Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura australijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura australijska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Księga łabędzi" Alexis Wright

Powieść, która udaje dystopię, a naprawdę jest snem o świecie po końcu świata, w którym ziemia mówi głośniej niż ludzie.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 368


Oprawa: miękka z obwalutą
 
Tłumaczenie: Aga Zano

Premiera: 23 stycznia 2026 rok

Alexis Wright to jedna z tych autorek, które funkcjonują trochę poza literackim obiegiem głównego nurtu, nawet wtedy, gdy zdobywają najważniejsze nagrody. Pochodzi z ludu Waanyi z rejonu Zatoki Karpentaria w północnej Australii. Zanim zaczęła być czytana jako ważna pisarka, potencjalna Noblistka, była przede wszystkim aktywistką, publicystką, osobą zaangażowaną w sprawy swojej społeczności. I to czuć w tej książce.

Nie debiutowała wcześnie i nie budowała kariery w trybie „co rok nowa powieść”. Pisze wolno, rzadko, każda książka wygląda u niej raczej jak osobny projekt niż kolejny etap w literackiej karierze. Jej druga powieść, „Karpentaria”, zdobyła w 2007 roku Miles Franklin Award – najważniejszą nagrodę literacką w Australii. Do dziś bywa nazywana Wielką Australijską Powieścią, choć w Polsce została niezauważona i zapomniana (dzisiaj można ją kupić za grosze, ale chyba brak chętnych).

W jej prozie mieszają się różne rejestry. Mamy tu język mówiony i wysoki, realizm społeczny i elementy fantastyczne, mit, satyrę, polityczną złośliwość i momenty niemal baśniowe. To pisarka, która nie bardzo przejmuje się tym, czy mieści się w wygodnych szufladkach gatunkowych ani czy jej książki dobrze się czyta według zachodnich standardów narracji. Bardziej interesuje ją to, czy literatura w ogóle może jeszcze coś zrobić z rzeczywistością, a nie tylko ją opisywać.

Dobrze pokazuje to „Księga łabędzi”. Ta książka nie tyle opowiada historię, co wciąga czytelnika w obcy rytm myślenia. To doświadczenie momentami męczące, momentami hipnotyczne, ale rzadko obojętne.

Fabuła, jeśli już ją uporczywie rekonstruować, wygląda jak dystopia z niedalekiej przyszłości. Oto Australia po katastrofie klimatycznej, ludność aborygeńska zamknięta w czymś na kształt obozów-internatów, świat podzielony na resztki krajobrazów i resztki politycznych obietnic. Oblivia – niema dziewczyna po traumie gwałtu – mieszka na bagnie wśród wraków statków i tysięcy czarnych łabędzi. Z czasem zostaje żoną pierwszego aborygeńskiego prezydenta Australii.

Brzmi jak polityczna alegoria. I jest nią, ale tylko częściowo. Wright konsekwentnie psuje każdą próbę czytania tej książki jako konkretnej historii. To raczej powieść o byciu wepchniętym w świat, który już dawno przestał mieć sens. Najmocniej działa tu to, że „Księga łabędzi” nie stawia człowieka w centrum. Krajobraz, zwierzęta, ziemia, klimat – to nie są dekoracje dla ludzkich dramatów, tylko równorzędni bohaterowie. W klasycznej dystopii świat się wali, żebyśmy mogli oglądać, jak cierpią ludzie. U Wright świat wali się obok ludzi, przez ludzi i czasem wbrew ludziom. A oni są tylko jednym z elementów tego rozpadu. To zmienia perspektywę dla czytelnika. Nie współczujesz wyłącznie bohaterom, zaczynasz czuć coś na kształt żałoby po całej rzeczywistości.

Relacja Oblivii z Bellą Donną (uchodźczynią klimatyczną z północy), jest jednym z niewielu ludzkich punktów zaczepienia w tej powieści. Stara kobieta opowiada dziewczynie historie o łabędziach, mitach, dawnych światach. Te opowieści nie są eskapizmem. One działają jak wirus. Zaszczepiają w Oblivii obce narracje, obce obrazy, które mieszają się z jej własnym doświadczeniem przemocy i wykluczenia. Autorka pokazuje tu coś bardzo niekomfortowego, a mianowicie, że historie, nawet te piękne, nie są niewinne. Mogą dawać schronienie, ale mogą też kolonizować wyobraźnię.

Język „Księgi łabędzi” jest osobnym bytem. To proza, która brzmi, jakby była przeznaczona do mówienia na głos. Jest rytmiczna, pełna powtórzeń, nagłych przeskoków rejestru, dziwnych metafor, które pączkują w inne metafory. Czytając, miałem poczucie, że każde zdanie próbuje zrobić za dużo naraz. Czasem to męczy. Czasem hipnotyzuje. Czasem irytuje. To literatura, która nie ułatwia zadania czytelnikowi i nawet nie udaje, że chce to robić. Trochę jak u Can Xue. Ale tylko trochę, bo to artystki osobne.

Jeśli ktoś szuka w tej książce spójnej historii, sensownego rozwoju postaci albo klasycznej satysfakcji fabularnej, będzie rozczarowany. Dialogi często brzmią jakby odbywały się obok siebie. Sceny się rozmywają. Wątki polityczne, ekologiczne, mitologiczne nakładają się na siebie jak warstwy snu. To nie jest opowieść do śledzenia, tylko do znoszenia. Albo do poddania się jej rytmowi. Albo do odłożenia w połowie z poczuciem porażki, co też jest uczciwą reakcją.

A jednak, mimo tej całej nadmiarowości, „Księga łabędzi” zostawia po sobie bardzo konkretne uczucie. Chodzi mi o smutek zmieszany z gniewem i czymś, co można by nazwać niechętną nadzieją. To powieść głęboko polityczna, ale nie w sensie publicystycznym. Jej polityczność polega na tym, że podważa sam sposób, w jaki przywykliśmy opowiadać świat. Kto ma prawo do historii? czyje mity uznajemy za prawdziwe, a czyje za egzotyczne? Kto ma prawo mówić w imieniu ziemi, a kto tylko ją eksploatuje?

To jedna z tych książek, które łatwo nazwać ważnymi, ale trudniej powiedzieć, czy są przyjemne. Nie są. To nie jest lektura na poprawę nastroju. To raczej powieść, po której zostaje w głowie ciężki osad. Obrazy bagna pełnego wraków, ptaki rozbijające się o szkło wieżowców, dziewczyna, która nie mówi, bo świat i tak jej nie słucha.

„Księga łabędzi” wygląda jakby ktoś wrzucił do blendera dystopię, mitologię, raport IPCC i kilka legend opowiedzianych przy ognisku. A potem zapomniał nałożyć pokrywkę. Treść wylatuje na wszystkie strony, ale mimo to jakoś działa. Ktoś zauważy tu „Mad Max” bez benzyny. Inny „Drogę” McCarthy’ego bez czułości. A pewnie znajdą się i tacy, co porównają powieść do twórczości Margaret Atwood. Na pewno jest to rzecz w jakiś sposób niezwykła i strasznie smutno by było, jakby spotkał ją taki los jak „Karpentarię”.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej. 

Recenzja "Równiny" Gerald Murnane

Ta książka nie jest zwykłą opowieścią, ale literackim doświadczeniem – cichym, hipnotycznym, wymagającym skupienia. Murnane pokazuje, jak równiny stają się metaforą świadomości, a patrzenie zamienia się w filozoficzną podróż.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 144


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka

Premiera: 17 września 2025 rok 

Gerald Murnane to nazwisko, które od lat pojawia się w kontekście literackiej Nagrody Nobla. Powodem ma być nie tylko konsekwencja jego pisarstwa, ale też osobliwość samego twórcy, zamkniętego w swojej estetyce i obsesjach. Autor urodzony w 1939 roku w Melbourne, całe życie spędził w Australii, unikając podróży zagranicznych, a jednocześnie budując prozę, która (paradoksalnie) uchodzi dziś za jedną z najbardziej uniwersalnych i najśmielej eksplorujących świadomość w literaturze anglojęzycznej. Nie przez przypadek „New York Times” określił Murnane jako „największego pisarza, o którym nigdy nie słyszeliście”.

„Równiny” to jego kultowa książka. Alegoria, parabola, esej o sztuce, a jednocześnie opowieść o zatracaniu się w pejzażu i w samej refleksji. Z pozoru fabuła jest prosta. Młody filmowiec przybywa do australijskiego interioru, by nakręcić film o równinach. Szuka mecenasa, wchodzi w środowisko ekscentrycznych ziemian, którzy mają nawyk inwestować w artystów i wizjonerów. Projekt filmu nigdy jednak nie zostaje ukończony. Zamiast tego powieść przeobraża się w długą, fragmentaryczną medytację o tym, czym jest sztuka, czym jest pamięć i jak krajobraz może pochłaniać człowieka. Trochę jak ciekawy western, w którym nie ma koni i rewolwerów.

W „Równinach” pejzaż nie funkcjonuje jako tło, ale jako figura poznawcza. Równina staje się przestrzenią paradoksów: widoczną, a jednocześnie niedostępną. Pozornie jednorodną, a wewnętrznie rozwarstwioną. Filmowiec bada ją jakby z oddalenia, nieustannie próbując nadać sens temu, co się rozciąga na horyzoncie. To nie tylko geografia, ale i mentalny pejzaż. Mapa pamięci, iluzji i wyobraźni.

W tym sensie „Równiny” są bliskie Borgesowi (który pisał, że równiny na całym świecie są takie same). Murnane idzie jednak w poprzek tego stwierdzenia. Jego równiny są wyjątkowe, jednostkowe, nasączone historiami i symbolicznymi napięciami. Właśnie dlatego australijscy badacze podkreślają, że to powieść o interiorze w podwójnym znaczeniu – jako wnętrzu kraju i jako wnętrzu ludzkiej świadomości.

Jeśli szukacie fabuły, w której wiele się dzieje, to nie ten adres. To książka, w której akcja zostaje podporządkowana myśleniu. Narrator przypomina raczej filozofa niż filmowca, a jego notatki zamieniają się w komentarze do samego aktu percepcji. Z czasem okazuje się, że projekt artystyczny nie polega na uchwyceniu równin kamerą, lecz na trwaniu w ich obecności. Na przyglądaniu się, jak pejzaż kształtuje wyobraźnię i jak sam narrator coraz bardziej stapia się z krajobrazem.

Murnane pokazuje, że pamięć i sztuka działają podobnie jak horyzont. Nigdy nie można ich w pełni dosięgnąć, zawsze się odsuwają, zawsze kryją w sobie więcej niż to, co na pierwszy rzut oka dostępne.

Polski przekład Tomasza S. Gałązki oddaje niezwykłą składnię Murnane’a. Wielokrotnie złożone zdania, pełne wtrąceń, które przypominają raczej tok medytacji niż opowieść fabularną. To język precyzyjny jak promień światła przecinający mgłę, ascetyczny, a zarazem hipnotyczny. Nic dziwnego, że Coetzee pisał o „trzeźwej poetyckości” tej prozy.

„Równiny” to lektura trudna, ale nagradzająca. To powieść, która wymaga od nas, byśmy odpuścili nawyki linearnego czytania i dali się porwać językowi, krajobrazowi, ciszy. Przypomina to trochę Kubricka, który zamiast „2001: Odysei kosmicznej” kręci „1982: Odyseję australijską”. Żadnego kosmosu, tylko niekończące się pole i kamera,

Murnane jest pisarzem noblowskim nie dlatego, że stworzył wielką fabułę, lecz dlatego, że odważył się pisać o tym, co wymyka się fabule: o samej świadomości, o pamięci, o przestrzeni, która staje się obrazem duszy. Nie wiem czy ostatecznie kiedykolwiek dostanie to wielkie wyróżnienie. Jest przecież Aira, Krasznahorkai, Xue i wiele innych wybitnych twórców. Jest kogo nagradzać. Niezależnie jednak od decyzji Szwedów, dobrze że ktoś wreszcie zdecydował się go wydać po polsku. 

Jeśli zainteresowała Cię ta recenzja, przeczytaj też inne omówienia książek tłumaczonych przez Pana Tomasza S. Gałązkę:
1. Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem
2. Diakon kontra King Kong
3. Sny o pociągach
4. Powrót do Uluru
5. Tylko góry będą ci przyjaciółmi

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej. 

Recenzja "Plon" Tara June Winch

"Plon" Tara June Winch to unikatowa narracja o odchodzeniu i sile przywiązania do miejsca
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 400


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Karolina Iwaszkiewicz

Premiera: 15 lutego 2023 rok

Tara June Winch jest jedną z najciekawszych współczesnych, australijskich pisarek. Debiutowała w 2006 roku niewielką powieścią „Swallow the Air”, w której razem ze swoją bohaterką poszukiwała aborygeńskiej tożsamości. Drugim ważnym krokiem w jej literackiej karierze był również nie tłumaczony na język polski zbiór opowiadań. Tym razem jego akcja rozgrywa się w wielu miejscach świata: w Nowym Jorku, Pakistanie, Turcji czy Australii. Prawdziwą sławę i worek z nagrodami przyniosła autorce jej ostatnia książka – „Plon”, którą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarnego możemy czytać w przekładzie Karoliny Iwaszkiewicz.

Tara June Winch wykorzystuje w "Plonie" narracyjną innowację

Tara June Winch dzieli „Plon” na trzy części i przeplata je wzajemnie. W tym najbardziej wymownym fragmencie, Albert Gondiwindi tworzy słownik swojego ludu. Jak przystało na formę słownika, mamy tu więc hasła, ich angielskie odpowiedniki, oraz wyjaśnienia, stanowiące odrębne narracje na temat życia. W drugiej części pojawia się wnuczka Alberta – August, powracająca w rodzinne strony z dalekiej Anglii. Wreszcie trzeci rozdział „Plonu” to list dziewiętnastowiecznego wielebnego Greenleafa, na temat założenia przez niego misji wśród aborygenów. Tak zakrojona struktura książki jest nietypowa, przez co przyzwyczajenie się do niej może zabrać nieco czasu. Warto jednak uzbroić się w cierpliwość, bo wprowadzenie narracyjnej innowacji pozwala spojrzeć na problem tożsamości aborygenów z różnych perspektyw.

Główną bohaterką książki jest August. To jej Tara June Winch poświęca najwięcej uwagi. Jako dwudziestokilkuletnia kobieta wraca do swojej australijskiej wioski z odległej Anglii. Motywem jej podróży jest pogrzeb dziadka Alberta. August początkowo nie okazuje większych emocji. Nie tęskni za tym miejscem, które nazywa „złowróżbnym krajobrazem” czy przestrzenią, gdzie wszystko jest „wysuszone do kości”. Ponowne odwiedzanie miejsc, rozmowy z rodziną i znajomymi, a przede wszystkim doświadczenie tego świata, otwierają w August tajone przez ostatnie lata emocje. Zniknięcie jej siostry, dawny związek z Eddiem, relacje rodzinne – to wszystko młoda bohaterka musi przetrawić i ułożyć w sobie na nowo. 

"Plon" Tary June Winch jest czymś więcej niż tylko fikcją popartą realnymi historiami – to manifest przeciwko działalności człowieka na naturę

W „Plonie” ważna jest opowieść o dojrzewającej kobiecie i trapiącej ją dylematach, ale jeszcze istotniejszy jest język, miejsce i dziedzictwo kulturowe ludu Gondiwindi. W tym upalnym krajobrazie pojawia się bowiem nowoczesność - firma zajmująca się wydobyciem cyny. Wszyscy mieszkańcy muszą się wynieść, gdyż ich nieruchomości nigdy oficjalnie nie przyszły w ich posiadanie. Nawet pojawienie się działaczy na rzecz ochrony środowiska na niewiele się zda. W ten sposób „Plon” staje się czymś więcej niż tylko fikcją popartą realnymi historiami – to manifest przeciwko górnictwu, które dzisiaj zabiera kolejne cenne regiony (odsyłam do wiadomości o kopalni węgla hinduskiej firmy Adani w centralnym Queensland).

Tara June Winch stworzyła wyjątkową książkę ukazującą dramat rodziny i jej członków

Jak to wszystko się zakończy? Czy uda się uratować wioskę i wspomnienia? Co z tym wszystkim wspólnego ma słownik i pole uprawne? Na te pytania odpowiedzi znajdziecie w książce. Warto po nią sięgnąć z co najmniej kilku powodów. Tara June Winch miała świetny pomysł na konstrukcję i zrealizowała go koncertowo. Nie zabrakło jej też talentu w kształtowaniu kilku wymiarów opowieści. Z jednej strony jest to bowiem hołd oddany konkretnemu miejscu i ludowi. Z drugiej, to także narracja o zderzeniu nowoczesności z tradycją, z której zwycięsko coraz częściej wychodzi ta pierwsza. „Plon” można też odczytywać metaforycznie. Każdy z nasz czasami zawłaszcza jakieś terytorium, degraduje inne narody i kaleczy ich język. Wreszcie powieść Tary June Winch to dramat rodziny i jej członków. Nie jest łatwo połączyć tyle istotnych wątków i ukazać je w przystępny sposób. Australijskiej pisarce udało się stworzyć mięsistą opowieść o prawdziwych ludziach, którzy doświadczają uzależnień, próbują ratować swoje dziedzictwo, cierpią, żartują, przeżywają wzloty i upadki. I za to należy się jej uznanie.