Recenzja "Dramaty t. I" Thomas Bernhard

Wydawca: Czytelnik

Liczba stron: 356

Tłumaczenie: Monika Muskała, Danuta Żmij-Zielińska

Oprawa: zintegrowana

Premiera: czerwiec 2020 r.

Thomas Bernhard to artysta, którego twórczość stoi w opozycji do tak zwanej literatury „dobrze skrojonej”, atrakcyjnie podanej czytelnikowi dla celów zabawy i relaksu. Trudno doszukać się w jakimkolwiek jego dziele zabiegów obliczonych na kreację dzieła poczytnego, szablonowego. Używana przez niego materia języka została względnie szybko zamknięta w osobliwy model pisania, który był powielany w kolejnych dziełach, dzięki czemu dzisiaj możemy mówić o stylu bernhardowskim. Pięknie określa go Marta Mizuro w słowie o „Autobiografiach” „Jest to bowiem taki typ pisarstwa, jaki wymaga albo bezwarunkowej akceptacji i przyjęcia twardych reguł narzuconych przez autora, albo całkowitej obojętności, znieczulenia się i na język, i na emocjonalny ładunek tej prozy”.

W praktycznie każdym omówieniu jego dzieł podkreśla się ponury i pesymistyczny wydźwięk tej beletrystyki. Jego dzieła przesiąknięte są samotnością, cierpieniem, bólem, a także kryzysem mitu spokojnej, szczęśliwej Austrii. Te wszystkie cechy biorą się z trudnych doświadczeń życiowych autora, o których jednak nie chcę tu pisać, zbyt wiele opracowań tę tematykę już poruszało. Niewiele jednak z nich sili się na spostrzeżenie, że autor „Mrozu” to tak naprawdę twórca wielotematyczny, o czym dobitnie przekonuje lektura pierwszego tomu „Dramatów”. Na książkę składają się trzy sztuki: „Siła przyzwyczajenia”, „Minetti. Portret artysty z czasów starości” i „Przed odejściem w stan spoczynku”. Choć wybrzmiewają tu echa dobrze znanej z innych publikacji krytyki państwa, ojczyzny i społeczności, to można odnaleźć także wątki destrukcyjnego ujęcia sztuki. W tym sensie dramatystanowią swoisty wstęp do tego, co Bernhard wyraził na końcu swojej drogi w powieści. „Wymazywanie. Rozpad”, a także rzucają inne światło na jego decyzję o zakazie publikacji i wystawiania swoich dzieł w Austrii do czasu upłynięcia praw autorskich.

„Dramaty t. I” zaczynają się od cyrku. „Siła przyzwyczajenia” to uniwersalna przypowieść o opętanym manią wielkości artyście, bezwzględnym i sadystycznym  dyrektorze cyrku,  który w imię swoich chorych ambicji, stara się stworzyć sztukę doskonałą.  Zamknięcie akcji w małej przestrzeni – cyrk jest wszak niewielkich rozmiarów, działa na prowincji, a widownia porzuciła już tę formę rozrywki, na rzecz innych mediów – można interpretować bardzo szeroko: na gruncie kraju, regionu, społeczności lokalnej, czy nawet rodziny. Cyrkowcy uosabiają dobrze nam znane charaktery, a połączenie scenicznej pracy z obsesją dyrektora Caribaldiego i muzyką słynnego kwintetu smyczkowego Franciszka Schuberta „Pstrąg”, daje efekt totalnego zagubienia i niepewności co do istnienia czegoś takiego jak wolność, racjonalność i humanizm. „Siła przyzwyczajenia” to z jednej strony wyrafinowane studium dominacji, z drugiej istotny traktat o sztuce. Bernhard zestawia marzenia o idealizmie, z chorą, monotonną pracą nad drobnymi elementami. Czy tyrania codziennych ćwiczeń może w końcu doprowadzić do stworzenia czegoś doskonałego? Czy warto płacić taką cenę? Czy należy bezwolnie trwać w zaklętym kole upadku? Wreszcie czy maestrię można przedkładać ponad własne życie?

Jeszcze bardziej sugestywna jest druga sztuka zawarta w zbiorze „Minetti. Portret artysty z czasów starości”. W oryginale tytuł brzmi po prostu „Minetti”, ale polski tłumacz, całkiem zresztą słusznie założył, że postać Bernarda Minettiego nie będzie polskiemu czytelnikowi znana. Niemiecki aktor urodził się w 1905 roku w Kilonii, a już w wieku 24 lat zagrał Don Carlosa i Hamleta. Te role były dla niego bramą do kariery. W 1931 roku przeniósł się do Berlina, gdzie dał się zapamiętać publiczności jako Franz Moor w „Zbójcach”, Gessler w „Wilhelmie Tellu” oraz Brutus w „Juliuszu Cezarze”. Przez całe dorosłe życie związany był z kilkoma teatrami, niemniej tym najważniejszym był dla niego Schiller Theater. To tam grał dla Clausa Peymanna w sztukach Bernharda tytułowe role. Minetti na scenie musiał pozostać sobą. Przemiany w inne charaktery, dostosowanie zachowania scenicznego do nienaturalnych dla niego właściwości – to wszystko zbywał żywą mimiką i nadmierną teatralnością. Najczęściej grywał wielkie osobowości, przywódców, niepokorne charaktery. Tu czuł się jak ryba w wodzie i miało to też oddźwięk w odbiorze dzieła przez publiczność. Jak twierdzą krytycy, Minetti był największym aktorem niemieckiego teatru w XX wieku i to właśnie jemu Thomas Bernhard poświęcił swoją sztukę. Przedstawia w niej człowieka, będącego nie tylko artystą, lecz także obłąkanym bankrutem. To swoista spowiedź starego aktora, który po latach odsunięcia od zawodu i niekończących się ćwiczeniach, chce wrócić na scenę. To nie będzie jednak mu dane, mimo mistrzostwa, do jakiego doszedł w indywidualnych treningach. Minetti w ujęciu Bernharda to człowiek oderwany od ludzi, od życia, całkowicie oddany sztuce aktorskiej. W wywiadzie udzielonym dla „Theater heute” Minetti wspomina, że „To niezwykłe, ile Bernhard o mnie wie, zważywszy na to, że nasze spotkania, mierząc w czasie, trwały łącznie około trzech godzin”. Znowu zatem sztuka, przerosła życie, a dramat o konkretnej osobie, można i należy odczytywać w szerszym kontekście.

Na koniec pozostaje prawdziwa bomba. Tym razem nie będzie o sztuce, o akcie kreacji, o zagubionej duszy. W „Przed odejściem w stan spoczynku" Bernhard rozlicza się z wielką historią, ale także ze zbrodnią, w jej ewolucyjnym charakterze. Bohaterem jest mała rodzina. Brat, to szanowany sędzia, człowiek sukcesu. Stać go na utrzymywanie dwóch sióstr, z których jedna jest wojennym kaleką. Ów znamienity człowiek ma jednak też drugą stronę. W czasie wojny pełnił funkcję oficera SS, a zbrodnicza ideologia tak przesiąknęła do jego krwioobiegu, że obecnie silnie oddziałuje na więzi rodzinne. To nie jest zwykły dom, w którym spotyka się rodzeństwo przy niedzielnym obiedzie. Zamiast rozmów o dawnych czasach, o przeczytanych książkach czy zasadzonych kwiatach, obserwujemy perwersyjną rzeczywistość, w jej  licznych, patologicznych wariantach. Można interpretować „Przed odejściem w stan spoczynku" jako sztukę rozliczeniową z nazizmem, ale można też spojrzeć na nią z bliższego nam punktu widzenia. Właściwie to, że mamy tu do czynienia z Niemcami, nie ma większego znaczenia. Polska też miała, ma i będzie mieć swoich zbrodniarzy. Areną ich nikczemności może być konflikt wojenny, ale też kampania wyborcza, jednostka publiczna czy właśnie rodzina.

Bernharda można czytać swoimi kontekstami. Nadaje to jego dziełom nowego wymiaru, a przede wszystkim sprawia, że mimo upływu lat i publikacji kolejnych wznowień, w jego muzycznej frazie nadal można dostrzec uniwersalizm i świeżość. Jakby był tu z nami i dalej obserwował rodzące się cierpienie. „Dramaty t. I” to trzy spojrzenia na tyranię męskości, na chore ambicje, zamiłowanie do siły i perfekcjonizm. To przestroga, szczególnie aktualna obecnie, kiedy decyzje jednego człowieka, oddziałują na miliony osób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey