Najlepsze zbiory opowiadań 2025 roku zdaniem Melancholia Codzienności

„A świat trwa” László Krasznahorkaia, „To, co nieśli” Tima O’Briena, a może „Na wulkanie” Radosława Kobierskiego? Który z tych tytułów zasłużył na miało najlepszego zbioru opowiadań 2025 roku? Ode mnie tej odpowiedzi nie otrzymacie, ale chętnie polecę Wam jeszcze kilka innych tytułów, które przeczytacie z satysfakcją.

Wydawanie zbiorów opowiadań w Polsce wciąż pozostaje niszą, ale niszą zaskakująco żywotną. Rok 2025 po raz kolejny udowodnił, że krótka forma prozatorska konsekwentnie buduje swoją pozycję. Do księgarń trafiły dziesiątki nowych tytułów. Od kameralnych debiutów, przez ambitną literaturę piękną, aż po gatunkowe eksperymenty z pogranicza grozy, fantastyki i kryminału.

Jak co roku, mnogość premier oznacza jedno – obok książek znakomitych pojawia się sporo pozycji przeciętnych, a czasem wręcz rozczarowujących. Dlatego przygotowanie zestawienia najlepszych opowiadań 2025 roku wymaga selekcji, uważnej lektury i jasno określonych kryteriów. Zwracam uwagę nie tylko na nazwiska autorów, ale także na jakość przekładu, linię wydawniczą oraz spójność całego tomu. Ostatecznie jednak decyduje to, czy dane opowiadania zostają w głowie na dłużej.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przeczytałem kilkadziesiąt nowych zbiorów opowiadań wydanych w Polsce. Autorzy pochodzili z różnych tradycji literackich i kultur, a tematyka tekstów rozciągała się od intymnych historii obyczajowych, przez opowieści historyczne, po wizje przyszłości i formalne eksperymenty. Rok 2025 potwierdził, że opowiadanie, dzięki swojej kondensacji, potrafi być formą bardziej intensywną i odważną niż pełnowymiarowa powieść.

Poniżej znajdziesz moje subiektywne zestawienie książek, które najlepiej reprezentują hasło najlepsze zbiory opowiadań 2025 roku wydane w Polsce. Kolejność, jak zawsze, jest przypadkowa.

Oto najlepsze zbiory opowiadań wydane w Polsce w 2025 roku

"Na wulkanie" Radosław Kobierski

Na mapie polskiej prozy Kobierski jawi się jako autor świadomie idący pod prąd modnym tendencjom. Jego opowiadania nie sięgają po aktualne medialne tematy, nie próbują wywoływać kontrowersji. Tym bardziej interesująca wydaje się paralela z pisarstwem Olgi Tokarczuk. Może nie tyle w warstwie stylistycznej, ile w sposobie budowania bohaterów zawieszonych między biografią jednostkową a wielkimi procesami historyczno-społecznymi. W „Na wulkanie” dostrzegalna jest także bliskość z działami Andrzeja Stasiuka (choć Kobierski pozbawia swoją narrację „barokowej” frazy), a także z melancholijną, introspektywną prozą Tadeusza Nowaka.

Najsilniejszym tonem „Na wulkanie” jest melancholia, świadomość, że przeszłość, choć niewyraźna i pełna powidoków, wciąż rezonuje w teraźniejszości. Kobierski nie oferuje bohaterom pełnych rozwiązań, nie obdarza ich nadmierną samoświadomością. W ciszy, w urwanych dialogach i w niedopowiedzeniach kryje się prawda o ludzkim doświadczeniu.

„Zwiastun nieszczęścia” Ismail Kadare

Ten tom trafił na moją listę nie z powodu nazwiska autora, choć Ismail Kadare sam w sobie jest wystarczającym argumentem. „Zwiastun nieszczęścia” znakomicie pokazuje, czym opowiadanie może być jako forma autonomiczna, a nie jedynie pobocznym polem dla pisarza znanego z powieści. Przekrojowy wybór jedenastu tekstów z lat 1961–2008 pozwala prześledzić rozwój warsztatu Kadarego, ale ukazuje także jego niezwykłą konsekwencję w budowaniu świata literackiego.

Czytając te opowiadania, miałem poczucie obcowania z prozą gęstą, precyzyjną i chłodno skomponowaną. Kadare operuje niedopowiedzeniem, atmosferą zagrożenia i subtelnym napięciem w sposób, który przywołuje tradycję środkowoeuropejskiej paraboli oraz bałkańską wrażliwość na historię, mit i władzę. W krótkiej formie szczególnie wyraźnie wybrzmiewa jego talent do kondensacji sensów. Pojedyncze obrazy czy sytuacje potrafią nieść ciężar całych epok, systemów politycznych i zbiorowych lęków. To bez dwóch zdań jedne z najlepszych opowiadań 2025 roku.

"Laszowanie" Maciej Dobosiewicz

„Laszowanie” to zapis męskości kruchej, niepewnej, wrażliwej. Męskości, która dopiero szuka swojego języka. A przecież podobne napięcie znajdziemy choćby w prozie Ernesta Hemingwaya, z tą różnicą, że amerykański pisarz gloryfikował twardość, a Dobosiewicz pokazuje jej cenę.

Jestem naprawdę zachwycony. Rzadko spotyka się w polskiej prozie książka, który łączy w sobie taką subtelność psychologiczną, humor, ironię i emocjonalną prawdę. Dobosiewicz nie moralizuje, nie narzuca wniosków, a raczej otwiera przestrzeń do refleksji. Każde opowiadanie można czytać osobno, ale dopiero całość ujawnia pełnię sensu: to nie historia jednego chłopca, lecz nas wszystkich, którzy kiedyś próbowaliśmy „wylaszować się” z rodzinnych, społecznych czy narodowych więzów.

„Czytelniku, nienawidzę cię!”, „Wszystko jest iluzją” Henry Kuttner

Tym razem dwa tomy, a nie jeden. Trafiły one do mojego zestawienia wspólnie, bo Henry Kuttner w krótkiej formie działa jak czysty koncentrat wyobraźni. Rozdzielanie „Czytelniku, nienawidzę cię” i „Wszystko jest iluzją” byłoby sztuczne. Razem tworzą pełniejszy obraz pisarza, który w złotym wieku science fiction robił rzeczy bezczelne, anarchiczne i formalnie odważniejsze niż wielu jego bardziej dziś rozpoznawalnych kolegów po fachu. Kuttner bawi się konwencją, wysadza ją od środka humorem, absurdem i konceptualnym szaleństwem, a jednocześnie zaskakująco często dotyka tematów tożsamości, percepcji i granic ludzkiej kontroli nad światem. Historie o Hogbenach czy Gallowayu Gallegherze są groteskowe, alkoholowe i pozornie lekkie, ale pod tą pulpą kryje się ironiczny komentarz do mitu postępu, genialności i racjonalności. Nauka u Kuttnera niemal zawsze wymyka się spod kontroli, a człowiek okazuje się jej najsłabszym ogniwem.

Doceniam te zbiory za mistrzostwo kondensacji i bezwstydną radość opowiadania, której próżno dziś szukać w wielu współczesnych tekstach fantastycznych. Kuttner potrafi w kilkunastu stronach zrobić więcej niż inni w całych powieściach. Zarysować świat, wywrócić go na drugą stronę i zostawić czytelnika z pytaniem, czy to, co właśnie przeczytał, było żartem, czy jednak całkiem serio. To literatura oldschoolowa tylko z pozoru. W swojej bezczelności, płynności formy i braku respektu wobec poważnej narracji pozostaje zaskakująco świeża. Dlatego „Czytelniku, nienawidzę cię” i „Wszystko jest iluzją” uznaję za jeden z najważniejszych powrotów klasycznej fantastyki w polskich wydaniach 2025 roku.

"Oto początek naszej historii. Opowiadania wybrane" Tobias Wolff

Zbiór opowiadań „Oto początek naszej historii” autorstwa Tobiasa Wolffa to istotne wydarzenie nie tylko dla polskiego czytelnika, ale i dla literackiej recepcji amerykańskiej krótkiej formy. Wolff, obok Raymonda Carvera i Richarda Forda, uznawany jest za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. dirty realism. Nurtu, który w drugiej połowie XX wieku przeciwstawił się zarówno eksperymentom postmodernistycznym, jak i powierzchownemu eskapizmowi literatury popularnej1.

W tomie, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Czarne w tłumaczeniu Krzysztofa Umińskiego, odnaleźć można osiemnaście opowiadań, zróżnicowanych formalnie i tematycznie, lecz połączonych charakterystycznym dla autora podejściem do narracji, konstrukcji postaci oraz operowania puentą.

Wolff to taki McCarthy w wersji miejskiej. Oferuje mniej krwi, ale za to więcej samotności. Nie ma tu rewolwerów ani pustyni, a jednocześnie jest coś dużo bardziej bolesnego. Rozmowy z ojcem, którego się nie zna. Małżeństwa, które się kończą, zanim się zaczną. Głosy w słuchawce, które milkną za wcześnie. To książka dla tych, którzy wolą cichą apokalipsę od tej z wybuchami

„Takie urywki” Bianca Bellova

„Takie urywki” są jedną z najbardziej bezkompromisowych prób uchwycenia codziennego doświadczenia w krótkiej formie, jakie ukazały się w Polsce w 2025 roku. Bellová rezygnuje z fabularnej satysfakcji na rzecz emocjonalnej precyzji. Każde opowiadanie działa jak punktowy nacisk na wrażliwe miejsce (relację, wspomnienie, lęk, poczucie niespełnienia). To literatura fragmentu i pauzy, która ufa czytelnikowi i nie prowadzi go za rękę. W świecie prozy często przeładowanej znaczeniem Bellová wybiera ascezę, a jej surowy język i urywana forma okazują się narzędziami wyjątkowo skutecznymi.

Czeska autorka stawia na konsekwencję spojrzenia i rzadką umiejętność kondensacji ludzkiego losu w kilku zdaniach. Potrafi w krótkiej scenie zawrzeć całe życie: jego ciężar, śmieszność, bezradność i cichą godność. To opowiadania, które nie domagają się natychmiastowej reakcji, lecz zostają w czytelniku jak obce, a jednak znajome wspomnienia. „Takie urywki” nie próbują być wielką syntezą, ale właśnie dzięki temu trafiają w sedno współczesnego doświadczenia (rozproszonego, niepewnego, pełnego niedopowiedzeń).

"Wszystkie kobiety Sindbada" Gyula Krúdy

„Wszystkie kobiety Sindbada” to książka, która mnie kompletnie zauroczyła. Nie, nie „zainteresowała”, nie „zainspirowała” – zauroczyła, jak piękna kobieta spotkana raz na dworcu o zmierzchu, której imienia nigdy się nie poznało, a o której się śni przez pół życia. To zbiór ulotny, poetycki, przesycony melancholią i zapachem minionych epok. Taki, do którego nie tyle się wraca, co raczej w którym się na zawsze gdzieś zostaje.

„Wszystkie kobiety Sindbada” to książka o miłości, której nigdy nie było i która nigdy się nie skończyła. O kobiecości ujętej w ramy epoki, o mężczyźnie, który tylko udaje, że kochał, choć może tylko śnił. O umieraniu, które jest tylko kolejną podróżą. O tym, jak można żyć życiem utkanym z westchnień i szeptów.

Czy warto? Jak cholera. Gwarantuję niesamowite wrażenia. I jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony będziecie się zastanawiać, czy Sindbad był w waszym życiu. A może wy byliście jedną z jego kobiet?

"Dobrze, bracie" Peter Markus

Wziąłem „Dobrze, bracie” Petera Markusa do ręki i od razu wiedziałem: to nie jest książka, to jest błotnisty amulet, to jest zaklęcie wymamrotane przez rybę z trzema głowami i żadnym okiem.

To nie jest powieść, bracie. To jest rzeka. I my w niej. Po kolana, po szyję, po sam czubek czapki.

Markus robi coś, czego nikt inny nie odważył się zrobić. On nie pisze o braciach. On jest tymi braćmi. Jest każdym gwoździem w deskach ich domu, każdym bąblem powietrza w mule. On bierze cztery słowa — rzeka, błoto, ryba, brat — i układa z nich wszechświat, który mógłby trwać wiecznie, nawet gdyby zabrakło liter. To jest Biblia dla ludzi, którzy wierzą, że wiadro pełne błota to skarb większy niż złoto.

"Do boju!" Lu Xun

Zbiór „Do boju” – dzięki nowym, kongenialnym tłumaczeniom – nie tylko przybliża polskiemu czytelnikowi jedną z najważniejszych postaci literatury XX wieku, ale również stawia pytania, które wciąż są niewygodne. O sens rewolucji. O miejsce jednostki. O społeczną obojętność. O odpowiedzialność za milczenie.

„Do boju!” to książka, którą czyta się z ciężarem na sercu, ale też z poczuciem, że oto obcujemy z literaturą, która nie przemija. Lu Xun – jak chciał – wciąż bzyczy koło ucha możnych, burzy obraz świata, który chciałby o sobie myśleć zbyt dobrze. I nawet jeśli ten jego krzyk nie zmieni świata, to przynajmniej nie pozwala udawać, że wszystko jest w porządku.

„Siedem pustych domów” Samanta Schweblin

Ten zbiór znalazł się w moim rankingu, ponieważ „Siedem pustych domów” to jedna z książek, które udowadniają, że opowiadanie może być formą bardziej niepokojącą i precyzyjną niż powieść. Samanta Schweblin konsekwentnie wykorzystuje motyw domu jako przestrzeni pozornie oswojonej, a w istocie głęboko niestabilnej. Siedem tekstów, siedem wnętrz i siedem odmian braku (emocjonalnego, egzystencjalnego, pamięciowego). Autorka operuje środkami znanymi z literatury grozy, ale rezygnuje z dosłowności na rzecz narastającego dyskomfortu. Relacje rodzinne, choroba, żałoba czy izolacja nie są tu tematami samymi w sobie, lecz mechanizmami odsłaniającymi kruchość tożsamości i granic, jakie stawiamy między sobą a światem.

Czytając ten tom, miałem wrażenie poruszania się po przestrzeni, która ciągle zmienia proporcje. Raz jest duszno i klaustrofobicznie, innym razem pozornie pusto, ale nigdy bezpiecznie. Schweblin znakomicie panuje nad rytmem opowiadań. Buduje napięcie bez efektownych fajerwerków, za to z mistrzowską kontrolą detalu i puenty, która nie tyle zamyka tekst. Dużą rolę odgrywa także świetny przekład Tomasza Pindla, pozwalający wybrzmieć chłodnej, precyzyjnej frazie autorki. To zbiór niewielki objętościowo, lecz o ogromnej sile oddziaływania.

"Asortyment strapień" Lydia Davis

Wiele w życiu opowiadań przeczytałem. Wiecie o tym bardzo dobrze. A jednak Lydia Davis, czyli jedna z najbardziej oryginalnych współczesnych prozaiczek, zaskoczyła mnie. W "Asortymencie strapień" udowodniła, że krótka forma narracyjna może być nie tylko elastyczna, ale także zadziwiająco pojemna.

Ósmy tom Opowiadań Amerykańskich to zbiór tekstów, które balansują na granicy prozy, poezji i filozofii. Lydia Davis nieustannie kwestionuje kanoniczne definicje tego gatunku literackiego. Eksperymentuje zarówno z treścią, jak i formą – niektóre historie są zwarte i skondensowane do kilku zdań, inne przypominają quasi-eseje czy studia socjologiczne, a jeszcze kolejne nabierają formy epistolarnych rozważań.

Lydia Davis udowadnia, że opowiadanie jako gatunek wciąż ewoluuje, a granice literatury można przesuwać na nieskończoną liczbę sposobów. "Asortyment strapień" to książka, która wymaga skupienia i otwartości, ale w zamian oferuje wyjątkowe doświadczenie literackie – pełne ironii, wnikliwości i intelektualnej gry. Czytanie tej książki to jak przeglądanie szkicownika René Magritte’a – codzienne sytuacje nagle nabierają surrealistycznych kształtów, a zwykła rozmowa o gramatyce okazuje się być dialogiem o śmierci. Albo o gramatyce. Nigdy nie wiadomo.

„Prując przez raj” Sam Shepard

„Prując przez raj” to opowiadania pisane bez znieczulenia. Surowe, cielesne, a jednocześnie zaskakująco czułe. Sam Shepard rozkłada tu na czynniki pierwsze mit amerykańskiego snu, pokazując go jako serię drobnych klęsk, nieudanych gestów i życiowych zakrętów. Bohaterowie tych tekstów to mężczyźni poobijani przez własne ambicje, marzenia i iluzje. Zawieszeni gdzieś między pustynią a stacją benzynową, między chęcią ucieczki a niemożnością ruszenia z miejsca. Shepard pisze krótką formę jakby od niechcenia. Kondensuje sytuacje do jednego epizodu, jednej rozmowy, jednego impulsu. Z tych drobin wyłania się pełny, nieupiększony obraz życia, w którym sukces jest podejrzany, a sens bywa chwilowy i kruchy.

Doceniam ten tom za uczciwość i literacką bezczelność. Brak tu patosu, moralizowania czy efektownych puent. A jednak każde opowiadanie zostawia po sobie ślad. Shepard operuje językiem oszczędnym, twardym, ale podszytym empatią. Potrafi w jednym akapicie połączyć brutalność przypadku z intymnością bliskości. To proza zakorzeniona w tradycji Carvera i nowej amerykańskiej nowelistyki, lecz posiadająca własny, rozpoznawalny rytm i temperaturę. W świetnym przekładzie Marka Cieślika „Prując przez raj” czyta się jak zapis chwil, które zwykle umykają uwadze. A przecież właśnie one składają się na prawdziwe życie. To jeden z najmocniejszych i najbardziej bezkompromisowych zbiorów opowiadań wydanych w Polsce w 2025 roku. Miałem ich nie szeregować, ale ten na pewno byłby w mojej trójce.

"A świat trwa" László Krasznahorkai

Choć zbiór składa się z oddzielnych opowieści, zlewają się one w jeden, nieustępliwy rytm. To świat, w którym każdy gest nosi ciężar metafizyczny, każdy ruch prowadzi donikąd. A każde słowo wymyka się jednoznaczności. Krasznahorkai mistrzowsko operuje napięciem między drobiazgowością obserwacji a wszechogarniającym poczuciem bezsensu. Jego bohaterowie niby patrzą, ale nie widzą. Niby mówią, ale niczego nie komunikują. Niby istnieją, ale coraz bardziej przypominają duchy. Właśnie w tym rozdźwięku kryje się jego siła. To proza, która jednocześnie jest osobista i bezosobowa, intymna i obojętna. Jakby autor mówił, że on tu nie jestem ważny. Ważny jest przepływ świata przez język.

Tytuł „A świat trwa” brzmi w tym kontekście przewrotnie. W języku Krasznahorkaia „trwanie” nie oznacza ani stabilności, ani nadziei. Trwać to znosić, przeżywać bez złudzeń, kontynuować mimo nieuchronnej destrukcji. To ironiczne echo, rodzaj gorzkiej konstatacji. Świat trwa, bo inaczej nie umie. Jednocześnie w tym beznadziejnym pejzażu tli się coś wielkiego i mam tu na myśli przekonanie, że literatura ma jeszcze siłę ocalać sens. Że nazwaniem katastrofy można ją choć trochę oswoić. Że w ruinach być może da się odnaleźć cień człowieczeństwa.

Jeśli Bolaño wierzył, że zło jest strukturą świata, Krasznahorkai dowodzi, że jest także jego powietrzem.

„Arabeski” Serhij Żadan

 „Arabeski” to jedna z lepszych książek ostatnich lat, które o wojnie mówią bez retoryki, bez heroizacji i bez komfortowego dystansu. Żadan nie interesuje się frontem jako widowiskiem ani wojną jako metaforą. Skupia się za to na życiu pomiędzy alarmami, przepustkami i pogrzebami. Na ludziach, którzy na chwilę zdejmują mundury, próbują zasnąć obok drugiego człowieka, wypić herbatę, wejść do dawnego domu, przypilnować szkoły, która już nie jest szkołą. Te krótkie, oszczędne opowiadania działają jak wycięte fragmenty rzeczywistości. Są pozbawione puenty, często urwane, jakby autor nie miał prawa ich domykać. I właśnie w tej powściągliwości kryje się ich siła. Wojna u Żadana nie krzyczy, ona stale boli.

Doceniam „Arabeski” za znalezienie nowego języka dla doświadczenia, które niszczy język. Żadan pisze prosto, niemal sucho, ale każdy szczegół (zamknięte drzwi pokoju, skasowany numer w telefonie, fortepian przykryty kocem), niesie ciężar nie do udźwignięcia. To opowiadania o adaptacji, która jest formą przetrwania, a nie zwycięstwa. O pamięci, której nie da się wyczyścić, o bliskości, która na moment ratuje, ale niczego nie naprawia. Ten zbiór jest literackim świadectwem czasu trwającego teraz, bez gwarancji przyszłej interpretacji.

"To, co nieśli" Tim O'Brien

„Wojna jest piekłem, ale to nawet nie pół prawdy” – pisze Tim O’Brien, amerykański weteran i pisarz, który w swojej antologii „To, co nieśli” przesuwa granice tego, czym może być literatura wojenna. To nie zbiór relacji, nie pamiętnik i nie klasyczna powieść o froncie. To książka o samej istocie opowiadania wojny, o niemożliwości jej opowiedzenia. Trochę też o tym, że właśnie w tej niemożliwości rodzi się prawda.

Seria Opowiadań Amerykańskich jest tak fenomenalna, bo oddaje głos twórcom osobnym. Każdy ma swój unikatowy styl, frazy, pomysł na pisanie. Nie inaczej jest i tym razem. O’Brien pisze językiem surowym, często rytmicznym, niemal hipnotycznym. Jego zdania potrafią brzmieć jak wersy wiersza, ale nigdy nie popadają w emfatyczność. Polski przekład Tomasza S. Gałązki oddaje tę równowagę. Między chłodem a liryką, między wojskową precyzją a emocjonalnym drżeniem. Widać tu świetne ucho dla niuansu, do amerykańskich idiomów (frazy żołnierskie, potoczności, groteskowe dialogi). Każde słowo jest na swoim miejscu, a rytm narracji wciąga jak melodia marszu przez dżunglę. Oryginału nie czytałem, ale jestem przekonany, że lepiej oddać się go nie dało.

"Opowieści niesamowite z języka japońskiego"

Szkoda, że współczesny rynek wydawniczy zdewaluował do cna takie hasła jak „literacka uczta”, „lektura obowiązkowa” czy „dzieło wyjątkowe”, bo z przyjemnością pod jednym z tych transparentów umieściłbym „Opowieści niesamowite z języka japońskiego” w wyborze i przekładzie Katarzyny Sonnenberg-Musiał. Zbiór ten stanowi rozwinięcie i reinterpretację głośnej antologii PIW-u z 1986 roku, „Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej”. Podobnie jak pierwowzór wpisuje się w tradycję serii, która od lat prezentuje polskiemu czytelnikowi klasyczne i mniej znane teksty z kanonu światowej grozy. Ale zarazem jest czymś więcej – panoramą literatury japońskiej, w której to, co cudowne, okrutne i dziwaczne, stapia się organicznie z tym, co zwykłe, codzienne, niemal niezauważalne.

Bo jeśli antologie francuskie, niemieckie czy rosyjskie operowały zazwyczaj w ramach znanych nam, zachodnich formuł grozy (od gotyckich ruin po fantazmaty szatańskich paktów), to Japonia wnosi tu własną, odrębną logikę literacką. Groza nie wynika z nagłego wtargnięcia obcego, lecz z powolnego osuwania się rzeczywistości w stan podejrzanej chwiejności. To jest przestrzeń, gdzie codzienność staje się złudzeniem, a sen potrafi pożreć jawę. Yōkai i yūrei (istoty z tradycyjnych opowieści kaidan) są obecne, ale często występują w cieniu, przefiltrowane przez modernistyczny dyskurs, zderzone z Freudowską psychoanalizą, egzystencjalną trwogą, chorobą, obłędem.

„Opowieści niesamowite z języka japońskiego” to więc nie tylko kolejna pozycja w cieszącej się popularnością serii PIW-u, ale też książka, która zadaje pytania o samo źródło literackiej wyobraźni. Czy groza to obcość, czy raczej intymne pęknięcie w tym, co najbliższe? Czy duchy straszą, czy raczej przypominają, że życie jest kruche, a pamięć złudna.

"Pić się chce. Opowiadania" Wolfgang Hilbig.

Hilbig pisze krótką formę tak, jakby była ona laboratorium języka i świadomości. Narracja rozpada się, gęstnieje, zapętla, a czytelnik zostaje wciągnięty w świat pozbawiony stabilnych punktów odniesienia. Oniryzm tych opowiadań nie jest estetycznym gestem, lecz sposobem opisu rzeczywistości zdeformowanej przez przemoc systemu, strach i egzystencjalne wyjałowienie. To proza wymagająca, chwilami duszna, ale także niezwykle uczciwa wobec doświadczenia życia w cieniu historii.

Co mnie w nim kupiło? Wyjątkowa spójność tonu i siła języka. Doskonale opowiada o rzeczywistości NRD i jej długim cieniu, a przy okazji demaskuje mechanizmy wewnętrznego zniewolenia. Hilbig tworzy teksty, w których polityczność przenika do psychiki, a poczucie braku, głodu i pragnienia staje się metaforą egzystencjalną. To opowiadania, które nie oferują ulgi ani klarownych sensów, ale zostają w czytelniku jak ciężki osad. Idealny dowód na to, że krótka forma może być nośnikiem literatury o wadze niemal totalnej. „Pić się chce” nie bez przyczyny włączam rzutem na taśmę do najlepszych zbiorów opowiadań wydanych w Polsce w 2025 roku.

Recenzja „Obudziła się zimną nocą” Joanna Rudniańska

Zimna noc, las, mur i dziecko obok — lub nie. Ascetyczna, bolesna opowieść o strachu, macierzyństwie i odpowiedzialności patrzenia.
Wydawca: Nisza

Liczba stron: 124


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: listopad 2025 rok

Są książki, które domagają się pojęć. Są też takie, które pojęcia kompromitują. „Obudziła się zimną nocą” Joanny Rudniańskiej należy do tej drugiej, znacznie rzadszej kategorii. To proza, wobec której aparat krytyczny – narratologia, etyka literatury, polityczność formy – zaczyna skrzypieć. Dlaczego? Bo wszystko tu jest już zrobione wcześniej, głębiej, ciszej i bez alibi.

Rudniańska nie pisze o kryzysie migracyjnym. Nie pisze reportażu, nie pisze zaangażowanej fikcji, nie pisze literatury interwencyjnej. Pisze rzecz znacznie bardziej niebezpieczną. To tekst, który rozsadza bezpieczne pozycje czytelnika, zanim ten zdąży rozpoznać, z jakiego miejsca czyta. To nie jest książka „o nich”. To książka o tym, jak cienka jest granica między „mną” a „nią”, między domem a lasem, między patrzeniem a ucieczką.

Już sam tytuł, w których słychać echo „Drogi” McCarthy’ego, działa jak refren. Jak mantra albo uderzenie w pamięć kultury. Obudzenie nie jest tu początkiem świadomości, lecz jej przekleństwem. Budzą się kobiety, budzą się dzieci, budzi się czytelnik, ale nic z tego nie wynika w porządku sprawczym. Świadomość nie ratuje. Może jedynie boleć.

Formalnie książka jest skrajnie oszczędna, niemal ascetyczna. Krótkie segmenty, fragmenty, powracające motywy. Dziewczynka w czerwonym kombinezonie, mur, las, suszarka, deszcz, kamera. One wszystkie układają się w strukturę bardziej muzyczną niż fabularną. To proza zbudowana na powtórzeniach i przesunięciach, na różnicy minimalnej, ale śmiertelnie istotnej. Każdy powrót obrazu jest jak dotknięcie językiem bolącego zęba. Wiemy, że zaboli, a jednak robimy to znowu.

Jednym z najmocniejszych gestów autorki "RuRu" jest rozszczepienie bohaterki. Polka i Afganka nie są tu figurami porównania ani kontrastu. Są jedną możliwością w dwóch wariantach. Autorka konsekwentnie odmawia czytelnikowi komfortu moralnej wyższości. Ta, która dziś patrzy zza szklanej e-ściany, jutro może być tą, która zostawia w lesie suszarkę i umierające dziecko. Granica nie przebiega między narodami. Przebiega przez los.

W tej książce szczególnie dotkliwa jest rola patrzenia. Obiektyw kamery, spojrzenie fotoreporterów, medialna scena cierpienia. Wszystko to zostaje obnażone jako forma przemocy wtórnej. Uchodźczyni, która czuje, że gra uchodźczynię, trafia w samo sedno współczesnej etyki obrazu. Rudniańska nie moralizuje. Ona pokazuje moment, w którym nawet empatia staje się podejrzana, bo domaga się widzialności.

Fotografie włączone w narrację nie są ilustracją ani dokumentem. Funkcjonują jak kolejny głos. Niemy, a przez to jeszcze bardziej oskarżycielski. To one domykają konstrukcję, w której słowo i obraz wzajemnie się unieważniają. Pozostawiają czytelnika z poczuciem nieadekwatności własnych reakcji.

Nieprzypadkowo dedykacja kieruje książkę do wolontariuszek i wolontariuszy ratujących życie w Puszczy Białowieskiej. To gest etyczny, ale nie manifest. Autorka "Snów o Hiroszimie" nie pisze po którejś stronie. Pisze z miejsca, w którym strona przestaje mieć znaczenie, bo pozostaje tylko nagie trwanie i jego koszt.

Czy to książka trudna? Tak, bo nie pozwala się odłożyć ani przeczytać do końca w zwykłym sensie. Czy jest jednostronna? Nie, bo nie oferuje żadnego rozwiązania, żadnej tezy, żadnej ulgi. Czy jest potrzebna? To pytanie źle postawione. Ona nie pyta, czy jest potrzebna. Ona już jest, jak koszmar, który wraca tej samej zimnej nocy.

Po lekturze „Obudziła się zimną nocą” nie zostaje się z opinią. Zostaje się z niepokojem. I z myślą, że literatura musi właśnie tak boleć. Cicho, precyzyjnie, bez ucieczki w pocieszenie.

Recenzja "Zespół Odepa" Krzysztof Bartnicki

PRL, Opole, tajna jednostka i śledztwo bez rozwiązania. „Zespół Odepa” to mroczna, wymagająca powieść o języku, pamięci i granicach formy.
Wydawca: Officyna

Liczba stron: 310


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 26 listopada 2025 rok

Krzysztof Bartnicki należy do tych rzadkich postaci polskiej literatury, których nie sposób przedstawić bez jednoczesnego podważenia samego aktu przedstawiania. Każda próba biograficznego przypisania: tłumacz Joyce’a, pisarz, konceptualista, prowokator, okazuje się natychmiast nieadekwatna. Jakby autor systematycznie wymykał się każdemu stabilnemu deskryptorowi, traktując jednocześnie to wymykanie jako element własnego projektu twórczego.

Bartnicki to tłumacz „Finnegans Wake”. I jest to fakt najpewniejszy, bo potwierdzony dziesięcioletnią, niemal monastyczną pracą nad tekstem uchodzącym za najtrudniejszą książkę świata. Praca ta przyniosła mu nagłą, paradoksalną rozpoznawalność medialną. W polskim obiegu literackim twórca stał się figurą graniczną. Dowodem, że radykalna filologia może jeszcze wywołać skandal, zachwyt i agresję jednocześnie. Internetowy trolling wobec „Finneganów tren” był w istocie reakcją obronną na fakt, że ktoś potraktował język zbyt serio.

Ale Bartnicki to także autor „Prospektu emisyjnego” – książki-potwora, książki-pułapki, książki, która udaje dokument, neguje literaturę i jednocześnie ją hiperbolizuje. Tekstu, który wystawia na sprzedaż nie tylko bohatera, ale i samego autora, a w konsekwencji także czytelnika. Pamflet na urynkowienie świata, napisany językiem tak doskonale przejętym od ekonomii i biurokracji, że parodia przestaje być rozpoznawalna jako parodia. To tu pojawia się po raz pierwszy na pełną skalę to, co później stanie się znakiem firmowym Bartnickiego: nadmiar, przesyt, erudycja balansująca na granicy grafomanii. Grafomanii nie nieudolnej, lecz profesorskiej, że tak się wyrażę – hiperkompetentnej.

Do tego dochodzi „Myśliwice, Myśliwice”, a więc powieść nagrodzona w Gdyni, wiejska i kosmiczna zarazem. No i translatorski wyczyn „Port hwjezdny Topjo”. Bartnicki przełożył tam językową triadę oryginału (orkadzki / szkocki / angielski) na mowy Pomorza i okolic, z polszczyzną relegowaną do przypisów. Gest radykalny, filologicznie ryzykowny, ale konsekwentny z jego wizją języka jako bytu wielowarstwowego, niehierarchicznego, opornego wobec centrum.

Krótko mówiąc Bartnicki to autor, który nie zna wyrażenia „nie podjąć się”. Jeśli istnieje język, forma, konwencja, której nie da się użyć, on jej właśnie użyje. Jeśli istnieje granica czytelności, on ją przesunie, a potem jeszcze z ironią zaznaczy jej dawny przebieg.

Na tym tle „Zespół Odepa” jawi się nie jako kolejna powieść, lecz jako kolejna faza eksperymentu, w którym literatura zostaje poddana testowi wytrzymałości. Punkt wyjścia jest zwodniczo komunikatywny. Oto tajna jednostka w PRL-owskim Opolu, udająca Oddział Dewizowo-Paszportowy, mierzy się z zagadkami czasu, pamięci i przyszłości. Mamy epidemię ospy, schyłek projektu termojądrowego, zimę stulecia, Kafkowską administrację, kryminalną obietnicę śledztwa.

Bartnicki jednak od początku sabotuje wszelkie oczekiwania gatunkowe. Kryminał okazuje się antykryminałem, a nawet czymś więcej: narracją, w której śledztwo toczy się jednocześnie na poziomie fabularnym, językowym, ontologicznym i kosmologicznym. Zabójcą bywa tu czas, entropia, ewolucja, pamięć, ofiarami zaś nie tylko ludzie, lecz także bakterie, papierosy, gwiazdy, całe wszechświaty.

Bartnicki pisze tak, jakby każde zdanie było wrotami do kolejnego dygresyjnego wszechświata. Rozpoczyna od obrazu negocjacji nocy i dnia, by po chwili wpaść w socjologiczną mini-monografię roznosicieli mleka w PRL-u, przejść do autobusu Jelcz, zahaczyć o etymologię, mitologię, pamięć miejską, a potem nagle oddać głos przedmiotom, budynkom, ulicom.

To pisanie imponujące technicznie. Polski pisarz z niezwykłą biegłością produkuje zdania gęste, wielopiętrowe, pełne semantycznych rodzynek („makulatura rozwolniła się spod słabizny sznurka”), a jednocześnie potrafi uderzyć w brutalną, pozbawioną ornamentu prozę przemocy domowej. Rejestry języka zmieniają się nieustannie, od gwary, przez urzędniczą nowomowę, po styl quasi-tragedii greckiej.

I tu dochodzimy do punktu krytycznego. „Zespół Odepa” jest książką erudycyjną do granic tolerancji. Setki aluzji, kryptocytatów, przymrużeń oka do Chandlera, Christie, Poe, Camusa, Sartre’a, Manna, kina noir, SF, fizyki teoretycznej, mitologii greckiej. Bartnicki nie tylko cytuje, on wręcz tuneluje tekst, zostawiając ślady, które można (ale nie trzeba) odgadywać przy kolejnych lekturach.

To rodzi podwójny efekt. Z jednej strony zachwyt. Rzadko spotyka się prozę, która tak konsekwentnie traktuje czytelnika jak partnera intelektualnego, zakładając jego gotowość do zagubienia się, niewiedzy, powrotów. Z drugiej zmęczenie. Pojawia się wrażenie, że forma zaczyna pożerać własny sens, że każde skojarzenie musi zostać zapisane, każda możliwość uruchomiona, nawet jeśli osłabia napięcie.

W tym sensie „Zespół Odepa” balansuje na tej samej cienkiej linii co wcześniejsze książki Bartnickiego. Między arcydzielną literacką alchemią a czymś, co można by złośliwie, ale nie całkiem bezzasadnie nazwać grafomanią wybitnego umysłu. Nie grafomanią braku talentu, lecz grafomanią nadmiaru kompetencji, w której autor potrafi, ale też chce za bardzo. Tym samym jego książka staje się pozycją dla garstki wybrednych czytelników.

Załóżmy jednak, że przyjmujemy zasady gry Bartnickiego. Jeśli porzucić oczekiwanie klarownej fabuły, psychologicznej motywacji, klasycznego rozwiązania zagadki, wtedy „Zespół Odepa” odsłania się jako jedna z najambitniejszych prób połączenia literatury kryminalnej z nową fizyką i filozofią czasu. Edyp staje się figurą śledczego prowadzącego dochodzenie we własnej sprawie, PRL sceną eksperymentu temporalnego, a Opole punktem styku lokalności i kosmosu.

„Zespół Odepa” to powieść mroczna, erudycyjna, miejscami olśniewająca, miejscami męcząca. Ten tekst może wywołać zachwyt, irytację, śmiech i znużenie. Bartnicki nie pisze, by się podobać, lecz by sprawdzić, jak daleko da się przesunąć granice literackiej formy. Tuż po lekturze tej książki poznawałem opowiadania węgierskiego Noblisty i czułem lekkość formy. Niech to najdobitniej pokaże, jakie wyzwanie czeka na potencjalnych czytelników Bartnickiego.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.