Recenzja "Na drugim brzegu" praca zbiorowa

Wydawca:
PIW

Liczba stron: 350


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Włodzimierz Cieciura, Zofia Jakubów, Irena Kałużyńska, Joanna Karmasz, Lidia Kasarełło, Łukasz Mrugała, Ewa Paśnik-Tułowiecka, Małgorzata Religa, Agnieszka Walulik, Dorota Wernik

Premiera: 14 października 2020

Huang Chunming, Bai Xianyong, Chen Ruoxi, Ping Lu, Huang Fan, Li Ang, Zhu Tianwen, Wu Jinfa – osiem nazwisk, które trwale wpisały się w historię literatury Tajwanu, są dla mnie zupełnie obce. Może z jednym wyjątkiem. Godność Zhu Tianwen brzmiała mi jakoś znajomo i faktycznie po zweryfikowaniu tematu, okazało się że to ta sama T'ien-wen Chu, która odpowiadała za scenariusze do filmów „Zabójczyni”, „Miasto smutku”, „Lalkarz” czy „Trzy miłości”. Rzucam tak tytułami, bo wszystkie zostały wyreżyserowane przez Hsiao-hsien Hou, chyba najbardziej rozpoznawalnego na świecie tajwańskiego artystę, którego dzieła lubię i często do nich wracam. Praca Zhu Tianwen została zaprezentowana przedostatnia w tomie i jako jedna z trzech, najbardziej trafiła do mojego serca. „Miasto w letnim upale” opowiada historię Lu Congzhiego. To biznesmen w średnim wieku, który dał się wplątać w kilka problematycznych relacji. Na polu zawodowym kłopotem jest wygrany przetarg. Lu nie może zdobyć części do wykonania zlecenia, ponieważ ich dostawcom nie spodobało się jego uczestnictwo w zamówieniu publicznym. Rozwiązaniem może być znajomy, który oferuje mu dostawę materiałów, jednak po dwukrotnie zawyżonej cenie. Ten element opowiadania można odczytywać jako krytykę złych praktyk i korupcji w gospodarce. Tajwan jest przecież krajem o stosunkowo wysokim poziomie skorumpowania (według rankingu Transparency International zajmuje miejsce porównywane z Polską). To jednak nie problemy finansowe są dla protagonisty najważniejsze. Lu ma żonę Demei oraz kochankę Ye. Z tą drugą łączy go przede wszystkim udany seks, zaś z pierwszą dziecko. Nie kocha żadnej z nich, a wspominając dzieje swojego życia uczuciowego, skupia się nie na małych, pięknych chwilach, a na nieporozumieniach. Opisując losy rodziny Demei, Lu zwraca szczególną uwagę na śmierć jej młodszego brata, nie omija także innych wątpliwych ‘sukcesów’. Z tej pozbawionej chronologicznego układu narracji wydobywa się obraz człowieka samotnego, zanurzonego we wspomnieniach, które nie dają ukojenia, a dodatkowo ranią. „Miasto w letnim upale” to historia poszatkowana, dobrze wykadrowana. Od razu widać, że pisała ją osoba z filmowym doświadczeniem.

Na uwagę zasługuje także pierwsze opowiadanie zamieszczone w tomie. „Smak jabłek” to dla mnie idealny scenariusz na dzieło irańskiego reżysera Majida Majidiego. Każdy, kto miał okazję zobaczyć „Dzieci niebios” lub „Deszcz” wie, jak świetnie filmowiec radzi sobie z kreacją portretów ludzi ubogich, szczególnie dzieci. Urodzony w 1935 roku Huang Chunming, swoją uwagę skupia właśnie na młodszych bohaterach. Jest ich kilkoro, bo małżeństwo Agui i jej męża rozrysowane zostało dość sztampowo. Mamy więc: wielodzietność, niepełnosprawność, samodzielność młodszego pokolenia, ciągłe ryzyko sprzedaży do innej rodziny, obdrapane mieszkanie i przerażające ubóstwo. Właśnie w takich warunkach dochodzi do nieszczęścia, ojciec rodziny zostaje potrącony przez samochód i ląduje w szpitalu. Z czego będziemy teraz żyć? To pytanie kłębi się w wielu głowach, a odpowiedź jest różna, w zależności od zadającego pytanie. Agui jest wściekła na męża, bo jej nie posłuchał; najstarsza córka boi się, że to na nią spadnie obowiązek utrzymania rodziny; mąż z połamanymi nogami traci nadzieję. W ten smutny, wręcz apokaliptyczny krajobraz wkracza policja i pewien Amerykanin, który przynosi wiarę w lepsze jutro. Symbolicznym światłem w mrocznym tunelu życia ubogiej rodziny są jabłka, które stanowią dla bohaterów luksus, na jaki wcześniej nie mogli sobie pozwolić. Opowieść Huang Chunminga można uznać za bazującą na schematach. Jest typowy obraz ubogiej rodziny postawionej przed sytuacją graniczną, ukazanie różnic kulturowych między Tajwańczykami a Amerykanami (ci pierwsi są egoistyczni, głupi i pazerni, ci drudzy uprzejmi, bogaci i hojni), wreszcie pisarz odwołuje się do prostej symboliki papieru toaletowego i jabłek. A jednak na tym fundamencie powstaje opowieść, który przynajmniej mnie poruszyła swoją prostotą. Czuję do niej silny związek emocjonalny, jaki swego czasu poczułem także do innego opowiadania „Miasto graniczne” Shen Congwena. To ciekawe, że moje skojarzenie z tym utworem pojawiło się jeszcze przed tym, gdy dowiedziałem się, że Huang Chunming opierał swoje prace między innymi na antologii Congwena. Wynikało to z tego prostego powodu, że w okresie swojej młodości miał ograniczony dostęp do literatury. W jego zasięgu znajdowały się także „Stary człowiek i morze” Ernesta Hemingwaya, „Przygody Hucka Finna” Marka Twaina i „Róża dla Emily” Williama Faulknera. Bazował więc na tym, co ówcześnie było popularne. I chociaż dzisiaj czyta się jego opowiadanie jak wspomnienia z innej epoki, trudno odmówić mu uroku i jakiejś pierwotnej, naturalistycznej siły.

Wreszcie trzecia narracja, której tym razem nie będę szczegółowo streszczał. „Lai Suo” to tak naprawdę pierwsze znaczące dzieło Huang Fan, które zyskało szerokie uznanie, zdobywając w 1979 roku Nagrodę Literacką China Times (prestiżowe wyróżnienie jednej z największych gazet chińskojęzycznych na Tajwanie). Przeskakując między różnymi płaszczyznami czasowymi, autor maluje przed nami świat od okresu ery kolonialnej Japonii (1895–1945) do ostatniej dekady stanu wojennego, który zakończył się w 1987 roku. Jest to jedna z pierwszych historii, które przekraczają ścisłą polityczną dychotomię, atakując zarówno rządzącą Partię Nacjonalistów, jak i opozycję. Największą jej zaletą nie jest dziś jednak poruszana tematyka, a forma w jakiej udało się autorowi ją zaprezentować. To proza eksperymentalna, nasączona długimi, złożonymi zdaniami i strumieniem świadomości. Zupełnie przy tym nie męcząca, pozwalająca płynąć spokojnie z tekstem, nie obok fabuły, ale w samym jej centrum. Jeśli mam wskazać najbardziej dojrzały i pełny tekst całego zbioru, bez dwóch zdań będzie to właśnie „Lai Suo”.

Te trzy opowieści, stanowią o sile antologii „Na drugim brzegu”. Obok nich zawarto w tomie jeszcze osiem innych tekstów. Kilka z nich mogę śmiało uznać za udane, ujmujące, momentami nawet wstrząsające („Kasa biletowa”, „Pani domu Jin”, „Ostatnie przedstawienie”, „Śmierć na polu kukurydzy”). Pozostałe zupełnie nie trafiły do mojej wrażliwości. Li Ang, o której możemy przeczytać w notce biograficznej „jej twórczość porusza tematy feminizmu, seksualności i przemocy domowej…”, nie potrafiła mnie niczym zaskoczyć. „List, którego nie wysłałam”, to dość prosta, jednowymiarowa spowiedź z życia uczuciowego pewnej bohaterki. Obok wyznania miłości i opisu swoich przeżyć, wprowadza w tekście fragmenty badań, cytatów czy opinii na temat roli kobiet w świecie (np. „Bywa, że pewne grupy całkowicie dominują inne – powodem jest przede wszystkim różnica w ich liczebności: większość dominuje i uciska mniejszość. Jednakże kobiety, w przeciwieństwie do czarnych czy żydowskich społeczności w Stanach Zjednoczonych, bynajmniej nie stanowią mniejszości; kobiet jest na świecie tyle samo ile mężczyzn, a nawet więcej”). Te skutecznie wytrącają z rytmu narracji i banalizują przekaz opowiadania. Inny problem mam z „Lalką”, drugą historią autorki. Tu z kolei brakuje fabuły, przyglądamy się myślom i fantazjom pewnej kobiety. A ta potrafi płatać figle („Nagle przypomniała sobie o piersiach, z którymi wiązała taką nadzieję, że jednak wyrosną jej mężowi”). Pewnie tę historię bardziej docenią przedstawicielki płci pięknej, które szukają w literaturze nieco zmysłowości. Na koniec narzekania jeszcze „Żółwi klan”, czyli opowieść o człowieku, który uzyskał zdolność chowania swojej głowy w tułowiu. Opowiadanie może przypominać narracje Akutagawy czy Murakamiego, w których niesamowitość, przeplata się z bieżącymi problemami człowieka. Co więc poszło nie tak? W skrócie mogę powiedzieć tak - za dużo bajkowości, a za mało życia.

„Na drugim brzegu” to druga po „Kamieniu w lustrze” antologia pisarzy z krajów azjatyckich, wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Tym razem otrzymujemy zbiór bardziej nierówny, jakościowo słabszy, który ma jednak kilka zalet. Przede wszystkim ukazuje wszechstronność tajwańskich pisarzy. Mamy tu opowieści społeczne, wewnętrzne przeżycia bohaterów, elementy grozy czy fantastyki. Są narracje pisane naturalistyczne, ale też takie ocierające się o oniryzm. Można je czytać przez pryzmat jednostki, jak i narodu, z całym jego bagażem historycznych uwarunkowań. Mamy biedaków, przedstawicieli klasy średniej, wysoko postawionych polityków, cudzoziemców. To naprawdę ciekawy kalejdoskop tamtejszej kultury. Dobrze, że takie tomy wydaje się w Polsce, bo poszerzają nasze horyzonty.   

1 komentarz:

  1. Bardzo hybrydowa książka - ciekawie się ją czyta i analizuje. Dobrze napisana recenzja.

    OdpowiedzUsuń

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey