Wydawca: Mandioca
Liczba stron: 264
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Współczesna popkulturowa wizja samuraja przypomina często polerowaną katanę – jest estetyczna, chłodna i niepokojąco czysta. Przyzwyczajeni do romantycznych zrywów, krystalicznych kodeksów bushidō i niemal baletowych pojedynków, stajemy przed „Satsuma gishiden” Hiroshiego Hiraty z poczuciem poznawczego dysonansu. To jednak nie jest opowieść o honorze, który uskrzydla. Nazwałbym ten tom studium honoru jako morderczego naddatku. Jako kamienia uwiązanego u szyi kasty, która nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, bez wojny, za to z koniecznością kupowania jedzenia za pieniądze zarobione przy wyplataniu parasoli.
Pierwszy tom „Satsuma gishiden”, wydany w Polsce przez Mandiocę, otwiera sekwencja, która dla czytelnika nieprzygotowanego na radykalizm Hiraty może być szokiem. Hiemontori to nic innego, jak makabryczna gra, w której stawką jest wątroba skazańca. Tak, dobrze czytacie, wątroba. I już te pełne krwi plansze pokazują, jak wygląda deklaracja programowa autora. Hirata, uznawany za jednego z największych mistrzów mangi historycznej, z chirurgiczną precyzją wycina z japońskiej historii wszelkie narośla współczesnego sentymentalizmu.
Autor walczy z naiwną skłonnością do oceniania przeszłości przez pryzmat dzisiejszej wrażliwości. W świecie „Satsuma gishiden” system kastowy nie jest jedynie tłem, ale głównym antagonistą. Twórca pokazuje Japonię jako mechanizm miażdżący jednostkę. Miejsce, gdzie wierność tradycji nie jest wyborem moralnym, lecz biologicznym przymusem, za który płaci się najwyższą cenę.
W jego ujęciu Japonia okresu Edo – już po przełomowej bitwie pod Sekigaharą i ugruntowaniu władzy Tokugawa – nie jest sceną dla heroicznych narracji. To przestrzeń głęboko zhierarchizowana, niemal klaustrofobiczna. Pokój, który oficjalnie nastaje po latach wojen, okazuje się fikcją. Wojownicy pozbawieni głównego zajęcia zostają wtłoczeni w role rzemieślników i usługodawców. To postacie tragiczne w swoim rozdarciu, gdyż poza codziennymi obowiązkami zachowują prawo (i wewnętrzny przymus) do zabicia każdego, kto naruszy ich iluzoryczną godność.
W tym sensie „Satsuma gishiden” wpisuje się w szerszy nurt opowieści o kryzysie klasy wojowników. Można tu dostrzec dalekie echo filmów Akiry Kurosawy, Masakiego Kobayashiego czy Hideo Goshy. Chodzi rzecz jasna o ten element ich filmografii, który demitologizuje samurajów, pokazując ich jako ludzi uwikłanych w sprzeczności epoki. Jednak Hirata idzie w swojej koncepcji jeszcze dalej. Odbiera swoim bohaterom nawet resztki romantyzmu. Wierność nie jest tu wyborem, lecz przymusem. Honor nie uszlachetnia, lecz więzi.
Szczególnie interesujące jest operowanie czasem narracyjnym. Hirata bez skrupułów zatrzymuje akcję, by na długich planszach objaśniać kontekst społeczny, ekonomiczny czy polityczny. Autor nie szuka protagonisty, z którym łatwo byłoby nam się utożsamić. Shiba Sakon, swoisty antybohater tego tomu, to postać ulepiona z cynizmu, sprytu i bezwzględności. Z perspektywy współczesnego odbiorcy przyzwyczajonego do płynnej, serialowej narracji, taki zabieg może wydawać się niepotrzebnym zaburzeniem rytmu. A jednak właśnie w tych dygresjach ujawnia się ambicja dzieła. Nie chodzi przecież o historię jednostki, lecz o rekonstrukcję świata jako systemu zależności. To manga, która chwilami bardziej przypomina esej historyczny niż klasyczną opowieść graficzną.
Nie bez znaczenia pozostaje także warstwa wizualna. Rysunki Hiraty są gęste, ciężkie, pełne detalu. Jakby każda kreska próbowała unieść ciężar epoki. Nie ma tu miejsca na estetyczną lekkość. Kadry bywają statyczne, wręcz przytłaczające, ale to właśnie dzięki temu czytelnik odczuwa materialność przedstawionego świata: ciężar zbroi, szorstkość tkanin, fizyczność przemocy. To estetyka, która nie tyle ilustruje historię, co ją współtworzy.
Na osobny komentarz zasługuje polskie tłumaczenie, które sięga po stylizację staropolską. Taki zabieg, momentami trudny w odbiorze, można czytać jako próbę znalezienia językowego ekwiwalentu dla dystansu kulturowego i historycznego. O ile jednak w teorii ma on potencjał, w praktyce bywa często barierą. Ja na niektórych stronach czułem po prostu sztuczność. Patos wylewający się z ust bohaterów jest tak samo nieporęczny jak ich miecze w warsztacie bednarskim. Być może to zagubienie uleci w niepamięć po kolejnej lekturze, w połączeniu z innymi tomami, które na dłużej pozwolą zatrzymać się w innej epoce.
„Satsuma gishiden” czytam dzisiaj jako interesujący głos w dyskusji o prezentyzmie – tendencji do oceniania przeszłości według współczesnych norm. Hirata świadomie się temu sprzeciwia. Nie usprawiedliwia okrucieństwa, ale też go nie filtruje. Pozwala mu wybrzmieć w całej jego surowości, a nas, odbiorców, zmusza do konfrontacji z obcym systemem wartości.
Pierwszy tom tej serii nie daje pełni odpowiedzi. I być może właśnie dlatego jest tak intrygujący. To bardziej zaproszenie do dalszej podróży niż zamknięta opowieść. Podróży wymagającej, momentami niewygodnej, ale ostatecznie niezwykle satysfakcjonującej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz