Recenzja "Siódmy zyciorys" Ota Filip

Wydawca: Czarne

Liczba stron: 384


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Jan Stachowski
 
Premiera: 16 lutego 2022 rok

Ota Filipa możemy kojarzyć z takich tytułów jak „Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy” (Świat Książki) czy „Sąsiedzi i ci inni” (Oficyna Wydawnicza ATUT). To zmarły w 2018 roku pisarz, zaliczany do czeskiej literatury emigracyjnej. Fabuła Siódmego życiorysu została oparta na biografii autora i z tego powodu warto się jej bliżej przyjrzeć.

Ota Filip urodził się w Śląskiej Ostrawie w 1930 roku. Jego ojciec, Bohumil Filip, był cukiernikiem i właścicielem kawiarni w Nowym Ratuszu w Ostrawie. Matka była z kolei Polką. Po ukończeniu gimnazjum w Pradze na Žižkovie parał się różnymi aktywnościami. Od 1953 roku zasiadał na stanowisku redaktora w gazecie Mladá Fronta. Był także obecny w Radiu Czechosłowackim w Pilźnie oraz w kilku gazetach powiatowych na Morawach. Początek lat 60. to przede wszystkim nieprzyjemności związane z politycznym zaangażowaniem. Za swoją działalność został skazany na szereg prac społecznych. To w tym czasie zaczął też tworzyć. Jego przyjaciel, niemiecki poeta i dziennikarz – Horst Bienek, zorganizował mu w 1968 roku wydanie „Cesta ke hřbitovu”. Powieść została ciepło przyjęta i szybko doczekała się tłumaczenia na inne języki.

W latach 1969-1971 Ota Filip przebywał we więzieniu w Pilznie (za działalność antyradziecką), a w 1974 roku został zmuszony do opuszczenia Czechosłowacji. Już na emigracji w Niemczech podjął się pracy w kilku dziennikach. Regularnie tworzył nowe dzieła, zarówno w języku niemieckim, jak i czeskim. Dochodziło nawet do sytuacji, że obie wersje różniły się od siebie. Siódmy życiorys wydano w 2000 roku. Był odpowiedzią na zarzuty o współpracę z czechosłowacką bezpieką, które autor usłyszał podczas emisji programu w niemieckiej telewizji.

Akcja powieści została osadzona w latach 1939-1952. Już na samym początku dowiadujemy się, że ojciec autora decyduje się na kolaborację z Niemcami. Prowadzi swojego syna do niemieckiej szkoły, co ten bardzo przeżywa. Relacje obu panów zostają wystawione na próbę jeszcze co najmniej kilkukrotnie, jak chociażby wtedy, gdy młody i zaradny Ota porzuca swój biznes i pędzi za granicę, aby tam pomóc ojcu po jego ucieczce z obozu. Niestety Bohumil nie przybywa, bo chwilę wcześniej został zwolniony za dobrą posługę. Ostatecznie, po kilku latach, ojciec umiera wycieńczony pracą w kopalni Uranu. Pisarzowi pozostał tylko żal, że miał takiego, a nie innego rodzica.

Siódmy życiorys to nie tylko rozliczenie z rodziną (chociaż mocno zarysowano także kontakty z wujkiem). To też, a może przede wszystkim, świadectwo absurdalności tamtych czasów. W pewnym momencie Ota zostaje powołany do wojska. Tam trafia do karnej kompanii., gdzie zostaje uwikłany w ucieczkę (do której zresztą nie dochodzi). Nie mając innego wyjścia, podejmuje współpracę z bezpieką, która wykorzystuje narzędzia doskonale nam znane z polskich realiów (tortury, manipulacje, zastraszanie, groźby) do osiągnięcia zamierzonych celów.

Narracja książki prowadzona jest dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy losy młodego człowieka uwikłanego w absurdalną rzeczywistość, z drugiej analizujemy dokumentację donosicieli i oprawców, do której autor dotarł po prawie 50 latach od tamtych wydarzeń. Dopiero z archiwum dowiedział się, że był kiedyś uważany za kolaboranta i współpracownika służb bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii. Pewnie gdyby nie nieśmieszny żart jego kolegi, nigdy nie musiałby mierzyć się z tyloma przeciwnościami losu. Takie to jednak były czasy, że nawet karykaturalne oskarżenia, były brane na serio przez politycznych karierowiczów.

„Siódmy życiorys” mówi o dysharmonii między tym, za kogo się uważamy, a tym, kim czyni nas otoczenie i jego kontekstowość. Wspomnienia autora bywają prawdziwie bolesne, ale także magicznie zabawne. Duża liczba nieporozumień, młodzieńczych przygód i typowo czeskiego spojrzenia na świat, sprawia, że przez tę książkę się płynie, jak przez spokojne jezioro. To taka proza, która ujmuje, choć traktuje o tematach poważnych i okrutnych. Naznaczona nostalgią oraz tragizmem w gruncie rzeczy daje wejrzenie w szersze realia komunistycznej rzeczywistości. Jest barwną kroniką przypadków, które mogą być interpretowane na wiele sposobów, w zależności, po której stronie akurat się znajdujemy. Być może książka nie byłaby aż tak dobra, gdyby nie sposób, w jaki Ota Filip pisze. Rzeczowy, ale jednocześnie sielankowy, poważny, ale w wielu miejscach także zabawny, osobisty, ale uciekający od emocjonalnego tonu.

Na koniec jedna mała uwaga edycyjna. To już któraś części serii klasycznej, w której znaleźć można całkiem sporo błędów. A to brakuje słowa, a to w innym miejscu jest ich za dużo. Zdarzają się też literówki. Ja wyłapałem ich siedem, a nie jestem w tym dobry. Mam nadzieję, że mimo wszystko duże wydawnictwo, jakim jest Czarne, postara się w przyszłości o lepszą korektę.

Recenzja „Gdy pogoda zmienia bieg historii” Marcus Rosenlund

Wydawca: WUJ/Bo.Wiem

Liczba stron: 252


Oprawa: miękka

Tłumaczenie: Agata Teperek
 
Premiera: 20 kwietnia 2022 rok

„Gdy pogoda zmienia bieg historii” wpisuje się w szeroki kontekst debaty o zjawiskach klimatycznych. Nie jest to jednak pozycja traktująca o przyszłości naszej planety, o potencjalnym końcu ludzkości, wymieraniu gatunków czy rozprzestrzenianiu się obszarów pustynnych. Marcus Rosenlund, fiński dziennikarz naukowy, skupia się na tym, co było – na licznych epokach mrozów, falach tsunami czy  suszach, które wpłynęły na rozwój naszej planety.

W swojej książce autor nie stara się mówić o wszystkim. Wybiera interesujące go tematy klimatyczne i stara się je przedstawić w sposób czytelny i ciekawy dla każdego potencjalnego czytelnika. Unika trudnych pojęć literatury przedmiotu, a gdy już musi je użyć, zawsze dogłębnie je wyjaśnia poprzez podanie obrazowych porównań. Podobnie czyni z efektami działań natury. Nie zostawia nas z suchą liczbą milionów ton lawy wyrzucanej przez wulkany, tylko opisuje je poprzez nakreślenie sześcianu o określonej długości. To działa na wyobraźnię i pozostaje w pamięci. Choć mamy więc do czynienia z dziełem naukowym, w którym sporo jest dat, postaci i szacunków, nie czujemy się tym przytłoczeni. Wręcz przeciwnie, narracja płynie jak opowieść doświadczonego i utalentowanego barda.

Z „Gdy pogoda zmienia bieg historii” dowiemy się między innymi o losach duńskiego miasta Rungholt, które pewnej sztormowej nocy zostało zatopione przez olbrzymią falę. Podobny los, choć w zupełnie innej epoce, spotkał bohatera innego rozdziału – „Doggerland”. Ten wyjątkowy obszar istniał w okresie zlodowacenia północnopolskiego w południowej części Morza Północnego. Był bogaty w laguny, plaże, mielizny czy ujścia rzek. Żyli i polowali na nim ludzie, a jego koniec związany jest z osuwiskiem Storegga.

Marcus Rosenlund przykłada dużą uwagę także do losów konfliktów zbrojnych i inwazji. Na kartach książki możemy spotkać Napoleona, króla Hiszpanii Filipa II czy mongolskiego chana (wnuka słynnego Czyngis-chana). Każdy z nich próbował zdobyć nowe tereny na swój sposób. Szczególnie tragiczna wydaje się inwazja imperium mongolskiego na Japonię. W efekcie sztormów i tajfunu w dwóch falach inwazji śmierć poniosło nawet do 100 tysięcy wojowników. To wtedy po raz pierwszy świat usłyszał o Kamikaze, czyli „boskim wietrze”, który uratował Japonię i świat przed mongolską dominacją.

W „Gdy pogoda zmienia bieg historii” przeczytamy także o Bondach (ale nie tych związanych z agentem 007), migracjach ludzi pierwotnych, wulkanach (Toba, Tombora, Yellowstone i kolejne), ziemniakach, wielkim głodzie w Finlandii i wielu innych zdarzeniach z historii naszej planety. Odwiedzimy też popularnych obecnie Wikingów i poznamy tajniki ich menu (które tak na marginesie miały przypieczętować ich los). Wiele z dokonanych wyborów jest nieoczywistych, co tylko jeszcze bardziej przykuwa uwagę.

Marcus Rosenlund skupia się głównie na Europie (szczególnie Północnej), co jest związane z obszarem jego zainteresowań. Książka jest niewątpliwie cennym źródłem wiedzy. Zaskakuje mnogością anegdot i ciekawostek, a jednocześnie podaje je w sposób humorystyczny i rozrywkowy. Z tego też powodu kształt narracji może nie przypaść do gustu osobom, które szukają faktów. Rosenlund wplata w opowieść własne przemyślenia, lubi czasami pogdybać o możliwych scenariuszach, potrafi też postawić znak ostrzegawczy. Co jednak ważne, w swoich dociekaniach nie jest przesadnie pesymistyczny. Daje nadzieję i podkreśla, że pogoda zaskakuje w obie strony.

Opracowanie zostało wzbogacone o bibliografię, cytaty z utworów muzycznych oraz mapy.

Recenzja "Siódmy koń. Opowiadania zebrane" Leonora Carrington

Wydawca: Filtry

Liczba stron: 224


Oprawa: zintegrowana

Tłumaczenie: Maryna Ochab, Michał Kłobukowski
 
Premiera: 23 lutego 2022 rok

Leonora Carrington zmarła 11 lat temu w Meksyku. Była malarką, rzeźbiarką i pisarką, kochanką Maxa Ernsta. Od początku uważana za skandalistkę (potrafiła posmarować sobie stopy musztardą w eleganckiej restauracji czy zaserwować klientom omlet z włosami, które w nocy im obcięła), była jedną z bardziej charakterystycznych przedstawicielem surrealizmu. Ukazujący się właśnie tom jej opowiadań pt. „Siódmy koń.Opowiadania zebrane” wydany przez Filtry, to szansa na zapoznanie się z historiami pełnymi specyficznych bohaterów, onirycznych wizji czy mówiących zwierząt.

Już szybki rzut okiem na tytuły opowiadań podpowiada nam, z czym będziemy się tu mierzyć. „Moja matka jest krową” czy „Opowieść Szczęśliwego Trupa” – obok tego co satyryczne i w jakimś sensie makabryczne, występuje to co przyziemne. Właśnie te elementy splatają się w relacjach Carrington. Autorka chętnie zestawia ze sobą przeciwieństwa, tworzy nienaturalne połączenia na każdym poziomie kompozycji, by tym silniej podkreślić absurdy i hipokryzję doczesnej egzystencji.

Historie Carrington przypominają baśnie. Ale nie te ciepłe, przeznaczone dla najmłodszych bajki z morałem, tylko dojrzałe opowieści ze świata ludzi i zwierząt. Autorka posługuje się równie chłodną logiką co Bracia Grimm. Ze stoickim sposobem obrazuje brutalnie niesprawiedliwe zdarzenia, powołuje do życia strażników wątpliwych wartości, z dużą swobodą zaciera granice między fantazją i rzeczywistością. Główna różnica między zebranymi w tomie relacjami, a opowieściami słynnych niemieckich braci polega na tym, że „Siódmy koń” nie oferuje żadnych lekcji.

Nie jest tajemnicą, że Leonora Carrington była zafascynowana zwierzętami, szczególnie końmi. Pojawiają się one w większości tekstów, raz jako środek transportu, w innym miejscu jako ciało doradcze, bywają też pogrążone w specyficznej grze, bądź zaklęte w człowieku. Potrafią mówić, biegać, myśleć czy czuć. Nieco generalizując, konie symbolizują tu wolność. Wykazują większą niewinność i uczciwość, niż bohaterowie ludzcy. Ale nie tylko konie pojawiają się w tej książce. Są hieny gotowe oderwać twarz, romantyczne dziki, złowieszcze nietoperze czy stadne koty. Zwierzęta pozwalają autorce ukazywać przemoc i cierpienie, jakie są udziałem wszystkich istot żyjących na Ziemi. W jednym z opowiadań („Wujek Sam Carrington), główna bohaterka za sprawą pomocy konia udaje się do specjalistek od zwalczania rodzinnego wstydu. Gdy te zaczynają łoić warzywa batami słyszymy - aby pójść do nieba, trzeba cierpieć. Ci, którzy nie noszą gorsetów, nigdy tam nie dotrą.

Surrealizm Carrington jest specyficzny. Napisany prostym językiem, który pod maską banałów kryje wiele warstw złożoności. Autorka pisze krótkimi zdaniami, bywa ironiczna i złośliwa, ale ani na chwilę nie zapomina o intensywności przekazu. W „Owalnej damie” przyjrzymy się sile ojcowskiego zdania, w „Królewskim wezwaniu” najbardziej mroczna okaże się prawda, wreszcie w „Zakochanym” zrozumiemy, jak ważne jest nie kraść melona. Nie raz podczas lektury zapytamy siebie, o co tu naprawdę chodzi? Jak inaczej zareagować na przykład na takie zdanie - „Poszłam po samochód, ale mój szofer, który w ogóle nie ma zmysłu praktycznego, właśnie go zakopał w ziemi.
- Zrobiłem to, żeby wyhodować grzyby”? Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Carrington ożywia swoje surrealistyczne wizje by przekazać nam  całą paletę emocji: radości, tęsknoty, gniewu. I to ważne – są to emocje rzeczywiste, wynikające z własnego doświadczenia. Od nas tylko zależy, czy beletrystykę od wydawnictwa Filtry zaakceptujemy w całej jej ekscentryczności.

Recenzja "Siódmy zyciorys" Ota Filip