Recenzja "Jeszcze dzień życia" Damian Nenow, Raoul de la Fuente

Reżyseria: Damian Nenow, Raoul de la Fuente

Czas trwania: 1 godz. 25 min.

Kraj: Polska, Węgry, Hiszpania, Belgia, Niemcy
 
Premiera: 11 maja 2018 r

Trudno przy projekcji filmu „Jeszcze dzień życia” nie wspomnieć choćby półsłowem o „Walcu z baszirem”. Dzieło Ariego Folmana zapoczątkowało nową konwencję we współczesnej kinematografii – tworzenie dokumentalnych animacji dla dorosłych wzbogaconych o komiksową estetykę. W tę formę idealnie wpisuje się obraz Damiana Nenowa i Raoula de la Fuente, będący jednocześnie ekranizacją książki Ryszarda Kapuścińskiego.

Film ten stanowi zapis wydarzeń z wojny domowej w Angoli. Reporter z Polski opisał ten trudny konflikt i wydarzenia z 1975 roku, kiedy to wiatry historii zawiały w drugą stronę, a kajdany kolonializmu zostały zastąpione niepodległością. Małe tragedia i upokorzenia skonfrontowane są tu z międzynarodowymi szachami możnowładców. Po jednej stronie widzimy wypędzonych z własnych domów Portugalczyków, po drugiej wojnę toczoną między wspieraną przez Kubę i Związek Radziecki MPLA, a popieraną przez Stany Zjednoczone UNITA i FNLA. Ten film nie będzie ograniczał się jednak do raportowania kroniki ucieczek. Wraz z rozwojem zdarzeń obserwować będziemy coraz brutalniejsze sceny, w tym usłane trupami drogi i puchnące ciała matek z ich dziećmi.

Tak wygląda otoczenie, ale „Jeszcze dzień życia” to także historia o człowieku, i to wcale nie człowieku pospolitym. Kapuściński pragnie dostać się na front południowy, w czym zagrożenie widzą władze. Polski reporter nie miałby jednak tak wyrobionej marki, gdyby podobne przeszkody mogły go zniechęcić. Jego wycieczka rozpocznie się od Luango, percepcji ubogich dzielnic i zamieszkujących je mieszkańców. Później przeniesiemy się do auta, doświadczymy odkrywania piękna angolańskiego klimatu, spojrzymy na dramat zamordowanych obywateli, poznamy rozmowy z napotkanymi bojownikami i generałem Farusco. To wszystko zostanie uwypuklone w tej animacji, a zachowana do czasu równowaga między wątkami, pozwoli ukazać sposób funkcjonowania ludzkiego umysłu w czasie wojny. Z tych barwnych kadrów wyłoni się obraz istoty zamęczonej, przerażonej i zdeterminowanej do przetrwania za wszelką cenę. Gdzieś między słowami dostrzeżemy też to, czego słowami oddać się nie da – człowieka znajdującego się w pułapce koszmarów, w onirycznym transie.

I właśnie ta równowaga, a właściwie jej późniejsze zachwianie, będzie gwoździem do trumny tego filmu. Od pewnego momentu bowiem, twórcy postawili w centrum samego reżysera, jego wątpliwości, rozterki i zauroczenia.Kapuściński przesłania wszystko to, co znajduje się za nim. W film niepostrzeżenie wkrada się także intryga, której celem będzie z jednej strony przykucie uwagi mniej wymagającego widza, z drugiej także dalsza gloryfikacja bohatera. Autorzy wykorzystają wszelkie chwyty powszechnie forsowane w kinie akcji – spowolnienia, nagłe zmiany frontów, nerwowe odliczanie czasu, efektowne wybuchy. A wszystko to prowadzić będzie do patetycznej końcówki.

Obraz Nenowa i Fuente to wartościowy głos w sprawie mechanizmów wojennych i kondycji współczesnego człowieka. „Jeszcze dzień życia”, jak każdy film poruszający tematykę wojenną, traktować będzie o tragedii, bólu i traumie. Wszystko co koszmarne, będzie tu jednak przytłumione, znajdować się będzie poza pierwszym planem. Bohater grupowy gra tu ostatecznie podrzędną rolę, ustępując miejsca reporterowi. Trzeba jednak przyznać, że film ogląda się dobrze. Może to wszystko kwestia zastosowanej formy, stanowiącej doskonałą odskocznię od przeintelektualizowanej sztuki współczesnej. A może też siła tego obrazu tkwi w odwróconym podejściu do myślenia o sztuce – punktem wyjścia jest tu odmalowanie prawdziwego, brutalnego świata w wielokolorowej estetyce, przy jednoczesnej dbałości o psychologiczną głębię. To porusza bardziej niż jakakolwiek fikcja, choć trzeba uczciwie przyznać, że nie wszystkie kadry będą tu zachwycać. Wrażenie wtórności do „Walca z Baszirem” będzie szczególnie silne w surrealistycznych wizjach Kapuścińskiego. Wiarygodności dodają jednak dokumentalne wstawki i wywiady z uczestnikami tamtych zdarzeń, co summa summarum sprawia, że film powinien podobać się każdemu.
 
Ocena:

5 komentarzy:

  1. Myślę, że mojemu tacie ten film by się spodobał. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. A jak ocenisz film w porównaniu z książką? Jestem ogromną fanką tego reportażu i trochę obawiam, że twórcy sobie nie poradzili :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W reportażu jest zdecydowanie więcej faktów i obserwacji. W filmie z kolei duży nacisk położono na pracę reportera, ale też jego osobowość. Każda forma niesie za sobą inny przekaz, choć i jeden i drugi jest ważny. W mojej opinii warto znać oba dzieła, ale ja osobiście zawsze będę trzymał stronę książki.

      Usuń
  3. Oczywiście reportaż różni się od filmu wieloma aspektami. Książka jak zwykle ma więcej szczegółów, ale adaptacja też na bardzo wysokim poziomie. Obie formy świetnie i godne polecenia. Najlepiej najpierw przeczytać książkę, a potem pójść do kina.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdecydowanie najpierw książka, później film...

    OdpowiedzUsuń

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey