Recenzja "Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo" Helen Garner

Studium winy i rozpaczy. Helen Garner śledzi proces, który podzielił Australię. „Woda była strasznie zimna” to więcej niż true crime – to elegia o rodzinie.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 288


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Kaja Gusio
 
Premiera: 25 lutego 2026 rok

Pierwszy kadr, jaki podsuwa nam Helen Garner, to granatowa ciemność australijskiej nocy, 4 września 2005 roku. Robert Farquharson, ojciec, którego życie po rozwodzie osiadło na mieliźnie depresji i poczucia klęski, wraca z trzema synami z obchodów Dnia Ojca. Chwilę później jego VN Commodore z 1989 roku ląduje w przydrożnym zbiorniku wodnym. Ojciec wypływa na powierzchnię. Jai, Tyler i Cassy zostają na dnie, uwięzieni w stalowej klatce, która wypełnia się lodowatą wodą. Ostatni zapis w tej historii powstanie lata później, po przejściu przez czyściec sal sądowych, gdy Garner postawi kropkę nad opowieścią o upadku ludzkiej duszy. Dzieli je, jak łatwo policzyć, dekada procesów, apelacji i medialnego linczu.

„Woda była strasznie zimna” – tytuł brzmi jak proste stwierdzenie faktu, ale w tej prozie staje się oskarżeniem. To nie jest zwykły reportaż true crime, w którym autor z satysfakcją godną patologa rozcina tkankę zbrodni. Garner mierzy się z materią, która stawia opór. Konfrontuje się z pytaniem o to, czy ten skromny, nieco niezdarny zwykły Australijczyk mógł z zimną krwią zaplanować akt zemsty na byłej żonie, poświęcając to, co miał najcenniejsze?

Książka Garner, którą polski czytelnik otrzymuje w precyzyjnym opracowaniu, to monumentalne, liczące około 300 stron studium niepewności. Autorka przez lata zasiadała w ławach dla publiczności, obserwując, jak język prawa (ten sztywny, kanciasty garnitur) próbuje opiąć bezkształtną masę ludzkiego cierpienia.

Dostajemy tu kilka linii lektury. W linii procesowej biegli od rekonstrukcji wypadków i lekarze spierają się o to, czy można zemdleć od ataku kaszlu, czy też trajektoria lotu samochodu wskazuje na pewną rękę kierowcy. W linii psychologicznej obserwujemy portret Farquharsona jako człowieka, który utracił kontrolę. To postać tragiczna w najbardziej antycznym sensie. Jest nieatrakcyjny, niespecjalnie mądry, zdruzgotany faktem, że jego żona, Cindy Gambino, ułożyła sobie życie z kimś innym. Jest też linia społeczna. Na tym planie widzimy obraz małomiasteczkowej Australii, gdzie szczytem aspiracji jest przywiązanie do siebie kobiety. A gdy tylko ona odchodzi, świat rozpada się na kawałki.

Nigdy nie byłem zwolennikiem reportaży, które podają prawdę na tacy, a po lekturze Garner jeszcze mniej mnie to przekonuje. Autorka, zamiast budować tanią sensację, wybiera drogę antydziennika. Jej narracja jest niejednorodna, momentami niemal chłodna, by po chwili uderzyć nas obserwacją tak kruchą, że aż bolesną. Autorka przyznaje się do własnych słabości, jak chociażby do tego, że czasem nudzi się podczas nużących zeznań, że czuje niemal macierzyński odruch współczucia wobec oskarżonego, co w kontekście potrójnego dzieciobójstwa wydaje się niemal skandaliczne.

Sam proces staje się w książce spektaklem, w którym każda ze stron buduje swoją prawdę, a my, czytelnicy, zostajemy z tą samą niepewnością, co ława przysięgłych. Jak cienka jest granica między nieszczęśliwym wypadkiem a zbrodnią zrodzoną z upokorzenia?

Garner udowadnia, że gatunek true crime może być elegią. Nie rekonstruuje tylko tragedii, a pokazuje, jak system sprawiedliwości próbuje dopasować suche płaszczyzny rozumu do postrzępionych krawędzi ludzkiego szaleństwa. Współczesna recepcja (nawet głosy tak odległe jak Dua Lipa czy krytycy z „The Economist”) podkreśla, że to pozycja o „kondycji ludzkiej”. I rzeczywiście – pod warstwą kryminalną pulsuje tu coś znacznie mroczniejszego. To opowieść o tym, że nawet w najbardziej cywilizowanym świecie, pod kołdrą purytańskich pozorów czy nudnej codzienności, czają się siły, których nie potrafimy nazwać.

Jeśli szukacie w literaturze bliskości rzeczywistości – tej niewygładzonej, pełnej sprzeczności i moralnej ambiwalencji – „Woda była strasznie zimna” jest lekturą godną uwagi. To nie jest thriller do pociągu. To ciężki, gęsty dokument o tym, co zostaje z człowieka, gdy wszystko inne się rozsypie.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.  

Recenzja "Grzeszni chłopcy" Pai Hsien-yung

Recenzja „Grzesznych chłopców” Pai Hsien-yunga – powieści o wykluczeniu, tęsknocie i wspólnocie młodych gejów w nocnym świecie Tajpej lat 70.
Wydawca: PIW

Liczba stron: 528


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Małgorzata Religa
 
Premiera: 27 lutego 2026 rok

Powieść „Grzeszni chłopcy” autorstwa Pai Hsien-yunga otwiera się jak nocny spacer po Tajpej początku lat siedemdziesiątych. Miasto pulsuje światłem neonów, szumem skuterów i cichymi rozmowami prowadzonymi na ławkach w cieniu drzew. W samym jego sercu (przy ulicy Guanqian) znajduje się Nowy Park. To przestrzeń zarazem publiczna i ukryta. Park będący azylem dla tych, którym odmówiono prawa do domu. Właśnie w to miejsce trafiają bohaterowie powieści. Młodzi mężczyźni wyrzuceni poza porządek rodzinny i społeczny, którzy nocą budują własne, kruche królestwo.

Jednym z nich jest A-Qing, chłopak wyrzucony z domu po odkryciu jego homoseksualności. Jednak historia jego wygnania szybko okazuje się tylko jedną z wielu. Pai splata ze sobą losy młodych mężczyzn, których życie toczy się pomiędzy parkowymi alejkami, tanimi barami i wynajętymi pokojami. Każdy z nich niesie własną opowieść. Ten opowie o przemocy, tamten o utraconym ojcu, trafi się też historia o miłości tak intensywnej, że staje się destrukcyjna. Tragiczna legenda Smoka i Feniksa, melancholijna tęsknota Małego za japońskim ojcem czy dramatyczne gesty Wu Mina odsłaniają świat, w którym czułość i rozpacz współistnieją niemal w jednym oddechu.

Choć powieść bywa nazywana pierwszą wielką queerową narracją literatury tajwańskiej, Pai nie pisze kroniki podziemia ani społecznego reportażu. Jego proza przypomina raczej elegię. Chłopcy z Nowego Parku są jak wędrowne ptaki: młodzi, piękni, a jednocześnie pozbawieni gniazda. Ich spotkania, przyjaźnie i drobne akty solidarności tworzą efemeryczną wspólnotę, rodzinę z wyboru, która istnieje tylko w półmroku miasta. Gdy jeden z nich choruje, inni oddają krew. Gdy któryś z najmłodszych pojawia się w parku po raz pierwszy, starsi obejmują go opieką. W świecie, który nazywa ich grzesznymi, oni budują własną etykę czułości.

Pod powierzchnią tych historii pulsuje jeszcze jedna opowieść, a więc historia wygnania. Sam Pai, syn generała Republiki Chińskiej, dorastał na Tajwanie w cieniu politycznej migracji i utraconego kontynentu. W powieści echo tego doświadczenia powraca w relacjach bohaterów z ojcami, w konflikcie między konfucjańskim obowiązkiem a pragnieniem osobistej prawdy. Wygnanie okazuje się więc podwójne. Z jednej strony społeczne i historyczne, z drugiej prywatne i narodowe.

Formalnie „Grzeszni chłopcy” wpisują się w nurt tajwańskiego modernizmu. Powieść składa się z epizodów, wspomnień i opowieści krążących wokół parku niczym konstelacje. Pai z niezwykłą swobodą łączy wysoką estetykę literacką z brutalnością codzienności. Klasyczne chińskie motywy i symbolikę zestawia z obrazami nędzy, wstydu i policyjnych nalotów. Z tej mieszaniny powstaje proza jednocześnie liryczna i bolesna, w której piękno często rodzi się w miejscach najbardziej kruchych.

Najbardziej przejmujące w tej książce jest jednak to, że pod historią marginalizacji kryje się nieustanna tęsknota za przynależnością. Bohaterowie nie szukają skandalu ani buntu dla samego buntu. Oni szukają domu. Park, nocny bar czy krąg przyjaciół stają się dla nich chwilowym schronieniem, sceną, na której mogą choć na moment odzyskać widzialność.

Dlatego „Grzeszni chłopcy” pozostawiają czytelnika z osobliwym uczuciem. Nazwałbym je melancholią zmieszaną z podziwem. Pai pokazuje świat odrzuconych, lecz nie odbiera im godności. Jego bohaterowie przypominają kryształ – kruchy, lecz zdolny odbijać światło. Nawet jeśli żyją w cieniu miasta, potrafią stworzyć przestrzeń czułości, w której każde spojrzenie, każdy gest przyjaźni staje się aktem przetrwania.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej. 

Recenzja "Niektórych trzeba zabić" Patricia Evangelista

Patricia Evangelista dokumentuje tysiące egzekucji za rządów Dutertego i pokazuje, jak władza oswaja przemoc słowami.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 456


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
 
Premiera: 18 lutego 2026 rok

Reportaż bywa literaturą stanu wyjątkowego. I nie dlatego, że opisuje katastrofy. Istotne jest, że powstaje w chwili, gdy język przestaje nadążać za rzeczywistością. „Niektórych trzeba zabić” autorstwa Patricii Evangelisty jest zapisem momentu, w którym słowa „prawo”, „porządek” i „bezpieczeństwo” zostają odwrócone na lewą stronę i zaczynają znaczyć coś przeciwnego niż dotąd. Nie chodzi tu wyłącznie o filipińską wojnę z narkotykami z lat prezydentury Rodriga Dutertego. W centrum znajduje się moment, w którym państwo zaczyna mówić o zabijaniu językiem administracji, a społeczeństwo językiem konieczności.

Evangelista rozpoczyna swoją opowieść od epoki Ferdinanda Marcosa i rewolucji siły ludu, która wyniosła do władzy Corazon Aquino. Ten gest cofnięcia się w czasie nie jest reporterską manierą, lecz kluczem interpretacyjnym. Filipiny nie są bowiem egzotyczną wyspą przemocy, lecz demokracją kruchą, nadwyrężoną, rozczarowaną własną transformacją.

Kiedy w 2016 roku wybory wygrywa Rodrigo Duterte, obiecując, że zabije wszystkich ćpunów, nie czyni tego w próżni. Deklaracja wojny – jak trafnie zauważa Evangelista – jest zawsze politycznym triumfem. Walka z biedą, z korupcją, z narkotykami – żadnej nie da się wygrać, ale każdą można ogłosić. W tej logice sama zapowiedź eksterminacji staje się dowodem sprawczości.

Duterte nie był pierwszym politykiem, który odkrył, że przemoc może być performatywem. Był jednak jednym z tych, którzy doprowadzili tę figurę do konsekwencji skrajnej. Według różnych szacunków zginęło od kilku do nawet trzydziestu tysięcy osób. Policja mówi o ośmiu tysiącach. Reszta ginie w luce statystycznej.

Filipińska dziennikarka nie proponuje czytelnikowi dramaturgii opartej na kulminacjach. Jej książka ma strukturę powtórzenia. Ciała pojawiają się nocą. Policyjne raporty używają tych samych formuł. W komunikatach powraca słowo „nanlaban” (stawiał opór). Z punktu widzenia narracji literackiej jest to zabieg ryzykowny. Wszak monotonia może znużyć. Z punktu widzenia diagnozy jest to jednak konieczne. To właśnie powtarzalność czyni przemoc systemem.

Zwracam też uwagę na tytuł. Zdanie „Some people need killing”, wypowiedziane przez jednego z członków szwadronów śmierci, jest perłą czarnej retoryki. To zdanie bez sprawcy. Nie widzimy tu „zabijam”, nie „zabiliśmy”, lecz „trzeba zabić”. Bezosobowa konieczność, moralna higiena. Evangelista rozbiera tę frazę jak lingwistka. Analizuje różnice między „kill” a „murder”, między stroną czynną a bierną, między raportem policyjnym a relacją matki nad ciałem dziecka.

W tym sensie książka jest praktycznym komentarzem do orwellowskiego dwójmyślenia. W świecie, który znamy z „Roku 1984”, można jednocześnie wierzyć, że policja nie zabija i że zabija za mało. Autorka „Niektórych trzeba zabić” podkreśla, że straszne stało się zwyczajne i to przy aplauzie tłumu.

Jej styl jest przeciwieństwem brutalnej retoryki Dutertego: oszczędny, precyzyjny, skupiony na szczególe. To detal właśnie rozsadza statystykę. Nie „ofiara numer 2371”, lecz dziewczynka trafiona kulą przeznaczoną dla dziadka. Nie „podejrzany”, lecz mężczyzna w koszulce z nadrukiem, który chwilę wcześniej jadł kolację. Evangelista wie, że zdanie pisze się dłużej, niż trwa egzekucja. Ta świadomość rytmu (pisanie wolniejsze niż zabijanie) nadaje książce wymiar niemal metafizyczny.

Podkreślam, że autorka nie jest korespondentką zagraniczną, która wraca do bezpiecznego domu. Jest Filipinką. „Nie mam dokąd wrócić” – sugeruje w jednym z fragmentów. Jej wcześniejsze doświadczenia – relacjonowanie tajfunów, konfliktów zbrojnych, katastrof naturalnych – nauczyły ją obcowania ze śmiercią. Ale wojna z narkotykami różni się zasadniczo. Evangelista pracowała dla portalu Rappler, redakcji znanej z krytycznego stosunku do władzy. Każdy reportaż oznaczał ryzyko. Każde nazwisko potencjalny wyrok. Książka powstała więc nie tylko z reporterskiej potrzeby dokumentacji, lecz z egzystencjalnego przymusu.

„Niektórych trzeba zabić” wpisuje się zatem w tradycję literatury faktu, którą reprezentują autorzy pokroju Swietłany Aleksijewicz. W tym modelu literatura traktowana jest jako archiwum głosów, jako ostatnia instancja pamięci. Nie ma tu efektownych puent. Jest mozolne rekonstruowanie trajektorii kul, godzin zgonów, sprzecznych zeznań. Oczywiście można i pewnie nawet trzeba czytać tę książkę szerzej. Ona nie dotyczy przecież wyłącznie Filipin. Autorka pokazuje mechanizm, który można uruchomić wszędzie. Wystarczy zmęczenie demokracją, frustracja ekonomiczna i polityk, który wyzna, że wie, kto jest winny. Ten schemat wydaje się niepokojąco znajomy.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.