Wydawca: BoSz
Liczba stron: 80
Oprawa: twarda
Rafał Wojasiński w swojej książce „Ludzie czerwonego słońca” (z malarskim kontrapunktem Franciszka Maśluszczaka) kreśli wizję świata, który jest jednocześnie brutalnie namacalny i oniryczny, zawieszony gdzieś pomiędzy błotem wiejskiej drogi a metafizycznym niepokojem. To lektura gęsta, duszna i przejmująca, w której każda strona wydaje się nasiąknięta zapachem końskiej derki, tytoniu i jesiennego chłodu.
Historia zaprezentowana na stronach tej niewielkiej książki nie ma początku. A jeśli ktoś mimo wszystko go dostrzeże, będzie on taki jak zawsze – człowiek leży w rowie, inna osoba idzie drogą, jeszcze kolejna zapala papierosa. Świat nie zostaje ustanowiony. On już trwa, znużony własnym byciem. Nie potrzebuje wprowadzenia, bo też niczego nie obiecuje. Tak jak nie musi mieć mocno zarysowanej fabuły. To opowieść, która wydarza się w języku.
U Rafała Wojasińskiego wszystko zaczyna się od powtórzenia. „Nic”, „może”, „nie wiem” — słowa, które w innych książkach byłyby przystankami, tutaj są materią. Dialogi nie rozwijają akcji, lecz ją rozpraszają. Protagoniści mówią, jakby sprawdzali, czy w ogóle jeszcze mogą mówić. Jakby język był czymś obcym, przyklejonym do nich z zewnątrz.
Główny bohater, Lucek, to postać zarysowana z niezwykłą czułością dla ludzkiej niedoskonałości. Jego życie toczy się w rytmie zbierania kanek z mlekiem, jazdy starym rowerem i zmagania się z etykietą głupiego, którą nadała mu lokalna społeczność. Wojasiński nie ocenia jednak Lucka. Przeciwnie – czyni z niego filtr, przez który dostrzegamy sacrum ukryte w profanum. Dla bohatera moment upadku w błoto na podwórku spółdzielni staje się chwilą niemal mistyczną („szybował do nieba. Był w raju”). Szczęście Lucka nie pochodzi z sukcesu, lecz z poczucia jedności z ziemią, z „zimnym i schnącym błotem”. W tym świecie im bardziej postać jest zmarginalizowana, tym bliżej wydaje się być pierwotnej prawdy o istnieniu. W tym sensie Wojasiński pisze przeciwko całej tradycji literatury, która uczyła nas, że sens trzeba wydobywać, nazywać, konstruować. Tutaj sens jest podejrzany. Lepiej go nie ruszać.
Dopełnieniem Lucka staje się Paweł – figura brata, który wnosi do tekstu ciężar zbrodni. Jak sam wspomina, jest „dobrym człowiekiem”. Powtarza to z uporem, który nie jest ani przekonujący, ani ironiczny. To zdanie nie podlega weryfikacji. Ono krąży, jakby nie miało adresata. Faktem jest jednak, że Paweł zabił matkę. Ta postać wprowadza do książki wątek dostojewszczyzny przeniesionej na polską prowincję. Rozmowa z dawnym dyrektorem szkoły w pustej restauracji jest w tym wypadku majstersztykiem dialogu. Pytanie o to, co znaczy „wyjść na ludzi”, obnaża pustkę społecznych frazesów. Paweł nie szuka rozgrzeszenia. On szuka potwierdzenia. Chce, żeby ktoś uznał jego wersję świata, w której dobro nie zależy od czynów, lecz od jakiejś głębszej, niewidocznej struktury. To brzmi jak herezja, ale w świecie Wojasińskiego nie ma ortodoksji, wobec której można by ją zmierzyć.
Wojasiński zdaje się sugerować, że w świecie „Ludzi czerwonego słońca” zło nie jest wyborem, lecz elementem krajobrazu, niemal tak samo naturalnym jak pole kukurydzy czy deszcz. No właśnie, wieś. To nie jest miejsce z literatury realistycznej ani nawet postrealistycznej. To miejsce, w którym relacje istnieją, ale nie tworzą całości. Ludzie się znają, rozmawiają, piją razem, a jednak każdy pozostaje osobno. Rozmowy są tu czymś w rodzaju rytuałów bez wiary. Powtarza się pytania, na które nikt nie oczekuje odpowiedzi. („Idziesz na zabawę?”, „Co u ciebie?”, „Dlaczego taki jesteś?”). Język działa jak mechanizm podtrzymujący pozór wspólnoty, która dawno się rozpadła. Czy to świat po katastrofie? Chyba tak, tylko że nie wydarzyła się w jednym momencie. Jest rozciągnięta, nierozpoznana, wpisana w codzienność.
Tytułowe „czerwone słońce” nie jest u Wojasińskiego symbolem nadziei ani apokalipsy. To raczej światło, które nie daje widzenia. Światło zimne, metaliczne, często sztuczne (lampa nad stajnią, żarówka w sklepie, blask szosy o zmierzchu). Ono nie odsłania sensu, tylko go neutralizuje. Wszystko w nim wygląda tak samo: twarze, przedmioty, gesty. Jakby rzeczywistość została wyrównana do jednego poziomu ważności. Dlatego tak istotne są momenty, w których coś jednak przebija. Ot chociażby zapach konia czy dotyk ziemi. Dużą rolę odgrywa tu malarstwo Maśluszczaka, z jego charakterystyczną deformacją. Ludzie na obrazach, podobnie jak ci w tekście, wydają się ulepieni z tej samej materii co krajobraz. Bohaterowie nie tyle zamieszkują ten krajobraz, co podlegają w nim nieustannej erozji. Trudno tu mówić o tradycyjnej psychologii postaci. Mamy raczej do czynienia z ich postępującą geologizacją. Lucek czy Paweł nie są po prostu brudni – ich ciała to powidoki ulepione z materii pejzażu, o fakturze przypominającej znoszony płaszcz lub chropowatą korę kukurydzy. Granica między człowiekiem a tłem ulega tu zatarciu, jakby bytowość tych ludzi była równie nietrwała i podatna na kruszenie.
Wojasiński nie daje nam klucza do tej wsi, bo ten świat dawno zgubił swój zamek. Pole kukurydzy pozostaje przestrzenią liminalną, a codzienność bohaterów – syzyfowym powtórzeniem, w którym tożsamość redukuje się do jednego gestu czy zbrodni. „Ludzie czerwonego słońca” to lektura dotkliwa. Czytelnik wychodzi z niej z osadem pod paznokciami i poczuciem, że właśnie dotknął czegoś, co w swojej pozornej martwocie jest przerażająco żywe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz