Recenzja "Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię" Andrew Smith

Wydawca: Czarne

Liczba stron: 424

Tłumacz: Rafał Lisowski

Oprawa: twarda

Premiera: 12 czerwca 2019 r. 

21 lipca 1969 Neil Armstrong zszedł po drabince i jako pierwszy człowiek postawił stopę na pokrytej pyłem powierzchni Srebrnego Globu. Chwilę później z jego ust padły historyczne słowa „To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Armstrong, razem z innym astronautą - Edwinem Buzzem Aldrinem przeprowadzili na Księżycu pomiary wiatru słonecznego, zrobili zdjęcia, zainstalowali sejsmometry oraz odbłyśnik laserowy do pomiarów astronomicznych, ustawili amerykańską flagę (która bardzo stać nie chciała) i zebrali próbki kamieni, piasku oraz pyłu księżycowego. Umieścili też tabliczkę z napisem: „W tym miejscu ludzie z planety Ziemia po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu. Lipiec 1969. Przybywamy w pokoju dla dobra całej ludzkości”. Po blisko 21 godzinach spędzonych na Księżycu astronauci weszli do lądownika i wrócili do modułu dowodzenia, gdzie czekał na nich zniecierpliwiony pilot - Michael Collins. Po upływie trzech dni statek Apollo 11 wodował na Oceanie Spokojnym w odległości około 1500 kilometrów od Wysp Hawajskich. 

Był to pierwszy epizod lądowania człowieka na Księżycu. W kolejnych latach  jeszcze dziesięć osób miało możliwość zwiedzenia Srebrnego Globu osobiście. Z tej dwunastki do dzisiaj pozostała tylko czwórka, a w momencie pisania książki „Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię”, żyła dziewiątka. Ich losy bada Andrew Smith w swojej książce, która stanowi swoiste ad extremum całego programu lotów kosmicznych. Autor zjeździł Stany Zjednoczone i spróbował dotrzeć do każdego z pozostałych przy życiu astronautów, by naocznie zbadać jak wizja Ziemi z galaktycznej odległości zmieniła ich myślenie o rzeczywistości. W jednym z wywiadów jego respondent wypowiada takie słowa „Widzi pan, chodzi o to, że Jim Irwin, Charlie Duke, ja i inni przeżyliśmy chyba to samo. Ale każdy wyraża to w kategorii własnych przekonań, własnych doświadczeń i przeszkolenia. Ja, jako raczej filozof i naukowiec, szukałem czegoś więcej, niż prostego wytłumaczenia religijnego. Alan Bean, uroczy chłop wyraził to w sztuce. A nawet jeśli niektórzy nie wykazali widocznych oznak przemiany (…) to wcale nie znaczy, że też tego nie poczuli”. Co więc zmieniło się w ich życiu?

James Irwin, ósmy człowiek, który stanął na Srebrnym Globie doświadczył iluminacji. Na Księżycu poczuł obecność Boga i w rok po powrocie został duchownym. Założył też ekumeniczny kościół High Flight, organizujący wycieczki do Izraela i innych miejsc opisanych w Biblii. Edgar Mitchell, szósty człowiek na Księżycu wybrał odmienną drogę ku prawdzie. Ufundował Instytut Nauk Noetycznych, prowadził wykłady z wiedzy o świadomości, a także pisał książki o parapsychologii. Jest zwolennikiem teorii, że rząd USA ukrywa przypadki lądowania UFO. Już podczas lotu  przeprowadził w kosmosie nieuzgodniony z NASA eksperyment telepatyczny, który zakończył się niepowodzeniem, jak wyjaśnia sam zainteresowany – ze względu na nieuwzględnienie różnic czasowych. Alan Bean został artystą. Zmarły w zeszłym roku w Huston komandor, zajął się malarstwem. Jego księżycowe pejzaże, czarne przestrzenie z pobłyskującymi w oddali planetami, astronautów w próżniowych skafandrach zagubionych na martwych płaszczyznach obcych światów, być może nie zyskały wielkiego grona odbiorców, stały się jednak jednym z ważniejszych świadectw tamtych chwil i wrażeń jakie one wywarły. Wybory dokonywane przez innych astronautów były również ciekawe: handlowali samochodami, pływali holownikami, dystrybuowali piwo, rozdawali autografy na konwentach fanów Star Trek, a jeden został nawet senatorem. 

Andrew Smith nie miał łatwego zadania. Każdy astronauta inaczej reagował na możliwość udzielenia wywiadu. Niektórzy spotykali się chętnie, inni ćwiczyli się w sztuce unikania, jeszcze inni dużo obiecywali, ale później ‘zapominali’ wywiązać się z danego słowa. Co istotne, autor w swojej relacji nie zapomina także o rodzinach, o tych licznych związkach, które po powrocie na Ziemię upadały pod wpływem różnic w rozumieniu świata. Nie boi się też pisać o trudnych relacjach, o panującej hierarchii, o problemach technicznych jakie na swojej drodze musieli pokonać bohaterowie książki. Odwołuje się do postaci Wernhera von Brauna, konstruktor rakiet V-2, które zabiły blisko trzynaście tysięcy mieszkańców Londynu, Antwerpii i Liège, kosztowały też życie zatrudnionych przy produkcji kilkunastu tysięcy robotników przymusowych i więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych. To właśnie von  Braun w 1945 roku wraz ze 126 najbardziej utalentowanymi pracownikami Wojskowego Instytutu Badawczego i Zakładów Doświadczalnych w Peenemünde poddał się aliantom i został przewieziony do USA, gdzie w dalszej kolejności zyskiwał coraz większy posłuch, a ostatecznie stał się głównych konstruktorem NASA, autorem Saturna V, który poleciał na Księżyc. 

„Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię” został napisany jako relacja człowieka, żyjącego w epoce lotów na księżyc. Smith poprzez budowanie narracji o swojej młodości, przywoływanie popularnych utworów muzycznych i treści dzieł futurystycznych, kreśli nam obraz rzeczywistości, która dawno już odeszła w mroki historii. Dzięki temu zabiegowi książka jest swego rodzaju wehikułem, przenoszącym nas do innego świata. Być może autor nieco przesadza z gadatliwością, być może jego porównania i żarty nie niosą w sobie krystalicznie literackiego piękna, są jednak jedynie małą przeszkodą, w drodze ku pełnemu oddaniu specyfiki tamtych czasów. Nie powinny nas zrażać momenty nieco bardziej nudne, bo gdzieś w tyle głowy należy mieć myśl, że zaraz znowu dowiemy się czegoś ciekawego, uzyskamy świadectwo osoby, która doświadczyła czegoś więcej, niż my. I głównie z tego powodu, a także dla tych kilku nieznanych faktów, warto tę książkę poznać. To jedyne tak obszerne świadectwo ludzi, którzy na własnej skórze poczuli, jak małe są nasze losy.

Recenzja "Kiedy zapada mrok" Jaume Cabre

Wydawca: Marginesy

Liczba stron: 300

Tłumacz: Anna Sawicka

Oprawa: twarda

Premiera: 15 maja 2019 r. 

W posłowiu do książki „Kiedy zapada mrok”, autor pisze, że spośród wielu opowiadań jakie w swoim życiu napisał, do tego konkretnego zbioru wyselekcjonował te, które zmieściły się w określonych parametrach. Stosuje przy tym zasadę swojego kolegi, Vicença Riera Llorca, twierdzącego, że zbiory powinny zawierać utwory, które coś łączy, jakiś temat przewodni. W tym konkretnym wypadku, jest to pojawiający się w każdym opowiadaniu motyw śmierci, przestępstw i morderstw. Dalej te wytypowane teksty, Cabre poddał obróbce, skrawaniu i modelowaniu tak, aby ostatecznie przybrały pożądaną formę. I cel w sumie został osiągnięty, teksty układają się w jeden tematycznie spójny twór, tylko odnoszę przy tym wrażenie, że takie konstytuowanie książki sprawia, że jest to twór w jakimś sensie sztuczny, pisany pod z góry określoną tezę. 

Abstrahując jednak od tego zarzutu, warto przyjrzeć się bliżej samej treści zbioru, a w szczególności zależnościom, jakie z niej wynikają. Dostrzegam w prozie Cabre kilka kluczowych tematów, pojawiających się w kolejnych jego książkach. Jest to na pewno kwestia religii, rozumiana jednak nie jako dyskurs eschatologiczny o istocie życia duchowego, ale jako pewnego rodzaju struktura organizacyjna i literacka. Już w „Agonii dźwięków” jednym z bohaterów jest warowny klasztor La Rapita, którego zamieszkują mniszki klauzurowe. Podobnie w opowiadaniu „Mężczyźni nie płaczą” otwierającym niniejszy zbiór, młody bohater przebywa w bidulu, zaś opiekunkami, poza nauczycielami są zakonnice. To one wypierają możliwość molestowania podopiecznych ze strony dorosłych, co ostatecznie doprowadzi do wybuchu agresji. W kolejnym tekście płatny morderca spowiada się księdzu z popełnionych przewin, chociaż jego intencje, tak naprawdę mają niewiele wspólnego z wyznaniem grzechów. Kwestie religii Cabre podejmuje także wykorzystując cytaty z Pisma Świętego oraz porównania (np. „Pojąłem, jak święty Paweł na drodze do Damaszku” to z opowiadania „Nunc Dimittis). Wszystko to ma prowadzić nas do wniosku, że zło bywa bezwzględne, czasami nawet silniejsze niż wiara w Boga, także w dobro. Zresztą w jednym z tekstów autor ustami postaci mówi wprost, że w Boga nie wierzy, że cała zgnilizna świata nie może być zrodzona w imię dobra. I może właśnie dlatego w tekstach Cabre każdy jest tak bezwzględny, a cała jego proza taka cyniczna?  

Drugim tropem interpretacyjnym jest dla mnie współistnienie różnych środków artystycznych. U Cabre zazwyczaj istnieją i przenikają się trzy gałęzi sztuki: literatura, muzyka i malarstwo. W „Kiedy zapada mrok” muzyki nie uświadczymy. W jednym z wywiadów autor mówił, że „Malarstwo jest bardziej zbliżone do literatury, przez to, że operuje materialnymi środkami wyrazu, których można dotknąć, można je opisać i które poddają się manipulacji, interpretacji i w jakiś sposób zależą od odbiorcy i od autora”. Cabre rezygnuje więc z jednego medium, by z jeszcze większą siłą skupić się na pozostałych dwu. Najczęściej pojawiającym się motywem jest wchodzenie w obraz. W opowiadaniach „Claudi”, „Na zlecenie” i „Znikający punkt” wspomniany zostaje obraz „La paysanne” Jeana-Francoisa Milleta. W każdym istotne jest właśnie dosłowne wchodzenie różnych postaci do jego wnętrza, aby ujrzeć odwróconą twarz postaci. Cabre chce nam w ten sposób przekazać, że powierzchowna recepcja sztuki nie ma większego sensu. Tylko rozmyślanie o jej drugim planie, poszukiwanie schowanych poszlak ma uzasadnienie, z punktu widzenia sztuki interpretacji. W „Znikającym punkcie” mamy jeszcze jeden obraz – autoportret  Sary Voltes-Epstein. Kluczowa jest tu właśnie postać artystki, dobrze nam znanej z „Wyznaję”. Jest to kolejna ciekawostka potwierdzająca tezę, że jedną z flagowych cech pisarstwa Cabre jest gra z czytelnikiem i przenikanie się motywów, postaci i zdarzeń na kartach kolejnych dzieł. Choć trzeba przyznać, że w „Podróży zimowej” tych mieszanek, tropów i powiązań było nieco więcej, stąd też i zabawa większa.

Jeszcze jedna cecha prozy Cabre wydaje mi się kluczowa z punktu widzenia odbioru niniejszego zbioru. Chodzi mi o język, tak dynamiczny i rytmiczny w poprzednich jego książkach. Tu pisarz nieco zwalnia, używa bardzo prostego stylistycznie słownictwa, dostosowując się tym samym do przekazu swoich bohaterów. Gdy w opowiadaniu „Buttubatta” narratorem jest Noblista, język wydaje się bardziej wyszukany, z kolei w „Paldo” mówi do nas złodziej baranów i jego słowa odzwierciedlają slang prostego człowieka. Autor „Głosów Panamo” świadomie rezygnuje z plastyczności i kwiecistości frazy, na rzecz potoczystości i dosadności. Dobrze ten element widać także w najlepszym opowiadaniu zbioru – „Znikającym punkcie”, gdzie narratorów jest kilku, a każdy cechuje się odmienną składnią i zakresem używanego słownictwa. 

„Kiedy zapada mrok” jest na pewno zbiorem przyjemnym w lekturze, choć monotonność tematyczna po pewnym czasie nudzi. Nie zaskakują także puenty, z czasem coraz bardziej przewidywalne. Dobrze, że pisarz zaczyna prowadzić swoistą grę z czytelnikiem, bo w sensie egzystencjalnym ma nam tym razem niewiele nowego do przekazania. Najlepsze są te opowiadania, gdzie oprócz kolejnych morderstw, jesteśmy wciągani w sieci intryg. Dzięki temu uwaga pozostaje z tekstem na dłużej, mimo iż znany nam schemat przechodzenia liniowo z punktu A do punktu B, ma też swoje ograniczenia. Jest więc to nieco inny Cabre, niż znacie, co wcale nie oznacza, że jest to Cabre lepszy.

Recenzja "Olimpia de Gouges" Jose-Louis Bocquet, Muller Catel

Wydawca: Kultura Gniewu

Liczba stron: 490

Tłumacz: Katarzyna Kola-Bielawska

Oprawa: twarda

Premiera: 15 maja 2019 r.

Naprawdę nazywała się Marie Gouze, ale gdy dorosła postanowiła zmienić swoje imię i nazwisko na Olimpia de Gouges. Jej ojciec, a właściwie, o czym była przekonana, ojczym, był rzeźnikiem, matka zaś praczką. Marie od dzieciństwa uważała się za nieślubną córkę markiza Pompignan, jednego z kochanków swojej matki. Ten jednak nigdy nie uznał jej za swoje dziecko, co było jedną z kluczowych przyczyn ukształtowania charakteru bohaterki. Także jej poglądów na rolę kobiety w życiu społecznym i ostatecznie – działalności feministycznej. 

Autorzy komiksu obserwują rozwój Olimpii de Gouges od narodzenia, aż po szczytowe osiągnięcia jej działalności i nieuniknioną śmierć. Blisko 400-stronicowe opracowanie zostało podzielone na szereg rozdziałów, które odnoszą się do ważnych etapów życia bohaterki: otrzymanie lalki od markiza, ślub z Louisem Aubrym, narodziny syna, przenosiny do Paryża, fascynacja teatrem, napisanie powieści epistolarnej, śmierć żebraka na ulicy, prowadzenie salonu literackiego i tak dalej. Całe życie zebrane w panoramicznej opowieści zamkniętej w czarno-białej, graficznej narracji. Co ważne, z dbałością o mało znane szczegóły, które wpłynęły na psychikę bohaterki.

Na kartach komiksu pojawiają się ważne osobistości tamtych czasów, między innymi Wolter, Rousseau, Mirabeau, Lafayette czy Benjamin Franklin. Każdy specyficzny, przedstawiony takim, jakim był. Bez wielkich czynów i słów, to tylko zalążki postaci, które w innych czasach i rejestrach pisały historię tego świata. Podobnie jest z otoczeniem, odartym z aury bajeczności. Ulice po których drepczą bohaterowie śmierdzą, ociekają kloaką i są brudne do granic możliwości. Rzetelność w przedstawianiu losów Olimpii de Gouges współgra tu z żelazną konsekwencją w sposobie nakreślania realiów stanowiących tło dla uczestników prezentowanych tu fabuł. Autorzy nie silą się na eksperymenty w ramach podjętej przezeń maniery plastycznej, świadomie skupiając się na głębi szczegółu. Efektem jest przedstawiony z drobiazgowością drugi plan każdej sceny: zabudowa architektoniczna, plenery, bruk, mosty, katedry. Zjawiskowo wyglądają wnętrza teatru niepozostawiając choćby marginesu wątpliwości, że mamy do czynienia z grafikiem najwyższej klasy. Nie dostrzegam w warstwie ilustracyjnej komiksu niedoróbek czy podążania na przysłowiowe skróty. Widać że autorzy odrobili ważną lekcję z historii, poznali i odwzorowali świat miniony. A to nie jest przyjemy i łatwy świat do życia. Na każdym kroku czają się zarówno wielbiciele, jak i stereotypy. Pójście pod prąd obyczajowości Francji za panowania Ludwiga XVI ukazane jest tu jako wyczyn trudny, ale nie heroiczny. To szczery, drobiazgowy portret, w którym proste fakty obwarowane zostają emocjonalnymi niuansami. Catel i Bocquet nie boją się prawdy, nie starają się też stać po którejś stronie. To nie tylko piękna książka graficzna, ale też świadectwo życia niezwykłej postaci, spisane z iście reporterskim zacięciem.

„Olimpia de Gouges” to drobiazgowo przygotowana biografia ważnej w historii, tragicznej postaci, która nie bała się ogłosić Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki. Olimpia walczyła o prawa kobiet do edukacji i zarządzania własnością prywatną. Dopominała się o równouprawnienie w dostępie do ważnych stanowisk zawodowych, a także zmiany w postrzeganiu obowiązków rodzinnych. Jej pakiet postulatów był zresztą duża większy, a proces jego stanowienia i dojrzewania w głowie bohaterki, dzięki Kulturze Gniewu można już poznawać w atrakcyjnej formie. Całość została uzupełniona kalendarium życia Olimpii oraz biogramami najważniejszych postaci występujących w opowieści. Piękne wydanie wartościowej historii. Moim zdaniem należy to poznać!

Recenzja "Piąty wymiar" Martin Vopenka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Liczba stron: 280

Tłumacz: Elżbieta Zimna

Oprawa: miękka

Premiera: 7 maja 2019 r.

Inspiracją do napisania tej książki mogłyby być liczne konkursy, w których do wygranej brakuje propozycji na temat „jaką jedną książkę zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę/ w podróż międzygalaktyczną/ w czasy postapokaliptyczne”. Tu jednak, zamiast końca znanej nam rzeczywistości, jest ukryty gdzieś głęboko w argentyńskich górach bunkier, który jest dla Jakuba -  bohatera książki, ostoją spokoju i źródłem życiodajnych materiałów. Poza bunkrem czeka na niego dzika natura, nieprzewidywalne wiatry i osuwiska, samotni egocentrycy. Generalnie strach i permanentne wspinanie się po szczytach własnych możliwości fizycznych i psychicznych. W tym specyficznym kręgu odosobnienia Vopenka wyposaża swoją postać w jedną jedyną książkę, która będzie dla niego pomostem między dawnym życiem, a trudną codziennością  – „Czarne dziury i krzywizny czasu” Kipa Stephena Thorne’a. Wybór tyleż dziwny, co zrozumiały, jeśli weźmiemy pod uwagę wykształcenie i pasję autora, jaką jest fizyka jądrowa. To właśnie ta lektura będzie dla Jakuba źródłem inspiracji do filozoficznych rozmyślań na tematy egzystencjalne. 

A zaczyna się bardzo przygodowo. Jakub żyje w rodzinnych Czechach i prowadzi biznes, który pod wpływem błędnych decyzji finansowych, staje się początkiem problemów materialnych rodziny. Jakub jest indywidualistą, nie wyobraża sobie pracy etatowej. Szuka możliwości niestandardowego zarobku i ta, jakby za pociągnięciem magicznej różdżki sama do niego przychodzi. Właściwie nie wiadomo jak i dlaczego, Jakub wygrywa casting do tajemniczego projektu. Ma zostać zamknięty na rok w jakimś odosobnionym miejscu, bez możliwości kontaktu z rodziną. Wypłata umożliwi mu podźwignięcie się z traumy poprzednio utraconych korzyści majątkowych, rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu. Jakub decyduje się na uczestnictwo w projekcie, a jego szalona misja, swoiście Crusoe’owska wyprawa do odległej Argentyny, rozpocznie kolejny etap w procesie kształtowanie relacji rodzinnych.

Vopenka w „Piątym wymiarze” podejmuje kilka ważnych tematów. Oprócz wspomnianych już kwestii rodziny i samotności, są jeszcze elementy związane z seksualnością, z astronomią, z maleńkością człowieka w otaczającym świecie, także z pazernością, biologią istnienia oraz religią. Jakub zostanie wystawiony na wiele prób – tych prostych, gdzie musi zdecydować czy podejmowane kroki nie łamią zapisów umowy, jak i zdecydowanie trudniejszych – na przykład pożądania ze strony jednego z organizatorów eksperymentu. Istotny będzie też tytułowy piąty wymiar, czyli transcendentalny portal łączący bohatera z jego żoną. Będąc daleko w górach, Jakub będzie czuł to, co żona w czasie teraźniejszym. A te wizje wcale nie ułatwią życia, bo obok pytań dzieci o nieobecność taty, pojawią się także widoki zdrady czy prześladowania ze strony przyjaciółki. Tym samym Vopenka, dzięki tej nadnaturalnej figurze stylistycznej łączy oba światy, ukazuje nam panoramicznie cały pejzaż uczuć, stanów i faktów składających się na życie Jakuba. Inna sprawa, że sam sposób tej synergii mnie osobiście wydaje się zwyczajnie zbyt banalny.

„Piąty wymiar” to książka z dużym potencjałem. Pomysł na fabułę, jest niewiarygodny, ale w swojej prostocie także urzekający. Daje duże możliwości na analizę ludzkich przywar, pożądań i emocji. Wątpliwości budzi jednak wykonanie: momentami niesmaczne sceny seksu, mieszają się tu z eseistycznymi analizami fizycznymi, a troska o rodzinę, z kuriozalnym pomysłem o pozostawieniu jej na pastwę losu. Nad wszystkim unosi się duch kafkowskiej niejasności, który jednak zamiast niejednoznaczności, wprowadza w tekst aurę dziwności i pomieszanie konwencji. Mam też wrażenie, że w swoich filozoficznych dociekaniach, czeski autor idzie o kilka kroków za daleko. Zamiast budować interesujące, piętrowe dyskursy, wtłacza czytelnika w powierzchowne rozważania akademickie i gdybanie („Gdyby wszyscy ludzie na całym globie ziemskim, albo przynajmniej na pewnym jego obszarze, uparli się, że jakieś wydarzenie nie miało miejsca, to czy naprawdę zmieniliby przeszłość. Bo jeżeli przestrzeganie jest kluczem do istnienia, to istnienie owego minionego wydarzenia zostałoby w ten sposób poważnie zagrożone. To, co naprawdę stało się kiedyś jako coś współczesnego, przestałoby wtedy istnieć jako coś przeszłego”). Także kontekst biblijny, wodzenie na pokuszenie, walka ze złym, jest tu wyostrzony do karykaturalnej postaci. Ostatecznie „Piąty wymiar” to dla mnie trochę za mało medytacji, a za dużo cudaczności. Niezła książka z niewykorzystanym potencjałem.

Recenzja "Łkające ryby i inne opowiadania" Chi Zijian

Wydawca: Kwiaty Orientu

Liczba stron: 186

Tłumacz: Magdalena Stoszek-Deng

Oprawa: miękka

Premiera: 17 maja 2019 r.

Odnoszę wrażenie, że pragnienie potwierdzenia istnienia własnego wycinka świata jest dominantą zbioru „Łkające ryby i inne opowiadania”. Aby uświadomić sobie i rozwiać wszelkie wątpliwości co do faktycznego swojego istnienia (i w szerszym sensie także miejsca, w którym się wychowało), pisarka uprawia działalność namacalną (w zakresie kontaktu z naturą) i nieuchwytną (wszędzie tam, gdzie bierzemy pod uwagę pierwiastek ludzki). Łączy więc dwa światy i stara się je sprowadzić do wspólnego mianownika. Wykorzystuje w tym celu techniki znane literaturze od dawna (realizm magiczny, naturalizm, gawęda, baśń), przerabiając je jednak według własnego pomysłu. Wyobraźnię i język obraca w kręgu tego co uchwytne, proste i w jakiś sposób pewne, zaś wierzenia i zwyczaje maluje bajkowymi barwami. Chi Ziijan wychodzi z założenia, że jednym z lepszych sposobów poświadczenia naszej egzystencji i jestestwa jest drugi człowiek. Toteż pisarka przywołuje szereg barwnych postaci, których losy kreują dla nas obraz miejsca odchodzącego w przeszłość. Tak naprawdę nie wiemy, czy są to istoty znane autorce. Może są wymyśleni, wyśnieni,  może trwają we wspomnieniach lub fantazjach, być może na zawsze przenieśli się w nieznane obszary i już od dawna nie żyją, albo stoją obok nas w kolejce do kasy? Taka czy inna forma obecności ludzi i tematów stwarza możliwość snucia opowieści, prowadzenia intymnego dialogu, a przynajmniej milczącego porozumienia. Stwarza też przestrzeń na uniwersalność i możliwość odczytania dzieł w różnych kontekstach kulturowych. Nie należy się więc bać niezrozumienia czy egzotyki. Most porozumienia jest tu zbudowany na wyjątkowo solidnych podstawach. Dlatego nieważne czy pracujesz w korporacji, czy w szkole, czy oglądasz Netflixa czy filmy Zoltána Huszárika, czy wolisz gotować, czy jeść, czy może zaklinasz węże lub zbierasz pudełka po zapałkach – wszystkich nas łączy życie i towarzyszące mu emocje, które odpowiednio przetransformowane sprawiają, że „Łkające ryby i inne opowiadania” będą czytelne dla każdego.

Sytuacje rozpisane w zbiorze przypominają trochę rozmowę z odbiciem w starym i zakurzonym lustrze, czyli z zawartością pamięci, ze światem odwzorowanym w doświadczeniach pisarza lub wykreowanym przez niego. Znane nam dawniej, ważne dla naszych uczuć, osoby, rośliny, zapachy, zdarzenia przemieniają się w iluzje. Trudno uwierzyć, że te magiczne maniery i wierzenia, wywodzą się z empirycznie znanej rzeczywistości, że należą też do nas, jeśli brak choćby strzępka potwierdzenia, małego konkretu, drobnego dowodu na niegdysiejsze istnienie ich pierwowzorów. Pamięć domaga się konsekwentnego odświeżania i utrwalania, w przeciwnym razie rozprasza się i roztrzepuje, jak łkające ryby, które każdy powinien złapać, ale nie zawsze się udaje. W tych sugestywnych, przepełnionych miłością da natury miniaturach literackich, chodzi właśnie o odsłonięcie rzeczy potwierdzających przekonanie, że nasze życie nie jest tylko śnionym snem. Ale co jest rzeczywiste, gdy ogarnia nas żywioł fantasmagorii, konstelacji wspomnień, niejasności naszych powiązań ze światem, a wreszcie niemożności oparcia się na czymś solidnym?

Właśnie na tym oparciu Chi Ziijan buduje co najmniej kilka ze swoich opowiastek. W „Miesiącu mgieł” młody chłopiec pada ofiarą wypadku, a dalej także rodzinnej przemocy, w efekcie czego rośnie z niego bezrozumny pastuch. W „Zbieraczu jagód” społecznymi męczennikami są bliźnięta, które chodź radzą sobie ze światem, nie potrafią rozpoznać co jest czarne, a co białe. W opowiadaniu „W leśnym parowie” chińska pisarka porusza też jeden z kluczowych tematów rodzimej kultury – brak możliwości decydowania o wyborze osoby, z którą spędzi się życie. Trochę podobnie jak w tytułowej opowieści, gdzie wiekowa już kobieta wspomina mężczyznę, przez którego nadal czuje się zdradzona (właśnie przez brak wyboru jej na żonę). Oparciem może być też miejsce, w którym się żyje, a które czasami trzeba opuścić w imię rozwoju technologicznego kraju („Kolej”). Chi Ziijan udowadnia, że fundamentów naszego bycie tu i teraz jest wiele, a każdy równie mocno domaga się permanentnego zaspokojenia.

Jednym z ważniejszych tematów poruszanych przez chińską pisarkę jest także przemijanie, które dobrze podkreślają zmiany pór roku. Chi Ziijan sytuuje w rolach bohaterów bardzo często starców i dzieci. Co ciekawe, dzieci są niemal bez wyjątku w jakiś sposób upośledzone, brzydkie, odrzucane. Próżno tu szukać wysoko urodzonych, szybko rozwijających się modelów. Te wyjątki społeczne, młodzi i starzy oderwani od realiów świata przedstawionego, czują i rozumieją więcej, niż „normalni ludzie”. Ta osobliwość nie chroni ich jednak przed niesprawiedliwym czy bezdusznym postępowaniem. Ich życie wyznaczają silne ambiwalentne relacje, tak z innymi, jak i z samymi sobą. Miłość może bardzo łatwo przeistoczyć się w nienawiść, a bezgraniczne zaufanie, w obronną ścianę. Poszukiwania harmonii dnia codziennego, także w stosunku do otaczającej przyrody, są tu nakreślone dosadnie, ale też z empatią i wrażliwością.

Proza Chi Zijian to piękne świadectwo wystawione tym miejscom i ludziom, którzy normalnie nie dostają głosu. Te odległe światy, przypominają mi nieco Cape Breton Alistaira MacLeoda, chociaż uczciwie trzeba przyznać, że styl i metoda pisarska Kanadyjczyka, znacząco różnią się od rzemiosła Chi Zijian. Oboje okopują się w podobnej, bliskiej im tematyce przestrzeni, pór roku i surowości, zestawianej z wyrazistymi charakterami ludzkimi. Oboje interesują się też czasami minionymi, które coraz silniej wypierane są przez objawy współczesności. U chińskiej pisarki przybiera to na przykład postać troski o zbiory, które ostatecznie porzucane są na rzecz obietnic bogatego kupca w opowiadaniu „Zbieracze jagód” lub miłość do domu rodzinnego, który starsza pani musi opuścić przez budowę kolei. Jest jeszcze melancholia, jako przewodnie uczucie towarzyszące lekturze „Łkających ryb i innych opowiadań” oraz „Skoro ptaki czynią słońce”. Wypływa ona nie tylko z losów bohaterów, ale też z otoczenia, pełnego detali. Tereny opisane w tych książkach można zobaczyć, poczuć, usłyszeć. One tętnią wielobarwnym życiem, tradycją i nieuchronnością odchodzenia. Wszystko to opisane jest z niezbędną czułością, dzięki czemu „Łkające ryby i inne opowiadania” są tak urocze i wartościowe.

Recenzja "Rzeźnik z Niebuszewa" Jarosław Błahy


Wydawca: Wydawnictwo Forma

Liczba stron: 98

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 2019 r

Wydawca określił „Rzeźnika z Niebuszewa” jako zbiór opowiadań. Wydaje mi się, że to przyporządkowanie jest tak samo nieprecyzyjne, jak zawężanie treści książki do jej tytułu. I nie chcę tym samym czynić wyrzutu wydawnictwu – wydaje mi się, że próba jakiegokolwiek skategoryzowania tego dzieła, z góry skazana jest na porażkę. Autor na niespełna stu stronach serwuje czytelnikowi literacki galimatias, któremu bliżej do chaosu, niż do ustrukturyzowanej lektury. I co bardzo ważne, ten chaos ma sens, przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Wzajemne przenikanie się reportażu, filozofii, eseju i wspomnień, jest tu czynione bardzo impulsywnie, wypływa wprost z potrzeby danej chwili. Stąd język, którym posługują się bohaterowie bywa potoczysty i wulgarny. I to wspaniale, bo jak człowieka coś wkurwia, to czasami warto to powiedzieć wprost, a nie snuć zawoalowane rozważania prowadzące donikąd.

Napisałem, że treść książki nie odnosi się wyłącznie do tytułowej postaci ‘zbioru’. Trudno jednak podjąć próbę interpretacji, bez znajomości tego wątku. Kim był Rzeźnika z Niebuszewa? Dla tych, którzy akurat historią brutalnych morderstw się nie interesują, wyjaśniam, że Rzeźnik to Joseph Zippeck, zaś Niebuszewo to dzielnica Szczecina, ciesząca się zresztą niezbyt chlubną opinią. Zippeck zasłynął tym, że na początku lat 50. Porywał ludzi, ćwiartował ich ciała, czaszki wyrzucał do leżącego nieopodal stawu, zaś mięso przerabiał na mięso mielone, które później sprzedawał na targu. Błahy w jednym z epizodów książki dość dokładnie opisuje moment odkrycia działalności mordercy, wchodząc tym samym w polemikę ze słowami dziennikarzy, zajmujących się tą sprawą. W tym małym tekście w pełni ukazuje się nam skłonność autora do drobiazgowości i rzetelnego podawania faktów. Owa szczegółowość będzie widoczna także w innych miejscach, niezależnie czy będzie odnosić się do faktograficznego odtworzenia ścieżki pozyskiwania informacji o Leo Lipskim - polskim pisarzu emigracyjnym pochodzenia żydowskiego, czy do dyskursywnego odwoływania się do różnych prądów filozoficznych

Opowieść o Zippecku wisi nad książką, ale mam wrażenie, że w żaden sposób jej nie definiuje. Błahy chce nam przekazać coś więcej niż kolejną historię o wykolejonej postaci. Przywołując szereg obrzydliwych i/lub makabrycznych scen z życia wziętych (ta z uciętym w prosektorium penisem i włożeniem go do kieszeni w formie żartu, budzi we mnie wyjątkowy sprzeciw), autor ze Szczecina wtłacza nas w mroki wewnętrznego piekła tkwiącego w człowieku. Ta lektura nakazuje nam myśleć, analizować i łączyć pozornie niezwiązane ze sobą wątki. Wyłączenie uwagi choćby na chwilę, może skończyć się pominięciem jakiegoś istotnego wątku. Znaczenie ma tu wszystko, od rytmu, przez pojedyncze słowa, mroczne fotografie, aż po liryczne uzupełnienie prozatorskiej myśli.

„Rzeźnik z Niebuszewa” to proza bardzo osobista. Dużo tu autobiograficznych historii, rozciągających się między rodzinnymi traumami, naukowymi fascynacjami, muzycznymi inspiracjami, aż na kontrowersyjnych poglądach kończąc (patrz atak na WTC). Dużo także świeżych myśli, jak chociażby ta, określająca literaturę: „literatura albowiem jest pochodną walki o byt, wynika z teorii ewolucji, konfliktu, buntu, prowokacji i niezgody na świat w sensie Iwana Karamazowa. Jest odruchem wymiotnym organizmu, procesem fizjologicznym, a nie udawaniem wszechmocnego stwórcy, który w wyniku potężnego zaparcia, zatwierdzenia sytuacyjnego wysiedział świat na sedesie”. Jeśli przyjrzeć się tej definicji dokładnie, trudno się dziwić, że książka przybiera właśnie taki, burzliwy i nieokrzesany styl. Jakby w opozycji do stylu wciąż pojawiającego się na kartach książki Dostojewskiego. Chociaż związek prozy Błahego i twórcy „Biesów” ma tu daleko większe znaczenie – obaj pragną oddać głos tym, którzy nie mogą pogodzić się ze światem i samym sobą, z pragnieniem osiągnięcia ideału a świadomości kim się jest. 

Właściwie to nie wiem, czy celem autora było odwołanie się do pojęcia cierpienia. Wiele jest pobudek do wysnucia takiego wniosku, ale są też elementy komiczne, które w jakimś sensie każą mi postawić przy tej kwestii znaki zapytania. Niezależnie jednak od intencji, ja „Rzeźnika z Niebuszewa” odczytuję trochę jako prywatny traktat o istocie uniwersalnej, wszechobecnej przemocy. Skoro literatura może dawać głos tym, którzy na co dzień tego głosu nie mają, może też poruszać kwestie dotąd nieobecne lub przemilczane, to Jarosław Błahy właśnie tego typu pisarstwo w „Rzeźniku…” uprawia. A powodzenie jego misji wynika głównie ze wspomnianej już świeżości przekazu. Ta książka dowodzi, że jednym z fundamentalnych warunków dobrej literatury jest umiejętne operowanie na kilku jej warstwach: nie tylko treści i bohaterów, ale przede wszystkim narracji, która tworzy formalny szkielet przedstawionego świata. „Rzeźnik z Niebuszewa” nie został napisany w konfesyjnej pierwszej osobie, czy nawet przy użyciu wszechwiedzącego medium. Błahy pisząc swoją książkę, stworzył swoisty pomost językowy, którego skuteczność polega nie tylko na konfrontacji czytelnika z okrucieństwem, ale także na znacznie głębszym poziomie – na precyzyjnie pokomplikowanej narracji, która w jakimś sensie odtwarza współczesne struktury przemocy. I jest to też przestroga dla czytelnika o słabych nerwach – narracja przenika tu niepostrzeżenie do stylistycznego krwioobiegu czytelnika, w bardzo osobisty językowy rejestr, być może nawet nie do końca podczas lektury uświadomiony. Tym samym nie pozwala dłużej trwać w pozycji tego, który historii o brudzie i cierpieniu jedynie biernie słucha. Lektura „Rzeźnika z Niebuszewa” jest doznaniem empirycznym, przejściem przez krainę mroku i destrukcji, bezwstydną i frywolną eskapadą po złu krążącym po świecie.

Nie wiem czy mogę powiedzieć, że ta książka mi się podobała. To jedna z tych niewielu lektur, które nie tyle się czyta, co współodczuwa. Tym samym nie polecam Wam jej, nie sugeruje że musicie znać, ale też nie mówię 'pomińcie ją w swoich planach'. „Rzeźnika z Niebuszewa” przekracza granice, nęka, bawi i brzydzi. Trochę jak książki Celine'a. Wiedząc to, sami musicie zdecydować, czy tego typu doświadczenia Was interesują. Ja o niej długo nie zapomnę.

Recenzja "Podróż ludzi księgi" Olga Tokarczuk

Wydawca: Wydawnictwo Literackie


Liczba stron: 244

Oprawa: twarda

Premiera: 3 kwietnia 2019 r

„Podróż ludzi księgi”, czyli powieściowy debiut późniejszej zwyciężczyni Międzynarodowego Bookera, w 1993 roku przyniósł Oldze Tokarczuk nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek .Autorka „Biegunów” od początku swojej pracy artystycznej stanęła na uboczu tzw. literatury środka. Jej obiektem zainteresowań nie były tak popularne w dobie zmian politycznych tematy jak: problematyka społeczna, rodzinno-obyczajowa, transformacja ustrojowa, prowincjonalność. Nie interesowały jej proste fabuły czy oczywiste postaci. W opozycji do większości pisarzy śmiało stawiała na sprawy fundamentalne i pod płaszczykiem mitów i symboliki narodowej, podejmowała tematy natury moralno-filozoficznej. To właśnie te cechy dopracowywała przez całą swoją literacką karierę, ostatecznie dochodząc do czegoś nowego – do współczesności, a nawet przyszłości („Opowiadania bizarne”). 

Zanim jednak Olga Tokarczuk wprowadziła w swoje teksty wątki biograficzne i elementy futurystyczne, silnie opierała swoje powieści o znane jej teksty kultury, które z bajeczną wręcz łatwością mieszała ze zmyślonymi opowieściami. Jedną z właściwości tej prozy jest właśnie intertekstualność, ciągły dialog ze sztuką i rzeczami dla człowieka kluczowymi. Jak sama nazywa to w omawianym tytule „A jednocześnie każda książka napisana przez człowieka wychodzi poza niego. Człowiek, który pisze książkę, przekracza siebie, bo czyni odważną próbę określenia siebie i nazwania”. Tak więc już w pierwszej powieści Tokarczuk świadomie zrywa z szufladkowaniem swojej prozy. Niejednorodność kompozycyjna (która w perspektywie czasu i tworzenia kolejnych dzieł stała się tokarczukową jednorodnością) mogła początkowo budzić lęk u czytelnika przyzwyczajonego do klarownych rozwiązań formalnych. Z perspektywy czasu wiemy jednak, że to właśnie w tych wariacjach i zmąceniu gatunkowym tkwi popularność książek Pani Olgi.

Sama treść „Podróży ludzi księgi” jest bardzo prosta. Grono oświeconych wyrusza w podróż, której celem jest odnalezienie Księgi: woluminu zawierającego kwintesencję ziemskiej mądrości i mającej dar uzdrawiania. Ich droga, podobnie jak setki innych w literaturze czy filmie (w tekście padają intertekstualne odwołania chociażby do „Ulissesa”), nie będzie szła zgodnie z planem, a nieoczekiwane wydarzenia sprawią, że do Markiza dołączy piękna kurtyzana i wiejski niemowa Gauche. Dalsze ich losy, rodząca się miłość, będą pretekstem do dużo ważniejszych rozważań o sensie samego podróżowania. Chociaż mam wrażenie, że to nie do końca prawda, a właściwie tylko jej zalążek. Bo oczywiście można tę książkę odczytywać jako uniwersalną przypowieść o istocie ludzkich dążeń i chęci poznania odpowiedzi na pytania fundamentalne. Ja jednak wychodzę z założenia, że w tekst Olgi Tokarczuk należy się wsłuchać. Wtedy odkrywa się zupełnie inne znaczenie. „Podróż ludzi księgi” mówi o samej kreacji, o pisaniu, o odnoszeniu się do twórczości. Odnajduję w wielu zdaniach tej książki dyskusję na temat potrzeby pisania, ciągłej walki z układaniem chaosu, szukaniu porozumienia między przyjemnością z czytania, a wytrącaniem czytelnika ze strefy komfortu. „Księga wciąż jeszcze leży tam, gdzie zostawił ją Gauche. Zawsze więc może się zdarzyć, że ktoś ją wreszcie znajdzie i przyniesie światu, a wtedy na pewno nie zostanie już nic do napisania”. To zdanie doskonale oddaje to o czym piszę: tu chodzi o podróżowanie po książce, o ciągłe doszukiwanie się nowych interpretacji i głód wiedzy. Bo książki powinny przecież coś dawać czytelnikowi, niezależnie czy są to emocje, wiadomości czy refleksje. Ważne aby po lekturze czuć się istotą spełnioną. Wtedy czytanie ma rację bytu. I w tym wymiarze „Podróż ludzi księgi” jest swoistą parabolą, w której wciąż powracają wątpliwości co do możliwości odkrycia istoty ludzkiej osobowości.

Jest także ta książka pięknym hołdem złożonym semantyce („Wiedział, że te znaczki mają dla ludzi znaczenie. Niby martwe i nieruchome, zawierają w sobie ruch i życie. Widział czytających ludzi i zawsze dziwiło go, że ich twarze się wtedy zmieniają. Co się działo między płaskimi, drobnymi znaczkami a okiem? Jaki cud zachodził? Dlaczego księga nie mogła mówić wprost głosem, obrazem, dlaczego przemawiała znakami, których nie rozumiał?”) i szerzej rzecz ujmując – komunikacji. Komunikacji ważnej, bo społecznej, gdzie różne grupy ścierają swoje poglądy przy pomocy różnych form dialektycznych.

„Podróży ludzi księgi” odnosi się więc moim zdaniem silnie do filozofii naszego języka, ale także do poszukiwania porządku rzeczywistości. Znajdziecie w niej to wszystko, za co cenicie, bądź też dlaczego nie lubicie prozy autorki „Ksiąg Jakubowych”. Będzie dużo życiowej mądrości, ciekawi bohaterowie, astrologia, dziwaczność, historia. Urzekające są zestawienia proponowane przez pisarkę: naukowy realizm z całkowitym poddaniem się naturze. Bo co więcej wam powie – wiedza zawarta w książkach, czy obserwowanie świata wokół nas? To gęsta od znaczeń proza, domagająca się wewnętrznego przemyślenia i solidnego przetrawienia. Myślę, że jakość jej jakość wynika głównie z tego, że niezależnie czy odczytamy ją jako powieść przygodową, metaforę ludzkich dążeń, badanie językowego kodu czy może jeszcze inaczej, zawsze będzie ona interesująca. A spójne połączenie tych wątków udowadnia, z jakiego pokroju pisarzem mamy do czynienia.

Recenzja "Dziwka" Anna Mazurek

Wydawca: Korporacja Ha!art

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 10 maja 2019 r

Mery Malinowska, tak naprawdę nosi nazwisko Huk, jak prokurator zajmujący się sprawą zabójstwa Weroniki. I to ma znaczenie, podobnie jak każdy inny ślad zawarty w tej książce. Mery, mogłoby się wydawać, jest kobietą spełnioną. Młoda, zgrabna, z wyższym wykształceniem, życie zawodowe zaczyna zmierzać w upragnionym kierunku. Nie bardzo wiemy skąd ani dlaczego wzięła się w Krakowie, ale widzimy, że dobrze się tu odnajduje. Ma przecież znajomych. Pozornie. Te pozory są w książce Anny Mazurek bardzo istotne, bo jak się na końcu okaże, nic nie jest takie jakim się wydawało. Nawet to szczęśliwe życie bohaterki, właściwie od początku radosnym wydaje się tylko z odległości. Bo czy szczęśliwy i spełniony człowiek rusza w somnambuliczną  wędrówkę po krakowskich klubach techno i melinach? Czy taka osoba łyka tabletki, pije wino naprzemiennie z wódką i kupuje broń na czarnym rynku? Czy wreszcie zadowolona z życia jednostka oddaje się orgiom i ryzykuje swoim byciem, aby odkryć prawdę o śmierci swojej koleżanki?

Obraz, który tu nakreślam, jest prawdziwy, chociaż o jego pełnym kształcie, dowiecie się dopiero gdzieś pod koniec lektury. Anna Mazurek zaczyna jak w klasycznym kryminale, od morderstwa. Jadąca na urlop para seniorów z wnukami odnajduje w lesie zmasakrowane ciało, które na domiar złego jeszcze nie obumarło. Zanim jednak lekarze odnotują zgon, Weronika nie powie nic istotnego w sprawie śledztwa. Tajemnica gwałtu i zabójstwa będą przewijać się tu do samego finału, a tropy naprowadzające do jej rozwikłania, będą pojawiać się na wielu frontach: od policyjnych przesłuchań, przez wiadomości faceookowe, aż po efektowne wyroki. Pytanie tylko, czy tak naprawdę o tę intrygę tu chodzi? Czy to ciekawy montaż z mocno przerysowaną rzeczywistością jest tu najważniejszy?

Odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Trzeba uwzględnić indywidualne preferencje i wrażliwość czytelnika. Zakładam jednak, że po „Dziwkę” fani wartkiej akcji nie sięgną, a dla wszystkich pozostałych śpieszę z informacją, że sedno książki znajdziecie na końcu. Zdradzę Wam jedynie tyle, że choć autorka garściami czerpie z szablonów noir, potrafi przy tym zaskoczyć i udowodnić, że ma większe ambicje niż powielanie gotowych rozwiązań. „Dziwka” to taka psychologiczna układanka, którą należy najpierw odrzeć z aury zagadkowości, a następnie przetrawić jej traumatyczną formę. Trochę jak z filmami Gaspara Noe i Davida Lyncha. W ten obraz należy wejść bardzo głęboko, poddać się wojerystycznym cierpieniom z niemego uczestnictwa postępującej autodestrukcji. Tylko wtedy w pełni docenicie wyobraźnie autorki.

Podoba mi się to bliskie trzymanie bohaterów, podpatrywanie ich każdego chorego kroku. Od ćpania, przez oglądanie hardporno, aż po internetowy hejt. Wachlarz ich codziennych doznań jest bardzo szeroki i prawdopodobnie zupełnie różny od tego, co wy znacie doskonale. Choć to właśnie ludzie są tu kluczowi, liczy się także przestrzeń. Ona żyje i bezustannie ewoluuje, tak jak ożywiona i progresywna jest skwasowana wyobraźnia wszystkich uczestników tej historii. Kraków w oczach Mazurek jest jak Sin City pomieszane z piekłem Dantego. Wyczuwając klimat tego ludzkiego horroru i wchodząc na najwyższy stopień literackiej immersji, możemy więc zadać sobie skądinąd słuszne pytanie, na ile w kontekście „Dziwki” mamy jeszcze do czynienia ze strukturalnie uzasadnionym dziełem, a na ile już z czystą empirią?

„Dziwka” jest więc opowieścią dekonstruującą pewne mity o literaturze spod znaku kryminalnych zagadek. Niestety młodej autorce nie udało się całkowicie uciec od wad tego typu opowieści. Czytelnik może zadać sobie chociażby pytanie, dlaczego policja nie sprawdziła facebooka ofiary? Albo jak to jest, że młoda kobieta ma otwarte drzwi do każdej dziedziny życia? Tu nawet broń leży na wyciągnięcie ręki, wystarczy odezwać się do pierwszego znajomego, który ma znajomego, który gdzieś pod ladą trzyma niepotrzebnego colta czy inny format broni palnej. Bywają też wątki tylko liźnięte, które po odpowiednim pogłębieniu mogły stać się kolejnymi cegiełkami w budowie karykaturalnego świata. Wątpliwości jest więcej, uproszczeń także, z tym trzeba się pogodzić. Ma to na pewno związek z wysokim tempem, jaki narzuca autorka wydarzeniom. Ale mimo wszystko to nie przeszkadza, uwierzcie.


Debiut Anny Mazurek to książka spod znaku obsesji. Szalona jazda po krzywej życia młodej kobiety. Powieść brutalna, mroczna i ostatecznie także emanująca smutkiem. To opowieść o źródle przemocy funkcjonujące w różnych formach. Dużo tu bezsilności, zagadek, pasji i cierpienia. Ja nie mogłem się oderwać, a to już chyba jest jakaś rekomendacja prawda?

Recenzja "Napitki & Literatura. Antologia opowiadań holenderskich i flamandzkich"


Wydawca: Korporacja Ha!art

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka

Tłumacz: Barbara Kalla, Bożena Czarnecka, Ewa Dynarowicz

Premiera: 23 kwietnia 2019 r

Barbara Kalla i Bożena Czarnecka dokonujące wyboru tekstów do zbioru „Napitki & Literatura” postawiły na 28 twórców, których dzieła miały w jakiś sposób naświetlić polskiemu czytelnikowi specyfikę holenderskich i flamandzkich opowiadań. Wśród wytypowanych nazwisk znalazły się te znane już polskiemu czytelnikowi (np. Tommy Wieringa, Arnon Grunberg, Jan Wolkers czy Hugo Claus), jak i osoby, których teksty nie były jeszcze na polski tłumaczone (np. Maria Dermoût, F. Bordewijk, Doeschka Meijsing, J.M.A. Biesheuvel, Vonne van der Meer czy Manon Uphoff). Już sam wykaz artystów może przyprawić o niemały zawrót głowy sugerując równocześnie, że czeka nas lektura bardzo zróżnicowana. I tak też jest w rzeczywistości.

Zaczyna się tytułowym opowiadaniem. Jego autor, Tom Lanoye, przytacza historię liliputa, który zasadniczo miał trzy problemy w życiu: krępą budowę ciała, skłonność do homoseksualizmu oraz przyrodzenie, które rosło do niebotycznych rozmiarów pod wpływem podniecenia. A że bohatera podniecało wiele, często zdarzały się przypadki rozrostu jego ciała w najmniej spodziewanych momentach, prowadzące do istotnych nieporozumień. Autor oparł swoją pracę na figurze metafory i surrealizmie by osiągnąć założony cel – ukazanie odmienności i trudności, jakie się z tym wiążą. Także samotności i inności tak często nieakceptowanej przez społeczeństwo. Ten tekst zapowiada szereg form opartych na podobnym schemacie – szokowaniu czytelnika nieoczywistościami, za którymi kryją się większe prawdy o tolerancji i tożsamości człowieka. Jest tu chociażby tekst o wielkim kocie i małym dziecku („Kot kilo”), o kobiecie, która wynajęła kosa do śpiewania na dachu, a ten okazał się zachłanną wroną („Kos”), o Herbercie, który najpierw kupuje olbrzymią lodówkę, później zaś pakuje do niej swoją żonę, ćwiartuje ją, a mięso wystawia ptakom na pożarcie („Skrzydlaci przyjaciele”). Abstrakcja sięga zenitu, gdy w opowiadaniu „Wizyta starszych” czytamy takie pierwsze zdanie „Gdy strząsałem ostatnie krople moczu z przyrodzenia, usłyszałem dźwięk dzwonka u drzwi”.

„Napitki & Literatura” operują także innymi rejestrami. Są tu teksty podejmujące tematykę prowadzenia biznesu i przemijalności  rzeczy („Dekker, Koolen & Buis”), współczesna wersja „Księcia i żebraka” („Wyznanie”), przemocy w jej najczystszej, brutalnej formie („Wkładasz buty i idziesz”), inicjacji seksualnej 15-letniej dziewczyny z robotnikiem imigrantem („Pożądanie”), czy historia o blisko czterdziestoletnim samotniku, który postanowił adoptować małą Chinkę („Ktoś inny”). Wydaje mi się, że to właśnie ten ostatni tekst stanowi najjaśniejszy punkt zbioru. Arnon Grunberg porusza w nim szereg ważnych tematów: adopcja, naiwność, pożądanie, rodzicielstwo, samotność. Robi to w ciekawy sposób, a całą historię zamyka zaskakująco dojrzałą klamrą kompozycyjną.

„Napitki & Literatura” to nie tylko różnorodność tematyczna, ale też formalna. Mimo że teksty zebrane w książce nie są zbyt długie, mamy tu przegląd wielu metod pisania. Od realizmu magicznego, przez surrealizm, erotykę, aż po weryzm czy literaturę potoczną. W „Wulkanach” Jef Geeraerts używa nawet strumienia świadomości. Opowiada o mężczyźnie, który obudził się w szpitalu, czekając na piękną Julię. Narrator wspomina swoją misję w ośmiostronicowym zdaniu, będącym chaotycznym zapisem jego ostatnich godzin przed przygnieceniem betonowym blokiem. W ten ciekawy kompozycyjne sposób autor dokonuje rekonstrukcji wypadku. Udaje mu się przy tym oddać nastrój osaczenia, bólu i trwogi. Bardzo podobał mi się także „Zdrowy gangster” Hugo Clausa, głównie ze względu na odwołania do postaci Bogarta i Widmarka.   

Duże podziękowania należą się Korporacji Ha!art za wydanie recenzowanej pozycji. „Napitki & Literatura” jest książką bardzo różnorodną, serwuje nam panoramiczne spojrzenie na temat literatury holenderskiej i flamandzkiej. Owa różnorodność, wiąże się ściśle także z nierównością. Dlatego nie warto zniechęcać się jednym czy drugim mniej udanym tekstem, bo można tu też znaleźć prawdziwe perełki. W tych opowiadaniach ironia miesza się z tragedią, a życie przedstawione jest często z przymrużeniem oka.  Myślę też, że to nie tylko egzotyczna ciekawostka, ale również pewien odmienny kulturowo obraz naszego otoczenia. Choćby dlatego mogę go polecić.

Recenzja "Petra" Jaime Rosales


Reżyseria: Jaume Rosales

Czas trwania: 1 godz. 47 min.

Kraj produkcji: Francja, Dania, Hiszpania


Premiera polska: 21 czerwca 2019 rok

Jaime Rosales do tej pory zdobył rozgłos jedynie wśród widowni nowohoryzontowej. Dzieje się tak pewnie dlatego, że hiszpański reżyser niezmiennie zainteresowany jest kinem autorskim, orbitującym wokół figur rodziny, terroryzmu, godności, stosunków damsko-męskich, a zarazem odważnym formalnie. Ciągłe poszukiwanie nowego języka, różnorodne metody wyrazu, sprawiają, iż trudno przypiąć mu łatkę „latynoskiego reżysera” w mainstreamowym znaczeniu, jakiego nabrało to wyrażenie w ostatnich latach, głównie w związku z działalnością Pedro Almodovara. Rosalesowi bliżej raczej do klasyków kina z południa Europy (pokroju Carlosa Saury), mimo iż stylistycznie i tematycznie jego najnowszy film Petra, lokujący się na pograniczach telenoweli i kryminału, znacznie odbiega od wcześniejszych ryzykownych projektów artysty.

Pierwsze zdziwienie przeżywamy już na samym początku filmu. Oto zapowiedź rozdziału drugiego, w którym poznajemy głównych bohaterów dramatu: Petrę (Bárbara Lennie), Jaume (Joan Botey) i Lucasa (Àlex Brendemühl). Krótka refleksja podpowiada, że przedstawione wydarzenia przebiegać będą nielinearnie, a to co oczywiste, mieszać się będzie z dwuznacznościami. I tak faktycznie jest. Fabuła dzieła rozpoczyna się od przyjazdu tytułowej postaci na wieś. Petra chce obserwować pracę mieszkającego tam słynnego rzeźbiarza, egocentrycznego starca, dla którego wszyscy wokoło są tylko pionkami na jego planszy życia. Petra nie trafia tam bynajmniej z pobudek edukacyjnych, czy nawet deficytów wrażliwości. Jej motywacje są dużo głębsze i kryją w sobie tajemnicę, która będzie tu filarem utrzymującym napięcie w filmie. Protagonistka spędza dużo czasu z Lucasem, głównie na spacerach po sielankowej krainie i niekończących się rozmowach. Ich związek, rodzące się jednostronnie uczucie, nie może dojrzeć to prostej finalizacji. Jest to tylko dalszy etap dyskretnej gry, tyleż emocjonalnej, co formalnej.

Hiszpański reżyser od samego początku w symboliczny sposób sygnalizuje, że upływający czas nie leczy ran, lecz pozostawia żywe blizny, które bardzo łatwo rozdrapać. Choć akcja dzieje się na słonecznej prowincji w czasie rzeczywistym, Rosalesa bardziej interesuje przeszłość, która transformuje się na „teraz” bohaterów, oraz przyszłość, którą determinują działania postaci. Trauma porzucenia i zapomnienia na zawsze odmieni to, jak wyglądać będą relacje międzyludzkie członków rodziny. Letni, wiejski krajobraz znakomicie kontrastuje z trudną i nostalgiczną tematyką tego filmu. Antagonizmów jest tu zresztą dużo więcej, podobnie jak masek przybieranych w różnych momentach. Wszystko jest przecież złudą, celowym morzem fałszu pokazującym, że tak naprawdę nawet sielska historia może mieć swoje mroczne oblicze.

"Petra" czaruje niesamowitymi ujęciami i scenami. Bajeczny pejzaż, ciepłe wnętrza i moc natury zamknięte są starannie przemyślanej kompozycji, uwznioślającej trudy życia wewnętrznego bohaterów. To film przemyślany i świetnie nakręcony, trzymający w napięciu do końca. Choć Petra to uroczy, kinowy rollercoaster, w którym formalnych i scenariuszowych atrakcji nie brakuje, mimo wolnego tempa narracji, to Rosales nawet na moment nie zapomina o swoich bohaterach. To na nich skupia się cała uwaga widza, do nich należy też ostatnie zdanie. To wielowymiarowe postacie z różnorakimi motywacjami, problemami i priorytetami, które tworzą ciekawą i barwną mozaikę. Swoisty obraz rodziny XXI wieku. Jeśli nie boicie się sennej formuły połączonej z całkiem nietypowymi pomysłami na rozwój zdarzeń, śmiało sięgnijcie po Petrę. Prawdopodobnie was pochłonie, podobnie jak i mnie.

Recenzja "Chmury i łzy" James Ngugi

Wydawca: PIW

Liczba stron: 137

Tłumacz: Zofia Kierszys

Oprawa: miękka


Premiera: 1972 r.

Ngũgĩ wa Thiong’o od lat pojawia się na szczycie listy faworytów do odznaczenia Literacką Nagrodą Nobla. Kenijski pisarz, urodzony w 1938 roku w Kiambu, zadebiutował w 1964 roku nowelą „Chmury i łzy”. W tamtych czasach pisał jeszcze jako James Ngugi, sama zaś książka została napisana w języku angielskim. Z czasem, wraz ze zradykalizowaniem podejścia Ngugiego do życia politycznego, zaczął tworzyć innego typu formy literackie: sztuki teatralne, opowiadania, eseje, prace naukowe, książki dla dzieci – każdorazowo spisując je w ojczystym języku kikuju. 

„Chmury i łzy” osadzone zostały w prowincji Nairobi, w centralnej części Kenii. Akcja dzieje w okresie powstania Mau-Mau, czyli zbrojnego wystąpienia rdzennej ludności Kenii przeciw kolonialnej administracji Wielkiej Brytanii. Genezą wybuchu powstania była przede wszystkim trudna sytuacja społeczna i gospodarcza miejscowej ludności, będącą następstwem uzyskiwania przez Europejczyków aktów własności do nieproporcjonalnie wielkich obszarów ziemskich. Właśnie ten obraz rzeczywistości opisuje Ngũgĩ w swojej książce. Główny bohater - Njoroge, jest synem ubogiego Ngotho, który pracuje dla jednego z Europejskich potentatów ziemskich. Gdy do głosu dochodzi społeczne niezadowolenie, a plany zaczynają przekładać się na coraz częstsze akty wandalizmu, Ngotho przyłącza się do strajkujących. W ten sposób z potrzebnego i niezastąpionego pracownika, przekształca się we wrzód, który przy dużym udziale braci Njoroge, biali okupanci postanawiają szybko wyciąć. 

„Chmury i łzy” napisane zostały w narracji pierwszoosobowej. Ngũgĩ miał bardzo ciekawy pomysł, aby język swojego bohatera ewoluował wraz z jego rozwojem. Początkowe zagubienie, naiwność i ograniczenie, z czasem zmieniają się w bardziej rozwinięte myśli i wypowiedzi. Stylistyka dojrzewa wraz z Njoroge. Autor portretuje młodego Kenijczyka w różnych dla niego rolach społecznych – jako uzdolnionego ucznia, poszukującego miłości nastolatka, członka plemienia, badacza tożsamości rodzinnej. Zwątpienie i niepewność, w obliczu narastających nieszczęść, zostały tu ukazane z zadziwiającą jak na debiutanta, psychologiczną głębią. Chociaż szczerze trzeba przyznać, że od potencjalnego Noblisty oczekiwałbym jednak czegoś więcej. Kuleje także nieco warstwa językowa, która mimo ciekawego pomysłu, wydaje się zbyt literacka i odbiegająca od codzienności afrykańskiej prowincji i niepiśmiennych rolników. 

Mimo tego mankamentu  „Chmury i łzy” okazały się dla mnie lekturą zadziwiająco ciekawą i świeżą. Ngũgĩ pokazuje czytelnikowi pewien wycinek trudnej historycznie rzeczywistości, który napisany został w sposób przemyślany. Czuć, że pisarz był świadkiem opisywanych zdarzeń, że to nie jest historia oderwana od doświadczeń narratora. Warstwa faktograficzna miesza się tu z fabułą, tworząc substancję przejrzystą i literacko poprawnie ukształtowaną. Istotne są tu także szerokie horyzonty pisarza, który nie tylko analizuje temat rodziny, ale także walki z kolonizatorem, edukacji, miłości czy przywiązania. „Chmury i łzy” to też kolejna nowela, która dowodzi, że w czasach niewoli, nie ma przestrzeni na neutralność i zogniskowanie swoich życiowych celów wokół bliskich. Trudno oczywiście wysnuwać wnioski o możliwości otrzymania Nagrody Nobla na podstawie tej jednej pozycji, natomiast już ona udowadnia mi, że mamy do czynienia z pisarzem niezłego kalibru, szczególnie w warstwie fabularnej. Tylko że to chyba jednak trochę za mało, na najważniejsze literackie odznaczenie.