Recenzja "Mróz" Thomas Bernhard

Wydawca: Czytelnik

Liczba stron: 452

Tłumaczenie: Sławomir Błaut

Oprawa: zintegrowana

Premiera: marzec 2020 r.

„Mróz” jest powszechnie uznawany za debiut Thomasa Bernharda. Austriacki pisarz wydał go w 1963 roku, w tym samym czasie, w którym Nobla otrzymał Jorgos Seferis, a świat po raz pierwszy ujrzał „Grę w klasy” Cortazara. Aż trudno uwierzyć, że tak dojrzały utwór napisał człowiek 32-letni. Nie był to jednak zwykły człowiek, o czym przekonuje już pierwsze zdanie powieści: „Praktyka szpitalna studenta medycyny nie polega przecież tylko na przyglądaniu się skomplikowanym operacjom jelit, na unieruchamianiu płuc i odpiłowywaniu nóg, nie polega doprawdy tylko na zamykaniu oczu zmarłym i wyciąganiu dzieci na świat”. To jedno zdanie pokazuje nie tylko styl Barnharda, ale też jego upodobania. Może stanowić w jakimś sensie metaforę całej jego późniejszej ścieżki literackiej. 

Krystian Lupa nazwał Bernharda „człowiekiem, który wypomina nam całą naszą niegodziwość, demaskatorem, odkrywcą i namiętnym obrońcą nieśmiałego, kulturowo zakazanego monologu ludzkiego JA”. W tej opinii pada ważne sformułowanie, które pragnąc przenieść na grunt codziennego języka, mogę nazwać ‘obserwacją’. Austriacki pisarz uwielbia tworzyć sytuacje podglądania życia bohaterów przez narratora. Dobrym przykładem może być tu właśnie „Mróz”. Z jednej strony, przyglądanie się jest jedną z ulubionych, najczęściej doświadczanych przez bernhardowskich protagonistów czynności, z drugiej także jedną z fundamentalnych sytuacji organizujących świat przedstawiony. Tym razem owym podglądaczem będzie student medycyny wysłany na prośbę lekarza do niewielkiej miejscowości położonej w alpejskiej dolinie. Jego zadaniem nie będzie delektowanie się widokami, czy szukanie natchnienia do działania na świeżym powietrzu. Ma on obserwować życie brata lekarza, malarza Straucha. Ten bliski obłąkania artysta, robi wiele, aby na stałe wpisać się do kanonu  bernhardowskich postaci targanych przez różne, skrajne stany emocjonalne.

W rozmowie z Kristą Fleischamnn autor „Korekty” wyznał, że jego zdaniem każdy człowiek „potrzebuje płaszcza, bo inaczej zamarznie zimą”. Tę zimę w „Mrozie” pokazuje dosłownie, jako zaśnieżony pejzaż, chociaż całe zdanie, jest przecież jednym wielkim symbolem. Dla Bernharda działalność artystyczna, podobnie jak dla wielu innych pisarzy, jest środkiem łagodzącym jarzmo życia. Jego bohaterowie mają podobnie – aby znieść trudy egzystencji, próbują się z niej w jakiś sposób oswobodzić. Najczęściej uciekają od życia, chronią się na odludziach. Jego powieściowym przyjaciołom, codzienność wychodzi wyjątkowo tandetnie. Nie potrafią do niczego dojść, każdy ich ruch czy myśl zainfekowany jest wirusem tragizmu. Wrażenie nieufności i zagubienia, Bernhard buduje poprzez pozbawienie świata i języka ram logicznej budowy. Ciągłe powtarzanie kwestii nie tylko nadaje tekstowi rytmiczności, ale uświadamia nam, jak trudno bohaterowi tragicznemu powiedzieć coś raz a dobrze, by zostać dobrze wysłuchanym. Pisarz nie wierzy w nasze dobre intencje, w otwarty świat. Biczuje nas kolejnymi repetycjami nie po to też, abyśmy za którymś razem doznali olśnienia. Dla niego świat jest niekończącą się gonitwą, w której ciągle należy zaczynać od początku. Ze smutnego impasu nie ma wyjścia, są co najwyżej doraźne środki uśmierzające, które w dłuższej perspektywie nie mają większego znaczenia.

Na przykładzie „Mrozu” dobrze widać, jak wiele Bernhard czerpie z teatru. Młody student jest tu wcieleniem widza, oceniającego dziejący się przed nim spektakl. Malarz bombarduje nas swoimi psychodelicznymi wypowiedziami z iście teatralnym zacięciem. Jest przekonany o bezsensowności swojej roli, ale mimo to ciągle próbuje od nowa, ponieważ nic innego mu nie pozostaje. Sceneria całego dramatu, jest tu jedną wielką metaforą osamotnienia, lęku przed śmiercią i bólu egzystencjalnego. Ostatecznie „Mróz” pozostanie więc modelowym przykładem prozy austriackiego pisarza. To uczta, choć bardzo ciężkostrawna. Żadna tam przystawka czy delikatna ryba z sałatą, tylko ociekająca sokami trawiennymi dziczyzna, która pozostaje w człowieku na długo po spożyciu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey