak aż do czasu, gdy jego uwagę przyciąga głos porwanej kobiety. Jej historia stanie się przyczynkiem duchowego oczyszczenia bohatera.

Przyjęta konwencja nie jest w kinie niczym nowym. Podobny pomysł na rozwiązania formalne widzieliśmy już między innymi w filmach „Locke” i „Pogrzebany”. Möller postawił jednak na odświeżenie dramatu policyjnego i trzeba przyznać, że zrobił to z gracją i wymowną subtelnością. Przy użyciu niewielkich środków i zachowaniu jedności czasu i miejsca akcji, zbudował historię trzymającą w napięciu od pierwszego do ostatniego ujęcia. Klucz tkwi w starannej ekspozycji głównego bohatera, realistycznej scenerii, wiarygodnych dialogach i mnogości stymulantów muzycznych i wizualnych. Mrugające czerwone światło, dźwięk nadchodzącego połączenia, napięcie słyszane w głosie, stopniowe przyciemnianie scenerii, wszystko to komponuje się w szalony obraz powolnego przechodzenia w stan szaleństwa. Nie ma tu retrospekcji, przeskoków ekranu czy szczegółów biografii – wszystko to jest zdaniem Möllera zbędne i mogłoby jedynie przeszkadzać w obserwacji dramatycznej walki z własnym sobą.

Siła tej narracji tkwi w rodzących się w wyobraźni widza niedopowiedzeniach. Bazujemy na strzępkach informacji, wokół których kreujemy interpretacje. A że reżyser lubi mylić tropy, z tym większym zainteresowaniem będziemy odczytywać poszlaki i dawać się wodzić za nos pokrętnej fabule. Dróg do rehabilitacji jest bowiem wiele, a skuteczne lekarstwo musi boleć na wiele sposobów. W pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że fabuła się rozgałęzia, idzie wielotorowo, mimo iż konsekwentnie słyszymy tylko tykanie zegara i widzimy dyspozytora na zbliżeniach i półzbliżeniach.

Można na „Winnych” spojrzeć jak na pewien eksperyment, choć skumulowanie w tak krótkim czasie tak wielu wzorców dramaturgicznych przesuwa punkt ciężkości z rzeczywistego doświadczenia w stronę gry literackiej. Bo też dzieło Möllera ma w sobie wiele z teatralnego moralitetu. Pod przykrywką rozrywkowej akcji, reżyser umieszcza dramat jednostki i pozwala mu swój problem „przegadać” i „przetrawić” na błędach dotykających kolejnych osób. Będziemy zatem świadkami psychoterapii człowieka uwięzionego w oku kamery, jednostki znajdującej się na samym szczycie emocjonalnej karuzeli życia.

Nie bez kozery „Winni” są duńskim kandydatem do Oscara, wymienianym jednych tchem obok „Romy” i „Zimnej wojny” jako faworyci całego rozdania. Nie przez przypadek film ten doceniono w Valladoid, Salonikach i Sundance. To doprawdy świetne kino, minimalistyczne, a przy tym grząskie od ciągłego zagrożenia. Jeśli tak ma wyglądać współczesny thriller, to ja jestem na tak.

Ocena:  
 

Recenzja "Trzy twarze" reż. Jafar Panahi

Reżyseria: Jafar Panahi

Czas trwania: 1 godz. 40 min.

Kraj: Iran
 
Premiera: 12 maja 2018 r. 

W tym roku W Toruniu nagrodę za niepokorność twórczą dla wybitnego artysty kina europejskiego otrzyma irański reżyser Jafar Panahi. Twórca nowofalowy od kiedy tylko zainteresował się kinem, zawsze musiał zmagać się z przeciwnościami losu. Najpierw pod górkę robił mu ojciec, zabraniający chodzić na filmy, później polityka, a w szczególności islamska rewolucja i wojna z Irakiem. Apogeum prześladowań nastąpiło w 2010 roku, kiedy artysta usłyszał wyrok 20 lat zakazu pisania scenariuszy i reżyserowania filmów, a także opuszczania kraju. Tak właśnie zaczęła się w życiu Panahiego era nagradzania, najpierw Złotym Niedźwiedziem za najlepszy scenariusz dla filmu „Parde”, później Złotym Niedźwiedziem za „Taxi-Teheran” i wreszcie Złotą Palmą za najlepszy scenariusz dla „Trzech twarzy”.
 
Nie jest też tak, że Panahi otrzymuje wyróżnienia wyłącznie za sytuację życiową i nakładane nań kary. Wraz z początkiem etapu zakazów, reżyser zmienił swoją filozofię kręcenia. „To nie jest film” zapoczątkował u niego okres kręcenia niefilmów, czyli na poły dokumentalnych utworów, cechujących się wyłącznie zalążkową fabułą, ascetyczną formą, kręceniem z ukrycia i akcją zamkniętą w małej przestrzeni. Głównym bohaterem i aktorem jest w nich sam Panahi, otaczający się grupą amatorów, odkrywający mechanizmy systemowe panujące w ojczystym kraju. Wartość tej konwencji kręcenia stanowi umiejętne zatarcie granicy dzielącej fikcję i rzeczywistość, ale także możliwość wyrażenia obaw i złości związanych z odcięciem reżysera od najważniejszej formy ekspresji.

„Trzy twarze” są filmem drogi, co samo w sobie stanowi krok milowy w rozwoju estetyki ostatnich filmów Panahiego. Punktem wyjścia opowieści jest filmik otrzymany przez cenioną aktorkę Benhaz Jafari, na którym nieznana dziewczynka błaga gwiazdę o pomoc w rozwoju jej aktorskiego talentu, a ostatecznie popełnia samobójstwo u końca projekcji. Coś tu jednak od początku nie gra, a para głównych bohaterów (reżyser i aktorka) ruszają w podróż celem wyjaśnienia istoty tego kroku. Gro akcji zostało więc przeniesione na prowincję, w okolice Wschodniego Azarbejdżanu, gdzie ryzyko interwencji policji jest minimalne. Jest jednak jeszcze coś, co pozwala uznać najnowsze dzieło twórcy „Kręgu” za kolejny etap rozwoju artystycznej wizji reżysera. Wolność której doświadczył wpłynęła na kształt serwowanej nam palety rozwiązań technicznych. Początkowa wtórność, z czasem przeradza się w widowiskowe eksperymentowanie. Ujęcia wydłużają się, kamera staje się coraz bardziej stateczna, aż w pewnym momencie zamiera i do końca porusza się już w spacerowym tempie. Obcy krajobraz wypełnia tło antropologicznych rozmyślań, a drugi kadr zyskuje dzięki tej operacji sugestywności i dodatkowego znaczenia w kontekście badania relacji człowiek-natura.

Siłą dzieła jest także jej dygresyjny charakter. Panahi osadzając się na kanwie prowincjonalnych realiów serwuje nam pejzaż spontanicznych reakcji mieszkańców na przyjazd gwiazd. Nie chodzi tu o autogloryfikację, a raczej o wyartykułowanie losów tych ludzi, ich ponurej codzienności i banalnych problemów. Zresztą sam Panahi jest tylko bohaterem pasywnym, obserwatorem czającym się w samochodzie lub za charyzmą swojej koleżanki. To w niej osadził całą energię dzieła, skutecznie zresztą wykorzystaną. Ważne są tu także nitki poszlak prowadzące nas bezbłędnie do kłębka sensów.  Reżyser z powodzeniem wplata w niby-fabułę inspirujące i humorystyczne wykłady o uroku byczych jąder, czy baśniowe opisy właściwości napletka. Te małe inscenizacje, uwypuklają pochodzenie i źródło antagonizmów funkcjonujących na linii centrum-prowincja. Małe wioski, położone z dala od tętniących życiem skupisk miejskich, są z jednej strony otwarte i skore do niesienia pochwał, z drugiej toczą je wewnętrzny fanatyzm religijny i strach przed nowym. To miejsca pełne tradycyjnych absurdów i niezrozumiałych wierzeń, a także kolebka kultu współczesności, coraz częściej odcinająca się od kultury dawnej. Bolesne jest tu zetknięcie się dawnej gwiazdy kina z powszechnym zapomnieniem, przez co Panahi daje także wyraz smutkowi związanemu z odchodzeniem od dorobku kina jego poprzedników.

„Trzy twarze” nie są socjologiczną rozprawą na temat łamania praw człowieka czy kondycji systemu patriarchalnego w Iranie. To raczej historia utrzymana w napiętej, ale także humorystycznej tonacji sąsiedzkiej pogawędki. Opowieść utkana z codziennych, pozornie niezainscenizowanych rozmów, gdzie przed szereg wychodzą kwestie kultury irańskiej, przywar narodowych i dysonansu społecznego. Wszystko to nakręcone w dobrze nam znanej z poprzednich dzieł stylistyce, tym razem nieco urozmaiconej i poprowadzonej z większym dystansem. Ciekawy przykład kina autorskiego, które nie potrzebuje sztucznej głębi i widowiskowości, aby mogło zostać docenione w świecie.

Ocena:

Recenzja "Granica" Ali Abbasi

Reżyseria: Ali Abbasi

Czas trwania: 1 godz. 41 min.

Kraj: Szwecja, Dania
 
Premiera: 10 maja 2018 r.

Miałem mieszane uczucie przed przystąpieniem do seansu „Granicy”. Gdy za dzieło odwołujące się do skandynawskiej kultury i estetyki zabiera się twórca irański, można podejrzewać, że zderzenie tych na wskroś odmiennych optyk i podejść do sztuki, może wydać owoc co najmniej niespójny, w swojej głębokiej strukturze dysharmonijny. I muszę przyznać, że intuicja tym razem mnie nie zawiodła. Wyświetlany w Cannes projekt jest w dużej mierze hybrydą grimmowskiej baśni, psychodramy, czarnej komedii i thrilleru, która do około połowy zachowuje odpowiedni balans między tym co zaskakujące, a współczesnym, dokumentalnym przesłaniem. Później jednak komplementarność konwencji się rozmywa, a mnogość podejmowanych tematów burzy fabularną układankę.

Kartezjański dualizm to żyzny fundament dla wszelkiej maści artystów. Charakteryzująca go dialektyka, jaskrawe przeciwstawianie sobie z pozoru sprzecznych wartości działa bowiem nie tylko na podłożu filozoficznym, ale może także funkcjonować jako swoisty kontrapunkt pomiędzy przedstawianymi zdarzeniami. Często pozostaje on ukryty za właściwą fabułą dzieła i rzadko wychodzi przed szereg toczącej się na oczach widza akcji. To zastrzeżenie nie dotyczy jednak filmu Abbasiego. Szybko bowiem można się zorientować, że głównym tematem jest tu metafizyczna eksploracja motywu tytułowej granicy narodowościowej. Już na starcie prezentuje szkielet użytej konwencji, która zakłada głównie umowność świata przedstawionego. Postacie są tu nośnikami konkretnych postaw, metaforami, których układ ma nas kierować do z góry zaplanowanych wniosków. I na tym zasadza się wartość tego dzieła.

Abbasi snuje refleksyjną przypowieść o Tinie, diabelnie zniekształconej celniczce, która wykorzystuje w pracy swój dar do wywąchiwania różnych nielegalnych szwindli. Lepiej niż pies potrafi określić kto szmugluje przez granicę alkohol czy skrywaną na karcie pamięci pornografię dziecięcą. Mało tego, jej specyficzna umiejętność sprawdza się także w funkcji barometru ludzkich nastrojów i przy przewidywaniu wychodzących na ulicę saren. Tina żyje w przeświadczeniu, że jest dokładnie taka sama jak inni, że pojęcie normalności i inności nie dotyczy jej w żaden sposób. Swoje zniekształcenie tłumaczy przez pryzmat uzyskanych od ojca wyjaśnień – wada chromosomalna. Cała jej ułożona codzienność zostanie wystawiona na próbę, gdy podczas jednej z kontroli napotka mężczyznę zagadkowo podobnego do niej.

Autor „Shelley” trafia ze swoją historią na podatny grunt aktualnych wydarzeń społeczno-politycznych. Daje istotny komentarz w dyskusji na temat uchodźców, którzy są tu reprezentowani przez parę głównych bohaterów. Jego głos jest o tyle ważny, że narracja opowieści odżegnuje się od uproszczeń, a specyficzna atmosfera bliskości z naturą stanowi punkt odniesienia dla wszelkich nieporozumień etnicznych. Wszak wszyscy ulepieni jesteśmy z tej samej gliny, mówimy zbliżonym językiem i podobnie odczuwamy. Asymilacja rządzi się jednak swoimi prawami, podobnie jak nacjonalizm. Od przyjezdnych wymaga się całkowitego poddania panującej kulturze i ustroju.

Abbasi stawia w centrum dwójkę trolli, otacza ich jednak zamkniętym na tolerancję społeczeństwem, któremu oddaje miejsce do komentowania. Dzięki temu zabiegowi możemy dostrzec rodzące się kontrasty – indywidualną tożsamość i potrzebę przynależności oraz dobro ogółu, rozumiane jako wystrzeganie się odstępstw od przyjętych norm. Kluczowe jest tu też podejście twórców, którzy nie dają gotowych recept, kreują nową rzeczywistość uwypuklając społeczne problemy, a jednocześnie nie opowiadając się za żadną ze stron. A wszystko to na tle hermetycznej, skandynawskiej ziemi i jej mitologicznego przywiązania do natury.

I gdy tak na naszych oczach rozgrywa się ten ciekawy dramat, gdy już cząstkami naszej duszy zaczynamy akceptować nieuchronny ból, reżyser postanawia swoje danie nieco urozmaicić. Zaczyna imać się kolejnych wątków, zadawać szereg dodatkowych pytań: o płciowość, o rodzicielstwo, o wewnętrzną biegunowość poglądów, o dobro i zło, o system ochrony. Ławica poruszanych kazusów zaczyna przygniatać, a sytuację komplikuje fakt formalnego rozpasania. Abbasi stawia bowiem na dziwność, która ma nie tylko szokować, ale też brzydzić. Cały świat przedstawiony ulega deformacji, daleko wykraczającej poza umowny, baśniowy ekosystem. Coraz częściej do głosu dochodzą niesmaczne rozwiązania, a ideowość i rzeczywista materia ustępują miejsca mało wyszukanej grotesce.

„Granica” to wyrazisty i czytelny w każdym miejscu Ziemi obraz o nieprzystosowaniu i poszukiwaniu własnego ja. Ujmujące są tu surowe i jednocześnie sugestywne sceny portretowania lokalnej przyrody i społeczeństwa. Abbasi tworzy świat autonomiczny, ale także peryferyjny, z nakreślonymi wyraźną kreską konturami wewnętrznych emocji. To na pewno nieźle przemyślany, nakręcony i zagrany film, który broni się przed pułapkami wtórności, stronniczości i szablonowości. Chociażby dlatego, warto go poznać. Trzeba jednak pamiętać o tej drugiej, mrocznej stronie dzieła, która zamiast zachwycać, częściej będzie żenować. I tylko od nas zależy, czy będzie otwarci na ten nagły przeskok w stronę anomalii i szaleństwa.

Ocena:
 

Recenzja "Jezioro" Bianca Bellova

Wydawca: Afera

Liczba stron: 224
 
Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Premiera: 1 października 2018 r.

Bianca Bellova, nagrodzona najważniejszą czeską nagrodą - Magnesia Litera w kategorii Książka Roku oraz Nagrodę Literacką Unii Europejskiej 2017, stworzyła dzieło odwołujące się w swojej symbolicznej formie do zjawiska zanika Jeziora Aralskiego i przetransformowała ten proces na dystopijną wizję rzeczywistości.

Kiedyś Jezioro Aralskie było gigantem, czwartym pod względem wielkości jeziorem na świecie. Dzisiaj zajmuje powierzchnię niespełna 13 tys. km2. To pozornie tajemnicze zjawisko odpływania wód stanowi punkt wyjścia tej historii. Akcja utworu została osadzona w okolicach Boros, niewielkiej osady utrzymującej się głównie z hodowli ryb. To dziwne miejsce, gdzie mężczyźni żywią się wódką, kobiety zmartwieniami, dzieci zaś drapią skórę pełną wyprysków, powstających wskutek permanentnej styczności z toksycznymi substancjami unoszącymi się wszędzie wokoło. Zresztą egzemy to tylko wierzchołek góry nieszczęścia spływających na mieszkańców. Dzieci rodzą się z dodatkowymi rękami, dorośli nie potrafią zawiązywać zdrowych relacji, młodzież porozumiewa się językiem pełnym wulgaryzmów. Nie ma tu nadziei na lepszą przyszłość, nie ma też wiary w to, że można odmienić swój los. Nad wszystkim ciąży wszechogarniające fatum, Duch Jeziora zabierający kolejnych ludzi, wkradający się pod postacią marazmu w serca mieszkańców fatalizm.

Złowroga natura odstrasza, a nieprzychylne wrażenie potęguje też obecność stacjonujących tu rosyjskich wojsk. Zdarzają się gwałty, zniknięcia i wszystko to, co w takim chorym pejzażu wydaje się najgorsze, a co zwykło się nazywać codziennością. To świat przeklęty, bez szans na zbawienie. W tak wykreowanym ponurym miejscu przyszło żyć Namiemu. Wychowywany przez dziadków, dość szybko utraci wszystko, co ma dla niego jakąkolwiek wartość. Gdy zostanie zamknięty w kurniku obok domu rodzinnego, podejmie decyzję o podróży do innego życia, podróży, która zmieni jego dotychczasowe przyzwyczajenia.

Bellova podzieliła swoją powieść na cztery części – Jajo, Larwa, Poczwarka i Imago. Każda kolejna stanowi przedłużenie procesu cyklu rozwojowego głównego bohatera. Ewolucja następuje to etapowo, całość jednak jest głęboko przemyślana i logicznie spójna. Wybiórczość zdarzeń i asocjacje budujące specyficzny rytm i klimat książki są wyrazem zagubienia, ale także coraz silniejszej samoświadomości i poczucia stanowienia o własnym losie głównego bohatera. Nami z bezwolnego narzędzia w rękach dorosłych staje się pracującą maszyną, a potem podejmującą decyzję i poszukującą własnej tożsamości indywidualnością. Ciąg nieszczęść których doświadcza – niespełniona miłość, bójka, przygoda z prostytutką – z każdym kolejnym potknięciem przesuwa granice w których się porusza i pcha go w ramiona odkrycia własnego ja. Dojrzewa jak owad, z każdą kolejną chwilą poszerza swoją percepcję, by nieustannie zbliżać się do momentu właściwego wzbicia się ponad codzienność. 

Issac Asimov, wybitny amerykański pisarz SF i profesor biochemiki rosyjskiego pochodzenia, powiedział kiedyś takie zdanie „Zatem wszechświat nie jest całkiem taki, jak myślałeś. A skoro tak, czas już, byś zmienił poglądy. Pewne jest bowiem, że nie zmienisz wszechświata”. Doskonale odnosi się ono do procesu socjalizacji Namiego. Jego życie jest ciągłą wędrówką, egzystencjalną tułaczką po bezdrożach istnienia. To zatem wyrazista opowieść inicjacyjna, ale przede wszystkim czytelna w odbiorze pod każdą globalną szerokością geograficzną historia o trudnym dojrzewaniu. To też powieść przesycona bólem, ale jednocześnie odpowiednio zrównoważona – Bellova umiejętnie  rozdziela frazy między tym, co sentymentalne, a tym, co po prostu konieczne do opisania.

Autorka konstruuje świat przyrody trawiony zgnilizną i konfrontuje go ze społecznym zepsuciem. „Jezioro” jest lepkie od brudu, ta książka jest jak akwen, z jednej strony głęboki, z drugiej wypchany aż po brzegi rozpaczą i traumą. Wszelkie wynaturzenia tworzą tu zwartą mozaikę ludzkiego cierpienia, która choć jest w swojej istocie literacką fantazją, tworzy drastyczną metaforę współczesności. Zastosowane krótkie zdania, bezceremonialny język i narracja w czasie teraźniejszym, wzmacniają poczucie realizmu. Czujemy się jakbyśmy byli światkami powolnej agonii cywilizacji.

Bianca Bellova zachwyca nie tylko ogromną wyobraźnią, dosadnością, szeroką wielopłaszczyznowością swojej fabuły i pomysłem na powieść inicjacyjną. Siła „Jeziora” tkwi w jej magicznej naturalności, to powieść z krwi i kości, taka, którą chłonie się całym sobą. Czeska pisarka nie eksperymentuje formalnie, trzyma się raz obranej drogi i unika wielkich zdań, nowatorskiego rozpasania czy nadmiernego komplikowania. Jest konkretnie, choć wielowątkowo, adekwatnie do wirusa trawiącego mieszkańców Boros. „Jezioro” jest też nie tylko wnikliwą obserwacją problemów XXI wieku, ale także hołdem złożonym dokonaniom czeskiej literatury, jej wielowymiarowości i odmiennych koncepcji artystycznych. Dostrzegam tu ślady Ota Pavela w początkowej scenie łowienia ryb, Bohumila Hrabala w konstrukcji dialogów i starszych postaci, Josefa Skvorecky’ego wszędzie tam, gdzie sięgamy retrospekcji i anegdot, a także Karela Capka, którego duszny klimat zawisa nad całą lekturą. Różne prądy i doświadczenia schodzą się tu na jedną drogę prowadzącą do nieuchronnego piekła.

Ocena: