"O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)", "Kapo", "Bílá Voda", "Ciemny, ciemny las" to tylko kilka z tytułów, które znajdziesz na mojej liście.
Najlepsze książki 2025 roku już teraz wyznaczają kierunek, w którym podąża współczesna literatura. W tym zestawieniu prezentuję tytuły wyróżniające się nie tylko poziomem artystycznym, lecz także znaczeniem dla kultury, dyskursem krytycznym oraz rzetelnością wydawniczą. To wybór oparty na uważnej analizie trendów, jakości tłumaczeń i wiarygodnych źródeł. Bez pośpiechu i bez szukania sensacji, za to z pełnym szacunkiem dla czytelnika poszukującego wartościowych treści.
Rok 2025 w mojej opinii przynosi literaturę bardziej różnorodną niż przed dekadą. Od ambitnych powieści eksplorujących kondycję współczesnego człowieka, przez wyraziste głosy autorów spoza głównego nurtu, po książki budujące nowe literackie horyzonty. Jest to oczywiście zasługą powstania nowych wydawnictw, które potrafią połączyć biznesowe potrzeby z chęcią odkrywania nieznanych nam dotąd lądów. I mimo, że rynek wydawniczy nadal często kieruje uwagę w stronę głośnych premier, ja skupiam się na tytułach, które wyróżniają się trwałą jakością. Także tych z mniejszych oficyn, autorów mniej promowanych czy przekładów wymagających szczególnej kompetencji.
W kolejnych uzasadnieniach znajdziesz wybór książek, które w 2025 roku naprawdę warto poznać. One poszerzają perspektywę, wzmacniają wrażliwość literacką i zostają z czytelnikiem na długo. Jeśli zależy Ci na rzetelnym, dobrze uzasadnionym przewodniku po najciekawszych premierach, jesteś we właściwym miejscu.
W najnowszej powieści Ishbel Szatrawskiej nie ma nic z gatunkowej lekkości thrillera, choć marketingowo takim mianem ją obdarzono. „Wyrok” jest raczej górską mgłą: gęstą, niechętną jasności, przesiąkniętą zapachem wilgoci i strachu. To opowieść, w której bohaterowie nie tyle podążają za celem, ile krążą wokół własnego upadku. Siła książki drzemie w kompozycji tekstu, który bardziej pochłania, niż prowadzi.
Szatrawska tworzy przestrzeń nieprzyjazną i organiczną, góry jak żywa istota, błoto ciągnące się jak sumienie, wioski rozmyte jak wspomnienie, które chciałoby się wyprzeć. Czas rozszarpany przez wojnę płynie inaczej. Silnie odczuwamy wrażenie utknięcia w niebycie. Powieść funkcjonuje jak labirynt, z którego nie prowadzi żaden kłębek nici. W tym sensie „Wyrok” jest przypowieścią, choć bez biblijnej łagodności, bez moralnego drogowskazu i bez nadziei na katharsis.
Jedna z najlepszych polskich książek 2025 roku.
„Tak daleko od domu” Sebastian Barry
„Tak daleko od domu” Sebastiana Barry’ego to poruszająca powieść o dojrzewaniu w cieniu wielkiej historii, splatająca grozę I wojny światowej z dramatem rodzącej się walki o niepodległość Irlandii. Losy młodego Williego Dunne’a ukazują brutalność frontu zachodniego, ciężar lojalności i cenę niewinności wystawionej na próbę przez wojnę. Z wyczuciem i literacką finezją autor opowiada o miłości, stracie i wewnętrznym rozdarciu między obowiązkiem wobec ojczyzny a osobistym sumieniem. Nawet jednak najlepsze słowa o książce nie oddadzą tego, co jest w niej najlepsze – lekkość pióra. Połkniecie ją w dwa wieczory.
„Ogrodnik i śmierć” Georgi Gospodinow
Do swojego zestawienia wybrałem nową książkę Georgiego Gospodinowa, ponieważ jest to powieść, która w sposób rzadki we współczesnej prozie łączy erudycję z egzystencjalną prostotą. Po formalnie rozbuchanym „Schronie przeciwczasowym” autor świadomie rezygnuje z literackiego fajerwerku na rzecz zapisu granicznego doświadczenia: odchodzenia ojca. Ta narracja wpisuje się w długą tradycję humanistycznego myślenia o śmierci, ale pozostaje przy tym całkowicie współczesna, skupiona na detalu, ciele, geście, roślinie. Ogród staje się tu figurą trwania, pamięci i pracy przeciw entropii.
„Ogrodnik i śmierć” mówi o żałobie bez monumentalizacji i bez sentymentalizmu. Gospodinow bada relację ojca i syna jako relację niepełną, opóźnioną, naznaczoną brakiem, a jednocześnie głęboko formującą tożsamość. Śmierć nie jest tu celem opowieści, lecz jej horyzontem. Ważniejsze jest to, co dzieje się przed: wspólna obecność, milczenie, powtarzalność czynności, pamięć zapachu i ziemi. „Ogrodnik i śmierć” to humanistyczny akt oporu wobec zapomnienia, w którym literatura staje się formą czułej, odpowiedzialnej pamięci.
„Anioły” Denis Johnson
Premiera filmu „Sny o pociągach” na Netflixie przedstawiła nowemu gronu odbiorców Denisa Johnsona. To świetny moment, aby zakupić sobie jego debiut, który wyszedł chwilę temu w Karakterze. To mroczna, sugestywna opowieść o ucieczce, przemocy i samotności, osadzona w surowym krajobrazie amerykańskich dróg i prowincjonalnych miasteczek. Przypadkowe spotkanie kobiety uciekającej z dziećmi przed mężem i byłego żołnierza staje się początkiem destrukcyjnej relacji, która odsłania najciemniejsze strony ludzkiego doświadczenia. Debiutancka powieść Denisa Johnsona, napisana oszczędnym, poetyckim stylem, bezlitośnie obnaża złudzenia amerykańskiego mitu i portretuje ludzi zepchniętych na margines świata.
„Biała Pani” Siergiej Lebiediew
Lebiediew jest marką samą w sobie. Autor jest pisarzem pamięci strukturalnej, archeologiem przemocy, który z niezwykłą konsekwencją bada długie trwanie totalitaryzmu i jego późne, często niezauważalne mutacje. Jego kolejna powieść rozpoczyna się od gestu powrotu, lecz natychmiast zostaje on pozbawiony sentymentalnej osłony. Powrót Żanny do rodzinnej wioski w lipcu 2014 roku nie prowadzi ku źródłom, lecz ku pęknięciu. Prywatna historia choroby matki splata się z historią miejsca położonego na geologicznym i symbolicznym uskoku między niemieckim i rosyjskim totalitaryzmem. Lebiediew buduje narrację gęstą, wielogłosową, w której archiwa, ciała, infrastruktura przemysłowa i ludzka pamięć tworzą jeden organizm.
„Biała Pani” nie jest powieścią o wojnie w sensie reportażowym ani publicystycznym. To raczej studium momentu przed katastrofą. Czasu, w którym przemoc jeszcze nie eksplodowała, lecz już przenika język, relacje i krajobraz. Tytułowa figura kobiety działa jak etyczny rewers historii, przypomnienie o tych, którzy nie zostali opłakani i dlatego wciąż powracają. Lebiediew nie moralizuje i nie oskarża wprost. Stawia pytanie fundamentalne dla humanistyki XX i XXI wieku – jak długo można budować przyszłość na nieprzepracowanym gruncie?
„Maniak” Benjamína Labatuta jest książką, która od pierwszych stron sprawdza u czytelnika odporność na intelektualny niepokój. To nie jest powieść, która chce się podobać, a raczej taka, która cierpliwie rozmontowuje nasze przyzwyczajenia do myślenia o nauce, postępie i samych sobie. Chilijski pisarz nie prowadzi narracji wprost, nie oferuje stabilnej fabuły ani bohatera, z którym łatwo się identyfikować. Zamiast tego buduje konstrukcję wielopiętrową, fragmentaryczną, momentami wręcz zimną, ale podszytą bardzo ludzkim lękiem przed tym, co sami powołaliśmy do istnienia.
Na poziomie kompozycyjnym „Maniak” przypomina intelektualny tryptyk. Trzy historie, trzy punkty graniczne, trzy różne momenty, w których rozum traci niewinność. Labatut zaczyna od Paula Ehrenfesta – fizyka, który nie wytrzymał współtworzonego świata. To otwarcie jest brutalne, duszne i znaczące. Już tutaj widać, że autor nie interesuje się nauką jako zestawem osiągnięć, lecz jako procesem psychicznym, który potrafi zniszczyć tych, którzy zajrzeli za daleko. Ehrenfest nie przegrywa z polityką ani historią, lecz z abstrakcją. Z logiką, która przestaje służyć człowiekowi.
"Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem" Deena Mohamed
Od zawsze marzenie było najcichszą formą modlitwy. Wypowiadane półgłosem, szeptane w stronę ciemności, stanowiło pomost między tym, co ludzkie, a tym, co boskie. Co się jednak stanie, gdy ten szept zostanie usłyszany? Gdy życzenie stanie się towarem, wpisanym do rejestru, oznaczonym pieczątką państwowego urzędu? Deena Mohamed w „Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem” materializuje to pytanie. Buduje świat, w którym cud został sprywatyzowany, a pragnienie opodatkowane.
„Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem” to komiks paradoksów. Z jednej strony realistyczny, osadzony w konkretnym, rozpoznawalnym Kairze, z całym jego zgiełkiem, betonem i polityką. Z drugiej przesycony magią, ornamentem, arabską kaligrafią. Mohamed nie przeciwstawia tych porządków, lecz je splata. Jakby chciała pokazać, że współczesność i mit nigdy się naprawdę nie rozeszły. Że pod biurokratyczną pieczątką wciąż drzemie duch oraz że w rachunku za prąd kryje się echo modlitwy.
Artystka operuje obrazem jak frazą poetycką. Powtarza motywy, rytmizuje przestrzeń, potrafi nagle uciszyć planszę, by jedno spojrzenie, jedna łza mówiła więcej niż tysiąc słów. Jej Kair to miasto o dwóch twarzach. Z jednej strony groteskowe i święte, z drugiej zniszczone i magiczne.
Fenomenalny komiks, od którego naprawdę trudno się oderwać. Gdyby taką historię wymyślił i dobrze opowiedział jakiś pisarz/pisarka, byłaby co najmniej nominacja do Bookera.
„O wilku mówiono w izbie” Ewa Wieżnawiec
Mamy tu książkę, która nie próbuje być wygodna ani reprezentatywna. Ona wchodzi w białoruską historię jak w ranę i nie cofa ręki. To powieść zrodzona z przemocy, głodu i wyparcia, ale opowiedziana językiem tak gęstym i zmysłowym, że staje się doświadczeniem cielesnym. Wieżnawiec prowadzi podwójną narrację babki i wnuczki, splatając biografie prywatne z biografią miejsca, które zostało wielokrotnie przeorane przez Historię. Nie jest to opowieść o powrocie ani o pojednaniu, lecz o niemożliwości ucieczki. To jedna z tych rzadkich książek, które potrafią połączyć brutalny realizm z metafizycznym niepokojem. Tytułowy wilk nie jest tu jedynie figurą zagrożenia, lecz znakiem tego, co wyparte, nienazwane, a nieustannie obecne. Mocno wryła mi się w pamięć.
"Ciemny, ciemny las" Jorge Volpi
Od czasu, gdy literatura zaczęła mierzyć się z doświadczeniem Zagłady, temat ciemności (tej prawdziwej, ludzkiej, historycznej) powraca jak powidok na siatkówce XX wieku. Jorge Volpi w „Ciemnym, ciemnym lesie” nie próbuje już tej ciemności opisać. On ją inscenizuje. Buduje opowieść, która przypomina bajkę z dzieciństwa, ale z każdym zdaniem coraz bardziej odsłania swoje drugie dno. Dno obozowego pieca, politycznej przemocy, moralnego rozkładu języka.
Volpi chciał napisać powieść o tym, jak działają rządy, zwłaszcza totalitarne. I rzeczywiście, jego proza jest jak echo zrujnowanej retoryki. Słowa, które kiedyś miały znaczyć miłość, wolność czy dom, są tu wypowiadane przez tych, którzy wydają rozkazy śmierci. Ostatecznie „Ciemny, ciemny las” to nie tyle narracja o przeszłości, ile proroctwo. Przypomina, że w każdej bajce kryje się potencjał przemocy, a w każdym systemie możliwość powrotu mitu.
Hao Jingfang jest chińską pisarką science-fiction. Jej „Włóczędzy” to książka, która chodziła za mną od kiedy tylko od niej usłyszałem. Bo nagroda Hugo za „Składany Pekin”, bo porównania do Le Guin, bo moja ulubiona seria (Proza Dalekiego Wschodu), bo wreszcie pierwsze polskie tłumaczenie. Kupiłem więc bez wahania, ale czytałem już z pewnym dystansem. Powieść, która liczy sobie niecałe osiemset stron i zyskała sławę filozoficznej, nie mogła być łatwa. I rzeczywiście, łatwa nie jest.
Czas płynie tu jak w filmach Antonioniego. Długie spojrzenia, mgła między Marsem a Ziemią, niepewność, której nie można uchwycić. Luoying tańczy jak u Piny Bausch, a jej ruchy wciągają w świat, w którym każdy krok ma znaczenie, choć zaraz znika. To powieść, która jest jednocześnie próbą rozpisania Lema i uchwycenia płynności filmów Terrence’a Malicka. Ona mówi językiem literatury SF, poezji i kina awangardowego jednocześnie.
To nie jest powieść doskonała. To dzieło, które męczy i fascynuje jednocześnie. Dokładnie przez to jest potrzebne. Opowiada o tym, jak wygląda życie w cieniu wielkich idei. Bez fajerwerków, bez katharsis. Z ciągłym pytaniem: a my, pomiędzy, kim właściwie jesteśmy?
„Jaszczurka na kamieniu nagrobnym” Archila Kikodze
To refleksyjna powieść o pamięci, historii i tożsamości Gruzji. Przez bogaty w symbole krajobraz wspomnień prowadzi nas bohater stojący na półmetku życia, analizując przeszłość swoją, swoich bliskich i ojczyzny. Splatając wątki życia i śmierci malarza Gigo z powrotem do dzieciństwa i młodości, książka ukazuje, jak mit i rzeczywistość przenikają się nawzajem, a granica między żywymi i zmarłymi zaciera się w zaklętym świecie ulic Berlina, Tbilisi i wysokogórskich ścieżek Kaukazu. Książka liczy niecałe 200 stron i można ją poznać na jedno posiedzenie.
Chciałem wam napisać parę słów o Kempowskim. Wiem, że to nie jest świeżynka. „Prima sort” ukazało się w Niemczech w 1971, ale dopiero teraz dostaliśmy po polsku, dzięki ArtRage. I od razu powiem, dobrze że dostaliśmy. Bo to książka nie tylko ważna, ale i dziwnie aktualna. To nie jest kolejna „powieść wojenna”. Kempowski nie daje ani bohaterstwa, ani tragedii, tylko zwyczajność. I właśnie ta zwyczajność jest tu najbardziej nie do zniesienia.
Do rzeczy. Kempowski robi tu rzecz rzadką w literaturze. Pokazuje mianowicie II wojnę „od strony wroga”. Ale nie takiego wroga z podręczników, nie oprawcę z gestapo czy frontowego kata, tylko zwykłą mieszczańską rodzinę z Rostocku, wierzącą w Niemcy, w Hitlera (na początku), w codzienny porządek. Jest tu ojciec z jego bon motami („cud malina i prima sort”), matka, która woli nie przyjmować złych wiadomości, rodzeństwo, które raz jest w Hitlerjugend, raz słucha jazzu, raz piecze pierniczki na święta. To życie idzie swoim rytmem, jakby wojna była gdzieś obok. Codzienność i apokalipsa stoją obok siebie, bez komentarza. I nikt się nie dziwi.
Warto czytać. I to bardzo. Dla literatury (bo to proza naprawdę wybitna), dla historii (bo bez takich świadectw nie zrozumiemy XX wieku), i wreszcie dla siebie. Kempowski nie daje nam komfortu. Pokazuje, że zło nie przychodzi w kostiumie diabła, tylko w fartuszku gospodyni domowej, z talerzem pierniczków, mówiącej, że „będzie jeszcze lepiej”.
Gerald Murnane to nazwisko, które od lat pojawia się w kontekście literackiej Nagrody Nobla. Powodem ma być nie tylko konsekwencja jego pisarstwa, ale też osobliwość samego twórcy, zamkniętego w swojej estetyce i obsesjach. Autor urodzony w 1939 roku w Melbourne, całe życie spędził w Australii, unikając podróży zagranicznych, a jednocześnie budując prozę, która (paradoksalnie) uchodzi dziś za jedną z najbardziej uniwersalnych i najśmielej eksplorujących świadomość w literaturze anglojęzycznej. Nie przez przypadek „New York Times” określił Murnane jako „największego pisarza, o którym nigdy nie słyszeliście”.
„Równiny” to lektura trudna, ale nagradzająca. To powieść, która wymaga od nas, byśmy odpuścili nawyki linearnego czytania i dali się porwać językowi, krajobrazowi, ciszy. Przypomina to trochę Kubricka, który zamiast „2001: Odysei kosmicznej” kręci „1982: Odyseję australijską”. Żadnego kosmosu, tylko niekończące się pole i kamera.
„Tom & Tom” Wasyl Słapczuk
W 2025 roku dostaliśmy do rąk powieść radykalnie autotematyczną. W „Tom & Tom” literatura opowiada samą siebie. Autor czyni bohaterem nie tyle człowieka, ile proces twórczy, wyobraźnię oraz słowo, które uzyskuje cielesność i autonomię. Już sam zabieg imienia Roman (czyli „powieść”) ustawia tekst w porządku metatekstu. Mamy do czynienia z narracją o pisaniu, o władzy i bezradności twórcy wobec własnej imaginacji.
Centralnym motywem książki jest dom (forteca, labirynt i schronienie zarazem). To przestrzeń umysłu pisarza, mikrokosmos, w którym rozszczepiona jaźń przybiera różne formy: Toma, Noweli, Rady, Sławy, Milady. Wszystkie postacie są wariantami jednego „ja”, jego sprzecznych impulsów, lęków i pragnień. Słapczuk konsekwentnie znosi granice między realnym a wyobrażonym, pokazując, że dla pisarza oba porządki są równoważne, stopione w jedność.
Powieść gęsta jest od symboli, personifikacji i intertekstualnych odniesień. Defilują tu klasycy światowej literatury, prowadząc dialogi między sobą i z czytelnikiem. Ta erudycyjna wielogłosowość nie jest popisem, lecz fundamentem narracji. Lektura jest wymagająca, ale wynagradza to aż z naddatkiem.
Aleksandar Tišma, serbski pisarz pochodzenia żydowsko-węgierskiego, należy do najważniejszych świadków i komentatorów doświadczenia XX wieku w literaturze środkowoeuropejskiej. Jego trylogia nowosadzka, w której obok „Księgi Blama” i „Użycia człowieka” mieści się również powieść „Kapo”, podejmuje problematykę Zagłady. Nie czyni jednak tego w konwencji świadectwa ofiary, lecz poprzez próbę zmierzenia się z najtrudniejszą figurą obozowego świata – człowieka, który ocalał, ponieważ przyjął na siebie rolę kata. To właśnie „Kapo”, opublikowane w 1987 roku, stanowi szczególny eksperyment literacki: autor dokonuje wiwisekcji losu jednostki rozdartej między byciem prześladowanym i prześladującym, wplątanej w paradoks „szarej strefy” obozowej moralności, a jednocześnie skazanej na niekończące się życie w cieniu własnej winy.
Czy „Kapo” można traktować jako jedno z najważniejszych literackich świadectw europejskiego wieku dwudziestego? Nie wiem, ale przeszło mi to przez myśl. Książka nie opowiada o bohaterstwie ani o nadziei, lecz o winie, której nie da się zmazać. To tragedia, w której nie ma katharsis.
"O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)" Miki Liukkonen
Nieczęsto mam w rękach książkę, której lektura wzbudza we mnie poczucie lęku, niepokoju, intelektualnego dyskomfortu i fizycznego wręcz zmęczenia. Taką powieścią jest „O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)” Miki Liukkonena. Pozwolicie, że jej tytuł będę dalej skracał do „O”. To rzecz, która nie tylko przekracza granice narracyjne, ale przede wszystkim próbuje uchwycić nieuchwytne. Świat, który rozpada się pod ciężarem własnej komplikacji. Ludzkie istnienie rozdzierane obsesjami, lękami i neurozami. Postrzegam tę książkę jako sejsmograf współczesności. Jej przekaz drży w rytm nerwów całej epoki.
Zacznijmy od formy, bo „O” nie uznaje żadnej jednorodności. Mamy tu styl barokowy w dygresjach, gęsty jak ściółka leśna, pod którą kryją się larwy kolejnych znaczeń. Jest dramat, są listy, raporty, są partie oniryczne i niemal dziennikarskie. Czasem styl imituje strumień świadomości, by po chwili przejść w wykład filozoficzny czy chłodny opis. To narracyjny Frankenstein, ale zbudowany nie z resztek, a z żywego ciała. Jego puls słychać cały czas.
W skali trudności czytania mamy tu więc Mount Everest. Niektórych fragmentów nie da się przeczytać „na raz”. Inne wciągają jak wiry. To powieść jak życie: nieprzewidywalna, niepodzielna, nielinearna. Długa, ale tylko dlatego, że musi taka być. Bo świat nie mieści się w aforyzmie.
To książka, która zaczyna się jak żart, ale kończy jak notatka samobójcza kosmosu. Tu każda postać mówi jak Twitter-bot po kursie filozofii. Liukkonen pokazuje, że chaos nie jest brakiem porządku, tylko jego ironiczną wersją beta.
“Nieprzyjaciel” Michael Crummey
„Nieprzyjaciel” Michaela Crummeya to proza, która z pozornie lokalnej historii wydobywa uniwersalny mechanizm władzy, przemocy i moralnej kapitulacji wspólnoty. Crummey – już wcześniej ugruntowany jako kronikarz surowych, północnych światów – tworzy tu literacką przypowieść o społeczeństwie uwięzionym między naturą a ludzką żądzą dominacji. Izolowana osada Mockbeggar, ze swoją znaczącą nazwą i bezlitosnym krajobrazem Nowej Fundlandii, staje się sceną tragedii o niemal antycznym ciężarze. Oto konflikt rodzeństwa nie jest wyłącznie osobistą vendettą, lecz systemem władzy, który zatruwa język, relacje i wyobraźnię całej społeczności.
„Nieprzyjaciel” to powieść o deprawującej sile władzy i o granicach miłości, która łatwo przechodzi w dominację i zemstę. Crummey z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak wspólnota uczy się bierności. Akceptuje przemoc tak, jak akceptuje się lód, głód czy epidemię. Ta narracja, która nie oferuje katharsis ani moralnego komfortu. Zamiast tego działa jak lustro, w którym odbija się mechanizm znany z historii całych narodów.
Jeśli pierwszy tom zostawił we mnie wrażenie bycia zepchniętym na granicę światła i mroku, to drugi dopełnił dzieła: kazał mi tam zostać, rozbić obóz i przyglądać się, jak pod warstwą świętości tli się gniew, smutek i pragnienie zmiany.
„Bílá Voda”, jak stary radioodbiornik, łapie głosy z innego wymiaru. Trzeszczące, urwane, ledwo słyszalne słowa nakładają się na siebie, tworząc melodię niepokoju. Czasami wystarczy przekręcić pokrętło tylko odrobinę, by usłyszeć znajomy głos. Pytanie tylko: czy chcesz wiedzieć, do kogo naprawdę należy?
Pierwsza część przypominała błyskawicę przeszywającą pustkę, druga zaś stała się burzą, która zawisła nad światem — i niech trwa jak najdłużej. Nie wiem, czy Kościół, o którym pisze Tučkova, kiedykolwiek się zmieni. Ale wiem jedno: dzięki niej pamięć o tych, którzy próbowali go zmienić, nie zostanie zapomniana.
"Niegdysiejsze śniegi" Gregor von Rezzori
Gregor von Rezzori w „Niegdysiejszych śniegach” dokonuje rzeczy rzadkiej i niezwykle trudnej: wskrzesza świat, którego już nie ma. Jednocześnie pokazuje jego upadek z bezlitosną przenikliwością i czułością. To książka osobista i uniwersalna, intymna i monumentalna — świadectwo ginącej Mitteleuropy i próba ocalenia jej w pamięci. Jeśli kiedyś chciałeś wypić kieliszek palinki z duchami arystokratów na bukowińskim rozdrożu — ta książka ci to umożliwi.
Von Rezzori, podobnie jak Musil czy Roth, rozumie, że Austro-Węgry były nie tylko państwem, ale całą duchową rzeczywistością. Jego utrata to nie tylko zmiana polityczna, to egzystencjalna katastrofa. Jednak Rezzori nie pozwala sobie na sentymentalne opłakiwanie świata dzieciństwa — patrzy na niego z dystansem, ironią i przenikliwą świadomością historycznej nieuchronności.
Mia Couto, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy afrykańskich, snuje opowieść o Mozambiku u schyłku XIX wieku. To kraj szarpany przez dwa wiatry – z jednej strony portugalscy kolonizatorzy, próbujący utrzymać swoją władzę, z drugiej afrykański władca Ngungunyane, który zbiera siły, by przeciwstawić się europejskiemu panowaniu. Gdzieś pomiędzy tymi dwoma żywiołami znajduje się mała wioska Nkokolani, zagubiona wśród wydarzeń, których nie kontroluje, ale których skutki ponosi najdotkliwiej.
To książka, w której nie ma prostych podziałów na dobro i zło – Portugalczycy nie są tylko bezdusznymi kolonizatorami, a afrykański władca Ngungunyane nie jest jedynie bohaterem walczącym o wolność. Każdy z protagonistów ma swoją prawdę, swoje marzenia i swoje demony. To opowieść o tym, jak historia rozdziera ludzi na kawałki, jak tradycja ściera się z nowoczesnością, a lojalność z pragnieniem wolności.
„Kobiety z popiołu” to pierwsza część trylogii, a już na jej kartach czuć rękę mistrza. Jest w tej książce wszystko – poezja, historia, miłość, magia i ból. Jest to, co ulotne, i to, co wieczne. I jest obietnica, że to dopiero początek – że kolejne części będą wartościowymi rozdziałami tej niezwykłej opowieści.
"Ostatni Mohikanin" Catmalou i Cromwell
„Tam, gdzie kończy się ścieżka, zaczyna się opowieść” mówi stare indiańskie przysłowie. I to zdanie wracało do mnie cały czas gdy przewracałem strony „Ostatniego Mohikanina” od Catmalou i Cromwella. Bo to nie jest kolejna adaptacja klasyki literackiej. To bardziej seans spirytystyczny z duchem opowieści Fenimore’a Coopera, przemielonym przez barokową wyobraźnię, ekspresjonistyczny pędzel i rockowy temperament.
Kiedy Mandioca pisze, że spełnia młodzieńcze marzenia, wierzę im w ciemno. Każda strona ich książek tchnie autentycznością i pasją, jakby tworzyli z potrzeby serca, a nie dla efektu finansowego. W kontekście albumu Catmalou i Cromwella od razu dodaję, że nie tylko je spełnia. Ona te marzenia przenosi na wielki, duszny fresk, który krzyczy, szepcze i bije.
„Ostatni Mohakanin” to nie jest idealna lektura dla niedzielnych czytelników komiksów. Nie dla fanów szybkiej akcji i przejrzystych dymków. To książka dla tych, którzy potrafią się zatrzymać przy obrazie. Którzy umieją czytać warstwami: kolor, kompozycję, światło, fakturę.
Powiem więcej. To dzieło stawia pytania: gdzie kończy się komiks, a zaczyna malarstwo narracyjne? Czy kadr może być autonomicznym dziełem sztuki? Czy historia z taką przemocą, gęstością i dzikością może być piękna? Cromwell i Catmalou odpowiadają: może, jeśli opowiesz ją sercem z pędzla, nie z pióra.
Oto powieść graficzna, w której drzewa są bohaterami, a wojna tylko złamanym wierszem pisanym błotem i światłem księżyca.
„To jest Ales” Jon Fosse
To jest książka, która nie potrzebuje fabularnych fajerwerków ani dramatycznych zwrotów akcji. Od pierwszego zdania mówi wprost, że strata już się wydarzyła. „To jest Ales” Jona Fossego zaczyna się dokładnie tam, gdzie wiele opowieści by się urwało. I właśnie dlatego polubiłem tę nowelę. Za radykalną konsekwencję w myśleniu o pamięci jako jedynej formie dalszego trwania. Fosse, noblista z 2023 roku, prowadzi narrację skupioną na tym, co pozornie nieistotne (spojrzeniu na izbę, rytmie myśli, czekaniu). Czas nie płynie tu linearnie, a raczej krąży, zapętla się, powraca pod innymi imionami i w innych ciałach. Nie jest to nic nowego w dorobku twórcy, ale mimo to działa jak należy.
„To jest Ales” można czytać jak miniaturową sagę rodzinną, ale w istocie jest to medytacja nad losem, powtarzalnością i wpisaną w ludzką egzystencję nieuchronnością utraty. Morze i Fiord działają jak milczący świadkowie historii, siły trwalsze niż jednostkowe życie, determinujące rytm istnienia kolejnych pokoleń. Charakterystyczna dla Fossego forma jednego, długiego zdania nie jest tu formalnym eksperymentem, lecz sposobem oddania doświadczenia pamięci, która nie zna kropek. To literatura ascetyczna, precyzyjna i hipnotyczna. Bez dwóch zdań jedna z najlepszych książek 2025 roku w Polsce.
"Wielkie Kiedy. Długi Londyn" Alan Moore
Alan Moore, uznany twórca komiksów i powieści graficznych, autor takich dzieł jak „Strażnicy”, „V jak Vendetta” czy „Prosto z piekła”, debiutuje tu jako autor pięciotomowej prozy długiego oddechu. „Wielkie Kiedy”, pierwszy tom serii „Długi Londyn”, stanowi zarówno kontynuację zainteresowań Moore’a z pogranicza magii, historii i mitografii, jak i nowy rozdział w jego pisarskiej praktyce – bardziej rozciągnięty w formie, osadzony w prozie literackiej, a nie komiksowym kadrze.
Choć „Wielkie Kiedy” nie jest powieścią stricte polityczną, pod powierzchnią fabularnej baśni przebijają wątki typowe dla twórczości Moore’a: sceptycyzm wobec struktur władzy, ambiwalencja względem mitu narodowego, nostalgia podszyta krytycyzmem. Powojenny Londyn jest tu nie tyle tłem, co symptomem pewnego rozkładu (społecznego, moralnego i metafizycznego). Moore przypomina, że każde imperium ma swoje duchy, a każdy system swoje cieniste sobowtóry.
„Upadek Robespierre'a. Ostatnie 24 godziny terroru” Colin Jones
Mimo swoich rozmiarów, tę książkę czyta się naprawdę doskonale. To wnikliwe studium jednego dnia, który przesądził o losach rewolucyjnej Francji. Autor, krok po kroku, godzina po godzinie, rekonstruuje dramatyczny upadek Maximiliena Robespierre’a, ukazując mechanizmy władzy, strachu i politycznego przewrotu w samym sercu Terroru. Publikacja została oparta na bogatych źródłach i licznych relacjach z epoki. Odsłania jak rewolucja zwróciła się przeciw jednemu ze swoich głównych architektów i jak idea wolności doprowadziła do narodzin tyranii. Bierzcie, nie pożałujecie.
„Szczęśliwa ręka” Kuba Kulasa
„Szczęśliwa ręka” Kuby Kulasy to thriller metafizyczny, w którym literatura przekracza własne granice i zaczyna działać jak niezależny byt. Punktem wyjścia jest fantastyczny, a zarazem niepokojąco logiczny koncept. Ręka zmarłego pisarza, przyszyta do obcego ciała, nie przestaje pisać i tworzy teksty doskonałe. Od tej chwili pytanie kto jest autorem, przestaje mieć oczywistą odpowiedź.
Powieść ma konstrukcję szkatułkową. Można ją czytać jako zbiór opowiadań, ale ja wolę jako całość. W ramie fabularnej obserwujemy śledztwo prowadzone jest przez A., uczennicę zmarłego mistrza. Im głębiej bohaterka wchodzi w teksty, tym wyraźniej okazuje się, że to nie ona analizuje literaturę, lecz literatura analizuje ją. Granice między fikcją a rzeczywistością, przypadkiem a przeznaczeniem, świadomością a materią ulegają systematycznemu rozszczelnieniu.
Kulasa pisze precyzyjnie, z wyczuciem rytmu i dialogu, unikając nadmiaru, a jednocześnie otwierając pole dla filozoficznych i ontologicznych niepokojów. „Szczęśliwa ręka” to książka o autorstwie bez autora, o talencie jako czymś nieprzynależnym do osoby, o pisaniu jako sile, która może przeżyć swojego twórcę.
.png)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz