Recenzja „Kolekcjoner porzuconych dusz” Eliane Brum

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Liczba stron:  224

Oprawa: miękka

Tłumaczenie: Gabriel Borowski

Premiera:  15 września 2020 r.

We wstępie do książki, Eliane Brum pisze takie zdanie: „Brazylia istnieje jedynie w liczbie mnogiej, jako Brazylie”. Odcina się tym samym od licznych stereotypów, wiązanych na całym świecie z Krajem Kawy. Piłka nożna, karnawał w Rio, przemoc w fawelach – te wszystkie tematy gdzieś w tych reportażach się pojawią, czy to jako miejsce zamieszkania bohaterów, czy w postaci Pelego, odwiedzającego dom spokojnej starości. Każdorazowo ich rola będzie jednak wyłącznie tłem, dla portretowania psychiki bohaterów. „Kolekcjoner porzuconych dusz” nie jest zbiorem opowieści o Brazylii jako krainie geograficznej, przewodnikiem dla turystów, blogiem lifestylowym ujętym w formie papierowej. I całe szczęście. Autorka skupia się na ważnej dla niej kwestii, a jest nią szeroko rozumiana krzywda i życie z nią.

Dobry reportaż musi być przede wszystkim uczciwy. Tę kwestię Brum porusza już we wstępie. Mówi między innymi, że „Reportaż oznacza konieczność opuszczenia siebie i zamieszkania w drugim człowieku”, albo „to, o czym ludzie opowiadają, oraz jak mówią to, co mają do powiedzenia, jak dobierają wyrazy, jakie brzmienie ma ich głos i w jakich momentach milkną – wszystko zdradza o nich tyle samo albo i więcej, niż sama treść ich słów”. Dodaje także przepis, z którego sama korzysta podczas tworzenia opowieści. Odcina się od jakiejkolwiek ingerencji w słowa swoich rozmówców, wyjaśnia jak ważne jest niezadawanie pierwszego pytania, przestrzega przed odgórnym sterowaniem wypowiedzi, które często podążają w innym, niż oczekiwanym kierunku. Ponad dwadzieścia stron wstępu uspokaja czytelnika, daje mu odczuć, że najważniejsza w książce jest właśnie materia skomplikowanych emocji bohaterów, nie zaś tania sensacja. Brum nie idzie drogą Tochmana, mistrza emocjonalnego szantażowania. Potrafi wyjść poza kicz oczywistych pytań w stylu „jak utrzymasz teraz rodzinę”/ „co teraz z tobą będzie”? Nie ustrzegła się jednak zbyt nadmiernego patetyzowania, przez co bohaterowie, którzy sami o sobie mówią jak o zwykłych ludziach, urastają niejednokrotnie do miana męczenników.

Najciekawsze są krótkie teksty, znajdujące się na początku książki. „Puszcza akuszerek” przenosi nas w egzotyczne rejony Amazonii, gdzie dzielne metyski i indianki pływają po niebezpiecznej rzece, by za dobre słowo odbierać porody w polowych warunkach. Bohaterem „Szmeru” jest z kolei T. To człowiek śmiertelnie chory. Podejmując pracę przy azbeście nie wiedział, jak dramatyczne konsekwencje będzie miała ta decyzja dla losów jego rodziny. Mimo pogodzenia się z własnym przeznaczeniem, walczy o sprawiedliwość i prawdę. Czy jednak te wartości okażą się ważniejsze, niż najbliżsi? W tych dwóch tekstach Brum chowa się w cień. Jej osobiste uwagi są minimalne, a niepokoje bohaterów, wychodzą na pierwszy plan. Jest tu też Brazylia, jakiej zupełnie nie znamy. O tych problemach, praktycznie wcale się nie mówi i nie pisze.

„Kolekcjoner porzuconych dusz” porusza szereg innych, ważnych tematów. Obserwujemy życie w niebezpiecznej faweli, poznajemy losy kloszarda z Porto Alegre, przenosimy się do domu spokojnej starości, gdzie nawet miłość nie może rozkwitnąć w pełni. Autorka portretuje ludzi, którzy nie zawsze wzbudzają sympatię. Nie wchodzi też w krytykę, do końca pozostaje obiektywna. Lubi pisać ładnie, a to lirycznie, a to znowu dosadnie. Czasami równowaga między tymi zabawami formalnymi bywa zachwiana, przez co niektóre teksty dłużą się. Tak jak obiecała na początku, każda historia to inna Brazylia. Łączy je społeczna nić i mnogość problemów, z jakimi muszą borykać się bohaterowie. Sprawia to, że książkę mimo niewielkiej objętości, czyta się niełatwo. Brum ma w sobie coś takiego, że gdy pisze o tęsknocie, czytelnik tęskni razem z postaciami, gdy mówi o szczerym uczuciu, rozczulamy się. Jest autentyczna także dlatego, że do swojej książki zebrała różne postawy i motywacje. Są tu walczący o wyższe cele, pogodzeni z losem, szczęśliwi z pielęgnowania pokoleniowych tradycji czy osoby nastawione na rozpamiętywanie przeszłości. Widać, że interesują ją wszyscy, którzy odbiegają od utartych norm. Pewnie dlatego ten zbiór żyje w czytelniku, nawet wiele dni po lekturze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey