Recenzja "Zespół Odepa" Krzysztof Bartnicki

PRL, Opole, tajna jednostka i śledztwo bez rozwiązania. „Zespół Odepa” to mroczna, wymagająca powieść o języku, pamięci i granicach formy.
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 176


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 26 listopada 2025 rok

Krzysztof Bartnicki należy do tych rzadkich postaci polskiej literatury, których nie sposób przedstawić bez jednoczesnego podważenia samego aktu przedstawiania. Każda próba biograficznego przypisania: tłumacz Joyce’a, pisarz, konceptualista, prowokator, okazuje się natychmiast nieadekwatna. Jakby autor systematycznie wymykał się każdemu stabilnemu deskryptorowi, traktując jednocześnie to wymykanie jako element własnego projektu twórczego.

Bartnicki to tłumacz „Finnegans Wake”. I jest to fakt najpewniejszy, bo potwierdzony dziesięcioletnią, niemal monastyczną pracą nad tekstem uchodzącym za najtrudniejszą książkę świata. Praca ta przyniosła mu nagłą, paradoksalną rozpoznawalność medialną. W polskim obiegu literackim twórca stał się figurą graniczną. Dowodem, że radykalna filologia może jeszcze wywołać skandal, zachwyt i agresję jednocześnie. Internetowy trolling wobec „Finneganów tren” był w istocie reakcją obronną na fakt, że ktoś potraktował język zbyt serio.

Ale Bartnicki to także autor „Prospektu emisyjnego” – książki-potwora, książki-pułapki, książki, która udaje dokument, neguje literaturę i jednocześnie ją hiperbolizuje. Tekstu, który wystawia na sprzedaż nie tylko bohatera, ale i samego autora, a w konsekwencji także czytelnika. Pamflet na urynkowienie świata, napisany językiem tak doskonale przejętym od ekonomii i biurokracji, że parodia przestaje być rozpoznawalna jako parodia. To tu pojawia się po raz pierwszy na pełną skalę to, co później stanie się znakiem firmowym Bartnickiego: nadmiar, przesyt, erudycja balansująca na granicy grafomanii. Grafomanii nie nieudolnej, lecz profesorskiej, że tak się wyrażę – hiperkompetentnej.

Do tego dochodzi „Myśliwice, Myśliwice”, a więc powieść nagrodzona w Gdyni, wiejska i kosmiczna zarazem. No i translatorski wyczyn „Port hwjezdny Topjo”. Bartnicki przełożył tam językową triadę oryginału (orkadzki / szkocki / angielski) na mowy Pomorza i okolic, z polszczyzną relegowaną do przypisów. Gest radykalny, filologicznie ryzykowny, ale konsekwentny z jego wizją języka jako bytu wielowarstwowego, niehierarchicznego, opornego wobec centrum.

Krótko mówiąc Bartnicki to autor, który nie zna wyrażenia „nie podjąć się”. Jeśli istnieje język, forma, konwencja, której nie da się użyć, on jej właśnie użyje. Jeśli istnieje granica czytelności, on ją przesunie, a potem jeszcze z ironią zaznaczy jej dawny przebieg.

Na tym tle „Zespół Odepa” jawi się nie jako kolejna powieść, lecz jako kolejna faza eksperymentu, w którym literatura zostaje poddana testowi wytrzymałości. Punkt wyjścia jest zwodniczo komunikatywny. Oto tajna jednostka w PRL-owskim Opolu, udająca Oddział Dewizowo-Paszportowy, mierzy się z zagadkami czasu, pamięci i przyszłości. Mamy epidemię ospy, schyłek projektu termojądrowego, zimę stulecia, Kafkowską administrację, kryminalną obietnicę śledztwa.

Bartnicki jednak od początku sabotuje wszelkie oczekiwania gatunkowe. Kryminał okazuje się antykryminałem, a nawet czymś więcej: narracją, w której śledztwo toczy się jednocześnie na poziomie fabularnym, językowym, ontologicznym i kosmologicznym. Zabójcą bywa tu czas, entropia, ewolucja, pamięć, ofiarami zaś nie tylko ludzie, lecz także bakterie, papierosy, gwiazdy, całe wszechświaty.

Bartnicki pisze tak, jakby każde zdanie było wrotami do kolejnego dygresyjnego wszechświata. Rozpoczyna od obrazu negocjacji nocy i dnia, by po chwili wpaść w socjologiczną mini-monografię roznosicieli mleka w PRL-u, przejść do autobusu Jelcz, zahaczyć o etymologię, mitologię, pamięć miejską, a potem nagle oddać głos przedmiotom, budynkom, ulicom.

To pisanie imponujące technicznie. Polski pisarz z niezwykłą biegłością produkuje zdania gęste, wielopiętrowe, pełne semantycznych rodzynek („makulatura rozwolniła się spod słabizny sznurka”), a jednocześnie potrafi uderzyć w brutalną, pozbawioną ornamentu prozę przemocy domowej. Rejestry języka zmieniają się nieustannie, od gwary, przez urzędniczą nowomowę, po styl quasi-tragedii greckiej.

I tu dochodzimy do punktu krytycznego. „Zespół Odepa” jest książką erudycyjną do granic tolerancji. Setki aluzji, kryptocytatów, przymrużeń oka do Chandlera, Christie, Poe, Camusa, Sartre’a, Manna, kina noir, SF, fizyki teoretycznej, mitologii greckiej. Bartnicki nie tylko cytuje, on wręcz tuneluje tekst, zostawiając ślady, które można (ale nie trzeba) odgadywać przy kolejnych lekturach.

To rodzi podwójny efekt. Z jednej strony zachwyt. Rzadko spotyka się prozę, która tak konsekwentnie traktuje czytelnika jak partnera intelektualnego, zakładając jego gotowość do zagubienia się, niewiedzy, powrotów. Z drugiej zmęczenie. Pojawia się wrażenie, że forma zaczyna pożerać własny sens, że każde skojarzenie musi zostać zapisane, każda możliwość uruchomiona, nawet jeśli osłabia napięcie.

W tym sensie „Zespół Odepa” balansuje na tej samej cienkiej linii co wcześniejsze książki Bartnickiego. Między arcydzielną literacką alchemią a czymś, co można by złośliwie, ale nie całkiem bezzasadnie nazwać grafomanią wybitnego umysłu. Nie grafomanią braku talentu, lecz grafomanią nadmiaru kompetencji, w której autor potrafi, ale też chce za bardzo. Tym samym jego książka staje się pozycją dla garstki wybrednych czytelników.

Załóżmy jednak, że przyjmujemy zasady gry Bartnickiego. Jeśli porzucić oczekiwanie klarownej fabuły, psychologicznej motywacji, klasycznego rozwiązania zagadki, wtedy „Zespół Odepa” odsłania się jako jedna z najambitniejszych prób połączenia literatury kryminalnej z nową fizyką i filozofią czasu. Edyp staje się figurą śledczego prowadzącego dochodzenie we własnej sprawie, PRL sceną eksperymentu temporalnego, a Opole punktem styku lokalności i kosmosu.

„Zespół Odepa” to powieść mroczna, erudycyjna, miejscami olśniewająca, miejscami męcząca. Ten tekst może wywołać zachwyt, irytację, śmiech i znużenie. Bartnicki nie pisze, by się podobać, lecz by sprawdzić, jak daleko da się przesunąć granice literackiej formy. Tuż po lekturze tej książki poznawałem opowiadania węgierskiego Noblisty i czułem lekkość formy. Niech to najdobitniej pokaże, jakie wyzwanie czeka na potencjalnych czytelników Bartnickiego.

Recenzja "A świat trwa" László Krasznahorkai

„A świat trwa” Krasznahorkaiego to 21 głosów zagubienia i obsesji. Recenzja książki, która nie opowiada historii, lecz odsłania mechanizm trwania świata.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 344


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Elżbieta Sobolewska

Premiera: 3 grudnia 2025 rok

Ta książka nie miała być wydana w tym roku. Ten zbiór opowiadań był praktycznie skazany na promocyjną porażkę. Kogo dzisiaj obchodzą krótkie formy? I to Węgra? I to ze zdaniami na dwie strony? Tak właśnie, to pięknie wydane dzieło miało przejść przez rynek niezauważone. Ale nie przejdzie, bo László Krasznahorkai dostał Nobla. A jak wiadomo efekt Nobla działa. I dobrze. Taka proza trafia się naprawdę rzadko.

Do rzeczy jednak, bo jest cień szansy, że ktoś nie tylko książkę kupi, ale nawet ją przeczyta. A jak już przeczyta to pomyśli sobie ‘co to ma być’? Więc ja już wyjaśniam, czym „A świat trwa” jest. Po swojemu, bo żaden tam ze mnie doktor nauk o literaturze. 

O czym opowiadają utwory László Krasznahorkaia?

Zacznijmy od najważniejszego. Utwory Krasznahorkaia nie opowiadają o świecie, tak jak się do tego przyzwyczailiśmy. One odsłaniają pod jego skorupą gęsty osad strachu, melancholii i rozpadu. Tak to wyglądało w „Szatańskim tangu” czy „Melancholii sprzeciwu”, tak też funkcjonuje w tych dwudziestu jeden tekstach. One układają się w mroczną panoramę współczesnej kondycji ludzkiej: osamotnionej, nieufnej, pozbawionej nadziei, a jednocześnie rozpaczliwie pragnącej sensu.

Krasznahorkai także i tym razem pozostaje wierny swojej metodzie. Tu wszystko pulsuje strumieniem świadomości, zdania rozciągają się w nieskończoność, a bohaterowie jak zjawy dryfują przez przestrzenie bardziej mentalne niż geograficzne. To outsiderzy, wędrowcy, ekscentrycy. Ci, którzy przenoszą w sobie niepokój epoki. Łączy ich jeden, choć przywdziewający różne maski głos nieustannie zderzający się z absurdem świata i własnym lękiem.

Autor prowadzi czytelnika do gabinetu krzywych luster, w którym nasze lęki i neurozy odbijają się w zniekształconej formie. Te opowiadania nie oferują ukojenia. Tworzą raczej labirynt, w którym niezależnie od wybranego kierunku wracamy w to samo miejsce. Do świadomości, że nie ma dokąd uciec.

Jak wygląda przestrzeń w „A świat trwa” László Krasznahorkaia?

Świat węgierskiego pisarza to prowincja schyłku. Tym razem nie ma jednak jednego miejsca akcji. Ten tom nie jest portretem wyłącznie węgierskiej prowincji. Przeciwnie, świat Krasznahorkaia jest globalny, rozproszony: Węgry, Chiny, Indie, Europa Zachodnia. Przestrzeń zmienia się, ale stan wewnętrzny bohaterów pozostaje ten sam. Zagubienie nie jest lokalne, a egzystencjalne.

Dobrym przykładem jest opowiadanie „W dół leśna droga”. Punkt wyjścia jest banalny. Oto bohater jadąc samochodem, dostrzega rozjechanego psa. Mija go. Chwilę później popełnia błąd, źle ocenia zakręt, dochodzi do wypadku. To wszystko. A jednak w tej prostej sekwencji Krasznahorkai kondensuje swój światopogląd: przypadek, nieuwaga, nieodwracalność, ciąg zdarzeń, który uruchamia się mimo woli człowieka. Nie ma tu metafizyki podanej wprost. Jest za to zimna obserwacja mechanizmu istnienia.

W „Rachunku” artysta maluje prostytutki. Akt twórczy zostaje sprowadzony do rachuby, do relacji władzy, do wymiany. Sztuka nie ratuje, nie sublimuje, jest kolejną formą uwikłania. Krasznahorkai konsekwentnie pozbawia literaturę złudzeń co do jej moralnej wyższości. Szczególne miejsce zajmuje „Najpóźniej w Turynie”, a więc tekst dialogujący z postacią Friedricha Nietzschego i z filmem „Koń turyński” Béli Tarra. To jedno z najbardziej przejmujących opowiadań tomu.

„A świat trwa” - jedna opowieść w wielu odsłonach

Choć zbiór składa się z oddzielnych opowieści, zlewają się one w jeden, nieustępliwy rytm. To świat, w którym każdy gest nosi ciężar metafizyczny, każdy ruch prowadzi donikąd. A każde słowo wymyka się jednoznaczności. Krasznahorkai mistrzowsko operuje napięciem między drobiazgowością obserwacji a wszechogarniającym poczuciem bezsensu. Jego bohaterowie niby patrzą, ale nie widzą. Niby mówią, ale niczego nie komunikują. Niby istnieją, ale coraz bardziej przypominają duchy. Właśnie w tym rozdźwięku kryje się jego siła. To proza, która jednocześnie jest osobista i bezosobowa, intymna i obojętna. Jakby autor mówił, że on tu nie jestem ważny. Ważny jest przepływ świata przez język.

Tytuł „A świat trwa” brzmi w tym kontekście przewrotnie. W języku Krasznahorkaia „trwanie” nie oznacza ani stabilności, ani nadziei. Trwać to znosić, przeżywać bez złudzeń, kontynuować mimo nieuchronnej destrukcji. To ironiczne echo, rodzaj gorzkiej konstatacji. Świat trwa, bo inaczej nie umie. Jednocześnie w tym beznadziejnym pejzażu tli się coś wielkiego i mam tu na myśli przekonanie, że literatura ma jeszcze siłę ocalać sens. Że nazwaniem katastrofy można ją choć trochę oswoić. Że w ruinach być może da się odnaleźć cień człowieczeństwa.

Jeśli Bolaño wierzył, że zło jest strukturą świata, Krasznahorkai dowodzi, że jest także jego powietrzem.

Przeczytaj też recenzje książek Noblistów:

1. "Powróceni" Abdulrazak Gurnah 

2.  "Dzwon Islandii" Halldór Laxness 

3. "Zapiski z Hiroszimy" Kenzaburō Ōe  

4. "Jestem mieszkańcem wieży z kości słoniowej" Peter Handke  

5. "Głos góry" Yasunari Kawabata  

6. "Klara i Słońce" Kazuo Ishiguro 

7. "Dora Bruder" Patrick Modiano  

8. "Pensjonat Miramar" Nadżib Mahfuz  

9. "Sybilla. Pielgrzym" Par Lagerkvist  

10. "Miasteczko nietoperzy" Dario Fo  

11. "Wyspa pingwinów" Anatole France  

12. "Pan" Knut Hamsun  

13. "Molloy" Samual Beckett  

14. "Władca much" William Golding  

15. "Burzliwe czasy" Mario Vargas Llosa  

16. "Opowiadania bizarne" Olga Tokarczuk