Recenzja "Niebezpieczeństwa palenia w łóżku" Mariana Enriquez

Wydawca: Echa

Liczba stron: 368


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Marta Jordan
 
Premiera: 23 marca 2022 rok

Jest coś takiego w tekstach Mariany Enriquez, że cały literacki świat, włączając w to fanów bestsellerów i książek niszowych, chce je czytać. Jej historie o potworach, duchach, czarownicach, chorych, gnijących, brudnych i szalonych nie pozwalają czytelnikowi oderwać wzroku. Są jak krzywe lustra – zwodzące i nieostre, pokazują świat w innym wymiarze, nie zawsze zgodny z tym, co sami bierzemy za pewnik. Oświetlają nasze najbardziej tłumione i mroczne myśli, ukazując ich intymność. Tam, gdzie autorzy horrorów widzą tylko miejsce na sadyzm, Enriquez wplata pytania o przemoc w rodzinie, o siłę zazdrości, o porządek publiczny, o wartość ludzkiej śmierci.

Na „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” składają się dwa tomy opowiadań. Za pierwszy, tytułowy, autorka została nominowana w 2021 roku do Międzynarodowego Bookera. Drugi, czyli „To, co utraciłyśmy w ogniu”, polski czytelnik miał już okazję poznać 6 lat temu. Oba tworzą spójną całość i pojawiają się w nich te same wątki, motywy i figury. Kluczowym elementem wyróżniającym prozę Enriquez jest groza. Raz makabryczna, w innym miejscu wręcz brutalna. Jest ona zarazem mroczna, jak i piękna. Przeraźliwa, ale w niezrozumiały sposób pociągająca. Bohaterowie wplątani w sieć niezwykłych zdarzeń podświadomie dążą do spotkania z obcością. Nawet jeśli to miałoby kosztować ich utratę zdrowia psychicznego lub życia. Opamiętać nie potrafią się dzieci, które wbrew rozsądkowi odwiedzają opuszczone domy czy dworce. Nie inaczej postępuje młodzież czy dorośli. W jednym z opowiadań bohaterce objawia się wychudzony i zmizerowany chłopiec. Ta mimo sprzeciwów własnego sumienia włamuje się do mieszkania sąsiada i tam szuka zjawy. Rozwikłać tajemnicę chce też mieszkanka Buenos Aires, która kiedyś z okna mieszkania podglądała żebrzącego chłopca. Gdy ten zniknął, szuka jego matki, mimo że to spotkanie odmieni jej życie na zawsze. „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” warto czytać właśnie w ten sposób. Nie tylko jako wyraz egzystencjalnej trwogi, ale także tęsknoty za pragnieniem ekstazy.

Mariana Enriquez jest pisarką hybrydyczną, nietrzymającą się szablonów gatunkowych. Jej opowiadania są horrorami, które ocierają się o baśń, fantastykę czy narracje społeczne. Autorka z Argentyny pisze niejednoznacznym, surowym, szorstkim językiem. Bombarduje nas pytaniami, rzadko jednak oferując odpowiedzi. Jednym z powracających motywów jest zaginięcie. Najczęściej znikają dzieci. Czasami powracają, choć ich pojawienie się nie jest ukojeniem dla nikogo. Częściej jednak ślad po nich ginie bezpowrotnie. Pochłonięcie przez nieznany byt, nie jest tu tylko zgubą. To raczej wyraz przejścia w inny wymiar istnienia. Wymiar, którego świadkowie tych zdarzeń, nie są w stanie objąć swoim ograniczonym umysłem.

„Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” to także przechadzanie się po argentyńskiej rzeczywistości. Nie ma tu jednak pełnej satysfakcji jak podczas lektury książek podróżniczych czy fantasy. Enriquez nie zabiera nas w podróż po malowniczych wyimaginowanych światach, nie opisuje pocztówkowych, egzotycznych zakątków. Slumsy stolicy, tajemnicza prowincja, a nawet posiadłości bogaczy wyposażone w baseny – one wszystkie budzą niepokój, a nie koją go. Protagoniści najczęściej mają problemy natury finansowej. Tracą pracę, żyją na granicy ubóstwa, nie stać ich nawet na zakup lodów czy biletu autobusowego. Gdy już pojawiają się rodziny bogatsze, zazwyczaj poznajemy ich losy z punktu widzenia biedniejszych koleżanek, które mogą tylko zazdrościć pięknych posiadłości. Społeczne i polityczne tło opowieści tworzą też konkretne miejsca i zjawiska: biegające, groźne psy, zbiorniki z zatrutą wodą, dworzec kolejowy Constitución, uzależnienie od papierosów, alkoholu czy narkotyków. Uwagę zwracają wątki historyczne: dawna, nieistniejąca szkoła policyjna, agresja funkcjonariuszy, opieszałość prokuratorów, seryjni mordercy oraz mosty wybudowane przez ofiary reżimu.

Czytając „Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” trudno nie zauważyć, że bohaterkami większości opowieści są kobiety. Bywają one samodzielne i silne, ale czasami wręcz odwrotnie – nie potrafią sobie poradzić z życiem i otoczeniem. Proszą o wsparcie swoich partnerów, mężów, teściowe, a nawet przypadkowo spotkane osoby. Niektóre z nich ulegają sile mężczyzn. W jednej z opowieści Argentynki same podpalają się na stosach, by w ten właśnie brutalny sposób oczyścić się z wszechwładzy mężczyzn. W innej młode fanki pewnego wokalisty zjadają jego trupa, by przesłanie muzyki płynęło w ich żyłach już do końca.

„Niebezpieczeństwa palenia w łóżku” to zbiór równy, co rzadko się zdarza. Praktycznie każdy tekst ma swój indywidualny charakter. Niezależnie czy akurat czytamy o trupie siostry babci wyprowadzanym na spacer, czy o mężczyźnie nagrywającym film o raniącej się nastolatce, czy wreszcie o kobiecie onanizującej się na dźwięk wadliwie pracującego serce – w każdym z tych opowiadań chce się zatapiać. Czuć tu rękę dawnych mistrzów. Niewątpliwie jeden z najlepszych tomów wydanych w tym roku w Polsce.

Recenzja "Fonos. Zbrodnia po grecku" autor zbiorowy

Wydawca: Książkowe Klimaty

Liczba stron: 292


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: praca zbiorowa
 
Premiera: 25 maja 2022 rok

Wydawnictwo Książkowe Klimaty od lat popularyzuje wśród polskiego czytelnika literaturę grecką. „Fonos. Zbrodnia po grecku” jest już siedemnastą książką pochodzącą z tego kraju, wydaną przez niewielką oficynę z Wrocławia. To dzieło specyficzne, bo przedstawia nam prace i sylwetki aż trzynastu pisarzy i pisarek, w większości wcześniej nie tłumaczonych na język polski. Wspólnym mianownikiem przedstawionych tekstów jest szeroko pojęty mrok.

Od lektury zbioru opowiadań kryminalnych pisanych przed twórców z jednego kręgu kulturowego oczekuję dwóch rzeczy – że będzie to dobra rozrywka oraz że ukażą mi realia kraju bez zbędnych ornamentów. W tym kontekście „Fonos. Zbrodnia po grecku” okazała się książką idealną. Z samego założenia miała ona ukazywać różnorodność opowiadania o zbrodni, tajemnicy i napięciu. I to się udało. Są tu narracje aż do bólu klasyczne, jak chociażby „List bez nadawcy”, w którym grupa osób odciętych od świata bada poszlaki niespodziewanej śmierci jednego ze swoich członków. Obok nich są jednak opowieści zaskakujące, w których rozwiązaniem zagadki może być pogodzenie się z tym, że żadnej zbrodni nie było, albo takie, które prowadzone są w formie protokołów z przesłuchań.

W posłowiu Ewy Róży Janion zauważa, że większość zamieszczonych w tomie zbrodni odbywa się na członkach rodziny. Mordują dzieci, gdy mają w tym dziedziny interes. Dłużne nie pozostają matki, którym zależy na zachowaniu dobrego imienia rodu. Zabójstwa potrafią dokonywać też wnukowie i dziadkowie, a ich motywacje będą jeszcze bardziej zaskakujące. Rodzina będąca podstawową jednostką jawi się tu jako symbol problemów dotykających całe społeczeństwo. Poprzez ukazanie relacji w skali mikro, pisarze badają kondycję Greków jako narodu, w którym pracuje się by żyć.

W  „Fonos. Zbrodnia po grecku” obok ciekawych intryg i zazwyczaj udanych postaci, pojawiają się także konkretne miejsca, zdarzenia i przedmioty. Akcja meandruje między klimatycznymi wyspami (np. Spetses czy Faros), prowincją (Eleusis) i Atenami. Te ostatnie ciekawie opisuje Hilda Papadimitriju w opowiadaniu „Komboloj w ziemi”. Zauważa i przypomina, że Ateńczycy „postanowili całkowicie zniszczyć stare dworki i małomiasteczkowe domki, by zastąpić je brzydkimi kamienicami bez charakteru. Później przyszła kolej na budynki przemysłowe, które pozostały puste po odprzemysłowieniu kraju w latach dziewięćdziesiątych”. W zbiorze pomijamy piękne plażę, bogate hotele (z jednym wyjątkiem) i atrakcje historyczne. Skupiamy się na przestrzeniach zamkniętych, dotkniętych chorobami cywilizacyjnymi, często brudnych i odstraszających. Razem z licznymi bohaterami odwiedzamy tradycyjne miejsce spotkań mężczyzn (kafenijon), Dom Literatów czy zakład bieliźniarski. Podsłuchujemy rozmowy, obserwujemy jak piją tsipuro lub gazozę, wspominamy też traumatyczne wydarzenia historyczne, które nadal oddziałują na współczesnego człowieka (Konflikt cypryjski 1963 roku, Kampanię grecką w Turcji 1919-1922 czy dyktaturę wojskową 1967-1974). Nie zabrakło również odniesień do aktualnych wydarzeń politycznych, jak chociażby afery Baltakos-Gate.

Jeśli miałbym wyróżnić jakieś teksty, mój wybór padłby na „Detektywa” Dimitiriosa Chadzisa oraz „Do t’ a pres kotssidete” Dimostenisa Papamarkosa (choć jednakowo w tym gronie mógł znaleźć się też „Kto zabił d’Artagnana” Titiny Daneli). Pierwsze z nich wyróżniam przede wszystkim za ciekawą grę z konwencją, niespieszne tempo narracji oraz satysfakcjonujące zakończenie. „Do t’ a pres kotssidete” traktuje z kolei o Arwanitach, którzy są znani z zasad postępowania określanych przez Kanun. Zgodnie z tym dokumentem za zabójstwo członka rodziny należy się zemsta. Tak właśnie postępuje główny bohater, któremu mimo brutalności będziemy kibicować aż do końca. Zapoznając się z historią Adonisa nabrałem dużej ochoty do zapoznania się z całym zbiorem „Gjak”, z którego owo opowiadanie pochodzi. Mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś Książkowe Klimaty się nim zainteresują.

W „Fonos. Zbrodnia po grecku” trafimy na nieustępliwych policjantów, skorumpowanych karierowiczów, samozwańczych detektywów czy zwykłych ludzi owładniętych chęcią dokonania zemsty lub zbrodni na tle majątkowym. Trafiają się także mocne relacje o wojennych potwornościach: gwałtach, masowych grobach, zabijaniu strzałem w głowę. Ten tom to udane oddanie greckich realiów i klimatu śródziemnomorskiego oraz bogaty zakres tematyczny – sprawy społeczne, religijne, autentyczne wydarzenia, imigranci, patriarchat. Te trzynaście opowiadań to gwarancja dobrej zabawy i wiedzy.

Recenzja "Jestem mieszkańcem wieży z kości słoniowej" Peter Handke

Wydawca: Eperons-Ostrogi

Liczba stron: 185


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Jacek Stanisław Buras
 
Premiera: grudzień 2021 rok

„Jestem mieszkańcem wieży z kości słoniowej” to zbiór esejów Noblisty Petera Handke. Pisane w latach sześćdziesiątych przemyślenia austriackiego pisarza odnoszą się, w dużym uproszczeniu, do istoty sztuki jako takiej. Sztuka nie jest tu zresztą słowem przypadkowym. Handke przede wszystkim analizuje dzieła literackie. Bada je w kontekście ich społecznego czy politycznego zaangażowania, nakreśla istotę właściwego modelowania języka, definiuje czym jest realizm, wreszcie wspomina udane lub złe realizacje swoich kolegów po piórze. Oprócz operowania słowem, twórca „Kali albo sól” mówi też o teatrze oraz filmie – zawsze jednak w kontekście literackim.

Jaka literatura jest zdaniem Handkego dobra? Przede wszystkim taka, która używa metody świeżej, dobrze przemyślanej. Jako przykład tego typu dzieła przywołuje między innymi swoje opowiadanie pt. „Stan wyjątkowy”, które możemy znaleźć w tomie „Powitanie rady nadzorczej”. Przypomnijmy, że w tym krótkim tekście Handke cytuje dosłowne sformułowania z oficjalnych dekretów wprowadzających stan wojenny, jednocześnie zestawiając je z kontrastującymi im ustępami, które pierwotne założenia w jakiś sposób podważają. W ten sposób zadaje pytanie o praworządność i respektowanie praw obywatelskich. Pisarz zauważa, że tego typu model literatury nie był wcześniej stosowany, ale zaznacza, że już kolejna taka próba zakończy się zmianą ciekawej formuły w manierę.

Noblista w eseju „O spotkaniu Grupy 47 w USA” porusza bardzo ważną kwestię manipulacji językowej. Choć jego intencje były z pewnością odmienne, czytając go dzisiaj łatwo odnieść padające tam słowa do wojny, która aktualnie nie toczy się tylko na ulicach ukraińskich miejscowości, ale także w mediach. Dezinformacja zdaje się zresztą nawet bardziej niebezpieczna niż spuszczanie bomb na elektrownie, bo zaraża i ogłupia całe narody. Handke podkreślając siłę słowa pisze między innymi tak: „Lekceważy się, jak bardzo język podatny jest na manipulację, we wszelkich społecznych i indywidualnych celach. Lekceważy się, że świat nie składa się z samych przedmiotów, lecz także z języka przypisanego do tych przedmiotów”. Austriacki noblista oddaje hołd znakom, słowom i zdaniom i podkreśla, że ich oddziaływanie może wychodzić daleko poza to, co oczywiste.

„Jestem mieszkańcem wieży z kości słoniowej” to także pamiętnik z przemyśleń na temat różnych dzieł, często już zapomnianych. Znajdziemy tu między innymi krytyki sztuk Becketta, pochwały kierowane względem filmu „Tom Jones” (w którym ogólna schematyczność zostaje zaburzona przez jedno ujęcie) i wiele innych. W różnych miejscach padać będą takie nazwiska jak Alfred Hitchcock, Francois Truffaut, Michael Snow. W eseju „Tresura przedmiotów” ciepłe słowa zbiera Polak Jan Lenica, którego animacje zostają nazwane „małymi” formami artystycznymi. Ten aspekt książki będzie szczególnie doceniony przez czytelników, którzy nadal lubią sięgać po twory minionej epoki, doszukując się w nich oryginalności i ponadczasowych treści.Przedstawione tu eseje zawierają programowe wypowiedzi na temat sytuacji kulturowej i społecznej. Choć były pisane prawie 60 lat temu, wiele z nich zachowuje aktualność. Trzeba jednak przyznać, że czyta się je naprawdę trudno. Handke ma niezwykły temperament, przez co bywa irytujący. Z drugiej strony lubi tworzyć zdania złożone, zawoalowane, w których łatwo się pogubić. Trzeba to czytać powoli, z uwagą i zrozumieniem. Raczej dla czytelników, który interesuje teoria sztuki.