Recenzja „Obudziła się zimną nocą” Joanna Rudniańska

Zimna noc, las, mur i dziecko obok — lub nie. Ascetyczna, bolesna opowieść o strachu, macierzyństwie i odpowiedzialności patrzenia.
Wydawca: Nisza

Liczba stron: 124


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: listopad 2025 rok

Są książki, które domagają się pojęć. Są też takie, które pojęcia kompromitują. „Obudziła się zimną nocą” Joanny Rudniańskiej należy do tej drugiej, znacznie rzadszej kategorii. To proza, wobec której aparat krytyczny – narratologia, etyka literatury, polityczność formy – zaczyna skrzypieć. Dlaczego? Bo wszystko tu jest już zrobione wcześniej, głębiej, ciszej i bez alibi.

Rudniańska nie pisze o kryzysie migracyjnym. Nie pisze reportażu, nie pisze zaangażowanej fikcji, nie pisze literatury interwencyjnej. Pisze rzecz znacznie bardziej niebezpieczną. To tekst, który rozsadza bezpieczne pozycje czytelnika, zanim ten zdąży rozpoznać, z jakiego miejsca czyta. To nie jest książka „o nich”. To książka o tym, jak cienka jest granica między „mną” a „nią”, między domem a lasem, między patrzeniem a ucieczką.

Już sam tytuł, w których słychać echo „Drogi” McCarthy’ego, działa jak refren. Jak mantra albo uderzenie w pamięć kultury. Obudzenie nie jest tu początkiem świadomości, lecz jej przekleństwem. Budzą się kobiety, budzą się dzieci, budzi się czytelnik, ale nic z tego nie wynika w porządku sprawczym. Świadomość nie ratuje. Może jedynie boleć.

Formalnie książka jest skrajnie oszczędna, niemal ascetyczna. Krótkie segmenty, fragmenty, powracające motywy. Dziewczynka w czerwonym kombinezonie, mur, las, suszarka, deszcz, kamera. One wszystkie układają się w strukturę bardziej muzyczną niż fabularną. To proza zbudowana na powtórzeniach i przesunięciach, na różnicy minimalnej, ale śmiertelnie istotnej. Każdy powrót obrazu jest jak dotknięcie językiem bolącego zęba. Wiemy, że zaboli, a jednak robimy to znowu.

Jednym z najmocniejszych gestów autorki "RuRu" jest rozszczepienie bohaterki. Polka i Afganka nie są tu figurami porównania ani kontrastu. Są jedną możliwością w dwóch wariantach. Autorka konsekwentnie odmawia czytelnikowi komfortu moralnej wyższości. Ta, która dziś patrzy zza szklanej e-ściany, jutro może być tą, która zostawia w lesie suszarkę i umierające dziecko. Granica nie przebiega między narodami. Przebiega przez los.

W tej książce szczególnie dotkliwa jest rola patrzenia. Obiektyw kamery, spojrzenie fotoreporterów, medialna scena cierpienia. Wszystko to zostaje obnażone jako forma przemocy wtórnej. Uchodźczyni, która czuje, że gra uchodźczynię, trafia w samo sedno współczesnej etyki obrazu. Rudniańska nie moralizuje. Ona pokazuje moment, w którym nawet empatia staje się podejrzana, bo domaga się widzialności.

Fotografie włączone w narrację nie są ilustracją ani dokumentem. Funkcjonują jak kolejny głos. Niemy, a przez to jeszcze bardziej oskarżycielski. To one domykają konstrukcję, w której słowo i obraz wzajemnie się unieważniają. Pozostawiają czytelnika z poczuciem nieadekwatności własnych reakcji.

Nieprzypadkowo dedykacja kieruje książkę do wolontariuszek i wolontariuszy ratujących życie w Puszczy Białowieskiej. To gest etyczny, ale nie manifest. Autorka "Snów o Hiroszimie" nie pisze po którejś stronie. Pisze z miejsca, w którym strona przestaje mieć znaczenie, bo pozostaje tylko nagie trwanie i jego koszt.

Czy to książka trudna? Tak, bo nie pozwala się odłożyć ani przeczytać do końca w zwykłym sensie. Czy jest jednostronna? Nie, bo nie oferuje żadnego rozwiązania, żadnej tezy, żadnej ulgi. Czy jest potrzebna? To pytanie źle postawione. Ona nie pyta, czy jest potrzebna. Ona już jest, jak koszmar, który wraca tej samej zimnej nocy.

Po lekturze „Obudziła się zimną nocą” nie zostaje się z opinią. Zostaje się z niepokojem. I z myślą, że literatura musi właśnie tak boleć. Cicho, precyzyjnie, bez ucieczki w pocieszenie.

Recenzja "Zespół Odepa" Krzysztof Bartnicki

PRL, Opole, tajna jednostka i śledztwo bez rozwiązania. „Zespół Odepa” to mroczna, wymagająca powieść o języku, pamięci i granicach formy.
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 310


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 26 listopada 2025 rok

Krzysztof Bartnicki należy do tych rzadkich postaci polskiej literatury, których nie sposób przedstawić bez jednoczesnego podważenia samego aktu przedstawiania. Każda próba biograficznego przypisania: tłumacz Joyce’a, pisarz, konceptualista, prowokator, okazuje się natychmiast nieadekwatna. Jakby autor systematycznie wymykał się każdemu stabilnemu deskryptorowi, traktując jednocześnie to wymykanie jako element własnego projektu twórczego.

Bartnicki to tłumacz „Finnegans Wake”. I jest to fakt najpewniejszy, bo potwierdzony dziesięcioletnią, niemal monastyczną pracą nad tekstem uchodzącym za najtrudniejszą książkę świata. Praca ta przyniosła mu nagłą, paradoksalną rozpoznawalność medialną. W polskim obiegu literackim twórca stał się figurą graniczną. Dowodem, że radykalna filologia może jeszcze wywołać skandal, zachwyt i agresję jednocześnie. Internetowy trolling wobec „Finneganów tren” był w istocie reakcją obronną na fakt, że ktoś potraktował język zbyt serio.

Ale Bartnicki to także autor „Prospektu emisyjnego” – książki-potwora, książki-pułapki, książki, która udaje dokument, neguje literaturę i jednocześnie ją hiperbolizuje. Tekstu, który wystawia na sprzedaż nie tylko bohatera, ale i samego autora, a w konsekwencji także czytelnika. Pamflet na urynkowienie świata, napisany językiem tak doskonale przejętym od ekonomii i biurokracji, że parodia przestaje być rozpoznawalna jako parodia. To tu pojawia się po raz pierwszy na pełną skalę to, co później stanie się znakiem firmowym Bartnickiego: nadmiar, przesyt, erudycja balansująca na granicy grafomanii. Grafomanii nie nieudolnej, lecz profesorskiej, że tak się wyrażę – hiperkompetentnej.

Do tego dochodzi „Myśliwice, Myśliwice”, a więc powieść nagrodzona w Gdyni, wiejska i kosmiczna zarazem. No i translatorski wyczyn „Port hwjezdny Topjo”. Bartnicki przełożył tam językową triadę oryginału (orkadzki / szkocki / angielski) na mowy Pomorza i okolic, z polszczyzną relegowaną do przypisów. Gest radykalny, filologicznie ryzykowny, ale konsekwentny z jego wizją języka jako bytu wielowarstwowego, niehierarchicznego, opornego wobec centrum.

Krótko mówiąc Bartnicki to autor, który nie zna wyrażenia „nie podjąć się”. Jeśli istnieje język, forma, konwencja, której nie da się użyć, on jej właśnie użyje. Jeśli istnieje granica czytelności, on ją przesunie, a potem jeszcze z ironią zaznaczy jej dawny przebieg.

Na tym tle „Zespół Odepa” jawi się nie jako kolejna powieść, lecz jako kolejna faza eksperymentu, w którym literatura zostaje poddana testowi wytrzymałości. Punkt wyjścia jest zwodniczo komunikatywny. Oto tajna jednostka w PRL-owskim Opolu, udająca Oddział Dewizowo-Paszportowy, mierzy się z zagadkami czasu, pamięci i przyszłości. Mamy epidemię ospy, schyłek projektu termojądrowego, zimę stulecia, Kafkowską administrację, kryminalną obietnicę śledztwa.

Bartnicki jednak od początku sabotuje wszelkie oczekiwania gatunkowe. Kryminał okazuje się antykryminałem, a nawet czymś więcej: narracją, w której śledztwo toczy się jednocześnie na poziomie fabularnym, językowym, ontologicznym i kosmologicznym. Zabójcą bywa tu czas, entropia, ewolucja, pamięć, ofiarami zaś nie tylko ludzie, lecz także bakterie, papierosy, gwiazdy, całe wszechświaty.

Bartnicki pisze tak, jakby każde zdanie było wrotami do kolejnego dygresyjnego wszechświata. Rozpoczyna od obrazu negocjacji nocy i dnia, by po chwili wpaść w socjologiczną mini-monografię roznosicieli mleka w PRL-u, przejść do autobusu Jelcz, zahaczyć o etymologię, mitologię, pamięć miejską, a potem nagle oddać głos przedmiotom, budynkom, ulicom.

To pisanie imponujące technicznie. Polski pisarz z niezwykłą biegłością produkuje zdania gęste, wielopiętrowe, pełne semantycznych rodzynek („makulatura rozwolniła się spod słabizny sznurka”), a jednocześnie potrafi uderzyć w brutalną, pozbawioną ornamentu prozę przemocy domowej. Rejestry języka zmieniają się nieustannie, od gwary, przez urzędniczą nowomowę, po styl quasi-tragedii greckiej.

I tu dochodzimy do punktu krytycznego. „Zespół Odepa” jest książką erudycyjną do granic tolerancji. Setki aluzji, kryptocytatów, przymrużeń oka do Chandlera, Christie, Poe, Camusa, Sartre’a, Manna, kina noir, SF, fizyki teoretycznej, mitologii greckiej. Bartnicki nie tylko cytuje, on wręcz tuneluje tekst, zostawiając ślady, które można (ale nie trzeba) odgadywać przy kolejnych lekturach.

To rodzi podwójny efekt. Z jednej strony zachwyt. Rzadko spotyka się prozę, która tak konsekwentnie traktuje czytelnika jak partnera intelektualnego, zakładając jego gotowość do zagubienia się, niewiedzy, powrotów. Z drugiej zmęczenie. Pojawia się wrażenie, że forma zaczyna pożerać własny sens, że każde skojarzenie musi zostać zapisane, każda możliwość uruchomiona, nawet jeśli osłabia napięcie.

W tym sensie „Zespół Odepa” balansuje na tej samej cienkiej linii co wcześniejsze książki Bartnickiego. Między arcydzielną literacką alchemią a czymś, co można by złośliwie, ale nie całkiem bezzasadnie nazwać grafomanią wybitnego umysłu. Nie grafomanią braku talentu, lecz grafomanią nadmiaru kompetencji, w której autor potrafi, ale też chce za bardzo. Tym samym jego książka staje się pozycją dla garstki wybrednych czytelników.

Załóżmy jednak, że przyjmujemy zasady gry Bartnickiego. Jeśli porzucić oczekiwanie klarownej fabuły, psychologicznej motywacji, klasycznego rozwiązania zagadki, wtedy „Zespół Odepa” odsłania się jako jedna z najambitniejszych prób połączenia literatury kryminalnej z nową fizyką i filozofią czasu. Edyp staje się figurą śledczego prowadzącego dochodzenie we własnej sprawie, PRL sceną eksperymentu temporalnego, a Opole punktem styku lokalności i kosmosu.

„Zespół Odepa” to powieść mroczna, erudycyjna, miejscami olśniewająca, miejscami męcząca. Ten tekst może wywołać zachwyt, irytację, śmiech i znużenie. Bartnicki nie pisze, by się podobać, lecz by sprawdzić, jak daleko da się przesunąć granice literackiej formy. Tuż po lekturze tej książki poznawałem opowiadania węgierskiego Noblisty i czułem lekkość formy. Niech to najdobitniej pokaże, jakie wyzwanie czeka na potencjalnych czytelników Bartnickiego.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.