Recenzja "Zgiełk czasu" Julian Barnes

Wydawca: Świat książki

Liczba stron:
224

 
Oprawa: twarda


Premiera: 25 października 2017 r.

Najnowsza powieść Juliana Barnesa traktuje o losach wybitnego rosyjskiego kompozytora Dmitrija Szostakowicza. Pisarz postanowił snuć swoją opowieść w narracji trzecioosobowej, więżąc czytelnika w umyśle swojego bohatera. Dzięki temu zabiegowi, swoistej fuzji dziennika i dramatu, poznajemy nie tylko życiorys sławnego artysty, ale także, a może przede wszystkim jego emocjonalną walkę rozgrywającą się na pograniczu strachu, o życie własne i rodziny, oraz poczucia misji, w którym został ukształtowany. Książka jest także literacką próbą usprawiedliwienia kontrowersyjnej postawy twórcy „Lady Makbet mceńskiego powiatu”, nieszablonową spowiedzią, pośmiertnym dążeniem do odnalezienia stanu wewnętrznego katharsis.

„Zgiełk czasu” podzielony został na trzy zasadnicze części, odpowiadające najważniejszym momentom w życiu Szostakowicza. W każdej z nich obserwujemy bohatera w skrajnie trudnych i złożonych sytuacjach. „Pod windą” opisuje pierwszy poważny zatarg z władzą, gdy trzydziestoletni kompozytor zostaje publicznie potępiony przez towarzysza Stalina. Od wtedy swój początek biorą wątpliwości i mentalne tortury, ciągłe oczekiwanie na aresztowanie i skazanie. Drugi epizod, czyli „w samolocie”, to historia udziału artysty w Pokojowym Kongresie w USA. Wyjazd ten uświadomił kompozytorowi, że wyobcowanie nie wiąże się tylko z nieprzychylnością władzy, lecz także otoczeniem, pełnym niejasnych kontekstów i oczekiwań. Zrozpaczony Szostakowicz na obcej mu ziemi zrozumie, że nowoczesna władza nie szantażuje już śmiercią, ale ma w swoim zanadrzu jeszcze bardziej niebezpieczny oręż – dając pozory wolności upadla i niewoli jeszcze mocnej. Na koniec zaserwowano nam rozdział „w samochodzie”, sączony delikatnie niczym lampka czerwonego wina na siedzeniu w limuzynie, sterowanej przez szofera, który decyduje za nas o ścieżkach naszej destynacji. To właśnie ta część jest najbardziej wymowna i pogłębiona, spaja w sobie elementy poruszane w pozostałych miejscach i poddaje je wnikliwej analizie.

„Zgiełk czasu” to nasycony ekspresją fresk przerażającej epoki i studium człowieka zniewolonego, który usilnie stara się ocalić resztki godności, błądząc w skomplikowanym labiryncie chorego systemu. Bohater książki niczym więzień wikłać się będzie w toksyczne relacje, po to, by dać nadzieję na przetrwanie swoim dziełom. Będzie chciał za wszelką cenę nadać swojemu wyobcowaniu i abominacji jakiś sankcjonujący je sens. Autor opiera swoją przejmującą historię na kontraście: błyskotliwość i toporny ustrój, sztuka i zwierzęce instynkty, rodzina i przywiązanie do władcy, artystyczna dusza i przeinaczana interpretacja. Te doniosłe dychotomie utrzymują najnowszą książkę twórcy „Wymiarów życia” w doskonałym napięciu od samego początku do końca. W tej opowieści jest wszystko to, za co cenię biografie: niepokój, wyraziste emocje, czytelne motywacje i skomplikowane, niedwuznaczne pomysły na ich realizację.

Julian Barnes nakreśla wizerunek człowieka świadomego tego, iż tworzy muzykę, określaną jako gwar historii, mogącą pokonać tytułowy zgiełk czasu. Bohater głęboko wierzy, że żadne wydarzenia, poglądy, terror czy system, nie są w stanie mierzyć się z siłą przekazu jego utworów. Bo też „Zgiełk czasu” to opowieść o tym, że każda subiektywność odbioru może zanikać wówczas, gdy narzuca się jej określone interpretacje, zmieniające się często z dnia na dzień. Historia o tym, że uniwersalność bywa często wystawiana na próbę modzie, i trzeba dużo szczęścia i poświęcenia, aby te przeciwności przezwyciężyć.

Barnes pisze swoją książkę w absorbujący sposób. Nie jest nachalny ani patetyczny. Jego celem nie jest też stworzenie portretu człowieka idealnego, nie stara się go rehabilitować w naszych oczach na siłę. Wchodzi w skórę swojego bohatera i stara się krok po kroku budować jego dylematy i procesy myślowe. Nie zostanie przy tym ani potępiony, ani wywyższony, opinię o jego postępowaniu każdy czytelnik będzie musiał wyrobić w sobie sam.

„Zgiełk czasu” to poruszająca historia o wielkiej samotności, o heroizmie jednostki wrzuconej w wir totalitarnej zagłady. Opowiada o lojalności wobec własnego, mistycznego posłania w tym zupełnie prozaicznym aspekcie wyizolowania. To także niepokojąca wizja tego, w jak prosty sposób przemoc i terror może złamać przekonania. Przede wszystkim jest to narracja o niezależności, która dla Szostakowicza była sensem i środkiem do kreowania sztuki i która, mimo zawiłości losu i presji otoczenia, wyniosła nazwisko artysty i jego dzieła na piedestał, udowodniła, że poziom utworów, jest czymś silniejszym niż upływ czasu.

Ocena:

8 komentarzy:

  1. Ja jak na razie mam dość rzeczy biograficznych/około biograficznych xD Czytam obecnie drugą pod rząd biografię koszykarza, którego absolutnie nie znam poza książką i czuje przesyt xD

    OdpowiedzUsuń
  2. O, to coś dla mnie. :) Kiedyś czytałam "Papugę Flauberta" tego autora. Była to pasjonująca, a zarazem bardzo nietypowa biografia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa recenzja ciekawej książki. Zastanawię się nad nią.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie słyszałam jeszcze o tej książce i o tym autorze. Brzmi ciekawie, więc ja również zastanowię się nad tą książką. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mimo wszystko to jednak nie do końca coś dla mnie, ale fajnie, że tobie się podobało :))
    http://teczowabiblioteczka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Zaintrygowałeś mnie tą książką, myślę, że jak tylko będę miała możliwość, to ją przeczytam!

    OdpowiedzUsuń

Recenzja "Rozstanie" Katie Kitamura