Recenzja "System Sulta" Maciej Miłkowski

Wydawca: Nisza

Liczba stron: 478

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: listopad 2019 r.

Bardzo obawiałem się, że „System Sulta” będzie książką polityczną. Wiele się zresztą o tym pisało. Co ujrzana w Internecie opinia, to nacisk położony na czas i miejsce – koniecznie z silnym akcentem na słowa prawica i kościół. A kto mnie czyta, ten wie, że ja sztuki z kwestiami politycznymi łączyć nie lubię. Odnoszę wrażenie, że Maciej Miłkowski może tak kategoryczny nie jest, ale też nie daje wystarczających powodów, aby o jego książce pisać głównie w kontekście teraźniejszości, czy nawet przyszłości Polski. Sam zresztą, słowami swojego bohatera, o tym wspomina „Proponowałbym abyśmy spróbowali jednak odejść od poziomu politycznego i spojrzeli na sprawę nie z perspektywy ostatnich lat w Polsce, ale raczej kilku ostatnich tysiącleci na świecie”. Nawet Pan nie wie, Panie Macieju, jak mnie te słowa ucieszyły!

Przejdźmy zatem do treści, bo to co się tam wydarza, to jednak dość mocno odbiega od tego, o czym zwykliśmy czytać. Miłkowski zaskakuje już na samym początku, gdy okazuje się, że cała ta heca opierać się będzie na prostym pytania „Czy Bóg istnieje?”. Aby na to pytanie odpowiedzieć, minister właściwy do rozstrzygania spraw związanych ze sprawiedliwością, powołuje na doradcę tytułowego Sulta – najmłodszego profesora zwyczajnego w Polsce a jednocześnie najinteligentniejszą osobę jaką można spotkać na ulicach naszego kraju. Ten z kolei, już po przyjęciu od ministra proponowanego honoru i odpowiedzialności, powołuje siedmioosobową komisję, której zadaniem będzie debatować, a ostatecznie podjąć właściwą decyzję. I tu pojawia się pierwsza zapowiedź tego, co nas na końcu książki czeka. Bo właściwa decyzja, w myśl rozumowania Sulta, może być tylko jedna, a pozbycie się wątpliwości u nieznanych mu osób, będzie wymagało sporego zachodu.

Wróćmy jednak do wyboru komisji. Czym byłby inteligentny mężczyzna, bez równie inteligentnej, zawsze przygotowanej i gotowej na poświęcenia żony? To ona wyszukuje mu wywiady z potencjalnymi członkami komisji (czytanie tych fikcyjnych rozmów to jeden z najprzyjemniejszych momentów w całym moim literackim roku!), wspiera, a ostatecznie wplątuje też w sieć intrygi (ale o tym dowiemy się dopiero bliżej końca powieści). Gdy przechodzimy do drugiej, najdłuższej części książki, wiemy już kto zasiądzie w prestiżowym gronie doradczym. Nie zabraknie księdza i jednocześnie profesora fizyki, pisarza skandalisty, modnej reżyserki, urzędnika gminnego, a nawet zwycięzcy show na najprzeciętniejszego Polaka (co za wyobraźnia!). Możemy zatem przystąpić do obrad, które zgodnie z życzeniem przewodniczącego Sulta, dzielone są na pięć części. Rozpatrywane będą między innymi dowody na istnienie Boga, na jego nieistnienie (np. wielki eksperyment modlitewny, Czajniczek Russella) czy konsekwencje podjęcia określonej decyzji. Środkowa część książki jest więc wypadkową gonitwy myśli najinteligentniejszego człowieka na świecie, który w każdym ruchu widzi próbę oszustwa, a lekturą protokołów z posiedzeń, które bynajmniej nie przybiorą formy nudnej (szczególnie gdy do klawiatury dobierze się wspomniany wcześniej pisarz skandalista!). Wraz z końcem przekonywania do argumentacji, rozpocznie się ostatni akt tego dramatu. Tym razem już bez kurtuazji i ironii przeniesiemy się do krainy kryminału, gdzie każdy krok będzie niczym stąpanie po cienkim lodzie.

Jak pisałem, Miłkowski zaskakuje treścią, ale chyba jeszcze bardziej szokuje konstrukcją, formą i postaciami. To jedna z niewielu polskich książek, jakie w ostatnich latach czytałem, która nie skupia się na deficytach, uciemiężeniu, problemach pierwszego świata, a przede wszystkim, z której nie wypełza sam autor (albo dobrze swój cień maskuje). Trafnie o tej bolączce pisze Inga Iwasiów w „Umarł mi. Notatnik żałoby” – „Nie lubię autotematycznych wstawek, mam wrażenie, że zastępują opowieść, gdy przychodzi impas, zagadują, zapisują pustkę. Były obowiązkowe w czasach moich studiów polonistycznych, ich obecność świadczyła o wysokim poziomie tekstu. Autotematyczne automatycznie znaczyło literackie. Same historie ceniliśmy mniej od ich szwów zostawionych na wierzchu”. „System Sulta” unika zatem tych ‘autotematycznych wstawek”. Nie jest też książką mocną, dosadną, ani ważną. Nie jest subtelny, ani delikatny. Nie próbuje niczego udowadniać, moralizować, ani uczyć. Wymyka się wszelkim banalnym epitetom. Jak mówi autor w jednej ze scen „Podobno ludzie wielcy rozmawiają o ideach, ludzie średniego kalibru o wydarzeniach, a ludzie mali – o ludziach”. Idąc za głosem Sulta, swoją książkę Miłkowski opiera głównie na ideach, częściowo także na intrydze i …no właśnie.

W tym miejscu należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy faktycznie „System Sulta” jest książką poświęconą problemom ontologicznym i filozoficznym. Jestem w stanie się zgodzić, że te kwestie są tu punktem wyjścia. Nie sądzę jednak, aby były one celem, do którego zmierzamy. Autor przy wykorzystaniu elastycznego i pełnego kunsztu języka, odwołuje się do wielu teorii, przyglądając się jednocześnie człowiekowi. Bo to on jest w centrum uwagi. Mam tu na myśli zarówno bohatera indywidualnego, jak i zbiorowego. „System Sulta” jest współczesną powieścią intelektualną, rozpiętą między fowlesowską psychoanalizą znaną z „Maga”, a klaustrofobiczną atmosferą ławy przysięgłych z „Dwunastu gniewnych ludzi”. Myślę, że właśnie o takiej powieści marzył kiedyś Ranpo Edogawa, który w swoim pierwszym tekście krytycznoliterackim z 1920 roku, powołując się na słowa Bertranda Russella o pięknie kryjącym się w matematyce (tak, tego samego Russella od Czajniczka), postulował powstanie literatury sławiącej piękno, rozum, wiedzę i mądrość. W książkach tego gatunku bohaterowie za wszelką cenę dążyć mieli  do udowodnienia lotności swojego umysłu – rzecz idealnie oddająca wszystko to, co czytamy w książce Miłkowskiego. Ostatecznie „System Sulta” jest więc dla mnie z pewnością literackim odkryciem, a być może też jakimś przełomem, bo udowadnia, że można pisać ciekawie z pominięciem traum i cierpienia. Można też wprawiać czytelnika w śmiech, bezkarnie z niego żartować, stawiać absurdalne hipotezy, prowadzić nieustającą grę. Bo chyba o to tu chodzi prawda? Właśnie o tę grę. Zresztą Sult sam o tym wspomina „Ja sam traktowałem to jako rodzaj intelektualnej gry”. W tym kontekście książka Miłkowskiego przypomina i wpisuje się w jedną z ważniejszych ról literatury – bawi i jednocześnie skłania do rewizji poglądów na co najmniej kilka tematów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey