Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja „Barański. Rozmowa-rzeka” Piotr Marecki

„Barański. Rozmowa-rzeka” Piotr Marecki książka rozmowa
Wydawca: Ha!art

Liczba stron: 282


Oprawa: miękka
 
Premiera: kwiecień 2026 rok

Są w polskiej literaturze okołofilmowej książki, które czyta się w dwa wieczory. Są też i takie, z którymi zostaje się na całe miesiące. „Barański. Rozmowa-rzeka” Piotra Mareckiego (wydana przez Ha!art) należy do tej drugiej kategorii. Sam spędziłem przy niej blisko trzy miesiące i nie było w tym ani grama znużenia. Przeciwnie, to rzadki przypadek lektury, która działa jak otwarty system inspiracji. Wymaga zatrzymania, odłożenia książki na szafkę i ruszenia na własne poszukiwania. To pod jej wpływem sięgnąłem po film Francisa Forda Coppoli oparty na prozie Mircei Eliadego („Młodość stulatka”) – ekranizację, która zgodnie z opinią samego Barańskiego okazała się słabiutka. To ta rozmowa pchnęła mnie do lektury dzieł Stanisława Czycza i Waldemara Siemińskiego, a wreszcie do ponownego, znacznie głębszego przefiltrowania samych filmów reżysera „Kramarza”.

Wielka w tym zasługa sposobu, w jaki Piotr Marecki prowadzi tę rozmowę. Pytający całkowicie odpuścił tu rolę kogoś, kto musi za wszelką cenę narzucać tezy czy rozliczać branżę. Zamiast tego wykonał pracę uczciwą, subtelną i wyjątkowo dociekliwą. Jest mistrzowsko przygotowany, wchodzi z reżyserem w autentyczny dialog i podsuwa mu głębokie tropy interpretacyjne. Wyciąga z rozmówcy wątki, z których sam artysta nie zawsze zdawał sobie sprawę. Czuć, że Mareckiemu zależy wyłącznie na tym, by dowiedzieć się jak najwięcej od swojego bohatera. Nie boi się też wypowiedzieć swojej opinii, z którą reżyserowi może być nie po drodze.

A sam Andrzej Barański okazuje się rozmówcą absolutnie niezwykłym. Autor „Dwóch księżyców”, „Nad rzeką, której nie ma” czy „Parę osób, mały czas” to twórca osobny, pochodzący z Pińczowa, ukształtowany przez technikum budowlane w Kielcach, Studencki Teatr Politechniki w Gliwicach (gdzie poznał Tadeusza Różewicza) i wreszcie łódzką Filmówkę. Mimo że zdobył Platynowe Lwy za całokształt twórczości, pozostaje wolny od jakiegokolwiek pozoranctwa. Nie boi się krytyki, z rozbrajającą rozwagą mówi o swoich niedokończonych projektach i programowo unika dążenia do komercyjnego sukcesu. Jak sam wyznaje, interesowało go wyłącznie robienie filmów o doskonale mu znanych małych miasteczkach, a o sukcesie myślał tylko tyle, by pozwolił mu nakręcić kolejną rzecz. Gdy wspomina fakt, że jego film nie dostał się do konkursu głównego w Gdyni, nie ma w nim goryczy – widzi w tym wręcz idealną, estetyczną symetrię, ramy zdemolowane przez dyskwalifikację na początku i na końcu drogi.

Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki ta dwójka rozmawia o literaturze i jej przekładzie na język filmu. Barański buduje swoje kino w oparciu o teksty wybitnych pisarzy, ale też inspiracje płynące od badaczy kultury i lokalnych gawędziarzy – w rozmowie przewijają się takie nazwiska jak Stoberski, Wojciechowski, Kuncewiczowa, Filipowicz, Różewicz, Kozieł, Masternak czy Kotula. Ale nie ma tu współczesnego, płytkiego ślizgania się po wątkach fabularnych. Marecki i Barański rozbierają na części pierwsze samą strategię budowania świata filmowego i próbę uchwycenia unikalnego stylu danego autora. Wnikają głęboko w psychikę postaci i w wewnętrzną strukturę języka. Dowiadujemy się, jak mierzyć film w centymetrach, a nie w metrach, jak reżyser z pietyzmem traktuje to, co dzieje się między zdarzeniami, zamiast gonić za tanią, sensacyjną intrygą.

Zaskakujące jest również to, jak swobodnie wypowiedzi Barańskiego dryfują między wiejską codziennością a filozofią wysoką. Reżyser potrafi z całkowitą naturalnością przejść od rozważań o wyższości kozy nad krową czy sekretach wędkarstwa, do relacjonowania wieloletnich zmagań z pismami Martina Heideggera. Mówi momentami jak Miron Białoszewski, a chwilę później jak zakonny braciszek.

Nie trzeba wcale być filmoznawcą ani znać na pamięć całej filmografii Barańskiego, by ta książka chwyciła za gardło. To nie jest po prostu rozliczenie z planu zdjęciowego. To przejmujący traktat o etyce pracy, o powstrzymywaniu się od oceniania drugiego człowieka i o szacunku dla prowincji. Wypowiedzi reżysera dotykają kwestii ostatecznych – miłości, starości, samotności i śmierci – w sposób całkowicie niemedialny, nienachalny i daleki od komercyjnych oczywistości. Z tych dwustu kilkudziesięciu stron wyłania się portret artysty, który swoją egzystencję traktuje jak niewyczerpaną przygodę, dziwi się rzeczom, wokół których kino zazwyczaj przechodzi obojętnie, i w absolutnym skupieniu stwarza siebie na nowo. Fantastyczna, gęsta i uwalniająca lektura.

Recenzja "Git-mana" Witold Horwath

Wyśmienita literatura środka o świecie warszawskich gitowców. Odkryj wciągającą, polifoniczną powieść „Git-mana” Witolda Horwatha.
Wydawca: JanKa

Liczba stron: 312


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 18 czerwca 2026 rok

Współczesna polska proza często cierpi na brak równowagi. Z jednej strony straszy nas przeestetyzowany, hermetyczny eksperyment, z drugiej banalna masówka skrojona pod sprzedażowy algorytm. „Git-mana” Witolda Horwatha to olśniewający dowód na to, jak powinna wyglądać literatura środka w swoim najwyższym wydaniu. Jest mięsista, plastyczna i bezkompromisowa, a przy tym napisana z rzadko spotykanym kunsztem warsztatowym. Przez ponad trzysta stron tej powieści po prostu się płynie.

Horwath z precyzją geodezji literackiej rekonstruuje warszawski „Trójkąt Bermudzki” z czasów PRL-u. Jego stolica nie jest pocztówkowa. To mikroświat odcięty od oficjalnej propagandy – przestrzeń zapuszczonych kamienic, odrapanych bram i podwórek, gdzie obowiązuje kodeks siły, a walutą jest strach. Autor nie tworzy tu jednak taniej sensacji ani dydaktycznej powiastki. Oddając głos trójce unikalnych narratorów – git-manie Joasi, wyobcowanemu Markowi oraz ich polonistce Irenie – tworzy dojrzałą, polifoniczną konstrukcję. Każda z tych postaci wnosi własny język, wrażliwość i perspektywę. Dzięki takiej konstrukcji prawda o powojennym buncie młodzieży okazuje się wielowarstwowa.

O sile tej książki decyduje przede wszystkim mistrzowskie budowanie napięcia w mikro-skali. Horwath potrafi rewelacyjnie stopniować emocje nie za sprawą gwałtownych scen walki, lecz poprzez misternie plecioną sieć aluzji i niedomówień. Zamiast wyłożyć karty na stół, pozwala bohaterom rzucać niepozorne nici, które czytelnik musi samodzielnie spleść w całość. Kapitalnym przykładem tego warsztatowego kunsztu jest scena, w której dowiadujemy się o wyroku brata Joasi. Autor nie podaje tej kluczowej informacji bezpośrednio i w jednym dramatycznym geście. Nie widzimy morza łez ani prób pocieszania ze strony bliskich. Nic z tych rzeczy. Pierwszy, ledwie uchwytny zalążek wieści wypływa niepozornie z narracji zbudowanej wokół jednej z kobiet. Więcej dowiemy się dopiero za chwilę, gdy perspektywę przejmuje Marek. Tego rodzaju misternych zabiegów – rozpraszania informacji i scalania ich z odmiennych punktów widzenia – jest w powieści pod dostatkiem. I to właśnie one stanowią idealny wytrych do unikania banalnych scen i grania na emocjach czytelników.

Ogromną wartością „Git-many” są jej bezsprzeczne walory historyczne i obyczajowe. Horwath z ogromną dbałością o detal przywołuje realia epoki. Od gomułkowskiej szarugi, przez gierkowski blichtr na kredyt, po stan wojenny i produkcję podziemnej bibuły. Subkultura gitowców nie jest tu epizodem, lecz swoistą, rdzennie polską odpowiedzią na ustrojową opresję i powojenną traumę rodziców. Autor doskonale czuje ten świat – przesiąknięty grypserą, zapachami wódki, tanich papierosów i podwórkowego terroru. Daje nam socjologiczny dokument niezwykłej wagi, pozbawiony jednak podręcznikowego dryfu.

Ta brutalna i chropowata rzeczywistość zostaje osłonięta specyficznym, podskórnym humorem oraz hrabalowską niemal czułością do ludzkich ułomności. Horwath potrafi zderzyć duszny patos podwórkowego kodeksu z komizmem codziennych potyczek, absurdem urzędniczej nowomowy czy nieporadnością młodzieńczych zalotów. Ten komizm nie służy taniemu rozbawieniu czytelników. On działa jak pancerz chroniący bohaterów przed ostateczną rozpaczą i pozwala dostrzec w zdemoralizowanych chuliganach odruchy bezinteresownej miłości i lojalności czy chęć ocalenia własnej godności.

„Git-mana” to proza wielowymiarowa, która nie daje o sobie zapomnieć na długo po zamknięciu książki. Witold Horwath udowadnia, że literatura angażująca emocjonalnie, sięgająca głęboko w ludzką psychikę i osadzona w realiach minionej epoki może być jednocześnie fascynującą, porywającą lekturą. To dojrzała opowieść o cenie dorastania w świecie, który od początku rozdaje swoim dzieciom przetasowane, złe karty. W moim prywatnym rankingu to absolutny tegoroczny top i przy okazji jedna z najlepszych książek wydanych przez Jankę w ostatnich latach.

Recenzja "Strup" Aga Bocian

Emocjonalny rollercoaster osadzony w Toruniu. Sprawdzamy plusy i minusy książki „Strup” Agi Bocian. Czy warto po nią sięgnąć?
Wydawca: Nie Powiem

Liczba stron: 300


Oprawa: miękka
 
Premiera: lipiec 2026 rok

Są w polskiej literaturze obyczajowej tematy, o których nie da się pisać bez ładunku emocjonalnego. Przemoc domowa, próba odbudowy życia po toksycznym związku, cień psychopatii rzucany na dziecko i bezradność systemów wsparcia to materiał niezwykle żywy, wręcz pulsujący. W swojej najnowszej powieści „Strup” (będącej kontynuacją „Rany”). Aga Bocian sięga właśnie po tę bolesną materię. Ponownie osadza losy bohaterów w klimatycznym, autentycznym Toruniu.

Dostajemy tu historię dwóch kobiet – Igi, która walczy o spokój własny i dzieci po odejściu od agresywnego męża oraz Małgorzaty, próbującej przetrawić żałobę po stracie syna w środowisku osób bezdomnych. I trzeba autorce oddać, że intencja oraz psychologiczny fundament tej powieści zasługują na słowa uznania. Bocian nie boi się poruszać kwestii trudnych, o których wciąż mówi się za mało. Przekonująco i uczciwie pokazała mechanizm subtelnego zastraszania i to, jak uwikłanie w konflikt rodziców rezonuje na małych dzieciach. Szkoda tylko, że ta bez wątpienia ważna opowieść miejscami cierpi z powodu warsztatowych skrótów.

Trudno o zbiór bardziej wyrazistych intencji społecznych, ale jako czytelnik muszę rozliczyć książkę nie tylko z tego, o czym opowiada, lecz także jak to robi. A w „Strupie” konstrukcja literacka zbyt często ustępuje miejsca podręcznikowemu melodramatyzmowi.


Pierwszym zgrzytem jest nadmiar patosu. Łzy u bohaterów nie są tu akcentem. One pojawiają się na łamach prozy niemal co kilkanaście stron, doprowadzając do pewnego stępienia wrażliwości czytelnika. Zamiast budować napięcie podskórnie, autorka decyduje się na stałe serwowanie maksymalnych rejestrów emocjonalnych. Co więcej, ta chęć natychmiastowego wzruszenia czytelnika prowadzi czasem do inscenizacyjnej sztuczności. Najlepszym przykładem jest scena, w której mała Mania po raz pierwszy w książce dostaje pełniejszy głos. Zamiast naturalnego, dziecięcego dialogu otrzymujemy precyzyjnie uszytą inscenizację zabawy lalkami, w której kilkulatka de facto referuje nieudane małżeństwo po to tylko, by na zapotrzebowanie fabuły „łzy jak grochy popłynęły po policzkach”, a serce Igi znów uległo ściśnięciu. To scenariuszowy chwyt tak jawnie zaprojektowany pod rozpacze czytelnika, że z miejsca traci swój autentyzm.

Druga sprawa to dosłowność. W tej prozie niemal wszystko jest dopowiedziane, nazwane i wyłożone. Brak tu miejsca na podtekst, niedomówienie czy czytelnicze wyobrażenie sobie reszty z zachowań postaci. Są strony, które można byłoby bez straty dla czytelnika wyciąć dosłownie w całości. Kolejna toruńska ulica czy tekst piosenki niekoniecznie wnoszą coś wartościowego do historii.

Warto też zwrócić uwagę na samą warstwę językową i kompozycyjną. Druga bohaterka, Małgorzata, i jej wątek poszukiwania prawdy w środowisku osób bezdomnych, miał ogromny potencjał na zbalansowanie historii Igi. Niestety, potraktowano go marginalnie, ucinając jego głębię na rzecz finałowej, pospiesznej konkluzji.

Pod względem stylistyki zauważalne są również pewne powtarzalne matryce zdaniowe. Czasami na jednej stronie (jak chociażby na pięćdziesiątej drugiej w mojej wersji ebooka) powracają natrętnie te same konstrukcje i te same słowa-klucze (ze stałą natarczywością słowa „sprawiały”). To kolejny dowód, że redakcyjnie nie zrealizowano tu pracy w 100%.

Czy „Strup” to książka zła? Nie, absolutnie nie. To pozycja, która z pewnością znajdzie – i już znajduje – rzesze odbiorców szukających w literaturze obyczajowej mocnych, bezpośrednich wzruszeń oraz wsparcia w przepracowywaniu własnych traum. Aga Bocian ma świetne wyczucie ludzkiego cierpienia i empatię, której nie da się kupić. Zaręczam także, że mimo kilku wad czyta się ją z satysfakcją.

Jeśli szukacie historii z Ważnym Przesłaniem, osadzonej w polskich realiach, która dotyka spraw przemocy domowej z dużą dawka emocjonalnego ładunku – to lektura, po którą warto sięgnąć. Jeśli jednak w literaturze szukacie językowej powściągliwości, niedomówień i perfekcyjnie oszlifowanego warsztatu, „Strup” może okazać się dla Was pozycją miejscami zbyt dosłowną i schematyczną.