Recenzja "La petite mort" Waldemar Bawołek

Wydawca: Nisza
 
Liczba stron: 222

Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Premiera: styczeń 2019 r.

W tym tygodniu ogłoszono listę książek nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Znalazło się na niej aż 105 tytułów, w tym także „La petite mort” Waldemara Bawołka. I to nie dziwi, bo proza osobliwa zawsze może liczyć na skromne, ale wierne grono odbiorców. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, gdy to co najdziwniejsze, wcale nas już nie dziwi, a odstępstwa od klasycznego strukturyzowania i puentowania miniatur literackich, są wręcz wymogiem stawianym współczesnym opowiadaniom.

„La petite mort” jest zbiorem 10 opowiadań publikowanych przed 2000 rokiem w czasopismach Twórczość, Kresy, Fa-Art i Fraza. To cechujące się erudycyjną głębią opowieści z pogranicza rzeczywistości i snu. Raz autor będzie snuć historię o małżeństwie i ojcostwie („Deja vecu”), później o odchodzącym fachu („Hot knot”), o oczekiwaniu na miłość („Bez ceregieli”), o nostalgii powrotu („Uświęcony powrót Franciszka”), a nawet o gościu, który czuje się panem świata, bo jest uzbrojony w liść laurowy, który kupił sam w sklepie. Wachlarz zainteresowań autora jest bardzo szeroki, podobnie jak życie nigdy nie zawęża orbity swoich aspiracji tylko do kluczowych wydarzeń. Ale nawet ta wielobarwność, ma swój gwóźdź programu. I wcale nie mam tu na myśli Eulalii. Ujmuje mnie w tej narracji przede wszystkim tęsknota, raz wyrażana dosłownie, innym razem ukryta między wierszami. To tęsknota napędza tę prozę, nie jej bohaterowie czy układ. A żeby jeszcze pogłębić ten stan, Bawołek stosuje figurę odsunięcia w czasie, umieszcza wydarzenia w przeszłości, żeby ułatwić sobie, i czytelnikowi, zanurzenie się w sentyment. Postaci opowiadań co rusz wspominają swoją młodość, czasy pielęgnowania zbiorów, ciężkiej orki i prawdziwego chleba. To trochę jak testament odchodzącego w niebyt świata. Figura oddalenia pomaga poczuć tę nostalgię, bo wytwarza znów, w całej pełni, choćby na chwilę, obraz młodości.

„La petite mort” zamiast skupiać się na codzienności namiętności, skupia się na namiętności codzienności, malując przedstawiony w opowiadaniach świat raczej w intensywniejszych barwach, niż w odcieniach szarości. Duszna atmosfera poszukiwań nowych, często pozornie irracjonalnych, środków wyrazu, idzie u Waldemara Bawołka w parze z bezradnością, zagubieniem i złowrogimi podszeptami sumienia, którego nie można uwolnić od samotności i oczekiwania na śmierć. Autor „Echa słońca” jest jak wysłannik Dziadka do orzechów, który przebierając słowami, niczym palcami na flecie, czaruje melodią słowa i mrocznym pięknem przeszłości. A przy tym wszystkim sytuuje się na miejscu wyjątkowym w polskiej prozie jeśli wziąć pod uwagę sposób nowatorskiego kreślenia zawiłych relacji między bohaterami.

Waldemar Bawołek dalej szlifuje swój idiom. Beznamiętne gry znaczeniowe, swoisty dystans, skłonność do artystycznych odwołań (mitologicznych, literackich, religijnych) i wyłapywania szybkich skojarzeń, tworzenia rebusów pospolitości – to jego danie główne. Autor wychodzi poza horyzont tego, co linearne i liniowe. To proza wymagająca poszukiwania sensów i zwracająca uwagę na niuanse rzeczywistości, na małe przedmioty, jak łazienne freski, pierścionek czy prezerwatywy, które czasami bez zapowiedzi prowadzą nas do wrót innych wymiarów teraźniejszości. Bo przecież nasz byt wcale nie funkcjonuje na jednej płaszczyźnie, a przestrzeni do zrozumienia tego co widzimy jest cała masa, wystarczy otworzyć się na to, co zamazane. 

„La petite mort” to zbiór, gdzie nie uświadczymy egzaltowanej frazy, nie poczujemy zapachów wanilii w powietrzu, nie skosztujemy ulotnych wrażeń, nie pochwalimy się też, że wszystko to rozumiemy, bo to wyjątkowo mało uniwersalne dzieło. To raczej rzecz o bezsilności, smrodzie niewdzięczności i niedoścignionej miłości. Ale także fraza ze wszech miar osobista, posiadająca wiele dróg interpretacyjnych. Dosadna, a przy tym odnoszę wrażenie, także inteligentnie prześmiewcza książka, która domaga się kolejnych odczytań i poszukiwania niedostrzeżonych treści. To też, podobnie jak w kuchni meksykańskiej, mieszanka syta, różnokolorowa i o wielu smakach, która może okazać się zarówno błogim odkryciem, jak i niestrawną papką. Wypróbujcie sami, na własnym literackim układzie trawiennym.

Ocena:


3 komentarze:

  1. Wreszcie trafne spostrzeżenia o tej książce a nie tylko puste slogany.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo chciałabym skonfrontować się z tą, jakże nieapetyczną rzeczywistością.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna recenzja, literacko piękna, sama w sobie jest miniaturką prozatorską, szczególnie ostatnie zdanie jest poruszające.

    OdpowiedzUsuń

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey