Wydawca: Ha!art
Liczba stron: 256
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Gdyby polski czytelnik chciał szukać dla tej prozy najprostszych szufladek, najpewniej wpadłby w pułapkę. Mogłoby się wydawać, że „Jedzenie” Ivana Medešiego – wydane przez Ha!art w świetnym, krwistym przekładzie Magdaleny Bystrzak i Olgi Stawińskiej – to po prostu wykwintna egzotyka z peryferii. Oto dostajemy tom sześciu opowiadań napisanych przez pisarza z rusińskiej mniejszości w serbskiej Wojwodinie, mieszkającego w Ruskim Krsturze, który za słowacki przekład tej książki zgarnął w 2019 roku najważniejszą tamtejszą nagrodę literacką, Anasoft Litera.
Tyle że traktowanie Medešiego wyłącznie jako ciekawostki z mniejszościowego pogranicza byłoby kardynalnym błędem. Rusiński prozaik robi bowiem z małą, wojwodińską prowincją dokładnie to samo, co Milan Kundera, Bohumil Hrabal czy Ladislav Fuks robili z Europą Środkową, a Andrzej Stasiuk czy Serhij Żadan z prowincjami naszego regionu. Prowincja nie jest tu etnograficznym rezerwatem do pokazywania turystom, ale uniwersalną metaforą egzystencjalnej klatki.
Bohaterowie Medešiego – ludzie tacy jak Capundrek z opowiadania „Złe wiatry”, Mirko ze „Zwycięstwa” czy Žermén z tytułowego „Jedzenia” – nie uczestniczą w żaden sposób w wielkich procesach dziejowych. Nie robią karier, nie budują przyszłości i dawno przestali wierzyć w bajki o społecznym awansie. Żyją w klaustrofobicznym świecie, gdzie bieda i stagnacja wyznaczają granice dosłownie każdego ruchu. Jak trzeźwo i bez zbędnego użalania zauważa Capundrek – bieda drastycznie ogranicza zakres horyzontalnych i wertykalnych ruchów w społecznym labiryncie. Co więc pozostaje człowiekowi, który został zepchnięty na całkowite peryferia rzeczywistości?
Sprzeciw. Ale nie jest to żaden romantyczny, porywający bunt na barykadach. To anarchiczny, groteskowy i czysto kontrkulturowy odruch obronny, wyrastający prosto z nudy, fizjologii i punkowego ducha (zresztą sam Medeši debiutował przed laty na łamach punkowego zina „Keresturski pendrek”). Bunt bohaterów Medešiego jest mały, przygodny i całkowicie nieskuteczny w skali świata, ale pozwala im zachować resztki własnej podmiotowości. Kiedy Capundrek kupuje sobie satelitarny odbiornik, by łapać kanały z sąsiednich krajów i ostentacyjnie ignorować serbską telewizję państwową, płaci dług państwu kpiną i podstępem. To cicha, złośliwa dywersja człowieka z głową w radioaktywnym pudle telewizora.
Wspaniałe jest to, jak Medeši odwraca w tych opowiadaniach klasyczną hierarchię wartości. Pisarz bezpardonowo zrzuca z cokołu wielkie metafizyczne tęsknoty i oddaje głos biologii. W świecie „Jedzenia” rządy sprawuje ciało – głód, zmęczenie, seksualne parcie, trawienie, choroba, uzależnienie i wszechobecny fizjologiczny ciężar. Zgodnie z intuicją Michela Foucaulta, który przekonywał, że najwięcej o społeczeństwie dowiemy się, badając jego marginesy, szaleństwo i cielesność, Medeši pokazuje, że u ludzi pozbawionych perspektyw to biologia odzywa się pierwsza. Tytułowe „jedzenie” przestaje być tylko czynnością – staje się symbolicznym fundamentem przetrwania w zdemontowanym świecie.
Nie ma tu jednak taniego, przygnębiającego naturalizmu reportażowego. Rzeczywistość u Medešiego jest stale deformowana przez niesamowity, czarny humor, groteskę i absurd. Autor buduje opowieść o moralnym i aksjologicznym bankructwie z podobną dozą irracjonalizmu, jaką znajdziemy w mrocznym świecie „Szatańskiego tanga” László Krasznahorkaia. Tyle że u Rusińca ten smutek rozbrajany jest bałkańskim temperamentem i śmiechem, który bardzo szybko przechodzi w przerażający egzystencjalny niepokój.
Olbrzymia siła tej prozy tkwi w języku. Medeši bezczelnie meandruje między dosłownością, potocznością a nagłymi, poetyckimi błyskami. Wulgaryzmy i rynsztokowe frazy nie służą tu epatowaniu tanią wulgarnością, ale tworzą gęsty, potężny idiolekt. Jest to proza językowo niejednorodna, wręcz hybrydowa – co nie dziwi u autora, który pisze w języku rusińskim, funkcjonuje na stykach obiegów serbskiego i słowackiego, a zawodowo łączył wykształcenie psychologiczne z pracą w branży IT.
„Jedzenie” to podróż na same obrzeża współczesnego świata, z której wraca się z poczuciem, że te peryferia są nam znacznie bliższe, niż chcielibyśmy przyznać. Medeši nakreślił portret człowieka ponowoczesnego, dla którego symboliczne centrum świata przesunęło się tak daleko, że po prostu przestało istnieć. Zostało tylko ciało, antena na dachu, odrobina groteskowego humoru i cichy, desperacki opór przeciwko nudzie. To niezwykle mięsista, bezkompromisowa i porywająca literatura.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz