Recenzja "Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm

Wydawca: Rebis

Liczba stron:  296

Oprawa: zintegrowana

Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Premiera:  21 lipca 2020 r

Jedenasta część Wehikułu Czasu i wreszcie w roli głównej kobieta! Kate Wilhelm, zmarła dwa lata temu amerykańska pisarka science-fiction, jest jedną z pierwszych przedstawicielem płci pięknej, która odbierała najważniejsze wyróżnienie dla książki science fiction lub fantasy – Nagrodę Hugo. Przed nią, ta sztuka udała się między innymi: Anne McCaffrey, Ursuli K. Le Guin i Leigh Brackett. Debiutowała opowiadaniem w 1956 roku. „Gdzie dawniej śpiewał ptak” jest jej szesnastką w kolejności chronologicznej książką i jedyną, za którą została uhonorowana nagrodą Jupitera i Locusa.

W swojej najsłynniejszej powieści Wilhelm kreuje świat postapokaliptyczny. Idzie tym samym w ślady Mary Shelley, którą do dzisiaj uznaje się za pionierkę tego gatunku, dzięki książce „Ostatni człowiek”. W odróżnieniu od swojej poprzedniczki, jak i w opozycji do wielu innych pisarzy, Wilhelm zamiast na technice i emocjach człowieka postawionego w sytuacji granicznej, skupia się na klonowaniu. Tło, rozumiane jako krajobraz Ziemi po katastrofie, jest tu zarysowane bardzo cienką kreską. To nie jest świat Tolkiena, który dzięki bajecznym opisom możemy poczuć, dotknąć, skonstruować na macie z dbałością o każdy detal. W „Gdzie dawniej śpiewał ptak” mamy mało opisów, a nawet te, które się pojawiają, są skąpe w szczegóły. Trochę podobnie jest z bohaterami. Ich motywacje, myśli i emocje są tłumione. Nie ma tu pędzącej akcji, polifonii czy ciągłej ucieczki przed nieznanym. Autorka przykuwa uwagę czymś zupełnie innym – filozoficznymi przemyśleniami o naturze i człowieku.

Literatura postapokaliptyczna jest wbrew pozorom bardzo różnorodna, choć trzymająca się pewnych sztywnych ram. Zrodziła się z panujących w społeczeństwie lęków. Jakich? Tu pojawiają się tematy specyficzne dla danej epoki: konflikty zbrojne, religia, nieudane eksperymenty technologiczne, zbuntowana sztuczna inteligencja, terroryzm, zachłanni dyktatorzy. Jest też przyroda. I to właśnie o niej pisze Wilhelm. W jej świecie apokalipsa była efektem wielu czynników: zmian klimatycznych, chorób, konfliktów nuklearnych i bezpłodności. Aby przetrwać, bogata rodzina tworzy odizolowany ośrodek naukowy, w którym dokonuje klonowania. To właśnie temu procesowi przyglądamy się przez większość książki. Sztuczna inteligencja ma jednak swoje ograniczenia i w starciu z potęgą natury, przegrywa z kretesem. Okazuje się, że życia nie da się powielić i odkupić, a za błędy polityczne, trzeba będzie zapłacić najwyższą cenę.  

„Gdzie dawniej śpiewał ptak” jest ciekawą wizją, z wyraźnie zaznaczoną tezą, która już prawie 50 lat temu ostrzegała ludzkość przed błędami, które później stały się faktem. To napisana prostym językiem relacja, o wciąż aktualnym przesłaniu. Bez nadmiernej sensacji, epatowania przemocą czy zasypywaniem czytelnika technicznymi szczegółami. Także bez banału, czego pewnie nie udałoby się osiągnąć, gdyby książka pisana była dzisiaj, w erze Eko. Spełnia najważniejsze role literatury postapokaliptycznej: przestrzega, porusza i interesuje. A finalnie, pozostawia człowieka z najgorszym – z własną obecnością. Warto ją znać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey