Recenzja "Owoce wiśni" Osamu Dazai

Wydawca: Czytelnik

Liczba stron:  252

Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Katarzyna Sonnenberg-Musiał

Premiera:  4 września 2020 r.

Osamu Dazai, jeden z najpopularniejszych japońskich pisarzy, znany jest w Polsce głównie z dwóch powieści: „Zmierzch” oraz „Zatracenie”. Obie skupiają się na cierpieniu bohaterów i całkowitej bierności w próbie zmiany swojego życia, zmierzającego do zagłady. Dazai to jednak mistrz krótkiej formy, co od pewnego czasu stara się nam przypomnieć Wydawnictwo Akademickie Dialog. Zebrane w dwóch tomach opowiadania, prezentują bogatą w symbolikę interpretację tradycyjnych opowieści japońskich („Otogizoshi: Księga japońskich opowieści”) oraz utwory wspomnieniowe, rozliczeniowe i komediowe („Goodbye i wybrane opowiadania”). Łącznie pisarz z Japonii wydał dwadzieścia pięć zbiorów opowiadań, a zawarte tu teksty powstawały prawie przez cały okres jego literackiej aktywności, między 1933 a 1948 rokiem. Niniejsza publikacja, skupia się na tekstach autobiograficznych, w których autor oprócz intymnych emocji, przekazuje też swoje poglądy na temat wojny, rodziny czy związków małżeńskich.

Powstała z szesnastu miniatur całość, pokazuje życie pisarza, przedstawia wydarzenia z jego codzienności, nakreśla główne problemy, z jakimi musiał walczyć. Nie jest to jednak pamiętnik z jego życia. Obok realnych sytuacji, Dazai dodaje tu także fikcyjne wątki fabularne, aby powstała kompozycja, miała jak najbardziej czytelny i uniwersalny wymiar. Odwołuje się też do swoich innych tekstów, jak np. w opowiadaniu „Roczniki cierpienia”, gdzie cytuje swoje „Wspomnienia” (zawarte w  Goodbye i wybrane opowiadania”) i analizuje je w nowym dla niego kontekście życia. „Owoce wiśni” zawierają szczere wyznania autora, na temat swojej osoby i przeszłości. Spójrzmy na takie zdanie („Osiem wieków Tokio”): „Poza dwojgiem, może trojgiem przyjaciół, z którymi trudno było zerwać więzi, nikt się ze mną nie zadawał. Stopniowo docierało do mnie, co inni o mnie myślą. Głupi, arogancki łajdak, imbecyl, podły, szczwany lubieżnik, oszust pozujący na geniusza, który używa życia, a kiedy mu braknie pieniędzy, dręczy rodzinę udawanymi próbami samobójczymi”. Ile w nim prawdy? Dazai nie mianuje się bohaterem opowieści, ale z lubością dodaje swoje cechy do wymyślonych postaci. Prawdą jest przecież, że znany był z kobieciarstwa, nie miał zbyt wielu przyjaciół, popadał w długi, dokonał pięć prób samobójczych. To zdanie jest gorzkie, ale prawdziwe. Obrazuje beznadzieję życia pisarza, ale też jego świadomość własnej ułomności. To jedno zdanie buduje całe napięcie tekstu. Fabuła nie ma tu dużego znaczenia. Może się zmieniać miejsce akcji, układ zdarzeń, płeć narratora. Ważne są jednak niedomówienia i urywki myśli, które trapiły Dazai przez całe życie.

Próbując kolejnych dzieł Dazai, można dostrzec zmieniający się u niego styl. Na pewno z czasem stał się artystą bardziej dojrzałym, zwracającym uwagę na nadmierną gadatliwość i zdania prowadzące do nikąd. Późny Dazai jest jeszcze bardziej celny i dosadny. Dużo częściej dotyka też tematów ważnych dla całego pokolenia Japończyków – jak chociażby wojny. Nie ma się co zresztą temu dziwić, wszak na jego dom położony w Mitace, w 1945 roku spadła bomba. A to nie jedyne spotkanie z pożogą i okrucieństwem konfliktu zbrojnego. Tak jak wiele dzieli poszczególne opowiadania mistrza, tak samo duże je łączy. Czytając „Owoce wiśni” trudno nie zauważyć punktów wspólnych z jego najsłynniejszymi dziełami. Dazai spisuje kronikę małych, niepozornych chwil, układając je w ścieżkę wiodącą ku całkowitej zagładzie. Nie ma tu sztucznych uniesień, zwrotów akcji, tradycyjnych japońskich czynność życia codziennego czy patosu. To żaden modernizm czy literatura proletariacka. Twórca „Zmierzchu” do bólu drąży temat bólu egzystencji. W tym sensie „Owoce wiśni” należy traktować bardziej jako uzupełnienie tego, co o Dazaim już wiemy z innych dzieł, niż nową wartość dodaną. Świetnie się to czyta, bo jest autentyczne i niczemu nie chce się przypodobać. Należy też docenić wkład profesora Mikołaja Melanowicza, który z olbrzymiej bazy tekstów, ułożył coś więcej niż zbiór historii. To jedna wielka narracja, do której wielokrotnie będę wracał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey