Recenzja "Wzgórze przyśnień" Arthur Machen

Wydawca: PIW

Liczba stron:  320

Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Maciej Płaza

Premiera:  4 września 2020 r.

Arthur Machen urodził się 1863 roku (w tym samym, w którym zmarł pojawiający się na kartach książki William Makepeace Thackeray) w Caerllon w Walii, małym miasteczku położonym nad rzeką Usk. W młodości dużo czytał, w szczególności klasyków oraz literaturę okultystyczną i metafizyczną, która później wywarła silny wpływ na jego twórczość. Do dzisiaj jest pamiętany przede wszystkim jako autor gotyckiej fantastyki, na której wzorował się później H.P. Lovecraft. W Polsce wcześniej ukazał się zbiór opowiadań grozy „Inne światy” oraz „Troje szalbierzy”, którą to książkę sam Jorge Luis Borges namaścił jako jedną z ważniejszych w swoim życiu.

„Wzgórze przyśnień” jest nieco innym typem literatury. Sam autor określa ją we wstępie jako „Robinsona Crusoe” duszy. W fantastycznym posłowiu Maciej Płaza zauważa, że taka tematyka była już wcześniej praktykowana w literaturze, między innymi przez Étienne Pivert de Senancoura, François-René de Chateaubrianda czy Alfreda de Musset, których dzieła Machen musiał znać. Nie jest to więc żadna pionierska książka, a kunsztownie opracowane studium totalnej samotności i wyobcowania. Jak już wcześniej rzekłem, dokładny opis tła powstawania książki, użytej symboliki oraz lektur towarzyszących Machenowi w akcie twórczym, zawiera prawie trzydziestostronicowy esej Macieja Płazy, w moim omówieniu skupię się więc wyłącznie na treści i łączących się z nią emocjach.

Bohaterem jest młody Lucian Taylor, zamieszkujący najpierw piękną krainę Carmaen (co oczywiście należy powiązać z rodzinnym  Caerllon autora), a później przeprowadzający się do wielkiego Londynu. Lucian wbrew poleceniom bliskich mu osób i sąsiadów, postanawia zostać pisarzem. W swoim uporze jest na tyle wytrwały, że nie przeszkodzi mu ani doskwierająca bieda, ani odrzucone propozycje wydawnicze, ani skradziona treść książki, ani nawet samotność. Tę ostatnią silnie odczuje dopiero w Londynie, gdzie pozbawiony uroków przyrody i gnębiony ponurymi myślami, stoczy się na samo dno.

Arthur Machen nie szokuje, co może zdziwić fanów jego mrocznych opowieści. Mało to akcji czy klarownych zdarzeń. Książka jest przepełniona emocjami i przyrodą. To właśnie w opisach białych gospodarskich chat jaśniejących w słońcu, długich urokliwych kniei między wzgórzami czy w nieruchomych sadzawkach położonych gdzieś za polami, czytelnik może się rozsmakować. Znać tu wyjątkową fascynację antykiem i naturalną zmysłowością, a także rytmiczność języka. Mechen napisał książkę z pełnym scenograficznym rozmachem, co ważne, opartą na wielu wątkach autobiograficznych. Dlatego jest ona tak bardzo prawdziwa, a jej lektura, tak silnie działa na psychikę odbiorcy.

Pisarz mimo zawężenia perspektywy do zaledwie kilku postaci, miejsc i wątków zdołał we „Wzgórzu przyśnień” stworzyć wielowarstwową, subtelną powieść psychologiczną. Podejmowane przez Luciana wysiłki przekroczenia intelektualnych i klasowych barier pokazują, jak bardzo hermetycznym światem może być literatura, tak dawniej, jak i dzisiaj.  Aby uzyskać do niej stały dostęp, trzeba rozwinąć w sobie szczególny rodzaj pobłażliwości, której brak jest równoznaczny z upadkiem. Spełnienie marzeń może czasem bardzo dużo kosztować: utraconą miłość, szansę na zbudowanie rodziny, szacunek znajomych. Machen zdaje sobie sprawę, że pisząc tak wymagającą powieść, tworzy dla garstki odbiorców. Wiekowa, zaangażowana biznesowo osoba z czarnymi okularami na oczach czy miłośniczka wiktoriańskich wzruszeń, wzdrygająca się przed inscenizacyjnym polotem, odrzuci książkę, nie biorąc dla siebie nic. Autor jednak nie walczył o poklask jednego pokolenia, ale o wieczny szacunek w powykręcanych niszach. I zdecydowanie mu się to udało, o czym najlepiej niech świadczy status książki jako kultowej, wciąż wznawianej w Anglii. Całe szczęście, że udało ją się odczarować dla polskiego czytelnika. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey