Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Stara szkoła" Tobias Wolff

Stara szkoła – błyskotliwa opowieść o ambicji, klasowych lękach i literaturze jako formie autokreacji.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 232


Oprawa: miękka
 
Tłumaczenie: Krzysztof Umiński
 
Premiera: 5 maja 2026 rok

Amerykańskie elity z Wschodniego Wybrzeża lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku miały swój specyficzny kult. Mianowicie zamiast bogów, czciły pisarzy. W świecie, który Tobias Wolff rekonstruuje w „Starej szkole”, nastoletni chłopcy nie ekscytują się tak bardzo wyborem Kennedy’ego na prezydenta, jak rytmicznym stukotem klawiszy maszyn do pisania Remingtona. To nie jest jednak kolejna sentymentalna pocztówka z młodzieńczego kampusu, z rzewną muzyką w tle i duchem „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Wolff pisze z zupełnie innej pozycji – bez taryfy ulgowej dla swoich bohaterów, bez nostalgicznego wygładzania kantów. Wchodzi w tę zamkniętą społeczność jak chirurg, dla którego literatura nie jest jedynie pięknym rzemiosłem.

Wielkość tej prozy – równej kalibrem dokonaniom Philipa Rotha czy Johna Williamsa – objawia się w jej zwodniczej, niemal minimalistycznej powściągliwości. Wolff, znany jako absolutny mistrz amerykańskiego opowiadania, zamyka tę historię na około dwustu stronach. I to właśnie ta ekonomia tekstu generuje największe napięcie. Tutaj nie ma miejsca na stylistyczne popisówki. Każde zdanie jest wyważone z precyzją, której autor uczył się od samego Hemingwaya. Pod gładką, elegancką powierzchnią retro-narracji tli się niepokojący, moralny żar.

Konstrukcja fabularna opiera się na pozornie prostym, wręcz anegdotycznym motywie. Szkołę odwiedzają trzy całkowicie odmienne figury amerykańskiego życia literackiego – Robert Frost, Ayn Rand i Ernest Hemingway. Nagrodą za najlepsze uczniowskie opowiadanie jest prywatna audiencja u Mistrza. Wolff nie byłby jednak sobą, gdyby potraktował tych gigantów nabożnie. Zamiast tego z genialną, momentami bezwzględną ironią demaskuje ich pozy, a wraz z nimi ślepą wiarę uczniów w zbawczą moc naśladownictwa.

Prawdziwym tematem „Starej szkoły” nie jest bowiem sam akt tworzenia, ale desperackie próby przymierzania cudzych tożsamości. Bezimienny narrator, stypendysta panicznie lękający się ujawnienia swojego żydowskiego i robotniczego pochodzenia, traktuje literaturę jak pancerz. Wolff portretuje ten proces z rzadko spotykaną, bolesną wręcz intymnością, gdzie tworzenie fasady mającej ukryć brak społecznego zakorzenienia i imitacja stylu stają się substytutem własnego głosu. Chłopcy rywalizują ze sobą, spychając przyjaźń na dalszy plan. Oni tworzą nie dlatego, że mają coś ważnego do przekazania światu. Piszą, ponieważ panicznie boją się, że bez blichtru literackiego talentu okażą się nikim.

Największy kunszt Wolffa ujawnia się w sposobie, w jaki prowadzi czytelnika przez kulminacyjny punkt powieści. Chodzi o moment, w którym pragnienie uniesienia i akceptacji popycha bohatera do błędu ostatecznego, jakim jest plagiat. W rękach mniej subtelnego autora historia ta osunęłaby się w dydaktyczną powiastkę moralną. U Wolffa staje się ona czymś na kształt świeckiego rachunku sumienia. Pisarz rezygnuje z taniego dramatyzmu i zamiast banału wprowadza narracyjny chłód (przypominający ten ze „Stonera”). Prawda o ludzkiej słabości i wstydzie nie zostaje tu zwerbalizowana w patetycznych monologach. Ona wynika wprost z pustki między wierszami, z milczenia profesorów i z nagłego, surowego zderzenia wykreowanej przez bohatera iluzji z twardym, klasowym realizmem instytucji.

„Stara szkoła” to także głębokie, socjologiczne studium kraju w momencie przełomu. Pod płaszczykiem snobizmu i dyskusji o tym, czy rym w poezji jest już narzędziem skompromitowanym, Wolff z maestrią wszywa w tkankę powieści tematy znacznie cięższego kalibru: antysemityzm, ukryte formy agresji, klasowe podziały oraz rodzący się cynizm, który kilka lat później znajdzie swoje ujście w doświadczeniu Wietnamu. Mistrzostwo autora polega na tym, że te wielkie, narodowe traumy pokazuje przez pryzmat drobnych przesunięć emocjonalnych w szkolnych ławach.

W finałowych rozdziałach i genialnym, niespiesznym epilogu perspektywa się poszerza, pozwalając spojrzeć na dawną rywalizację z dystansu dojrzałego mężczyzny, ojca i żołnierza. To właśnie wtedy dociera do nas, że Wolff napisał książkę, która przekracza ramy klasycznego campus novel – przypowieść o tym, jak literatura, w całej swojej kłamliwej naturze, potrafi paradoksalnie stać się jedynym narzędziem do odkrycia prawdy o samym sobie. To proza, przez którą się płynie, ale która zostaje pod skórą na lata.

Recenzja „Imperium postradanych zmysłów” Kathy Acker

Dystopijna proza Acker, w której język staje się narzędziem buntu. Fragmentaryczna, mocna i niepokojąco aktualna.
Wydawca: Ha!art

Liczba stron: 336


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Patrick Leftwich

Premiera: październik 2025 rok

Kiedy biorę do ręki „Imperium postradanych zmysłów” odnoszę wrażenie, że trzymam książkę, która domaga się dwóch rzeczy. Po pierwsze żeby ją czytać. Po drugie zaś żeby jej nie czytać linearnie. Acker, jak to Acker, robi mi ten sam numer co Cortázar – zanim jeszcze otworzę tom, już jestem w grze zmyłek. Z tą różnicą, że Cortázar każe przewracać książkę tyłem do przodu, a Acker przewraca do góry nogami język, ciało i porządek świata.

I tak, niby wiem, że to cyberpunk. Niby wiem, że jest Paryż przyszłości. I CIA grzebiące w algierskiej rewolucji. Trafiła tu nawet cyborgini Abhor z jej bionicznymi odnogami, które brzmią jakby wyszły spod ręki kogoś, kto w latach 80. naprawdę myślał, że technologia jutra przyniesie wybawienie od patriarchatu. Ale po kilku stronach zdaję sobie sprawę, że to tylko rama, a sama powieść jest bardziej jak cover, a może raczej mashup. Wszystkich mitów o końcu świata, które znamy i z którymi chcielibyśmy się rozprawić, ale nie mamy odwagi. Acker ma.

Kim są Abhor i Thivai? Kochankami? A może piratami, pół-ludźmi czy pół-maszynami? Nieważne. Tak naprawdę funkcjonują jak wehikuły językowe. Czytam ich dialogi i mam wrażenie, że Acker robi coś, co w poezji robił Hughes czy Ginsberg – rozszczelnia język tak bardzo, że na jego krawędziach zaczyna świecić coś niepokojąco nowego.

Nie chodzi o futurystyczny vibe. Chodzi o to, że sposób mówienia w „Imperium postradanych zmysłów” jest przesunięciem: queerowym, politycznym, cielesnym, a przede wszystkim anty-ojcowskim. „Elegia dla świata ojców” jest przecież nietypową elegią. Nie żałobną, ale demontażową. Od razu wiadomo, że Acker nie chce niczego domykać. Raczej otworzyć. Rozbebeszyć. Zobaczyć, jak to będzie działać, kiedy przestanie działać patriarchalna logika transmisji wartości, nazwiska i traumy.

W książce ta metoda przyjmuje postać czegoś na kształt kartografii destrukcji. Paryż rozpada się w rytm narracji, jakby każde zdanie było nowym ruchem tektonicznym. Tyle że pod spodem nie ma lawy, tylko pamięć. Abhor i Thivai w tym świecie nie tyle walczą, ile przemieszczają się przez ruiny. Mapa ich życia jest pisana na żywo, skreślana, przepisywana, nadpisywana neurofarmaceutykami, tatuażami, implantami i przemocą.

I znowu – można to czytać jako dystopię. Można jako feministyczny manifest. Można jako cyberpunkową prowokację. Ale ja, czytając Acker po latach, myślę o niej bardziej jak o manipulatorce narracji, która nie tworzy nic nowego, tylko przeżuwa świat i wypluwa go w nowej konfiguracji.

I właśnie to mnie najbardziej fascynuje. „Imperium postradanych zmysłów” to nie książka z fabułą. To raczej procedura uruchamiania nieposłuszności. Autorka nie chce, żebyśmy się nią zachwycali. Ona dąży do tego, żebyśmy zaczęli wyobrażać sobie cokolwiek poza tym, co mamy.

Żebyśmy przestali wierzyć w linearność.

Żebyśmy przestali wierzyć w elegie.

Żebyśmy przestali wierzyć w ojców.

Kiedy Abhor mówi, że fikcja ma służyć „naszemu przetrwaniu, przetrwaniu nas wszystkich”, brzmi to jak dekalog dla literatury, która ma czelność istnieć po reaganowskiej katastrofie i przed naszą własną. Dlatego ta powieść nie starzeje się tak, jak starzeją się próby bycia ostrym dla samego szokowania. Tu chodzi o przesterowanie dźwięku. O to, jak daleko można przesunąć język, zanim zacznie generować nowe obrazy wolności.

I tak Acker czasem traci tempo. Czasem wpada w manierę. Czasem wygląda jakby cytowała Gibsona tak bezwstydnie, że powinna mu wysłać kwiaty. Ale co z tego? Ta powieść nigdy nie chciała być spójna, czysta, linearna, klasyfikowalna. Ma być żywa. A żywe rzeczy przecież się rozłażą, rozpadają, zmieniają ton, pękają w rękach.

Właśnie dlatego ta książka jest potrzebna. Bo jak mówi Acker, literatury nie powinno się tylko czytać. Powinno się jej używać.

Do rozmontowywania.

Do wymyślania na nowo.

Do ucieczki.

Do powrotu.

Do przetwarzania bólu w formę, a formy w bunt.

I jeśli „Imperium postradanych zmysłów” uczy mnie czegoś jeszcze, to tego, że przyszłość (ta polityczna, ta narracyjna i ta osobista) nie przyjdzie sama. Trzeba ją sobie wyrwać. Najlepiej ostrym narzędziem.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej. 

 

Recenzja "Upadek i serce" Siti Rukiah