Recenzja "Sole" Carlo Sironi

Reżyseria: Carlo Sironi

Czas trwania: 1 godz. 42 min.

Kraj produkcji: Włochy, Polska

Rok produkcji: 2019

W swojej słynnej książce „Sapiens. Od zwierząt do Bogów” izraelski historyk Yuval Noah Harari wyjaśnia, jak 20 tysięcy lat temu żyli ludzie. Nie było wtedy rodzin, w ich klasycznym, znanym nam z codzienności kształcie. Ludzie nie potrzebowali łączyć się w pary. Pojęcie rodzicielstwa czy ojcostwa przybierało zupełnie inną formę. Całe plemię było odpowiedzialne za wychowanie. Kobiety i mężczyźni spółkowali bez zobowiązań, jak w swego rodzaju hipisowskiej utopii. W korespondencji do tego zjawiska znajduje się współczesność, z jej sztywnymi zasadami, kodeksami postępowania i wpajanymi od dzieciństwa normami moralnymi. Bieda popycha jednak czasem do podejmowania trudnych decyzji, na przykład sprzedaży własnych dzieci. Z tego punktu wychodzi „Sole”, debiut fabularny włoskiego reżysera Carlo Sironiego. Film był pokazywany w sekcji Horyzonty 76. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji, gdzie zdobył nawet dwie nagrody. Zainspirowany czarnorynkowym handlem dziećmi, stanowi refleksję na temat rodzicielstwa niebiologicznego.

Głównym bohaterem historii osadzonej w Rzymie jest Ermanno (Claudio Segaluscio), młody mężczyzna, który dopiero niedawno ukończył 20 lat. Zarabia na życie kradnąc skutery z przyjacielem. Wszystkie pieniądze, które uzyskują ze sprzedaży, niweczą w klubie lub na automatach czy wyścigach konnych. Ermanno jest typowym młodzieńcem z peryferii miejskich: radykalna obojętność, cynizm, lekkomyślność, nałogi przysłaniające niepokój i strach przed światem. Nie ma wielkich marzeń ani nadziei. Pewnie żyłby tak aż do końca dni, gdyby pewnego dnia los nie pozwolił sobie z niego zakpić. Sprawcą całego zamieszania jest wujek Fabio (Bruno Buzzi). Ten bogaty i dobrze sytuowany Włoch, obiecuje młodszemu człowiekowi, że włoży mu trochę pieniędzy do kieszeni. Nic jednak nie odbędzie się za darmo. Ermanno ma rolę do wykonania. W ten sposób do akcji wkracza Lena (Sandra Drzymalska), ciężarna Polka, która przyjechała do Włoch sprzedać dziecko wzrastające w jej brzuchu. Ermanno staje się jej opiekunem. Chodzi z nią do lekarza, spędzają razem czas, uważa, aby nic jej się nie stało. Zgodnie z planem, tuż po porodzie ma przyjąć ojcostwo dziecka i tym samym ułatwić proces adopcyjny Fabio i jego żonie Biance (Barbara Ronchi).

Okres ciąży nie zwiastuje wielkiego dramatyzmu dzieła. Ermanno jest szorstki i zdystansowany. Działa jak beznamiętny ochroniarz Leny, trzymając ją bezpiecznie zamkniętą w spartańsko urządzonym mieszkaniu. Wszystko zmienia się wraz z porodem. Młody Włoch zaczyna rozumieć czym tak naprawdę jest jedność dwojga ludzi i ojcostwo. Wbrew swoim przyzwyczajeniom, zmienia pieluchy nowonarodzonej Sole, zamiast udać się do przyjaciół. Odpowiedzialność nakazuje mu nawet iść do pierwszej w życiu, legalnej pracy. Jego zmiana jest zobrazowana autentycznie. Sironi zaryzykował, obsadzając debiutującego Segaluscia jako swojego głównego bohatera, ale jego ruletka w dużej mierze się opłaciła. Dzięki swojej nadąsanej, chudej, dopiero dojrzewającej urodzie, włoski aktor wnosi  neorealistyczny charakter do emocjonalnie odrętwiałego i duchowo zubożonego Ermanno. Prawdziwie pierwsze skrzypce gra jednak Sandra Drzymalska. Młoda Polka z wdziękiem portretuje przemianę Leny, która z młodej kobiety gotowej na pozbycie się własnego dziecka, staje się troskliwą matką. Jej chwiejny język włoski, dodaje autentyczności roli, podobnie jak świetnie sportretowany brzuch podczas ciąży, który albo jest prawdziwy, albo wydobyto tu z efektów specjalnych jakąś magiczną moc.

Sironi buduje otoczenie w sposób oszczędny. Przeważają sterylne wnętrza mieszkań i gabinetów lekarskich. Kadry plenerowe są rzadkością. Dzięki zdjęciom Gergely Pohárnoka, który używał starych obiektywów z lat 60., protagoniści wydają się istnieć poza czasem. Pod względem plastycznym, dziełu Sironiego bliżej do polskiej szkoły filmowej, niż włoskiego rozpasania. „Sole” przedstawia pejzaż stłumionych pragnień, dojrzewania w rytm wolnej elektronicznej partytury Teoniki Rożynek. To triumf chłodnej, skromnej poezji, nad płomiennością temperamentu. Warto ten film poznać i doświadczyć, bo otwiera oczy na istotną w życiu każdego człowieka kwestię przywiązania i potrzeby miłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey