Recenzja "Zaczarowany uber" Zenon Sakson

Wydawca: Korporacja Ha!art

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: czerwiec 2020 r.

Bałem się lektury tej książki. Z jednej strony nic nie wiadomo o autorze, z drugiej zapowiedzi zostały sformułowane tak, że niekoniecznie chciałem się w ten literacki mezalians pchać. Najpierw był fragment pozytywnej recenzji profesora Leoncia Salomona Dolmenecha, Kierownika Katedry Filologii Polskiej na Uniwersytecie w Acapulco (na marginesie dodam, że nic nie wskazuje na to, iż taki człowiek czy instytucja istnieją), w której czytamy  “Zaczarowany uber” to zbiór transgresywnych, inspirowanych tequilą, seksem i marihuaną opowiadań, których akcja rozgrywa się w bliżej niesprecyzowanym i tajemniczym wymiarze, gdzieś między codziennością Meksyku doby obecnej, a realiami dawnej Polski zachowanymi we wspomnieniach zniekształconych przez narkotyki i zanieczyszczonych przez jej bieżący obraz transmitowany w Internecie”. Później swoje trzy grosze dorzucił Jakub Żulczyk (tu wątpliwości co do istnienia nie wnoszę) „Zrodzone z podziemia psychoaktywne bajdy tajemniczego geniusza, którego tropem idą tylko prawdziwi dzicy detektywi literatury polskiej. Zaszyfrowany anty-jaszczurzy przekaz, literackie mołotowy rzucone ku chwale Santa Muerte. Meskalina kipi w garczku, ciało zabitego Buddy gnije na trakcie z Polski do Meksyku, wirują tęczowe gawrony, czas ucieka, obracając w palcach krwawy księżyc”. Jasno z nich wynika, że to co w książce dostaniemy, będzie wykoślawione, surrealistyczne, łamiące schematy, a przy tym też dotykające tematów nam bieżących. Nie jest to materiał na książkę, którą chciałbym poznać.

Tak się jednak zdarzyło, że „Zaczarowanego ubera” w pewnym momencie otworzyłem, a jak już zacząłem czytać, to trudno było mi się oderwać. Na zbiór składa się dziewięć opowiadań, z których bliżej chciałbym omówić cztery. Pierwszym z nich jest „Rarytas”, opowieść o Alfonso, który pojechał na targ szukać nieznanej, zapomnianej przez świat polskiej kasety religijnej dla narzeczonej (chodzi o kasetę z muzyką, żeby nie było wątpliwości). Obchodząc licznych meksykańskich sprzedawców (tu niech każdy sam sobie odpowie, jak realne podstawy ma pomysł na historię), przegląda tradycyjne wydania Arki Noego i Mietka Szcześniaka, ale też składanki hip-hopu chrześcijańskiego, fortepianowe wariacje na temat młodości Karola Wojtyły czy propozycje chrześcijańskie na sylwestra. Wszystko to jednak mało go interesuje, nie może stanowić wyjątkowego prezentu. W pewnym momencie dostaje jednak prawdziwego białego kruka spod lady – kasetę z unikatowym nagraniem Ziemowita Siemaszko. Wracając do domu rozmyśla „W trolejbusie Alfonso patrzył z mieszaniną pogardy i współczucia na zwykłych ludzi z małymi koreczkami słuchawek wetkniętymi w uszy, bezrefleksyjnie konsumujących papkę cyfrowych dźwięków stremowaną przez ich spotifaje.” 

Już w „Rarytasie” dobrze widzimy, jaką strategię narracyjną przyjmuje autor. Obsadza swojego bohatera w niewiarygodnej sytuacji (co wcale nie oznacza, że niemożliwej, szczególnie w niedalekiej przyszłości), balansuje między Meksykiem i Polską, szuka zdarzenia, które mogłoby wspierać z góry ustaloną puentę. W przypadku „Rarytasu”, chodzi o krytykę konsumpcjonizmu, przejawiającego się bezrefleksyjnym słuchaniem popularnych dźwięków. Ów schemat Sakson wykorzystuje w kolejnej opowieści „O dziewczynie, która chciała być chuliganem”. Tym razem bohaterem jest Stary Kojot, który przypadkowo trafia na niszowy polski film do kina. Narracja przenika ekran i na chwilę zapominamy o Kojocie. Przyglądamy się za to Emilii Palter, dziewczynie, która postanowiła być chłopkiem chuliganem. Nocami pracuje ciężko jako prostytutka, dogadzając między innymi swoim hersztom z bandy. Za dnia jest Alkiem, podejmującym coraz to nowe wyzwania chłopakiem. Los pisze Emilii smutny koniec, wszak idąc pod prąd społecznym przyzwyczajeniom, musisz liczyć się z porażką. Puentą opowieści jest jednak kolejna krytyka, tym razem percepcji sztuki. „Wzbiera w nim oburzenie, kiedy pomyśli, że dobre, artystyczne kino europejskie jest powszechnie niedoceniane, a kulturę masową całkowicie zdominowały filmy amerykańskie, przedstawiające wypaczony i zafałszowany obraz rzeczywistości”.

Można się zastanawiać, czy te nastawione krytycznie puenty, tak naprawdę bardziej celują w tłum, czy może w osoby pochłonięte wyszukiwaniem nieznanych perełek za wszelką cenę. Sakson nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, a humorystyczny bicz rzuca ciosy na prawo i lewo, tak naprawdę nikogo nie pozostawiając bez winy. Prawdziwe kontrowersje zaczynają się jednak od opowiadania „Miłość w czasach postgender”. Wyobraźcie sobie sytuację, że pewna niewyróżniająca się z tłumu Polka, zakochuje się w białej małpie. Jej czysta miłość staje się sensacją medialną, dzięki czemu coraz więcej ludzi ujawnia swoją nową tożsamość. Ktoś tam zawrze związek z brazylijskim wężem boa, ktoś inny z bawołem, a jeszcze następny ze słoniem z Tajlandii. W międzyczasie wokół nich zaczną kłębić się ciemne chmury, do akcji włączą się różne jednostki: zbulwersowani kibice narodowcy, kongres żigolaków, znany detektyw Mieczysław. Zorganizowane zostaną marsze poparcia i przemarsze przeciwko poparciu oraz kontrmarsze nienawiści przeciwko wszystkiemu. A puenta? Tu chyba niczego już tłumaczyć nie trzeba. Znowu na koniec przyjdzie nam zadać sobie pytanie, czy to jeszcze fantazja, czy realna obawa.

Innym, choć przecież równie medialnie pożądanym tematem jest molestowanie w kościele. Sakson dotyka go w zaskakującej formie. W „Milczeniu pasterzy” obserwujemy grupę księży zamkniętych w klatkach. Niespodziewający się dramatycznych konsekwencji, dali się złapać na numer ze starą babcią, która wręcza im łapówkę. Aktualnie księża są maskotkami Wielkiego Lola. Ten głupi wielkolud wykorzystuje ich seksualnie. Porzuceni przez społeczeństwo, zablokowani gdzieś w podziemnym bunkrze, nie mają nadziei na powrót do normalnego życia. Jedynie w Nowym tlą się jeszcze resztki chęci do zmiany położenia, a dzięki interesującemu pomysłowi, coś niemożliwego staje się realne. Przy okazji tego szalonego spektaklu dotkniemy tematu słuszności i stałości wiary, temat, który powraca u Saksona w prawie każdej historii.

Zaskakujących rozwiązań fabularnych jest tu więcej. Prawie każda opowieść szokuje swoją kreatywnością, a ich odbiór, zależy wyłącznie od naszego podejścia. Słusznie powiedzą ci, którzy w „Zaczarowanym uberze” dostrzegą wtórne mielenie koniunkturalnych tematów, podane w ładnej formie. Rację będą mieli też tacy, dla których opowiadania Saksona będą zbyt efekciarskie, mało dojrzałe, a nawet szyte pod jedną miarę. To wszystko jest prawda, tej książce daleko od modelowego ideału. Tak jak autor z Meksyku (czy skądkolwiek on jest) po prostu się nie pisze. Jego książka wytrąca ze strefy komfortu, nie skłania do jakichś głębszych przemyśleń, nie stanowi też jakiegoś ważnego, językowego eksperymentu. Tym bardziej nie odkrywa niczego nowego. A jednak „Zaczarowany uber” to dla mnie świetna zabawa, takie czytanie bez zobowiązań i oczekiwań. Pal licho że jest tak krystalicznie ładnie napisana, nieważne że pokazuje wszystko przez zmroczone używkami okulary, mało przeszkadza mi nawet to, że nie ze wszystkimi tezami mogę się tu zgodzić. Sakson napisał współczesne baśnie dla dorosłych, które chce się czytać i do których chce się wracać. Każdorazowo z uśmiechem na ustach. Cieszę się, że takie książki są wydawane, bo spełniają istotną w literaturze funkcję odprężającą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey