Recenzja "Rok małpy" Patti Smith

Wydawca: Czarne

Liczba stron:  152

Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Krzysztof Majer

Premiera: 17 czerwca 2020 r.

Rok 2016 był w chińskim kalendarzu rokiem Ognistej Małpy. Zgodnie z metodologią dalekowschodniej astrologii, każda Małpa uwielbia opowiadać dowcipy i płatać figle, ceni dobrą zabawę, wypady na miasto, imprezy, koncerty. Małpy są bardzo ciekawskie i inteligentne, a z czasem zyskują uznanie za profesjonalizm i stanowią świetny materiał na wspaniałego lidera. Patti Smith urodziła się w 1946 roku (tym samym, co Graham Masterton i Julian Barnes), w roku Psa, być może dlatego wspomnianych na początku cech, nie dostrzeżemy w tej prozie. Jej najnowsza książka, stanowi swoisty dziennik z jednego roku kalendarzowego, w którym istotne dla świata zdarzenia: Brexit, wybór nowego prezydenta USA, Igrzyska Olimpisjkie w Rio, literacki Nobel dla Dylana, dramat Aleppo, czarny okres dla muzyki - śmierć Prince’a, Bowie, Cohena i Michaela – stanowią wyłącznie tło nostalgicznej relacji o starzeniu, przemijaniu i utraconych wartościach.

W centrum swojej narracji Smith umieszcza wspomnienia i senne marzenia o miejscach, ludziach oraz małych, ważnych chwilach. Swoją podróż przez bezdroża jawy i snu zaczyna od Motelu, gdzie po drugiej stronie korytarza miał znajdować się Sandy Pearlman. Ten amerykański producent muzyczny, kierownik artystyczny, dziennikarz i krytyk znał się z Patti Smith od dziesięcioleci, w tym jednak okresie dochodził już do kresu swojego doczesnego życia. Tuż przed nowym rokiem znaleziono go nieprzytomnego na parkingu, a ostatnie tchnienie wydał 26 lipca. Jego sylwetka będzie często powracać w reminiscencjach autorki, a sam proces powolnego żegnania się dwójki przyjaciół, będzie jednym z bardziej poruszających wątków tego niewielkiego dzieła.          

Praktycznie rok po śmierci Pearlmana, odszedł też drugi człowiek, o którym Smith pisze z nostalgią. Sam Shepard jako aktor najbardziej znany z ról w filmach „Niebiańskie dni” i „Raport Pelikana”, dla prawdziwych kinomaniaków pozostanie przede wszystkim autorem scenariuszów do „Zabriskie Point” Michelangelo Antonioniego oraz „Paryż, Teksas” Wima Wendersa. W latach 1970–1971 był związany z Patti Smith, a po latach wspólnie planowali wyjazd do Ayers Rock. Zamiast przygody w otoczeniu formacji skalnych w centralnej części Australii, autorka przygląda się cierpieniu przyjaciela, trawionego przez  stwardnienie zanikowe boczne. Oprócz tego, że zmaga się z chorobą, szaleńczo pragnie zakończyć swoje wielkie dzieło. Ta sytuacja, przywodzi na myśl artystce innego pisarza – Roberta Bolaño. Chilijski autor zmarł, nie doczekawszy przeszczepu wątroby, pisząc jednocześnie swoje opus magnum, liczącą około tysiąc stron powieść „2666”.  Ścigał się z nieubłaganym czasem, aby zapewnić rodzinie utrzymanie, a sobie samemu wieczną pamięć jego sympatyków.

Bolaño i jego gry, będą wracać w myślach Smith dość często, chociażby w formie poszukiwanego zdjęcia, które autorka ostatecznie odnajdzie, ale nie będzie miała już komu go wręczyć. Właściwie cała ta książka jest jak taka stara, wytarta pocztówka, której zadaniem jest przede wszystkim pamiętać. I w tej funkcji odnajduje się ona doskonale. Poetycki styl i umiejętność zacierania rzeczywistości oraz fantazji są największymi walorami „Roku Małpy”. Z drugiej strony, trochę nużą oczywiste wnioski, jak chociażby ten, że o wyborze Trumpa zdecydowali ci, a nie inni mieszkańcy USA, a sama ich decyzja, będzie jeszcze długo odbijać się czkawką. Rozmowy ze znakiem, początkowo interesujące, w pewnym momencie stały się aż zbyt surrealistyczne, a przed to zatraciły swój fantasmagoryczny urok. Małych defektów jest tu jeszcze parę, ale szczegóły nie wpływają znacząco na odbiór całości książki, która niczym najlepsza rockowa ballada, przytula odbiorcę i domaga się kolejnego odczytania, powtarzania myśli, zdań i słów. Najnowsza książka Patti Smith spodoba się marzycielom oraz osobom, które doświadczają straty odejścia. To przede wszystkim z nimi autorka będzie nadawać na jednej fali. Komu myśli o przemijaniu nie są bliskie, kto woli twardo stąpać po ziemi, ten prawdopodobnie przy lekturze nieco się znudzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey