Recenzja "Rój Hellstroma" Frank Herbert

Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis

Liczba stron: 400


Oprawa: zintegrowana

Tłumaczenie: Andrzej Jankowski

Premiera: 27 kwietnia 2021

Franka Herberta wszyscy kojarzymy z Sagą Diuny. Warto jednak odnotować, że oprócz kronik dziejących się na pustynnej planecie Arrakis, amerykański pisarz stworzył kilkanaście innych powieści. Część do tej pory nie była tłumaczona na język polski. Jedną z nich jest „Rój Hellstroma”, który właśnie ukazał się nakładem Domu Wydawniczego Rebis w serii Wehikuł Czasu.

Przy okazji premierowego wydania książki warto wspomnieć, że inspiracją dla Herberta był film „Kronika Hellstroma” z 1971 roku. Wyreżyserowany przez trójkę znanych, chociaż raczej nie prestiżowych artystów (Walon Green, David Seltzer, Ed Spiegel), otrzymał Oscara dla najlepszego pełnometrażowego filmu dokumentalnego. Wyróżnienie trudno uznać za przypadkowe, bowiem sam film (nawiasem mówiąc, dostępny legalnie na youtube), jest wybitnym pokazem umiejętności operatorskich i prawdopodobnym prekursorem „Mikrokosmosu”. Trudno się dziwić, że przykuł uwagę Herberta.

W swojej książce pisarz kreśli obraz nowej społeczności. Tytułowy bohater, Nils Hellstrom to powiedzmy entomolog, ekolog oraz twórca filmów dokumentalnych o owadach. Taką maskę przybiera, na taką postać się kreuje. Trudno jednak oczekiwać wartkiej narracji z entomologiem w roli głównej i na szczęście Herbert na taki scenariusz nas nie skazuje. Hellstrom ma drugie oblicze, które dość nieoczekiwanie odkrywają ludzie z Agencji. Niewiele o nich wiemy, bo też oni sami niewiele o sobie mówią. Z jakiegoś powodu pilnują porządku społecznego, ale komu służą i jaki mają w tym cel? To musimy sobie sami dopowiedzieć.

Agenci odkrywają zatem tajemnice Projektu 40. Udają się na odległą farmę, by tam poznać szczegóły planu. Pewnie szybko odpuścili by dalsze poszukiwania, gdyby w trakcie pełnienia służby nie zaginął jeden z nich. Ta poszlaka staje się iskrą, która oświetli dość nieoczekiwane rozwiązanie całej zagadki (czy chodzi tu o szerzenie idei komunizmu, albo jakiś kult religijny?). Jeśli pamiętacie „Underground” Emira Kusturicy, wizja Herberta będzie dla Was w jakimś sensie uzupełnieniem obserwowanych tam ludzkich zachowań. Hellstrom, wbrew oczekiwaniom mocarnych zleceniodawców, chce po prostu ocalić ludzkość. Nie chodzi tu więc o żaden kult, tylko o przetrwanie i prawdziwe wartości. Chce stworzyć utopijne społeczeństwo, wolne od strachu, zazdrości, głodu i złości. Społeczeństwo, w którym wszyscy są spokojni i szczęśliwi, w którym każdy pracuje zgodnie, aby pomóc większej grupie. Ta idealna wizja nie mogłaby być wcielona w życie, gdyby nie pogłębiona analiza życia innego gatunku, który większość z nas chętnie by wytępiła.

„Rój Hellstroma” porusza ważne tematy, trudno tę wizję nazwać jednak świeżą czy oryginalną. Moc tej prozy tkwi gdzie indziej. Wartością są na przykład portrety postaci. W książce poznajemy garstkę agentów, którzy na zaledwie kilku stronach uzyskują prawdziwą osobowość. Herbert nie potrzebuje morza słów, by przekształcić bohatera w pełni rozwiniętą postać z różnymi nadziejami i obawami. To prawdziwy mistrz subtelnego rozwoju charakteru, ale nie tylko tego. Fabuła, choć mocno sensacyjna, rozwija się bardzo powoli. Autor kontempluje krajobraz, uczucia, emocje. Podkreśla tym samym, że nie o technologię tu chodzi, nie o zwroty akcji ani świetną zabawę, ale właśnie o człowieka. Ważna jest przyszłość nas samych i to jak uparcie dążymy do samozagłady. W tym sensie powieść jest nadal bardzo aktualna. Kto wie, może nawet bardziej niż w 1973 roku, gdy po raz pierwszy ją wydano.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey