Recenzja "Kramp" María José Ferrada

Wydawca: Claroscuro

Liczba stron: 140


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Tomasz Pindel
 
Premiera: 11 marca 2022 rok

Wydawnictwo Claroscuro słynie z okładek, które mają coś mówić. Nie zawsze muszą być najpiękniejsze na świecie, ale bardzo często jest w nich jakieś drugie dno. „Kramp” łączy w sobie obiektywny urok (komu się nie podoba, niech pierwszy rzuci kamień), z interpretacją dzieła. Widzimy na niej kontur dziewczynki palącej papierosa. O czym nam to mówi? A chociażby o tym, że siedmioletnia bohaterka książki nie należy do tych ułożonych. Mówiąc ‘ułożonych’ mam na myśli – ‘pasujących do schematu’. W tym wieku powinno się przecież bawić w rodzinę, uczyć liczenia i pomagać mamie w robieniu sałatki. Tymczasem protagonistka „Krampa” jest inna. Jaka?

Wróćmy na chwilę do okładki. Wokół dymu papierosowego roztacza się niebo upstrzone gwiazdami. Pierwsze skojarzenie, jakie miałem z tym elementem ilustracji to wolność i życie w drodze. Pokrywa się ono z życiorysem młodej protagonistki, jeżdżącej z punktu A do punktu B wraz ze swoim ojcem. Jej dom, choć wiemy, że gdzieś jest, nie stanowi dla niej przystani bezpieczeństwa. Koleżanki są w jej życiu nieobecne, podobnie jak kwestie wiary, sukcesów szkolnych czy prostych zabaw. Bohaterka jest w ciągłym ruchu, Każdy zobaczony gest, doświadczone zdarzenie i zasłyszane słowo, modelują jej myślenie.

I wreszcie trzeci ważny element okładki czyli wypełnienie bohaterki. Nie ma tu oczu, uszu czy włosów, są za to pieczątki i dokument rejestrowy podróżnego. Jak należy to interpretować? Już w pierwszym zdaniu książki dowiadujemy się, że Kramp to firma z żelastwem. W jej ofercie znajdują się narzędzia, wypełnienia, śrubki i inne przedmioty przydatne przy prowadzeniu robót budowlanych. Dom zbudowany w większości z elementów Krampa przetrwa najcięższe czasy. Tak przynajmniej mówi komiwojażer, czyli terenowy przedstawiciel tej firmy. R, bo tak się nazywa, jest ojcem głównej bohaterki. Tajemnicą jego zawodowego ‘sukcesu’ jest właśnie mała pomocnica. Zabiera ją do klientów nawet wtedy, gdy nie powinien. Gdy ta miała iść do szkoły. Podrabia więc z nią dzienniczek i rozwija jej kompetencje. Razem odwiedzają różne miejsca, czasami muszą zagrać jakąś scenę, w wakacje mogą nawet nie wracać do domu. R ma też kolegę, również komiwojażera, tylko że z innej branży. Dzieli się z nim swoją córeczką, bo ma z tego określone profity. Tak oto dziewczynka nabywa kolejne umiejętności i znajomości. Drukuje też sobie w głowie łatkę komiwojażera.

Tak to wygląda z pozoru. Takie jest życie nieletniej i taki jest „Kramp” w tej pierwszej, wierzchniej warstwie. Nie o to jednak Ferradzie chodziło, a przynajmniej nie tylko o to. Bohaterka noweli jest młoda i wielu rzeczy nie rozumie. Swój świat buduje na słowach ojca i jego kolegi, którzy mają własne prawdy, racje i ambicje. Ważny jest tu zatem język, jako narzędzie formujące rzeczywistość. Ale nie tylko to. Dużą, jeśli nie kluczową rolę odgrywają przemilczenia. Bohaterka nie ma dostępu do internetu (znajdujemy się bowiem w Chile, w czasach lądowania na księżycu i tuż po nim), będąc w szkole myśli tylko o komiwojażerce, jej relacje z matką są raczej oziębłe, a ojciec… ojciec kształtuje ją po swojemu. Jeśli zatem czegoś nie rozumie, to albo zamiata to pod dywan, albo tłumaczy na miarę swoich możliwości.

Rzeczywistość protagonistki, ta mozaika podróży, obowiązków i relacji, nie zawiera takich słów jak zbrodnia, morderstwo czy wykorzystanie. W ciepłej i miejscami humorystycznej narracji dobrze się odnajdujemy, uśmiechamy się, chcielibyśmy pogłaskać dziewczynkę po głowie. Czujemy jednak, że coś tu wisi na włosku. Że męskie postaci mają swoje tajemnice. Wreszcie, że trwająca dyktatura Pinocheta, prędzej czy później odciśnie na bohaterach swoje piętno.

„Kramp” jest zatem powieścią autobiograficzną (autorka dorastała w środowisku komiwojażerów), która z jednej strony doskonale obrazuje, jak działa umysł dziecka i na co jest podatny, z drugiej rozlicza też reżim i jego wpływ na ludzkie losy. W tym na życie niewinnych dzieci. To malutka, dyskretna i niepozorna książka z mocną końcówką. Bardzo dobrze napisana. Nie sztuką jest bowiem grać na emocjach, gdy w rolach głównych obsadza się dziecko i dyktaturę. Sztuką jest tak poustawiać pionki na planszy książki, żeby o całym brudzie dowiadywać się z przemilczeń.

Recenzja "Orzełek z białą głową" Robert Lalonde

Wydawca: W podwórku

Liczba stron: 320


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Krzysztof Jarosz
 
Premiera: 24 czerwca 2022 rok

Robert Lalonde urodził się w 1947 roku w Oka w Quebecku. Jest uznanym aktorem i pisarzem. Ma na swoim koncie blisko 30 książek, w tym beletrystykę, zbiory opowiadań, tomik poezji, eseje, sztuki teatralne i tłumaczenia. Za swoją pracę był parokrotnie wyróżniony – warto odnotować chociażby Nagrodę Gubernatora Generalnego Kanady (tą samą, którą otrzymała Monique LaRue znana z „Okiem Markizy”) i Nagrodę Jeana Hamelina za „Orzełka z białą głową”. Do tej pory Lalonde był w Polsce nieobecny.

Pisarz ma mieszane pochodzenie. W jego ciele płynie mieszanka krwi francusko-kanadyjsko-amerykańsko-indiańskiej. To właśnie ta unikalna kompozycja kulturowa stała u podstaw powstania części jego prac („Le Dernier Été des Indiens”, „Sept lacs plus au nord”). Wątki zderzenia różnych światów i poszukiwania tożsamości są także kluczowe w „Orzełku z białą głową”.

Bohaterem powieści jest Aubert. Wychowany w ubogiej, prowincjonalnej rodzinie, odstający od tradycyjnego stereotypu wieśniaka, młody człowiek. Jego atutami nie jest siła, odwaga czy praktyczne podejście do życia, ale wrażliwość. Z tego powodu zamiast do wędkarstwa, wyrębu lasów czy łowiectwa, bliżej mu do kreatywnych zajęć. Ujście jego fascynacji następuje w momencie odkrycia literatury. Pewnego dnia w ręce młode Auberta przypadkowo trafiają „Pokarmy ziemskie” autorstwa André Gide. To wydana w 1897 roku nowatorska proza, która znalazła tak samo szerokie grono sympatyków, jak i przeciwników (głosiła hedonizm, zerwanie z konwenansami, porzucenie oficjalnej religii na rzecz panteizmu). Bohater czytając kolejne wersy odkrywa sprawczą moc języka i odmienne stany rzeczywistości. Punktem zwrotnym okazuje się też kolejna lektura, tym razem magazynu „Life”. Pod wpływem jej treści młody człowiek postanawia odnaleźć raj utracony, co wiąże się z przyjęciem na siebie roli narodowego wieszcza.

Koleje losów pchają Auberta najpierw do seminarium, gdzie rytm życia wytycza wiara katolicka. Po wcieleniu w życie rad zawartych w „Pokarmach ziemskich” zostaje on jednak wydalony. Później doświadcza też wykluczenia z kręgów rodzinnych, wizyty w alumnacie, nocowania w obozowisku drwali czy wycieczki do Paryża. Nigdzie jednak nie może zagrzać miejsca. Jak przystało na narodowego wieszcza, Aubert stacza się, upada. Zbudowany ze skrawków życiorysów kilku autentycznych poetów, staje się symbolem obrazu Quebekczyków z ubiegłego stulecia.

„Orzełek z białą głową” napisany jest w sposób niedzisiejszy. Robert Lalonde dobitnie pokazuje, że dobra literatura to nie tylko wycyzelowane, krótkie zdania i ograniczenie opisu otoczenia do minimum. W jego książce spotkamy kwieciste frazy, barwne porównania i niezwykle precyzyjne oddanie emocji. Środki, których używa, tworzą w głowie czytelnika sycące obrazy, jednocześnie nie ma tu niczego zbędnego. Nie dostrzegam w powieści przegadania, stosowania niepotrzebnych ornamentów czy erudycyjnej gry. To jedna z tych książek, która wykorzystuje celne i esencjonalne zdania do opowiedzenia historii stapiającej w jedno naturę i literaturę. Piękna rzecz, idealna do spokojnego czytania i smakowania słowa.

Recenzja "Z kamienia i kości" Bérengère Cournut

Wydawca: Biuro Literackie

Liczba stron: 192


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Hanna Igalson-Tygielska
 
Premiera: 12 września 2022 rok

„Z kamienia i kości” jest uznawana za jedną z najważniejszych francuskich powieści ostatnich lat. Już sam fakt, że jako książka o zabarwieniu ‘poetyckim’ została sprzedana w ponad 200 tysiącach egzemplarzy, mówi sam za siebie. Powieść napisała Bérengère Cournut, obecnie ponad 40-letnia pisarka. Swoją karierę rozpoczęła na początku XXI wieku, najpierw kreując krainy jak ze snu, później mówiąc o Indianach Hopi żyjących na suchych płaskowyżach Arizony, wreszcie przenosząc czytelników do kultury Inuitów.

„Z kamienia i kości” rozpoczyna się dramatyczne. Oto pewnej nocy pod młodą bohaterką – Uqsuralik, pęka lód. Mimo bliskości, rodzina nie może jej w żaden sposób pomóc. Pozbawiona ciepła, bliskości i bezpieczeństwa, rozpoczyna walkę o przetrwanie. Za kompanów ma jedynie kilka psów, które podobnie jak ona, umierają z głodu. Sprawa wydaje się być beznadziejna, ale Uqsuralik to dzielna dziewczyna. Dawniej uczyła się polować ze swoim ojcem, przez co teraz potrafi zdobywać pokarm. Z czasem znajduje też grupę, która widząc w niej nadzieję na lepsze jutro, postanawia ją przygarnąć.

Krajobraz książki, podobnie jak pejzaż całej Arktyki, jest mroźny i surowy. Ludzie chodzą w starych skórach, są narażeni na kaprysy natury, zjadają psy, które wcześniej pomagały im w łowach, mordują swoich bliskich, gdy ci są od nich w czymś lepsi. To kraina odpychająca, istne piekło na Ziemi. Jednocześnie autorka opisuje miejsca tak plastycznie, że oddaje słowami ich piękno. Pojawiające się pieśni, wypowiadane kwestie, nadają lodowcom niesamowitej energii, tchną w nie siłę życiową. Gdy Uqsuralik i jego ukochany Tulukaraq eksplorują kajakiem wnętrzności góry lodowej, słyszymy wyjaśnienie tego, jak otwór w szczycie jaskimi decyduje o losie ludzkiej duszy. W innym miejscu padają słowa mówiące o tym, że lód to nie tylko ekosystem, ale też cały świat, który w każdej chwili może zmienić siebie i nas. Otoczenie jest zatem dla Bérengère Cournut sacrum, miejscem kreacji naszej doczesności. Z naturą, z klimatem nikt nie wygra, dlatego powinno się im oddawać należną cześć.

„Z kamienia i kości” to także spojrzenie na kobiecość. Uqsuralik z małej dziewczynki staje się dorosłą kobietą. Ma męża, który tragicznie ginie. Później wiąże się z inną rodziną i poznaje Naja, szamana dziwaka. To z nim przyjdzie jej mieć dziecko i to on jako pierwszy faktycznie się nią zaopiekuje. Odnalezienie się w trudnym świecie mężczyzn bywa jednak bolesne (fizycznie i psychicznie). Kobiety muszą się podporządkowywać woli swoich ojców, partnerów, mężów, nawet wtedy, gdy ci je zwyczajnie wykorzystują. O pewnych rzeczach nie można też mówić, bo rolą kobiety jest przyjmować na siebie „wszystkie niebezpieczeństwa” jak śpiewa w jednym z utworów Sauniq. To właśnie starsza Sauniq, Uqsuralik i Hila złączone są szczególną więzią ze światem. Ona daje im moc, umiejętność czerpania korzyści z wzajemnej miłości. Ona prowadzi też tę trójkę do niezależności i poczucia równości z pozostałymi członkami rodziny. W ten sposób ból i wszechogarniający smutek, są rozmywane przez przebłyski miłości.  

Nowość Bérengère Cournut jest książką o Arktyce. Jest też relacją o zimnie, o śniegu, o walce ze słabościami. „Z kamienia i kości” to też utwór o świecie nierealnym. Życie Uqsuralik przepełnione jest duchowością oraz pradawnymi wierzeniami. Gdy jest w ciąży, musi jako pierwsza opuszczać igloo, aby jej dziecka nic nie blokowało podczas porodu. Hila, córka głównej bohaterki, dostała imię po matce Sauniq, w ten sposób nadając łańcuchowi pokoleń okrągły kształt. Aby uleczyć chore dziecko, szaman musi odbyć podróż. Duch ziemi, olbrzym powracający co jakiś czas, wielokrotnie przywraca Uqsuralik do życia mocą swojej pieśni. Ludzie, zwierzęta, duchy: wszyscy mają tu swoje obrzędy i słowa. Należą do tej samej całości, która nie mogłaby istnieć, gdyby nie była rozpatrywana we wszystkich jej odcieniach.

Książka Bérengère Cournut, mówi o niewygodach życia, o głodzie, także o potrzebie bliskości. O tym, jak kapryśna bywa natura i jak te jej kaprysy mogą zmieniać nasze życiorysy. To oczywiście przestroga, ale też pięknie i namacalnie nakreślona rzeczywistość. Autorka na podstawie studiów literatury przedmiotu wykreowała prawdziwą krainę. Liczne fotografie zamieszczone na końcu książki tylko dodają jej prawdziwości. Nie inaczej jest z językiem – oszczędnym, lirycznym, ostrym jak brzytwa. Surowy klimat, okrutna historia, budzące fascynację i grozę piękno absolutu, brutalne postępowania, przyciągające milczenie, złowieszcza samotność, umierająca nadzieja, próby poszukiwania swojego miejsca – tak wygląda życie Uqsuralik. Taki jest przepis na świetną książkę.

Recenzja "Wilk morski" Riff Reb's