Recenzja "Kali albo sól" Peter Handke

Wydawca: Eperons-Ostrogi

Liczba stron: 188


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski
 
Premiera: kwiecień 2021

Gdyby moją pierwszą książką Handkego była „Kali albo Sól”, uznałbym pisarza albo za wirtuoza słowa, albo, co bardziej prawdopodobne, za dziwaka i fanatyka bez talentu. Takiego Eda Wooda literatury. Znam jednak kilka innych dzieł austriackiego Noblisty, zatem doskonale wiem, jak różnorodnie potrafi pisać, a przede wszystkim rozumiem, że w jego kreacji świata nie ma miejsce na przypadki. Nawet jeśli nie wszystkie zdarzenia i wypowiadane słowa mają uzasadnienie przyczynowo-skutkowe.

W noweli „Kali albo Sól”, takich dziwactw i pozornych niedopatrzeń jest co najmniej kilka. Narrator w pewnym momencie wspomina, że w okolicach kopalni nie mieszkają już żadne dzieci, by za chwilę grupka dzieci pojawiła się nie wiadomo skąd. Innym znów razem otrzymujemy informację, że kobieta znalazła w kopalni swój dawno zagubiony cyrkiel, mimo jej zapewnień, iż nigdy wcześniej tego regionu nie odwiedzała (raz tylko przejeżdżała przez miejscowość). To tylko dwa z mrowia przykładów miejsc, gdzie Handke łamie narrację, wprowadza czytelnika w zaplanowaną konsternację. Dlaczego krzewy się poruszają, choć nie wieje wiatr? Te i wiele pytań będziemy zadawać sobie podczas lektury, a odpowiedź znikąd nie przyjdzie. Tu nie ma łatwych recept ani szczegółowych wskazówek jak odczytać dzieło. Handke bawi się językiem, eksploruje granice jego możliwości, burzy ład wciskany nam przez całe pokolenia w szkołach, prasie czy rodzinie.

A to wcale nie koniec.

Spójrzmy chociażby na takie trzy ustępy. Wybrane może nieprzypadkowo, ale całkowicie losowo:

„W kinie siedzi w jednym z pierwszych rzędów, najprawdopodobniej jako jedyny widz. Wszystkie rzędy przed nią są puste. Ekranu, jak poprzednio sceny, moje spojrzenie nie obejmuje. Widzę natomiast, co jest powyżej, poniżej i obok, EXIT, TOALETA, iluzjonistyczne malowidło przedstawiające lożę, a w niej namalowany cichy widz”.

„Węgorze i salamandry.

Sokoły i kosarze.

Szklane bloki i sople lodu.

Strzały wycięte z bzu i biczyska.

Miłość i śmierć”.

„Potem oboje umilkli, na długo, i przyglądali się nawzajem swoim twarzom.

On:

- Gdybym się zadał, oznaczałoby to okłamywanie kobiety.

Ona:

- Kogo? Pańskiej żony?

On:

- Nie. Pani. Kobiety tutaj…”

W pierwszym widzimy namiastkę literatury współczesnej. Ładne zdania, raz krótsze, innym razem nieco bardziej złożone. Doskonale opisują miejsce, w którym toczy się akcja. Nie stronią od popularnych zapożyczeń językowych. Takiej formy jest w książce bardzo dużo. Obok niej, współistnieje jeszcze inny język, nieco bardziej archaiczny. Namiastkę jego poetyckiego wymiaru zawiera ustęp drugi, zaś zalążek dramatu, zaprezentowałem na końcu. To oczywiście nie wszystko, bo Handke lubi tworzyć też zdania, które nie mają właściwie żadnego znaczenia dla fabuły książki. One po prostu zastępują jakieś określone dźwięki czy tony, których inaczej wyrazić nie sposób. Uzupełniają realizm nakreślonych sytuacji o marzenia senne.

Piszę tu sporo o samej narracji, celowo spychając fabułę na dalszy plan. Moim zdaniem ma ona u Handkego drugorzędne znaczenie. Oczywiście jest coś, co od biedy można nazwać ‘akcją’. Da się nawet to streścić – główna bohaterka, śpiewaczka, po odbyciu swojej ostatniej trasy koncertowej, wraca do rodzinnej miejscowości. Odwiedza matkę, podgląda górników pracujących w kopalni soli, poszukuje zaginione dziecko. Wszystko to tworzy baśniową topologię opowieści, którą obserwuje i kontroluje narrator. To taka uwspółcześniona „Pani Zima”, spisana dawno temu przez braci Grimm. Są przecież górnicy, kopalnia, ofiarowane kanapki. Przynajmniej na pozór, bo jak wspomniałem, jest wiele szczegółów, przyciągających „Kali i Sól” bliżej „Łysej śpiewaczki” Ionesco. Podobnie jak u rumuńskiego mistrza, tak i tu nie ma zawiązanego konfliktu, nie opisano jego kulminacji i nie podano zakończenia. Nie ma też bohaterów, gdyż występujące postacie, to tak naprawdę maski bez zindywidualizowanej tożsamości, bez celów życiowych, pozbawione marzeń, ale i trosk życia codziennego. Nieprzypadkowo główna postać książki nie ma imienia.

Po co więc czytać „Kali i Sól”? Można z pewnością doszukiwać się piętrowych odwołań do hinduskiej bogini czasu i śmierci, pogromczyni demonów i sił zła (na co może wskazywać tytuł). Można skupić się na historii zaginionego dziecka, wokół której Handke buduje swoje niecodzienne przedstawienie. Podobno zresztą to dziecko istniało naprawdę i nazywało się Natascha Kampusch (zainteresowanych jej losami, odsyłam do internetu). Można wreszcie poddać się fali folkloru i nieoczywistości, w którą zostajemy dość szybko wplątani. Dla mnie „Kali i Sól” to nade wszystko łamanie konwencji i brak możliwości swobodnej interpretacji przy użyciu analizy psychologicznej postaci oraz badania wątków i zdarzeń. To po prostu przełomowa praca    , która pokazuje dramat człowieka nie mogącego porozumieć się z drugą osobą. To hołd dla ludności wyalienowanej, żyjącej na krawędzi jawy i snu. To intelektualne dziwactwo, które albo się poczuje, albo całkowicie odrzuci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey