Recenzja "Wskrzesina" Artur Boratczuk

Wydawca: JanKa

Liczba stron: 296

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 3 lutego 2020 r.

Artur Boratczuk tak mówi o swojej książce „Wskrzesina” powstała przede wszystkim z pobudek jak najbardziej intymnych. Musiałem określić swój stosunek do Boga”. To właśnie to jedno zdanie sprawiło, że po książkę musiałem sięgnąć. Nie chodzi nawet o fakt, że czuję się jakoś w tej przestrzeni zagubiony, ale raczej o chęć usłyszenia nowego głosu. Poza tym w jakiś sposób poczułem się poruszony – w czasach, gdy na półkach księgarskich królują kryminały, książki o Auschwitz, poradniki i powieści obyczajowe (koniecznie dotykające aktualnej tematyki debaty publicznej: LGBT, edukacji, mediów społecznościowych, polityki prorodzinnej itd.), znalazł się człowiek, który napisał powieść nie dla czytelnika, ale dla siebie, aby coś sobie w głowie ułożyć. A wydaje mi się, że właśnie intymność artystyczna jest jednym z kluczowych elementów stanowiących o jakości dzieła.

Piszę o tym wszystkim nie po to, aby usprawiedliwić swój wybór, ale by już na początku zaznaczyć, czego w książce szukałem. I co ostatecznie znalazłem, choć wcale nie musiało być to takie oczywiste. „Wskrzesina” jest otwarta na co najmniej dwa nurty interpretacyjne. Dla jednych będzie to ciekawa historia dziejąca się gdzieś na prowincji Zachodniej Polski. Są różnorodne charaktery, ich problemy, narastające konflikty, romanse, emocje. Są motywacje, pożądania, tajemnica, zdrada i miód. Jest, kolokwialnie mówiąc, sensacyjnie i obyczajowo. Tylko że to wszystko tylko do czasu. Bo później… później jest już nieco dziwniej i na tym oczywistym fundamencie trudno będzie pewne wydarzenia wyjaśnić. Właśnie wtedy można zdać sobie sprawę, że książka Boratczuka jest jednak czymś innym, niż przypuszczaliśmy. I o tym chciałbym teraz napisać.

Akcję autor osadził we Fraudencji, wymyślonej mieścinie niedaleko Szczecina. Pomieszkuje w niej kilku ciekawych ludzi: były sekretarz PZPR, a obecnie wiekowy pszczelarz - Michał Serpina,  hodowca koni i 103-letni proboszcz w jednym, Niemiec wykupujący polską ziemię, były milicjant, niezaspokojona seksualnie kobieta i parę innych charakterów. Najważniejszy jest jednak przybysz. Adam ma czterdziestkę na karku. Przybywa na prowincję do pracy. Jego biznes komputerowy upadł, więc zatrudnił się jako pomoc pszczelarza. Trzeba przyznać, dość nieoczywisty wybór, który już na samym początku powinien wlać w czytelnika nieco wątpliwości. Powinny być one potęgowane także przez padające tu i ówdzie słowa („Adam spojrzał na szalejące zwierzęta. – Spokojnie – powiedział, a one uspokoiły się od razu”, „Kiedy tylko ujrzał go na ganku, miał wrażenie, że to ktoś, kto wszystko o nim wie, zna jego najtajniejsze myśli i zjawił się, by wydarzenia całego jego życia ułożyły się w jakiś sensowny obraz, bo gdy czasem spoglądał wstecz, widział tylko chaos”). W pewnym momencie dociera do nas, że Adam nie jest zwykłym człowiekiem, tylko Bogiem. Nie jest to jednak ten Bóg, o którym każdego tygodnia słyszymy na kazaniu. Nie wydaje się on być częścią i przewodnikiem żadnej znanej nam ziemskiej instytucji religijnej. Tajemniczy gość, bardziej niż nauczycielem, jest witalną siłą, która pobudza do działania wszystko wokoło. Adam jest więc kreacją indywidualnej impresji duchowej Boratczuka, a Fraudencja to forma autorskiego Universum  stworzonego po to, by opisać absolut za pomocą własnej wrażliwości.

Teologiczny wymiar książki stanowi jej ramę, organizując całą narrację. Stagnacja, brak celu i chęć znalezienia pomocy, są kanwą dla odwiedzin Adama, którego przybycie wprowadza barwy do szarej egzystencji miejscowości. Bohater Boratczuka zdradza dyskretne podobieństwa do Jezusa – opisy jego gestów i mimiki momentami przywodzą na myśl łagodne spojrzenia Chrystusa, a nienazwana moc daleko wykracza poza uwodzicielski urok, pozwalając mu wyczuć emocje i intencje innych osób („Adam był jak­by częścią jej samej. Ilekroć go spotykała, czuła się naładowana dziwną energią. Niewiele ze sobą rozmawiali, a wydawało jej się, że on wszystko o niej wie”). Głównym celem obecności gościa jest nadawanie sensu życia członkom lokalnej społeczności, rozumianego nie tylko jako niesienie pomocy, ale też uruchomienie nieubłaganego procesu powstawania problemów, porażek i rozczarowań. Dopiero one mogą dać człowiekowi spełnienie. W tym sensie uosabiana przez Adama metafizyczna aktywność jest impulsem nadającym znaczenie ludzkiemu bytowi, dotąd pogrążonemu w apatii.

Z drugiej strony boski dotyk, którego doświadczyli Justyna i inni, niesie w sobie także niebezpieczeństwo oszukania i porzucenia. Po jego nieoczekiwanym odejściu pozostaje bowiem pustka, a wybudzeni z marazmu poczują się w jakimś sensie obnażeni, osłabieni i niepewni w świecie, który do tej pory był ich strefą komfortu. To nagłe odejście ma tu sens nie tylko czysto fabularny, lecz stanowi również nieodłączny elementem doświadczenia religijnego. To nie Stwórca, Ojciec ani czuwający Duch są we „Wskrzesinie” obecni. Adam jest mistycznym bytem, który inicjuje ruch. Jego działania wymykają się poznaniu rozumowemu, ale całkiem dobrze można je odczytać na poziome zmysłów. Dlatego to właśnie Justyna powie o nim „Wtedy myślałam, że zwariował, bo jeszcze nie wiedziałam, że Adam jest Bogiem, ale teraz już rozumiem”. Choć spersonifikowany i dostępny, Bóg ma tu charakter indywidualnej, osobistej emanacji, wpływającej na jednostkową egzystencję, a nie na panoramę całego świata. Nie sądzę, aby miał on też jakiś szerszy plan. Pozostaje obojętny na to, co z rozdanymi darami duchowymi zrobią ludzie. Bóg Boratczuka odchodzi od Biblijnej siły kreacji, przyjmując formę starożytnej materii uzupełniającej surowy świat barbarzyńskich reguł.

Boratczuk kończy swoją książkę jasnym sygnałem „Znajdę sposób, żebyś wykiełkowała, wskrzesino – szepnę­ła, przyglądając się jej. – Będę ogrzewać cię swoimi myślami i czekać, aż wzrośniesz, rozkwitniesz i wydasz nowe nasiona. Chcę, żeby świat był przepojony zapachem twojego niebieskie­go nektaru, niewyczuwalnego dla zmysłów, ale wywołującego w umysłach tęsknotę za tym, co piękne i wieczne”. Bóg daje szanse na nowe życie. Pełny nadziei finał dopełnia portret religijnej alegorii. Ciekawej, zgrabnie opowiedzianej, może trochę zbyt dramatycznej i dosłownej, ale nadal pobudzającej do refleksji.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Recenzja "Mój Michael" Amos Oz