Recenzja "Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi" Mariana Enríquez

Mariana Enríquez wraca z nowym zbiorem opowiadań. Sprawdź recenzję „Słonecznego miejsca dla mrocznych ludzi” – gotyk i body horror.
Wydawca: Echa

Liczba stron: 224


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
 
Premiera: 17 czerwca 2026 rok

Mariana Enríquez nie musi już niczego udowadniać. Jeśli jej monumentalna powieść „Nasza część nocy” uchodziła za literacki cios między oczy, to jej najnowszy zbiór dwunastu opowiadań „Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi” jest ostatecznym potwierdzeniem jej statusu królowej gotyku. Nazwać autorkę po prostu głosem z Argentyny to tak, jakby zupełnie nie zdawać sobie sprawy z jej dorobku. To przecież pełnoprawna, współczesna spadkobierczyni Shirley Jackson i H.P. Lovecrafta. Pisarka, która z precyzją chirurga potrafi przeszczepić klasyczne tropy literackiej grozy na ropiejący grunt latynoamerykańskiej codzienności.

Zło u Enríquez nigdy nie przychodzi z zewnątrz. Nie jest kosmicznym najeźdźcą ani potworem z szafy. Jest ciche, wszechobecne, wrośnięte w tkankę miejskiego i prowincjonalnego życia. Autorka ponownie wybiera swoją magiczną liczbę dwunastu tekstów (dokładnie tak jak w „To, co utraciliśmy w ogniu” i „Niebezpieczeństwach palenia w łóżku”), by zaprosić nas do świata, gdzie rzeczywistość niepostrzeżenie pęka, obnażając to, co od pokoleń próbowano zamieść pod dywan. O czym tym razem przeczytamy?

Zbiór otwiera tekst mocno zakorzeniony w realiach ubogiej dzielnicy Buenos Aires. Lekarka zaczyna słyszeć i widzieć zmarłych – w tym własną matkę, która odeszła po długich cierpieniach. Zjawisko szybko rozlewa się na sąsiadów. Autorka umiejętnie wykorzystuje ten paranormalny sztafaż do ostrej krytyki argentyńskiej klasy średniej i skrajnej prawicy (nienawiść do migrantów i najuboższych). Prawdziwym potworem nie są tu duchy, ale żywi lokatorzy żądający średniowiecznych samosądów w imię bezpieczeństwa.

Kolejne teksty przesuwają akcent na body horror. Badają lęki związane ze starzeniem się i rozkładem ciała. W pierwszym z nich przenosimy się nad rzekę Parana, gdzie ciało bohaterki dosłownie rozpada się za życia, a ludzkie dramaty splatają się z szowinistycznymi, ludowymi mitami o kobietach zamienianych w ptaki za nieposłuszeństwo. Z kolei „Przemiana” to intymne, odpychające studium kobiety po operacji macicy, która postanawia zachować swój wycięty mięśniak. Odnajduje w nim perwersyjny zachwyt w fizycznej anomalii i biologicznej deformacji.

Enríquez z niesłychaną drastycznością dotyka traumy gwałtu i przemocy patriarchalnej. W „Nieszczęsnej twarzy” matka i córka dosłownie tracą swoje oblicza w przerażającej metaforze systemowego wymazywania kobiet. Natomiast r„Kolory zrobione z łez” opowiadają o pracownicach sklepu vintage, które przymierzają suknie zmarłej żony bogatego przedsiębiorcy. Ubrania te fizycznie ranią ich ciała i w ten sposób odwzorowują ślady dawnych pobić i ran domowej przemocy z lat 80. To bolesne oskarżenie klas wyższych o bezkarność w czasach dyktatury.

Pisarka doskonale radzi sobie także poza granicami Argentyny. Tytułowe opowiadanie sięga po autentyczną, mroczną legendę Los Angeles i słynnego hotelu Cecil – sprawę zagadkowej śmierci Elisy Lam w zbiorniku z wodą. Autorka tworzy wokół tego reportażowy, zmysłowy portret miejskiej samotności i ludzi pijących wodę skażoną rozkładem. Natomiast „Julie”, będące hołdem dla kultowego horroru „Istota”, z ironią i nostalgią opowiada o dziewczynie uprawiającej seks z duchami. Przy okazji punktuje napięcia między argentyńskimi emigrantami a tymi, którzy zostali w kraju.

Finałowe partie zbioru to ukłon w stronę horroru kosmicznego. W „Hymnie hien” młoda para homoseksualistów odwiedza opuszczony pałac Aguirre, dawny obóz koncentracyjny z czasów junty wojskowej. Próba zabawy z przeszłością i włożenie ubrań ofiar budzi potwornego, samookaleczającego się kata, podczas gdy z ciemności dobiega śmiech ocalałych z pożaru hien. „Lokalny artysta” oraz dzieci o całkowicie czarnych oczach z opowiadania „Czarne oczy” to z kolei czysty, lovecraftowski chłód, gdzie małomiasteczkowa depopulacja ustępuje miejsca pradawnym, nieludzkim mitom.

Każda budowla narracyjna tej autorki wznoszona jest na tych samych, popękanych fundamentach. Nieważne, jak daleko uciekają jej bohaterowie – zawsze trafiają do miejsc, w których czas stanął w miejscu. Rower zepsuty na samym początku wycieczki do nawiedzonego domu staje się symbolem całej jej prozy. W tym świecie nic, czego dotykasz, nie jest pewne.

Największą siłą zbioru okazuje się stylistyczna ewolucja twórczyni. Enríquez porzuciła potrzebę czystej performatywności na rzecz absolutnej samoświadomości swojego daru. Doskonale operuje pierwszą osobą liczby pojedynczej. Jej narratorzy funkcjonują jak ślepe punkty opowieści – nie widzą wszystkiego, co pozwala grozie kiełkować w niedopowiedzeniach i ciemności. Ta perspektywa buduje niezwykłą intymność. Czytelnik czuje się, jakby siedział z autorką przy gasnącym ognisku w starym, trzeszczącym domu, podczas gdy ona trzyma go za rękę i prowadzi przez najczarniejszy z tuneli.

W nowym tomie znacznie mocniej dochodzi do głosu wisielczy, czarny humor oraz ironia w stylu Shirley Jackson. W ten sposób opisywane okrucieństwa – jak chociażby koszmarna zabawa dzieci z tragicznie zmarłym kolegą w „Cmentarzysku lodówek” stają się paradoksalnie lżejsze, by chwilę później uderzyć w nas ze zdwojoną, potworną siłą.

„Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi” to kolejny genialny, krwawy i makabryczny festiwal w dorobku argentyńskiej pisarki. Enríquez bezlitośnie poszerza granice swojego imperium. To proza, która autentycznie mrozi krew w żyłach, ale też przypomina, że choć wszystko wokół nas poszło nie tak, to – na całe szczęście – wciąż mamy kogoś, kto potrafi o tym opowiedzieć.

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.