Recenzja "Słyszę nowy świat" Alan Moore

Witajcie w Wielkim Kiedy. Przeczytaj omówienie powieści „Słyszę nowy świat” Alana Moore’a: londyński półświatek, magia, bracia Kray i rok 1958.
Wydawca: Echa

Liczba stron: 440


Oprawa: twarda

Tłumaczenie:
Wojciech Szypuła

Premiera: wrzesień 2026 rok

Alan Moore – komiksowy szaman z Northampton, architekt „Strażników” i „V jak Vendetta” znowu to robi. Drugi tom jego pentalogii „Długi Londyn” zatytułowany „Słyszę nowy świat” dowodzi, że autor nie ma absolutnie żądnego szacunku dla limitu słów, cierpliwości zwolenników czystego suspensu czy klasycznych ram fantastyki miejskiej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu otrzymujemy prozę całkowicie osobną. Gęstą, bezczelną i rozbuchaną stylistycznie.

Jest rok 1958. Dennis Knuckleyard, nieporadny protagonista z pierwszego tomu („Wielkie Kiedy”), ma już dwadzieścia kilka lat i dorabia jako pisarz na obrzeżach londyńskiej kontrkultury oraz prasy rozrywkowej. Przez dziewięć lat robił wszystko, by wyprzeć z pamięci istnienie drugiego, mitologicznego Londynu. Naiwnie wierzył, że jeśli nie będzie pisał o tamtejszych rewirach, to i tamten świat o nim zapomni.

Zapomnienie w prozie Moore’a to jednak tylko kruchutkie zawieszenie broni. Przeszłość dopada Dennisa pod postacią mosiężnego klucza – niechcianej pamiątki, którą przed laty przemycił z Wielkiego Kiedy. Chcąc raz na zawsze zamknąć ten rozdział, Dennis oddaje klucz znajomemu, ekscentrycznemu producentowi muzycznemu Joemu Meekowi. Działa to jednak jak lont. Magiczne konsekwencje natychmiast rozlewają się po mieście, a w Notting Hill i na ulicach Londynu zjawiają się nieproszeni goście z drugiej strony. Gdy Grace Shilling – dawna miłość Dennisa – zostaje wciągnięta w śledztwo w sprawie tych wydarzeń i sama rusza do Długiego Londynu, przerażony Dennis rusza jej śladem. Tak rozpoczyna się kolejna niebezpieczna wędrówka przez obydwa wymiary.

Samo określenie „Wielkie Kiedy” czy „Długi Londyn” nie oznacza po prostu kolejnej krainy ukrytej za szafą. Dla Moore’a to mityczne i poetyckie podglebie stolicy – drugie ciało miasta stworzone z języka, lęków, starych map i politycznych fobii.

Autor umiejętnie rezygnuje z prostego podziału na zwykłą rzeczywistość i magiczny świat. Londyn końca lat pięćdziesiątych w wydaniu Moore’a sam w sobie przypomina obłędny sen. Pisarz zaludnia drugi plan rzeczywistymi, historycznymi postaciami tamtej epoki. Jest to Joe Meek, pionier brytyjskiej muzyki pop i realizator dźwięku, twórca albumu „I Hear a New World”, Bracia Kray, czyli brutalni bliźniacy rządzący w latach swojej świetności londyńskim półświatkiem oraz Francis Bacon, David Litvinoff czy postacie z kręgów cyganerii Soho i Notting Hill.

Gdy obok mafijnych oprychów pojawia się karłowaty, makabryczny morderca Button Dainty albo widmowa, szkicowana kredką istota Slenderhorse, granica między faktem a fantastyką całkowicie się zaciera. Magia w tej powieści nie musi wywracać świata do góry nogami. Ona wchodzi po prostu w szczeliny miasta, które i tak trzeszczy w szwach.

Warto zwrócić uwagę na wybór momentu dziejowego. Powieść została osadzona w 1958 roku – w przededniu wielkiej eksplozji obyczajowej, tuż przed nadchodzącymi latami sześćdziesiątymi. W tle intrygi pojawiają się zamieszki rasowe w Notting Hill, dźwięki rock and rolla, przemiany kulturowe i upadek brytyjskiego imperium. Prawdziwy Londyn właśnie się przeobraża, a Wielkie Kiedy działa tu jak czuły rezonator. Moore pokazuje, że zmiana społeczna jest jak wstrząs tektoniczny, który musi natychmiast wywołać reakcję w mitycznym odbiciu miasta.

Nie da się ukryć, że „Słyszę nowy świat” bywa lekturą wymagającą. Moore pisze frazą przeładowaną przymiotnikami i metaforami, momentami wręcz barokową. Potrafi porzucić osiowy wątek detektywistyczny na kilkadziesiąt stron tylko po to, by opisać architekturę jednej ulicy, klimat konkretnego pubu albo zrekonstruować seans spirytystyczny ze Swedenborgiem pod podłogą.

Mamy tu do czynienia z autorem, który z całą świadomością wybiera stylistyczny nadmiar. Czasem intryga ugrzęźnie w dygresjach, a tempo drastycznie spadnie, ale to cena, jaką płaci się za wniknięcie do tej niezwykłej wyobraźni. Twórca nie pisze klasycznego thrillera urban fantasy. On buduje współczesną, miejską mitologię.  Dla czytelników szukających zwartej, rzemieślniczej akcji ta książka może być trudnym doświadczeniem. Jednak ci, którzy lubią gubić się w labiryntach słów, dostaną fascynującą, psychodeliczną podróż przez mroczne serce brytyjskiej stolicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz