Najlepsze zbiory opowiadań wydane w 2019 roku zdaniem Melancholia Codzienności

ZAGRANICZNE

"Kamień w lustrze" - Państwowy Instytut Wydawniczy
Miłość i nienawiść, melancholia i dosłowność, brutalność i humor, modernizm i liryczność, klasyczna nowela i surrealistyczna figura, legenda i zagubienie w nowoczesnym świecie. W tej antologii jest tak wiele, że próba zdefiniowania ogromu zawartej tu mądrości, odwołań do tradycji i wątków, skończyłaby się małą pracą doktorską. A ja zamiast literaturoznawczych rozważań, wolę emocje. Czytając „Kamień w lustrze”, nie miałem poczucia zwiedzania obcego mi kraju, ale dotykania jego niezwykłej pełni, która objawia się w wielu barwach. Egzotyka, różnorodność stylów, niesamowitość – to wszystko sprawia, że tę książkę bez zastanowienia mogę nazwać WIELKĄ literaturą i jednocześnie najlepszym zbiorem opowiadań, jaki wydano w Polsce w tym roku. 

"Miasto uśpionych kobiet" Gyula Krúdy - Państwowy Instytut Wydawniczy
Świat Krúdy’ego jest bardzo specyficzny. Autor ma naturalny dar układania pięknych fraz, którym daleko do sentencyjnego tonu. One cieszą nas samą swoją plastycznością. Także postaci, bardzo różnorodne, przenikają wiele tekstów. Raz przybierają maskę odwagi, by po chwili, już w innej scenerii, zamienić się na rolę pijaka. Takie jest właśnie uniwersum węgierskiego artysty – kapryśne, ale jednocześnie uporządkowane, nowocześnie nadrealne, ale także tradycyjnie kokieteryjne. Okazuje się więc, że można taśmowo produkować literaturę wysokiej próby (jeśli oczywiście można wysnuć taki wniosek mając do dyspozycji tak nikły wycinek twórczości) i co więcej, literaturę przemyślaną i różnorodną.  Z niecierpliwością czekam na kolejne tłumaczenia!

Polubiłem ten okropny świat bez nadziei, te odległe czasowo miejsca i postaci, tą ciągłą walkę dobra ze złem, gdzie wygrany może być tylko jeden. Przypomniałem sobie także, czym jest autorska wizja tematyki tolerancji. To, że każdy może mówić swoim prostym i pełnym błędów językiem i ze właśnie w tym tkwi rzetelność dzieła literackiego, w tym dokładnym odwzorowaniu prowincji. „Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania zebrane” to proza pełna humanizmu, wartościowych szczegółów, odmienności, różnych punktów widzenia. Taka książka, która nie tyle szokuje, co po prostu oburza, razi bezwzględnością i chłodnym przekazem. Mimo odczucia silnego dyskomfortu, nie pozostałem obojętny, a to chyba najlepsza rekomendacja.  

„Siedmiopiętrowa pagoda” to obok „Kamienia w lustrze” druga antologia opowiadań chińskich wydana w 2019 roku w Polsce. Tak jak książka Państwowego Instytutu Wydawniczego skupiała się na panoramicznym ujęciu kwestii krótkich form pisanych na przestrzeni ostatnich stu lat (stąd obecność pisarzy już dziś uchodzących za klasycznych: Shen Congwen, Qian Zhongshu, Mu Shiying, Shi Tiesheng czy Wang Xiaobo), tak w przygotowanym przez Dialog tomie ogniskują się prace napisane w ciągu ostatnich dwudziestu lat. O tym, jak dobre one są, najlepiej niech świadczy fakt, że aż dziesięć spośród nich uhonorowanych zostało Literacką Nagrodą im. Lu Xuna – wyróżnieniem przyznawanym przez Stowarzyszenie Pisarzy Chińskich. Zebrane w tym tomie historie bardzo wiele dzieli, ale można przedstawić je w postaci wspólnego mianownika. Ilustrują przemiany jakie obecnie zachodzą w Chinach z perspektywy prostego człowieka. Ukazują jego życie w obliczu dynamicznych transformacji, skupiają się na procesie przeobrażania się ludzkich uczuć i sensów, jednocześnie nie zapominając o konieczności tworzenia piękna w jego różnych formach.

"Opowiadania wszystkie" Clarice Lispector - W.A.B.
Różnorodność tematyczna i rozwój warsztatu pisarskiego to tylko część z unikatowości, jakie czekają odbiorców podczas lektury „Opowiadań wszystkich”. To taka książka, do której trzeba podejść z empatią i otwartym sercem. Tego nie da się opowiedzieć, tu nie ma punktów zwrotnych ani piętrowych fabuł. Nie ma też za dużo mądrości. Jest za to całe morze kobiecego instynktu. To esencja emocji i bardzo gęsta od znaczeń proza. Męczące, ale satysfakcjonujące. Zysk



"Dom kłamczuchów" Dezso Kosztolányi - Państwowy Instytut Wydawniczy
Wśród wszystkich pięćdziesięciu tekstów najwięcej jest tych krótkich, kilkustronicowych. Węgierski pisarz nie potrzebuje rozwlekłości, aby ukazać interesujące go zjawiska i tematy. Tymi najważniejszymi są z pewnością motyw śmierci i stosunku do prawdy. Pierwszy z nich, przybiera w książce różne formy, chociaż zazwyczaj występuje tylko jako tło. Kosztalnyi ukazuje swoich bohaterów w okresie terminalnym, gdy szykują już się do odejścia z tego świata („Ostatni odczyt”, „Czeski trębacz”),  opowiada, jak żyli i umierali („Biały pułkownik”, „Mój przyjaciel Serb”), prezentuje, jaki wpływ na psychikę lub los najbliższych ma śmierć („Melodia”, „Miklóska”), nie brakuje narracji przedstawiających pełen wachlarz reakcji na śmierć („Serce”, „Margitka”), przekonuje też, że spotkanie z nią, może  uporządkować nasz wewnętrzny świat („Esti i śmierć). Tak jak różne są cele przywoływania motywu śmierci, tak i odmienne techniki stosuje autor do ich opisu. Nie kalkuje znanych fraz, nie wrzuca pomysłów na gotowy szablon. Każdorazowo stara się nas zaskoczyć – czy to umiejscowieniem w otoczeniu, czy sposobem operowania emocjami.
 
"Łkające ryby i inne opowiadania" Chi Zijan - Kwiaty Orientu
Proza Chi Zijian to piękne świadectwo wystawione tym miejscom i ludziom, którzy normalnie nie dostają głosu. Te odległe światy, przypominają mi nieco Cape Breton Alistaira MacLeoda, chociaż uczciwie trzeba przyznać, że styl i metoda pisarska Kanadyjczyka, znacząco różnią się od rzemiosła Chi Zijian. Oboje okopują się w podobnej, bliskiej im tematyce przestrzeni, pór roku i surowości, zestawianej z wyrazistymi charakterami ludzkimi. Oboje interesują się też czasami minionymi, które coraz silniej wypierane są przez objawy współczesności. U chińskiej pisarki przybiera to na przykład postać troski o zbiory, które ostatecznie porzucane są na rzecz obietnic bogatego kupca w opowiadaniu „Zbieracze jagód” lub miłość do domu rodzinnego, który starsza pani musi opuścić przez budowę kolei. Jest jeszcze melancholia, jako przewodnie uczucie towarzyszące lekturze „Łkających ryb i innych opowiadań” oraz „Skoro ptaki czynią słońce”. Wypływa ona nie tylko z losów bohaterów, ale też z otoczenia, pełnego detali. Tereny opisane w tych książkach można zobaczyć, poczuć, usłyszeć. One tętnią wielobarwnym życiem, tradycją i nieuchronnością odchodzenia. Wszystko to opisane jest z niezbędną czułością, dzięki czemu „Łkające ryby i inne opowiadania” są tak urocze i wartościowe.

"Koła zębate" Ryunosuke Akutagawa - Państwowy Instytut Wydawniczy
„Koła zębate” to wybór 25 opowiadań, będących swoistą panoramą twórczości japońskiego pisarza. Od wczesnych, nieco szalonych, symbolicznych i umoralniających opowieści („Nos”, „Kleik z batatów”, „Borsuk”), aż do autobiograficznych narracji, z których wypływa ból, cierpienie i strach („Rejestr umarłych”, „Miraż – lub Nad brzegiem morza – ciąg dalszy”, „Koła zębate”). Pisarz powiedział kiedyś „Jeśli ktoś nie popełnia samobójstwa, nie znaczy, że wybrał życie. On tylko nie potrafi się zabić”. Nie do końca zgadzam się z tą opinią, podobnie jak nie mogę pogodzić się z faktem, że Akutagawa dokonał takiego, a nie innego wyboru. A jeśli ktoś ma wątpliwości, czy twórca „Rashomona” wielkim twórcom był, polecam w szczególności sięgnąć po jego wczesne dzieła, bo to tam, odnoszę takie wrażenie, zawarta jest cała jakość jego pisarstwa (wyjątkowe połączenie Zachodniej maniery z klasycznymi opowieściami azjatyckimi). Kontekst literatury klasycznej pozwalał mu ukazywać ze szczególną mocą to, co stanowiło dla niego fundament opowiadania, a równocześnie uniknąć podejrzeń o opisywanie zdarzeń niemożliwych do zaistnienia we współczesności. Warto też zauważyć, że źródła jego inspiracji – czyli przede wszystkim zbiory Konjaku monogatari i Uji shūi monogatari – zawierały dużo więcej zdarzeń nadnaturalnych, niż przypowieści Akutagawy. Autor „Kół zębatych” w swoich pierwszych próbach literackich wolał skupiać się na istotnych dla niego problemach ludzkości – egoizmie i łatwości oceniania innych. Jego bohaterowie nie są zdolni rozpoznać własnych pożądań i lęków. Mnich z Ikenoo cierpi nie tyle z powodu zewnętrznej deformacji, co ze względu na zranioną miłość własną („Nos”). Goi nie dopuszcza do siebie możliwości, że sama wizja zaspokojenia pragnienia kleiku z batatów odbierze mu radość życia („Kleik z batatów”). 


POLSKIE 


"Gigusie" - Jakub Michalczenia - Korporacja Ha!art
Najlepszy polski zbiór opowiadań 2019 roku i przy okazji najlepsza książka wydana przez Polaka. Jestem absolutnie zakochany w tym języku, w tych sytuacjach, w tych pocztówkach z młodości, która jest też moją młodością (nie żeby zaraz dosłownie). Michalczenia odczarowuje świat polskiej prowincji. U niego wszystko to co brudne, niesie w sobie pokłady nostalgii, a to co nic nieznaczące (jak na przykład mecz), jawi się jako wydarzenie wiekopomne. Żywa, groteskowa i unikatowa wizja Polski w okresie transformacji ustrojowej.

 
"Mapa" Barbara Sadurska - Nisza
Są ciekawe powieści, skupiające się na wydarzeniach jednej doby. Są słynne dreszczowce, których akcja rozgrywa się w tydzień. Są piękne narracje, wpisujące się w roczny cykl życia natury. Są wielkie sagi, rozciągnięte na dwa pokolenia Jest też niepozorny zbiór opowiadań, którego misternie utkana nić zdarzeń, wiedzie czytelnika po przestrzeni kilkuset lat. W „Mapie”  autorka przygląda się ludzkiej kondycji, biorąc na warsztat zwykła-niezwykłą codzienność z jej całym znojem, samotnością i nadzieją. To literatura dotykająca kwestii ostatecznych, które wybrzmiewają tu w zupełnie niewymuszony i organiczny sposób. Jednym z ważniejszych czynników istnienia jest czas i jego dynamiczny upływ. Różnorodne płaszczyzny temporalne – retrospekcje przeszłości, lęki dotyczące nieuniknionej wizji przyszłości, efemeryczność teraźniejszości. Wszystko to sprowadzone jest przede wszystkim do pamięci przedmiotów (map). Formułując odmienne znaczenia rzeczy dla poszczególnych bohaterów, autorka nawarstwia wywoływane przez artefakt emocje, nadając im niemal magiczny charakter. Mapa, jak i inne przedmioty nie giną przy tym przygniecione warstwą wspomnień, ale pozwalają zrozumieć, są jak katalizatory nowych wyzwań i pragnień. Dla jednych będą obiektem westchnień, dla innych zwykłą spuścizną po przodku, jeszcze inni dostrzegą w nich obraz piekła. 
 
"Doktor Bianko i inne opowiadania" Maciek Bielawski - Książkowe Klimaty
Książka Maćka Bielawskiego tak bardzo kłóci się z aktualnymi koniunkturami literackimi, że pierwsza reakcja czytelnika, już przy pobieżnym przejrzeniu, może się okazać paradoksalna. Wyjścia z impasu nie ułatwi też lektura. Ona jeszcze bardziej utwierdzi nas w przeświadczeniu, jak trudno jest oswoić tak prawdziwą treść. Nie może dziwić, że w duchu przepytujemy siebie, z czym nam się kojarzy taka książka. Bo z czymś się kojarzy, to poczuje każdy z nas. Tylko skoro się kojarzy, to czemu jest tak inna? Odmienność nie wyklucza podobieństwa, dlatego pewne punkty zbieżne mogą się klarować w naszych umysłach. Nie zamierzam też dowodzić, że „Doktor Bianko i inne opowiadania” to utwór ze wszech miar oryginalny. Trzeba jednak przyznać autorowi, że przy wykorzystaniu ciekawej i mało eksploatowanej konwencji, buduje on mikrohistorie sytuujące się w nurcie prozy codziennej, czyli de facto niszowej. Prawdopodobnie dla części z Was, już to krótkie zdanie wystarczy, aby ocenić: warto – nie warto? Dla wszystkich tych, którzy już w tym momencie wybierają drugą opcję, podpowiem, że tej odmienności nie należy się bać, ona nie jest żadną potwornością. To nie jest literatura wychodząca poza nawias swojej dziedziny, przynajmniej ten nawias, który dotyczy prozy zaangażowanej w sprawy poważne. A o rzeczach poważnych też, a może przede wszystkim, warto czytać.

"Nieradość" Paweł Sołtys - Czarne
„Nieradość”, jedna z głośniejszych premier tego roku, mimo obiegowej opinii, to coś więcej niż zbiór opowiadań. Każda z przedstawionych narracji wchodzi w dialog nie tylko z innymi historiami zebranymi w tomie, ale też z życiem, które nas otacza. Dla tak skrojonej kompozycji, składającej się z 25 opowieści można znaleźć kilka podstawowych uzasadnień. Po pierwsze, gest spajania kolejnych elementów, komponowania z nich kompleksowej całości ma wskazywać na specyfikę pracy pamięci – tej codziennej, jak i historycznej. Inspiracją do napisania tej książki były przecież rozmowy z ojcem i dziadkami, a sama treść w wielu miejscach rozświetla przestrzenie spowite mrokiem zapomnienia. Po drugie, Sołtysowi nie zależy na linearnym porządku książki – wybiera raczej taki sposób pisania, który ma pełnić funkcję niuansowania rzeczywistości. Po trzecie wreszcie, dla tekstów składających się na zbiór zaprojektowany zostaje pewien ład – jedne narracje urywają się, by po pewnym czasie wrócić, w nieco innym wymiarze („Kot Rysio”, „Pani Halszka”). Ów porządek można rozpatrywać także na gruncie zastanej atmosfery, przesiąkniętej melancholią i próbą brania odpowiedzialności za to, co już minęło.

"La petite mort" Waldemar Bawołek - Nisza
„La petite mort” to zbiór, gdzie nie uświadczymy egzaltowanej frazy, nie poczujemy zapachów wanilii w powietrzu, nie skosztujemy ulotnych wrażeń, nie pochwalimy się też, że wszystko to rozumiemy, bo to wyjątkowo mało uniwersalne dzieło. To raczej rzecz o bezsilności, smrodzie niewdzięczności i niedoścignionej miłości. Ale także fraza ze wszech miar osobista, posiadająca wiele dróg interpretacyjnych. Dosadna, a przy tym odnoszę wrażenie, także inteligentnie prześmiewcza książka, która domaga się kolejnych odczytań i poszukiwania niedostrzeżonych treści. To też, podobnie jak w kuchni meksykańskiej, mieszanka syta, różnokolorowa i o wielu smakach, która może okazać się zarówno błogim odkryciem, jak i niestrawną papką. Wypróbujcie sami, na własnym literackim układzie trawiennym.  

"Czasy o obyczaje" Andrzej Turczyński - Forma
Sięgając po najnowszą książkę Andrzeja Turczyńskiego, trzeba być przygotowanym na wymagającą podróż w głąb dawnych czasów i odmiennych kultur, do miejsca, gdzie Wschód i Zachód nieustannie między sobą meandrują. Ta proza jest jak nietknięta współczesnym dynamizmem góra, na którą wspiąć się jest bardzo trudno. „Czasy i obyczaje” są ciężkie z kilku powodów: długie zdania (zdarzają się i takie na pół strony) i jeszcze dłuższe akapity, odwołania do dzieł mało znanych pisarzy, filozofów i teologów, nawiązania do własnych przeżyć i fikcyjnych miejsc (miasteczko En występowało chociażby w „Kuglarni” czy „Brzemieniu”), zmieniająca się narracja, czasy i bohaterowie, chirurgiczna precyzja opisu i archaiczna fraza. Autor bawi się słowem i swoją wyobraźnią – raz postawi na humor („Inicjacja”), by po chwili wpleść nas w długą rodzinną sagę godną Czechowa czy Turgieniewa („Kronika sentymentalna”). Celowo poddaje swoje książki językowej eskalacji. Ma świadomość, że jego czytelnik będzie się gubił, wracał i na nowo odkrywał inne znaczenia. Na tym też polega rola literatury, aby ze zdań i wymyślonych historii, kreować wiecznie rozrastające się, piętrowe otchłanie, w które bardzo łatwo wpaść i w których każdy musi znaleźć swój własny klucz do połączenia metafizyki z sensualnością świata przedstawionego. 

Recenzja "Ruru" Joanna Rudniańska

Wydawca: Nisza

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 5 grudnia 2019 r.

Jeden rok, dwie książki. Tak w skrócie można by podsumować literackie dokonania Joanny Rudniańskiej w 2019 roku. W różnych opiniach z jakimi spotkałem się na temat dzieł autorki podkreśla się fakt, że tak jak „Sny o Hiroszimie” były książką przeciętną i słusznie utonęły w zalewie nowości, tak „RuRu” wybija się na tle nijakiej, literackiej podaży. I tu wnoszę lekki sprzeciw. Warto zwrócić uwagę, że choć obie książki dzieli wiele, tak samo dużo je też łączy. W „Snach o Hiroszimie” główna bohaterka Bibi jest z zawodu psychoanalityczką, w opowiadaniu „Ja jestem czarna i woda jest czarna” także obserwujemy proces mentalnej kuracji młodej kobiety. W powieści, bohaterka Rudniańskiej jest córką znanej i cenionej malarki, chętnie wystawianej przez duże galerie sztuki. Podobny motyw pojawia się w „Wystawie”, gdzie protagonistka rozmyśla o udostępnieniu swoich zdjęć na tytułową wystawę. W obu książkach pojawia się też Japonia – raz jako symbol noszonych traum, które prędzej czy później wybuchną, innym razem jako obraz na pocztówce, lub idealne miejsce na urlop. Podobieństw jest zresztą więcej: nieudane związki, kompleksy wyniesione z domu, konflikty pokoleniowe czy historia. Jest też styl, niby prosty, pozbawiony emocji, a jednak silnie osadzony na psychice bohaterów i momentami ocierający się o sielską lirykę. 

A jednak mimo tylu analogii, „RuRu” wprowadza trochę świeżości w twórczość Rudniańskiej. Przede wszystkim zwraca uwagę perspektywa dziecka, na fundamencie której autorka buduje kolejne dyskursy. Dwa z nich są silnie zaznaczone w opowiadaniu „Suwerenna decyzja”. Bohaterką jest mała Itta, która nie chce oddać swoich włosów na szczytny cel. Dziewczynka jest zagubiona, nie wie komu może bezgranicznie zaufać. Z jednej strony chciałaby pozostać wierna sobie, z drugiej są inni ludzie i ich oczekiwania. Itta ma dwa domy, w których panują odmienne zwyczaje.  Niepewność pogłębiają jeszcze media społecznościowe, szturmem wchodzące w jej życie. Wychowanie w duchu wolności i podążania za potrzebami dziecka, miesza się tu z narzucaniem swojej woli i traktowaniem młodego pokolenia jako bezrozumnych istot, która we wszystko wierzą. 

Inna kwestia poruszona została w „Domu w Marrakeszu”. Choć pozornie jest to opowieść o wiekowej Julii, którą jej syn zamknął w domu starców, pojawia się też postać Franka, kluczowa w kontekście interpretacji historii. To właśnie on będzie stał po stronie babci. Uwielbia oglądać z nią kolejki na YouTube (znowu nowoczesne technologie, tym razem nie dzielące, a łączące pokolenia), tęskni, gdy ta znika z jego życia. Nie rozumie intencji swojego taty, nie interesują go pobudki finansowe. Nie dorósł jeszcze do wyrachowania i bycia egoistą. Mimo wszystko, trudne decyzje jego rodziców zaważą na losie młodego człowieka, odetną mu dostęp do istotnego elementu dzieciństwa. Jaki będzie tego efekt? Nie wiemy. Jak wiele innych rzeczy w tym tomie, pozostało to niedopowiedziane. A może rozwiązaniem będzie tytułowa opowieść? Może te wszystkie ‘dorosłe’ decyzje sprawiają, że każde dziecko ma swojego potwora ukrytego gdzieś w pokoju swojego życia?

W opowiadaniu „Ja jestem czarna i woda jest czarna” autorka ukazuje konflikt pokoleniowy z innej strony. Ojciec, którego nagi widok stał się dla narratorki przyczyną traumy, pewnego dnia rezygnuje z pracy, ponieważ jego córka poszła na strajk. W ten sposób Rudniańska otwiera swoją książkę na inną perspektywę. Czasami bowiem także decyzje dziecka, mają duże znaczenie dla losów rodziny. Szczególnie gdy do głosu dochodzi też Wielka Historia. A tej jest w „RuRu” całkiem sporo i nie zawsze dotyczy wydarzeń 1968 roku. W „Wystawie” pojawia się stare zdjęcie bohaterki z esesmanem. W „Trawach” istotną rolę odgrywają baraki, rozsiane po stepie nad Wołgą – pamiątki gułagów. W „Gwiazdce Dawida” historia ma wymiar współczesny i ukazuje nadal funkcjonujący w Polsce antysemityzm. Nie jest więc to przeszłość ukazana nostalgicznie, a wręcz przeciwnie, jawi się jako wciąż postępujący i nigdy nieprzetrawiony proces. Co więcej, w zestawieniu z mnogością nawiązań dotyczących wychowania i wciąż powracających błędów pokoleniowych, odczytuję wątek historii jako nieskończony proces ciągłego zadawania bólu. Tego małego, rodzinnego, jak i grupowego, pokoleniowego. Kiedyś orężem była broń, dzisiaj jest Internet, dawniej ludzie szybko ginęli, dzisiaj się rozwodzą. 

Świat Rudniańskiej, to przede wszystkim świat kobiet. Wcale jednak nie chodzi tu o feminizm, walkę o swoje prawa (i całe szczęście). Autorka swoimi opowieściami w sposób delikatny, ale jednocześnie stanowczy, woła do czytelnika o potrzebę zrozumienia, empatii, troski i miłości. Bez tych przymiotów, trudno o przerwanie niewidzianej nici podążania ku zagładzie. Jest to zatem zbiór wielkiego przesłania, który dzięki różnorodnej optyce będzie atrakcyjny dla czytelnika. Powinien zostać też z nim na dłużej, bo problemy tu poruszane, są aż nadto widoczne we współczesnym świecie. Rudniańska ostrzega, choć niedosłownie, że dalsze okopywanie się w egoizmie i niezrozumieniu, może zakończyć się kolejną nieprzepracowaną traumą, kolejnym skaleczonym pokoleniem.

Recenzja "Gąsienica" Ranpo Edogawa

Wydawca: Tajfuny

Liczba stron: 192

Tłumaczenie: Dariusz Latoś

Oprawa: miękka z okładką

Premiera: 26 listopada 2019 r.

Trochę wody musiało w Drwęcy upłynąć, abym doczekał się tłumaczenia utworów Ranpo Edogawy. Na jesieni 2019 roku Wydawnictwo Tajfuny zdecydowało się na ten historyczny krok, a na swój warsztat wzięło wybór opowiadań mistrza japońskiego kryminału. W pięknie wydanej i poprzedzonej ważnym esejem Andrzeja Świrkowskiego „Gąsienicy” polski czytelnik otrzyma wszystko to, co w działalności Edogawy najcenniejsze – przemyślane intrygi, mroczną atmosferę i grę z czytelnikiem, która aż do samego końca nie wyjaśni, co jest prawdą, a co fałszem.

Tarō Hirai, znany lepiej jako Ranpo Edogawa urodził się 21 października 1894 roku. Jego twórczość datowana jest głównie na lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku. Swój debiut „Ni-sen dōka” opublikował w magazynie „Shin-seinen”, kierowanym głównie do młodzieży. Było to czasopismo skupione na promowaniu działalności kryminalnej, stąd swoje miejsce znalazły tam historie pisarzy, których Tarō Hirai podziwiał najbardziej: Edgara Allana Poe, Arthura Conana Doyle’a, Agathy Christie i G. K. Chestertona. Opowieść Edogawy trafiła na podatny grunt, dzięki czemu publiczność szybko doceniła talent pisarza.

Działalność literacką Ranpo Edogawy od samego początku wyróżniało skoncentrowanie na logicznym procesie wnioskowania wykorzystywanego do rozwiązania zagadki. Niejednokrotnie te tajemnice były silnie związane z kulturą Japonii, a za tło opowieści służyły wydarzenia społeczne i polityczne dziejące się ówcześnie w kraju Kwitnącej Wiśni. To właśnie te wątki wynosiły prozę Edogawy ponad współczesnych mu twórców książek detektywistycznych, oferujących w swoich dziełach głównie wątki przygodowe lub grubo ciosane groteski.

Jego pierwsze opowiadania stanowiły zapis procesu powstawania zbrodni i rozwiązania go. Co ciekawe, najczęstszym powodem zaistnienia idei popełnienia morderstwa była tu nuda. To ona pchała początkujących złoczyńców do wymyślania pozornie nierozwiązywalnych czynów. W opowiadaniu „Test psychologiczny” jeden kolega, pcha innego w ramiona wyroku sądowego. Jest tak inteligentny, że wzorcowo przechodzi nawet zakładane przez policję pułapki. Dopiero postać słynnego detektywa, pozwoli na wykrycie kłamstwa. Nie inaczej sytuacja ma się w „Spacerowiczu na poddaszu”, która opowiada o zabójstwie sąsiada w pensjonacie w Tokio poprzez upuszczenie trucizny przez otwór w poddaszu prosto do jego ust. W „W objęciach fotela” śledzimy opowieść człowieka, który ukrywał się w specjalnie przez siebie wyprodukowanym fotelu, by móc czuć ciała osób siadających na nim.

Edogawa miał niewątpliwy talent do wymyślania zbrodni doskonałych. Jego bohaterowie potrafią zabić w bardzo niekonwencjonalny sposób. Jeden z nich wpadł nawet na pomysł, aby nakłonić dziecko do obsikania nieszczelnego przewodu elektrycznego. Ale nie tylko te oryginalne intrygi są u Edogawy istotne. Dużo ciekawsze jest samo podejście do kwestii moralnych towarzyszących podejmowaniu tak karkołomnych decyzji oraz gra z czytelnikiem, która w pełnej krasie ukazuje się każdorazowo na końcu opowieści. Warto też zwrócić uwagę na inną, późniejszą stronę Edogawy. Po 1930 roku, japoński pisarz coraz chętniej zaczął przychylać się w kierunku historii nasyconych erotyzmem i groteską. W niniejszym zbiorze ten zwrot w twórczości zapowiadają dwa opowiadania – „Gąsienica” oraz „Podróżny z wyszywanym obrazem”. Choć nie ma w nich jeszcze najważniejszych cech nowej strony pisarza, możemy zauważyć skłonność do deformowania rzeczywistości i odejście od prostego przedstawiania motywu zbrodni i kary. Dość powiedzieć, że tytułowa historia była pierwotnie całkowicie zakazana przez cenzorów, za brutalne ukazanie efektów wojennych.

„Gąsienica” to książka, która ukazuje inną stronę literatury japońskiej. Przez lata publikowane były w Polsce głównie książki z gatunku literatury ambitnej, podejmujące tematykę egzystencji i przedstawiające problem tożsamości  przy wykorzystaniu technik i języka typowo artystycznego. Obecnie do naszych rąk trafia książka ukazująca klasyczne oblicze dawnego kryminału – wyczyszczonego z emocji, całkowicie skupionego na technice logicznego planowania zbrodni. To będzie dobra forma rozrywki dla wielu czytelników i oko puszczone do wszystkich tych odbiorców, którym literatura japońska nigdy nie była po drodze.

Recenzja "K. Relacja z pewnych poszukiwań" Bernardo Kuciński

Wydawca: Claroscuro

Liczba stron: 212

Tłumaczenie: Zofia Stanisławska

Oprawa: miękka z okładką

Premiera: sierpień 2019 r.

Rzadko zdarzają się książki, które już na samym starcie rezygnują z wszelkiej intrygi, nieoczekiwanych zwrotów sytuacji i wszystkiego tego, co może utrzymać czytelnika w napięciu. A przynajmniej w napięciu sztucznie wywołanym, opartym na zabawie formą, nie zaś prawdzie. Bernardo Kuciński świadomie pozbawia się tych wszystkich atrybutów uwagi, by dać czytelnikowi jasny sygnał, że go takie tanie chwyty nie interesują. I już to pokazuje, że „K. Relacja z pewnych poszukiwań” jest książką wyjątkową.

Nie sposób pisać o tej książce, bez wglądu w biografię autora. Bernardo Kuciński urodził się w 1937 roku, w czasie gdy Adolf Hitler ogłosił wycofanie podpisu Niemiec pod Traktatem wersalskim. Jak się później okazało, to wydarzenie miało duży wpływ na życie całej rodziny Kucińskiego. Ten okres w Sao Paulo, gdzie narodził się późniejszy dziennikarz i politolog, był momentem społecznego zamętu. Kraj znajdował się pod dyktaturą  Getúlio Dornellesa Vargasa. Ten w swojej politycznej praktyce posługiwał się prześladowaniem opozycji na szeroko zakrojoną skalę, co upodobniało Brazylię do ówczesnych metod totalitarnych panujących w Europie. Ta systemowa analogiczność nie jest ostatnią, ani nawet najważniejszą w tej książce. Uświadamia jednak, jak głęboko zakorzenione są problemy. Kuciński skupia się innej epoce, zapoczątkowanej w kwietniu 1964 roku w wyniku zamachu stanu. Akcja książki osadzona została po 1974 roku, czyli w momencie, gdy nowy system osiągnął szczyt brutalności i represyjności. Kuciński zestawia dramat kryzysu wartości z historią swojej rodziny, która jako przedstawiciel żydowskich imigrantów z Polski, została brutalnie wymordowana w obozach koncentracyjnych. Tak oto realia lat 40., autor zauważa kilkadziesiąt lat później w swoim otoczeniu. Zauważył je zresztą już wcześniej, za co był więziony i zmuszony do emigracji do Wielkiej Brytanii. To właśnie tam, w nadmorskim Brighton, Kuciński odbierze telefon, który na zawsze zmieni jego życie. Ojciec oznajmi mu, że zaginęła siostra wraz z mężem. Zaangażowany autor nie pozostawi tego wezwania bez odzewu, wróci wraz z rodziną do Brazylii i rozpocznie poszukiwania.

Właśnie te wydarzenia stały się podstawą do napisania „K. Relacja z pewnych poszukiwań”. I chociaż w książce Kucińskiego zastąpi kafkowski K., chociaż nie będzie on poszukiwać siostry, a córki, chociaż nie będą się zgadzać fakty z życia bohatera i jego dziennikarskiego pierwowzoru, nikt nie powinien mieć wątpliwości, że jest to książka wyjątkowo osobista i osadzona na realnych fundamentach.  Co ciekawe powieść została napisana w 2011 roku. Można oczywiście zadać pytanie, dlaczego dopiero wtedy? Czy Kuciński potrzebował czasu na przetrawienie wewnętrznego bólu? Być może, ale dla mnie bardziej wiarygodnym wyjaśnieniem jest to, że autor po raz kolejny zauważył, jak historia lubi się powtarzać.  „K. Relacja z pewnych poszukiwań” jest więc dla mnie nie tylko świadectwem historycznym, ale też przestrogą przez teraźniejszością i przyszłością.

Wróćmy jednak do książki, bo ta mimo pozornie prostej historii może być odczytywana na co najmniej kilku płaszczyznach. Przede wszystkim, o czym już pisałem, jest to dosadna narracja ukazująca absurd, bezwzględność i bezduszność aparatu państwowego. K. stara się znaleźć pomoc. Zwraca się do różnych osób – zwykłych donosicieli, reprezentantów inteligencji, osoby kościelne, trafia nawet do wpływowych organizacji żydowskich. Chodząc między tymi wszystkimi miejscami, powoli uzmysławia sobie, że nikomu nie można ufać. Osoby które deklarowały zdobycie informacji, szybko się z niej wycofywały. Inne próbowały podejść do tematu globalnie, poszukując innych, podobnych przypadków, ale nawet one odbijały się od muru dezorganizacji i terroru powszechnie akceptowanego w kraju. Nikt nie chciał wyjawić bolesnej prawdy. A może to część wojskowej gry? Może te wszystkie urywki wiadomości, te zdawkowe sygnały obecności córki w różnych miejscach, miały tylko za zadanie dodatkowo znęcać się psychicznie nad bohaterem? Sprawić, że zatraci się on w swoim obłędzie? Jak u Kafki, gdzie nienazwane zło czai się wszędzie i atakuje na różne sposoby.

„K. Relacja z pewnych poszukiwań” pokazuje też system z nieco innej perspektywy. Narracja jest tu mieszana.  Raz przypatrujemy się emocjom K., innym razem opowieść prowadzić będą porywacze wściekli na skamlącego psa, który pozostał po niewinnym małżeństwie, później do głosu dojdzie też sprzątaczka, która pracowała nieopodal miejsca tortur oraz kochanka jednego z oficerów, która być może powie najwięcej o brutalności stosowanych metod. Każdy będzie miał swój własny język, swoją mroczną perspektywę na cierpienie. Kuciński będzie mieszał też formy literackiego wyrazu – raz będzie to powieść, innym razem dziennik czy retrospektywa. Całość jest właściwie zbiorem opowiadań, ale tak pięknie połączonych, że wyrasta z nich jedna zwarta powieść. A może bardziej opowieść o ludziach zagubionych i zniszczonych przez otoczenie.  

I jeszcze jedna rzecz, jaką należałoby o tej książce powiedzieć. Bo „K. Relacja z pewnych poszukiwań” ma też swój indywidualny wymiar. K. stracił córkę, to wiemy. Pytanie tylko dlaczego dowiedział się o tym tak późno? Dlaczego nie wiedział, że ta ma męża? I że angażuje się politycznie? Bohater dopiero po czasie zdaje sobie sprawę, jak wielka przepaść dzieliła go od najbliższych mu osób. Ma wyrzuty sumienia, że nie zdążył wymówić wszystkiego tego, co powinien był wyznać. Szuka wewnętrznego odkupienia i spokoju. Mimo niewysłowionego bólu, nie przerywa poszukiwań. Jego zapał zostaje nagrodzony, poznaje przerażającą prawdę. Tylko co to za nagroda? I jak pogodzić się z tym, że zostało się samemu? 

To bardzo bolesna książka. Bardzo autentyczna i dobrze skomponowana. Ja wierzę Kucińskiemu. Wierzę w te wydarzenia i w głosy świadków. Wierzę w ból i smutek. Wierzę w wizje systemu, który nadal niszczy bezbronne istnienia. Właśnie dlatego „K. Relacja z pewnych poszukiwań” jest dla mnie jedną z najważniejszych książek wydanych w Polsce w 2019 roku.

Recenzja "Syreny z Tytana" Kurt Vonnegut

Wydawca: Zysk i S-ka

Liczba stron: 384

Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Oprawa: twarda z obwalutą

Premiera: 9 lipca 2019 r.

Choć Kurt Vonnegut w życiu parał się wieloma zajęciami, nauczycielem był tylko przez chwilę. Nie sądzę aby ten nieznaczny epizod w życiorysie wpłynął na tak silny rozwój potrzeb dydaktycznych pisarza. Autor „Pianoli” kwestie przekazywania wiedzy i mądrości miał zakorzenione głęboko w sobie. Złość i smutek doskwierające mu podczas życia, starał się naprawiać w najlepszy sposób, jaki wymyślił. Pisanie było dla niego lekarstwem, ale także apelem. Choć rzesze czytelników zapamiętają go głównie z szalonych fabuł, antylirycznego języka oraz czarnego humoru, Vonnegut miał do opowiedzenia coś więcej. Jak przyznaje w wywiadzie dla „Chicago Tribune” w 1969 roku: Mówię ludziom, żeby nie brali więcej, niż potrzebują, żeby nie byli chciwi. Mówię, żeby nie zabijali, nawet w samoobronie. Mówię, żeby nie zanieczyszczali wody ani atmosfery. Mówię, żeby nie plądrowali państwowego budżetu. (…) To moralizatorstwo trafia na podatny grunt. Jest oczywiście echem tego, co młodzi ludzie mówią sami sobie. Te i wiele innych kwestii poruszać będzie praktycznie każda powieść mistrza. Mam jednak wrażenie, graniczące z pewnością, że choć stosowanie się do tych reguł było dla autora dziecinnie proste, o tyle już zawieranie i utrzymywanie poprawnych relacji z przyjaciółmi i rodziną, były rzeczami abstrakcyjnymi. Vonnegut to człowiek, któremu bardzo łatwo przychodziło formułowanie celnych tez na temat ludzkości. Dotyczy to także antycypacji przyszłych zależności i problemów. Inaczej wygląda jednak sprawa z prywatnym życiem, z tym co tu i teraz, w którym pisarz był zwyczajnie zagubiony i często gburowaty. Był po prostu samotny i nierozumiany.

 W „Syrenach z Tytana”, drugiej książce Kurta Vonneguta, pada wiele mądrych zdań. Jest wiele sarkazmu, inteligencji, predykcji i niepojętych wizji. Moje oczy skupiły się przede wszystkim na dwu - „Najgorszym, co mogłoby spotkać człowieka byłoby nie wykorzystanie go przez nikogo, w żadnym celu” oraz „Boaz doszedł do wniosku, że tak naprawdę w życiu liczą się dwie rzeczy: nie być samotnym i nie bać się”. Bo to jest książka w dużej mierze o samotności, o pułapce fatalizmu, z której nie sposób uciec. Książka fantastyczna, z silnym pierwiastkiem autobiograficznym.

Umysł Vonneguta to mechanizm nieodgadniony. Trudno stwierdzić skąd w nim tyle ułożonego chaosu, cudacznych przedmiotów i obłąkanych koncepcji. Pisarz trzyma się swoich ukochanych schematów, pewniaków, wokół których buduje kolejną fabułę rodem z dzieł science fiction pośledniej kategorii. U niego jednak, to co poślednie zostaje w sposób mistrzowski wykorzystane do modelowania filozoficznego. W „Syrenach z Tytana”, znowuż mamy samotnego bohatera. Tym razem jest nim Winston Niles Rumfoord, który wraz ze swoim psem wybrał się w podróż kosmiczną. Tam trafia do infundybuły chronosynklastycznej, czyli lejka umieszczonego w czasoprzestrzeni, który zamienia go w falę. Jeden absurd prowadzi do kolejnego, bowiem Winston wraca do swojej postaci tylko  raz na 59 dni, gdy materializuje się na posesji własnego domu. To zdarzenie, a właściwie ich ciąg, staje się przyczyną zainteresowania tłumu, który gromadzi się pod domem oczekując na cud. Bohater staje się medium, widzi przeszłość i przyszłość. A ta wcale nie napawa go optymizmem. Bo oprócz niego i jego żony jest jeszcze ktoś. Jak to bywa u Vonneguta, jedną z postaci jest człowiek śpiący na pieniądzach. Winston wie zatem, że jego żona leci na Marsa, aby się związać się z Malachim Constantem (wspomnianym bogaczem). Wie także, że na Tytanie - jednym z księżyców Saturna - znajduje się obcy z planety Tralfamadore (a jakże!), który od przeszło 200 tysięcy lat czeka na zapasową część do swojego statku kosmicznego (no cierpliwy jest, trzeba mu przyznać). Ich przyjaźń zaowocuje powstaniem państwa złożonego z porwanych Ziemian...

Właściwie to nie wiem, po co Wam tę treść przybliżam. Płaszczyzną porozumienia między czytelnikiem a pisarzem, nie jest ta kuriozalna fabuła, ale emocje jakie towarzyszą życiu bohaterów.  Vonnegut celuje w satyrę i wieloaspektowy absurd po to tylko, żeby ze zdwojoną siłą ukazać nam siłę samotności, cierpienia i przyjaźni. Czyli czegoś, co wypływa z jego doświadczeń i co najbardziej boli. Być może światy autora „Człowieka bez ojczyzny” są atrakcyjne, być może aroganccy i próżni bohaterowie zapadają w pamięć, być może także sięgamy po Vonneguta aby się pośmiać. Być może. Dla mnie jednak jest to tylko śmiech przez łzy, co najlepiej pokazuje, że „Syreny z Tytana” to wysoka półka.