Recenzja "Ruru" Joanna Rudniańska

Wydawca: Nisza

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 5 grudnia 2019 r.

Jeden rok, dwie książki. Tak w skrócie można by podsumować literackie dokonania Joanny Rudniańskiej w 2019 roku. W różnych opiniach z jakimi spotkałem się na temat dzieł autorki podkreśla się fakt, że tak jak „Sny o Hiroszimie” były książką przeciętną i słusznie utonęły w zalewie nowości, tak „RuRu” wybija się na tle nijakiej, literackiej podaży. I tu wnoszę lekki sprzeciw. Warto zwrócić uwagę, że choć obie książki dzieli wiele, tak samo dużo je też łączy. W „Snach o Hiroszimie” główna bohaterka Bibi jest z zawodu psychoanalityczką, w opowiadaniu „Ja jestem czarna i woda jest czarna” także obserwujemy proces mentalnej kuracji młodej kobiety. W powieści, bohaterka Rudniańskiej jest córką znanej i cenionej malarki, chętnie wystawianej przez duże galerie sztuki. Podobny motyw pojawia się w „Wystawie”, gdzie protagonistka rozmyśla o udostępnieniu swoich zdjęć na tytułową wystawę. W obu książkach pojawia się też Japonia – raz jako symbol noszonych traum, które prędzej czy później wybuchną, innym razem jako obraz na pocztówce, lub idealne miejsce na urlop. Podobieństw jest zresztą więcej: nieudane związki, kompleksy wyniesione z domu, konflikty pokoleniowe czy historia. Jest też styl, niby prosty, pozbawiony emocji, a jednak silnie osadzony na psychice bohaterów i momentami ocierający się o sielską lirykę. 

A jednak mimo tylu analogii, „RuRu” wprowadza trochę świeżości w twórczość Rudniańskiej. Przede wszystkim zwraca uwagę perspektywa dziecka, na fundamencie której autorka buduje kolejne dyskursy. Dwa z nich są silnie zaznaczone w opowiadaniu „Suwerenna decyzja”. Bohaterką jest mała Itta, która nie chce oddać swoich włosów na szczytny cel. Dziewczynka jest zagubiona, nie wie komu może bezgranicznie zaufać. Z jednej strony chciałaby pozostać wierna sobie, z drugiej są inni ludzie i ich oczekiwania. Itta ma dwa domy, w których panują odmienne zwyczaje.  Niepewność pogłębiają jeszcze media społecznościowe, szturmem wchodzące w jej życie. Wychowanie w duchu wolności i podążania za potrzebami dziecka, miesza się tu z narzucaniem swojej woli i traktowaniem młodego pokolenia jako bezrozumnych istot, która we wszystko wierzą. 

Inna kwestia poruszona została w „Domu w Marrakeszu”. Choć pozornie jest to opowieść o wiekowej Julii, którą jej syn zamknął w domu starców, pojawia się też postać Franka, kluczowa w kontekście interpretacji historii. To właśnie on będzie stał po stronie babci. Uwielbia oglądać z nią kolejki na YouTube (znowu nowoczesne technologie, tym razem nie dzielące, a łączące pokolenia), tęskni, gdy ta znika z jego życia. Nie rozumie intencji swojego taty, nie interesują go pobudki finansowe. Nie dorósł jeszcze do wyrachowania i bycia egoistą. Mimo wszystko, trudne decyzje jego rodziców zaważą na losie młodego człowieka, odetną mu dostęp do istotnego elementu dzieciństwa. Jaki będzie tego efekt? Nie wiemy. Jak wiele innych rzeczy w tym tomie, pozostało to niedopowiedziane. A może rozwiązaniem będzie tytułowa opowieść? Może te wszystkie ‘dorosłe’ decyzje sprawiają, że każde dziecko ma swojego potwora ukrytego gdzieś w pokoju swojego życia?

W opowiadaniu „Ja jestem czarna i woda jest czarna” autorka ukazuje konflikt pokoleniowy z innej strony. Ojciec, którego nagi widok stał się dla narratorki przyczyną traumy, pewnego dnia rezygnuje z pracy, ponieważ jego córka poszła na strajk. W ten sposób Rudniańska otwiera swoją książkę na inną perspektywę. Czasami bowiem także decyzje dziecka, mają duże znaczenie dla losów rodziny. Szczególnie gdy do głosu dochodzi też Wielka Historia. A tej jest w „RuRu” całkiem sporo i nie zawsze dotyczy wydarzeń 1968 roku. W „Wystawie” pojawia się stare zdjęcie bohaterki z esesmanem. W „Trawach” istotną rolę odgrywają baraki, rozsiane po stepie nad Wołgą – pamiątki gułagów. W „Gwiazdce Dawida” historia ma wymiar współczesny i ukazuje nadal funkcjonujący w Polsce antysemityzm. Nie jest więc to przeszłość ukazana nostalgicznie, a wręcz przeciwnie, jawi się jako wciąż postępujący i nigdy nieprzetrawiony proces. Co więcej, w zestawieniu z mnogością nawiązań dotyczących wychowania i wciąż powracających błędów pokoleniowych, odczytuję wątek historii jako nieskończony proces ciągłego zadawania bólu. Tego małego, rodzinnego, jak i grupowego, pokoleniowego. Kiedyś orężem była broń, dzisiaj jest Internet, dawniej ludzie szybko ginęli, dzisiaj się rozwodzą. 

Świat Rudniańskiej, to przede wszystkim świat kobiet. Wcale jednak nie chodzi tu o feminizm, walkę o swoje prawa (i całe szczęście). Autorka swoimi opowieściami w sposób delikatny, ale jednocześnie stanowczy, woła do czytelnika o potrzebę zrozumienia, empatii, troski i miłości. Bez tych przymiotów, trudno o przerwanie niewidzianej nici podążania ku zagładzie. Jest to zatem zbiór wielkiego przesłania, który dzięki różnorodnej optyce będzie atrakcyjny dla czytelnika. Powinien zostać też z nim na dłużej, bo problemy tu poruszane, są aż nadto widoczne we współczesnym świecie. Rudniańska ostrzega, choć niedosłownie, że dalsze okopywanie się w egoizmie i niezrozumieniu, może zakończyć się kolejną nieprzepracowaną traumą, kolejnym skaleczonym pokoleniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey