Recenzja "Obsesja zbrodni" Michelle McNamara

Wydawca: Znak

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka

Premiera: 16 stycznia 2019 r.

„Obsesja zbrodni” to książka, która dobrze pokazuje, jak nie opowiadać o seryjnym mordercy. Zmarła tragicznie przed ukończeniem swojego dzieła dziennikarka i blogerka - Michelle McNamara, snuje w niej relację o Golden State Killerze – jednym z największych złoczyńców powojennej Ameryki, człowieku, który dopuścił się dwunastu morderstw, pięćdziesięciu gwałtów i zaliczył ponad sto włamań. Słowo snuje, jest tu jak najbardziej trafnym określeniem, bo też zapewnienia Stepena Kinga zamieszczone na okładce („pędzi, nie do zatrzymania”), są zwykłym marketingowym chwytem, który tym razem z samą lekturą ma niewiele wspólnego.

Już sam podział książki, należy uznać za pomysł nietrafiony. W pierwszej części Michelle McNamara wspomina swoje dzieciństwo, rodzinne zwyczaje i konflikty, opinie matki o swoim talencie literackim. Zupełnie nie rozumiem tej składowej książki, która nie tylko odwodzi nas od tematu samego dzieła, ale także wyprowadza ze stanu czytelniczej zachłanności – zamiast chcieć więcej, czekamy na moment, kiedy autorka zakończy wreszcie usprawiedliwianie swoich fascynacji. Cierpliwość jednak, tym razem się opłaca, przynajmniej częściowo. Poznajemy bowiem postać zabójcy EAR-ONS, dowiadujemy się o jego ambicjach, chorych potrzebach i niewyjaśnionych poszlakach. To prawdopodobnie najlepszy moment całej książki. Ofiara po ofierze, dziennikarka analizuje całkowity kształt przestępstwa, jednocześnie czyniąc to w sposób umiarkowanie zbeletryzowany. Jego ofiary nie są tu anonimowe. Dowiadujemy się kim były, co robiły, co zapamiętały z samej napaści. Spokojnie badamy schemat zbrodni, od drobiazgowych przygotowań, przez opis samego aktu (bez nadmiernego epatowania brutalnością), aż po oględziny i dalsze czynności proceduralne. Autorka metodą analizy porównawczej wyciąga wnioski o samej postaci, prowadzi nas przez gąszcz materiału dowodowego uwypuklając najistotniejsze dane. Jest więc konkretnie, chociaż z każdą kolejną stroną coraz bardziej nużąco.
 
W drugiej części reporterka podróżuje wraz z jednym z zaangażowanych stróżów prawa. Odwiedza po latach miejsca zbrodni, spotyka się z ludźmi, którzy poświęcili większość życia wytropieniu psychopaty. To bardzo przegadana część, będąca z jednej strony powtórzeniem tego, co już wiemy, z drugiej także pogłębioną refleksją na temat hobby, jakim jest poszukiwanie zabójców. Wreszcie ostatnia część, to uzupełniona przez dwóch współpracowników relacja o badaniach autorki. Mamy tu analizy geograficzne jego działalności, opis weryfikacji DNA śladów jakie zostawił, porównanie zeznań i metod działania – czyli ni mniej, ni więcej, jak kolejne powtórzenie, tym razem w nieco sformalizowanej, zmatematyzowanej i graficznie atrakcyjnej formie.

Jest więc „Obsesja zbrodni” książką bardzo nierówną i niespójną formalnie. McNamara początkowo stara się uatrakcyjnić czytelnikowi odbiór, przez fabularyzowanie historii ofiar, by chwile potem wrócić do gadania o sobie i dzielnych policjantach, a wreszcie utknąć między domysłami i analizą akt oraz taśm służbowych. Częsta zmiana konwencji sprawia, że napięcie, tak niezbędne przy tego typu tematyce, co i rusz spada. Ta powieść, jeśli mogę ją tak nazwać, broni się przede wszystkim w retrospekcjach, bo tam zarysowuje dużo ciekawsze i bardziej niejednoznaczne opowieści niż w opisywanej ze skrupulatnością kronikarza i gadatliwością psychoanalityka teraźniejszości. Autorka czyni słusznie, nie wystawiając sądów i broniąc się przed banalną grą na emocjach, jednocześnie jej problem polega na tym, że źle rozkłada akcenty i dopowiada za nas każdą niejasność, sugeruje drogę interpretacji. Trudność w lekturze polega też na tym, że „Obsesja zbrodni” jest zbiorem artykułów, analiz i dopisków, które często są wartościowe w skali mikro, razem nie tworzą jednak zwartej i płynnej frazy.

Książka Michelle McNamara ma charakter dygresyjny. Autorka bardzo lubi wchodzić w rozważania poboczne, z lubością przytacza naprawdę interesujące ciekawostki, których potencjału nie potrafi w pełni wykorzystać. Czasami historie o układzie architektonicznym danego miasta są niezwykle ważne, stanowią niezbędny element tła zbrodni. Widać w nich literacką duszę pisarki. Innym razem jednak, galopuje ona za daleko i przytacza dawne dzieje zupełnie w oderwaniu od akcji książki. Idealnym przykładem będzie tu moment, w którym wyjaśnia etymologię nazwy góry Mount Diablo. Podaje całą legendę tylko po to, aby po dwóch stronach rozważań wyjaśnić, iż to miejsce, gdzie mieszka. Tak właśnie kończy ten mały podrozdział, który stanowi kolejny element objaśniania swojego życia, nie zaś historii EAR-ONS.

„Obsesja zbrodni” mogła być dobrą książką. Historia niesie w sobie olbrzymi potencjał, jest to relacja wielowątkowa i sygnalizuje przynajmniej kilka ważkich problemów egzystencjalnych. Jej problemem jest niespójność w zastosowanych konwencjach, a także liczba podanych czytelnikowi wyjaśnień, a nie dwuznaczności, przez co swoją strukturą przypomina ona wykład z tezą. Mamy tu sporo niepotrzebnych scen, za dużo oczywistych przemyśleń, zbyt wiele sugestii i prowadzenie czytelnika za rękę. Wszystko to sprawia, że gdzieś umyka nam napięcie. Czyta się to momentami dobrze, choć bez większych emocji. Zło jest wyraźnie złem, dobro jednoznacznie dobrem, a w centrum pozostaje pasja poszukiwacza sensacji. To real thriller, który w gruncie rzeczy nie straszy, a przeraża jedynie tam, gdzie możemy czytać o faktach. Sama historia zbudowana jest tak, by można się było w niej wyraźnie określić. Od samego początku do końca, niestety.

Ocena

6 komentarzy:

  1. Raczej odpuszczę sobie tę książkę. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupelnie nie przekonuje mnie do siebie ta książka

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie, chyba nie tak powinien wyglądać reportaż o seryjnym mordercy... Mnie nie zachęca.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że książka nie okazała się lepsza. Mimo tego jednak chciałabym dać jej kiedyś szansę. Nie mówię jej 'nie'. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Na chwilę obecną sobie odpuszczę.

    Obserwuję bloga i będę zaglądać tutaj częściej. :))

    Pozdrawiam,
    http://nie-oceniam-po-okladkach.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Z wieloma uwagami zgodzę się, niemniej książka wciąga i czyta się ją lekko.

    OdpowiedzUsuń

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey