Recenzja "Takie urywki" Bianca Bellová

To nie opowiadania, tylko fragmenty cudzego życia podsłuchane przypadkiem. Czytelnik robi za świadka, nie za sędziego.
Wydawca: Czarne

Liczba stron: 208


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Tłumaczenie: Anna Radwan-Żbikowska, Julia Różewicz

Premiera: 9 grudnia 2025 rok

Nie jestem pewien, czy „Takie urywki” to po prostu kolejna książka na waszej półce. Czytając ją, odnosiłem wrażenie, że to trochę taki literacki odpowiednik sytuacji, w której ktoś w autobusie zaczyna mówić coś bardzo osobistego, po czym wysiada trzy przystanki później, zostawiając cię z niedokończoną historią. Bianca Bellová najwyraźniej uznała, że fabuła jest przereklamowana, a sens najlepiej działa w dawkach homeopatycznych. I konsekwentnie trzyma się tej decyzji.

Mamy tu zbiór osiemnastu tekstów, które robią dokładnie to, czego nie wypada robić w porządnej narracji. Co mam tu na myśli? Ano to, że wchodzą w środek i wychodzą bez pożegnania. Nie ma tu klasycznej fabuły, bo Bellová nie opowiada historii. Ona je podsłuchuje. Albo raczej stoi obok, notuje kilka szczegółów, a resztę zostawia w powietrzu. Jakby chciała powiedzieć – dalszy ciąg czytelniku dopowiesz sobie sam.

Bohaterowie pojawiają się na moment i znikają. Syn, który przez całe życie potrzebuje jednego spojrzenia ojca i dostaje je w najgorszym możliwym momencie. Dziadek próbujący ogarnąć czternastoletniego wnuka z depresją, nie bardzo wiedząc, czy lepiej milczeć, czy mówić cokolwiek. Dziewczyna, która reanimuje topielicę, choć od początku wiadomo, że to nic nie da. Profesor w pociągu, który zapomina walizki i przy okazji przypomina sobie największą życiową zdradę. Żadnych fajerwerków. Same drobiazgi. Małe momenty, które w normalnym życiu uznalibyśmy za nieistotne. To właśnie one u Bellovej nagle zaczynają ważyć.

Autorka „Jeziora” ma ten talent (albo tę bezczelność), żeby brać sytuacje absolutnie zwyczajne i nie robić z nimi nic wartego wzmiankowania. Nie podkręca emocji, nie tłumaczy, nie moralizuje. Zostawia bohaterów dokładnie tam, gdzie są. Czasami w niezręczności, innym razem w napięciu, praktycznie zawsze w niedopowiedzeniu. I w mojej opinii ta metoda działa naprawdę dobrze. Życie przecież rzadko daje puenty.

Jest w tych tekstach sporo mroku, ale dla mnie na pierwszy plan wysuwa się humor. Nie taki wiecie, że boki zrywać, ale czarny, suchy, czasem absurdalny. Za wzorowy przykład niech uchodzi randka z Tindera, która kończy się wizytą policji. Brzmi jak żart, dopóki nie przestaje nim być. Opowiadanie o ćmie balansuje gdzieś między kafkowskim niepokojem a zwyczajnym ludzkim strachem przed tym, czego nie potrafimy nazwać. Śmiejesz się krótko, po czym orientujesz się, że ten mechanizm był raczej odruchem obronnym.

Autorka interesuje się relacjami, ale bez sentymentalizmu. Rodzina nie jest tu ani bezpiecznym azylem, ani wyłącznie źródłem traumy. To raczej pole napięć, które nie znikają wraz z wiekiem. Więzi trwają nawet wtedy, gdy są zerwane. A może zwłaszcza wtedy.

Język Bellovej jest lapidarny, precyzyjny, wyczyszczony z ozdobników. Każde zdanie zdaje się ważyć dokładnie tyle, ile trzeba. Ani grama więcej. Autorka ufa pauzie, zawieszeniu, ciszy między akapitami. Styl dopasowuje się do bohaterów, ich sposobu myślenia, ich ograniczeń. Mimo wielości postaci i sytuacji, zbiór układa się w spójną opowieść o ludzkim doświadczeniu.

To nie jest książka, w której cokolwiek się rozwiązuje. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych historii kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym coś zaczyna uwierać. Bellová najwyraźniej lubi zostawiać bohaterów i czytelników w zawieszeniu. Zresztą nie powinno to dziwić osoby znające jej poprzednie powieści. „Takie urywki” najlepiej działają wtedy, gdy czyta się je powoli. Po jednym. Z przerwą. Z chwilą ciszy po tekście. Czytane ciurkiem potrafią się zlewać w jeden nastrój. Trochę melancholijny, lekko duszny, nie do końca komfortowy.

Nie wszystko z tego zbioru zostanie ze mną na długo. Zresztą Bellová chyba wcale tego nie chce. Zostaną obrazy, zdania, jakieś drobne uczucia, które wrócą znienacka przy myciu naczyń albo w tramwaju. Jak te rozmowy z autobusu, których nigdy nie powinniśmy byli słyszeć, a jednak słyszeliśmy.

To literatura z tej samej półki co „Manchester by the Sea”. Nikt nie krzyczy. Nikt nie wygrywa. Każdy robi, co potrafi.

Przeczytaj też recenzje innych fantastycznych książek od Afery:

- "Wypędzenie Gerty Schnirch" Kateřina Tučková

- "Zmęczenie materiału" Marek Šindelka  

- "Jezioro" Bianca Bellova 

"Babcie" Petr Šabach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Takie urywki" Bianca Bellová