Recenzja "Piramidy dni" Daina Opolskaitė

"Piramidy dni" to zbiór opowiadań litewskiej autorki Dainy Opolskaitė wydany przez Marpress w serii Bałtyk.
Wydawca: Marpress

Liczba stron: 260


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Kamil Pecela
 
Premiera: 12 listopada 2021 rok

„Piramidy dni” to taki zbiór opowiadań, który większość czytelników będzie drażnić niczym nierozchodzony but na długiej, górskiej wyprawie. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś skłonność autorki do opisywania brutalnych zachowań czy ucieczkę bohaterów w sferę szaleństwa (choć i to nam się tu trafi). Tym, co naprawdę wytrąci z pozycji komfortu będzie ukazanie, na jak wiele sposobów można odczuwać smutek i samotność.

Matki, ojcowie, dzieci, przyjaciele – konfiguracji jest w tej książce bardzo wiele. Każda narracja ogniskuje się wokół tematu trudnych relacji. Przemoc, jako narzędzie dostępne dla każdego osiłka, nie jest tu szczególnie mocno eksponowana. Daina Opolskaitė woli mówić o krzywdach wyrządzanych bardziej subtelnie, często nieświadomie, na przykład poprzez błąd z przeszłości, niedojrzałość czy nieuporządkowanie. Wielokrotnie nie definiuje wprost, dlaczego bohaterowie znaleźli się w danej sytuacji albo robi to stopniowo, jak w opowiadaniu „Kraty”. Poznajemy w nim kobietę, która przygarnia białowłosego chłopca. Ten nie wpisuje się w jej obraz wymarzonego dziecka, przez co ich relacje pełne są nieporozumień i emocji. Dlaczego zatem wzięła go pod swoje skrzydła?  

W tekstach Dainy Opolskaitė podoba mi się klimat – surowy, rzeczowy, ale między wierszami pulsujący strachem, tęsknotą, czasami pożądaniem. Autorka umiejętnie gra niedopowiedzeniami. Jej proza jest bezkompromisowa i daleka od chęci przypodobania się czytelnikowi. „Piramidy dni” promieniują smutkiem, wyciągają na światło dzienne ukryte lęki i próbują znaleźć remedium na codzienne bolączki.

Jest tu kilka ciekawych historii. Ot chociażby „To, co prawdziwe”, gdzie prosta dziewczyna zakochuje się w przypadkowym motocykliście. Ich pączkujący związek nie znajduje jednak szczęśliwego finału. W innym opowiadaniu narratorem jest dziecko – najpierw nienarodzone, później już nieco starsze. To młode stworzenie od zawsze czuje, że jej rodziców coś dzieli. Jakaś tajemnica, której nie sposób opisać słowami. Dopiero pojawienie się drugiego mężczyzny pozwoli znaleźć jej wewnętrzną równowagę.

Kolejne historie nie wyróżniają się zaskakującą fabułą. Tu nie o szokowanie chodzi, a o konsekwencje w komponowaniu mozaiki przypadków. Daina Opolskaitė łącząc surowy klimat z zaskakującymi życiorysami, stawia swoich bohaterów w trudnym położeniu. Zmusza ich do wychodzenia ze strefy komfortu. Do ciągłego szukania harmonii we własnym życiu. Ucieczka, choć czasami dająca wytchnienie, jest tak naprawdę tylko początkiem. Pierwszym krokiem, po którym trzeba postawić kolejny, dużo trudniejszy. Ważna jest w „Piramidach dni” symbolika wody. Raz ukazana jako barometr odmierzający upływający czas. W innym opowiadaniu przemienia się w lód, który niepokoić będzie swoim chłodem. Woda jest także głównym składnikiem morza, gdzie dla jednej z bohaterem wydarzyło się wszystko, co najważniejsze.

Nie sądzę, aby zbiór opowiadań litewskiej pisarki przekonał do siebie wytrawnych czytelników. Podobnych, psychoanalitycznych historii trochę już napisano. Daina Opolskaitė nie używa własnego, indywidualnego stylu. Jej zdania są wycyzelowane, pozbawione ozdobników. Dzięki nim lepiej widać tętniące emocje, ale z drugiej strony książka nie zapada w pamięć tak, jak pewnie autorka by tego sobie życzyła. Brak szokujących scen, mocnych kontrowersji, niesamowitych intryg, świeżego stylu czy chociażby inspirującego sposobu komponowania tekstów – to wszystko wpływa na to, że „Piramidy dni” fajnie się czyta. I tyle. Brakuje im szczerości, dosadności, jakiegoś pierwiastka, który przykułby uwagę. Podoba mi się, ale wracać już nie zamierzam.  

Recenzja "Załoga Promienia" Tillie Walden

Wydawca: Kultura Gniewu

Liczba stron: 540


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Marceli Szpak
 
Premiera: 20 stycznia 2022 rok

Pamiętacie film „Armagedon”, w którym wystąpili Bruce Willis, Liv Tyler, Ben Affleck i Billy Bob Thornton? Czego w nim nie było? Dzielni bohaterowie, męczeństwo w imię wyższych ideałów, niezapomniana przygoda w kosmosie, płomienne uczucia. Podobnie jest z „Załogą Promienia”, przy czym w tym wypadku do kotła z pomysłami dorzucono jeszcze wątki poruszane przez Abdellatifa Kechiche w „Życiu Adeli” i parę innych. Powstała z tego materia przytłacza nie tyle rozmachem (wszak to 550 stron czytania), ile brakiem pomysłu na związanie ze sobą takiego morzą wątków.

Zacznijmy od początku. Świat przedstawiony w komiksie Tillie Walden nie przypomina żadnego, o którym słyszałbym wcześniej. W kosmosie dryfują sobie różnego rodzaju obiekty: szpitale, świątynie, domy, szkoły. Przedostać się do nich wcale nie jest tak trudno. Wystarczy wejść w jedną z latających ryb i ustawić odpowiednio współrzędne geograficzne. Tak właśnie postępuje Mia, która pewnego dnia dołącza do tytułowej załogi Promienia. Razem z grupką współpracowników zajmuje się odzyskiwaniem i renowacją zapomnianych budowli.

W tym miejscu chciałbym napisać, że odwiedzimy całkiem sporo tego typu obiektów, które nasi bohaterowie będą dzielnie naprawiać, jednocześnie poznając się, docierając i trwając ze swoimi niezrealizowanymi marzeniami. Nic z tego. Akcja szybko zostaje rozbita na dwa plany czasowe. W pierwszym załoga coś tam działa, chociaż ich aktywności są rozpisane wyjątkowo ubogo, niewiele mają wspólnego z naszym dziedzictwem i w sumie nawet nie wiadomo kiedy i dlaczego zawiązuje się między nimi coś więcej, niż zwykła zawodowa relacja. Słowa jakie między nimi padają, kłótnie do jakich dochodzi, pojawiające się wątpliwości – to wszystko jest sztuczne i pisane na siłę.

Przenosimy się też 5 lat wstecz, gdy Mia trafiła do nowej szkoły. Jej lekkie podejście do panujących zasad przysparza sporo problemów. I chociaż ostatecznie uczelnię ukończy z miernymi wynikami (o czym dowiadujemy się w toku narracji), to tak naprawdę mogłaby zostać wyrzucona z niej dużo wcześniej, gdyby nie wstawiennictwo jej pierwszej miłości. Grace poza tym, że jest czarnoskóra (a jakże!), nie lubi towarzystwa, jest szaleńczo inteligentna i ma swoją tajemnicę, która ostatecznie rozdzieli obie dziewczyny.

Przeplatanie się tych dwóch płaszczyzn czasowych jest nawet spójnie skomponowane i to nie w tym miejscu szukałbym problemu komiksu. Większą bolączką jest z pewnością to, w jaką stronę cała akcja podąża. A jest nią próba uratowania utraconej miłości. Mamy więc przygodę (jak w „Armagedonie”), miłość (jak w „Armagedonie”), męczeństwo (jak w „Armagedonie”) i olbrzymie pokłady odwagi (jak w „Armagedonie”). Autorka zapomniała przy tym o czymś ważniejszym – o swoich bohaterach. Ci są wykreowani jednowymiarowo. Dobrzy albo źli, mądrzy albo głupi, zagubieni albo oświeceni. Ich rozmowy są banalne, pozbawione jakiejkolwiek głębszej refleksji czy ikry. Nawet sposób ich portretowania przypomina rysowanie przez kalkę.

Walden popełnia jeszcze kilka grzechów. Miejscami rozwleka ujęcia, by za chwilę przyspieszyć akcję do niczym nieuzasadnionych rozmiarów. Odwołuje się do LGBT+, jednocześnie traktując te wątki całkowicie bez pogłębienia. Jakby losowała z worka karteczki z poleceniami i wypełniała je bez dbałości o należyte rozwinięcie zagadnienia. Totalnym nieporozumieniem jest Ell, postać niebinarna, o której inni mówią „onu”, „techniku” itd. Po co jeszcze ona w tym całym rozgardiaszu? Dla ukazania potrzeby tolerancji? Pewnie tak, ale wyszło to doprawdy nieudolnie.

„Załoga Promienia” miała być niesamowitą kosmiczną love story z niebanalną fabułą i postaciami. Nie jest. To raczej zlepek modnych obecnie tematów, do których autorka wykreowała swój własny świat. Komiks ma swoje zalety, ale jest ich stosunkowo niewiele. Po lekturze pozostaje niesmak. Tak się nie opowiada historii. Naprawdę nie trzeba na siłę ruszać wszystkiego. Czasami lepiej skupić się na jednym problemie i rozwinąć go nieśpiesznie i z wrażliwością. Duże rozczarowanie.

Recenzja "Podziemie pamięci" Yōko Ogawa

Podziemie pamięci Yoko Ogawa - recenzja książki od Wydawnictwa Tajfuny
Wydawca: Tajfuny

Liczba stron: 288


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie:Anna Karpiuk
 
Premiera: 8 lutego 2022 rok

Czytanie książek Yōko Ogawy jest jak chodzenie po sinusoidzie. Pozytywne emocje i zaskoczenia przeżywane podczas lektury „Grobowej ciszy, żałobnegozgiełku”, mieszają się z rozczarowaniami wtórnością „Ukochanego równaniaprofesora” czy „Podziemia pamięci”. Ten ostatni zawód jest o tyle bolesny, że nowość od Wydawnictwa Tajfuny miała wszystko, aby do gustu przypaść. Dystopia, miejsce na liście nominacji Bookera obok chociażby Jona Fosse, liczne porównania do Orwella, Marqueza czy Kobo Abe – to powinno się udać. A jednak ostatecznie coś tu nie zagrało.

"Podziemie pamięci" Yōko Ogawy była nominowana do nagrody Bookera

Mam świadomość, że tak kategoryczna opinia może spotkać się z niezrozumieniem. Sukces  „Ukochanego równania profesora” pokazuje, że polski czytelnik potrzebuje prostych, wzruszających historii w stylu filmowych „Nietykalnych”. Podobnie może być zresztą z kolejną książką autorki, która porzuca umiejętne niedopowiedzenie i operowanie nieoczywistością (znane z jej zbioru opowiadań) i znowu opisuje przyjaźń i bezinteresowną pomoc. Opisuje zresztą ckliwie, co zawsze odrzucało mnie od przedstawionych wydarzeń.

Do rzeczy. W „Podziemiu pamięci” poznajemy trójkę bohaterów: samotną pisarkę skrzywdzoną przez system, wiekowego człowieka morza i Pana R., który czyta i redaguje książki. Początkowo łączy ich niewiele – ot uprzejmości czy zawodowe zobowiązania. Z czasem relacje się zacieśniają, głównie dzięki wyjątkowym wydarzeniom dziejącym się wokoło. 

"Podziemia pamięci" Yoko Ogawy to dystopia odwołująca się do innych dzieł literatury światowej - Orwella, Marqueza czy Bradbury'ego.

Akcja toczy się na wyspie, z której wypłynąć jest bardzo trudno. Cechą charakterystyczną miejsca jest znikanie różnych przedmiotów, czynności czy nawet części ciała. Po prostu pewnego dnia ludzie się budzą i już wiedzą, że zaraz będą musieli jakiś fant definitywnie zniszczyć. Jeśli się temu przeciwstawią, doścignie ich sroga ręka sprawiedliwości. Tak więc giną statki, pozytywki, ptaki czy książki (scena nawiązująca do „451 stopni Fahrenheita”). Wraz z przedmiotami znika też pamięć o nich. Przynajmniej u większości mieszkańców, bo część wyróżnionych przez los, nosi w sobie wspomnienia aż do końca. To właśnie ich ścigają specjalne służby. Tak przepadła matka bohaterki, tak też przepaść może niebawem Pan R. Co mu pozostaje? Zaszycie się w melinie. Ten epizod definitywnie łączy losy trójki protagonistów.

W "Podziemiu pamięci Yōko Ogawy można odnaleźć wątki dobrze znane z prozy Harukiego Murakamiego

Ogawa w książce "Podziemie pamięci" odwołuje się do pojęcia mono no aware. Postaci są tu raczej smutne, nieszczęśliwe, opuszczone. Z utęsknieniem wspominają dawne czasy, chętnie wyrażają melancholię przemijania, objawiającą się chociażby ciepłym stosunkiem do znikających artefaktów. Autorka skupia swoje siły na ukazaniu skutku kontaktu bohaterów z małymi sprawami. Z tego powodu dużo tu opisów sortowania rzeczy, przyglądania się szczegółom wykonania, kupowania warzyw czy rozmawiania  o sprawach przyziemnych. To wszystko mogłoby być nawet ciekawe, gdyby nie było tak rozwleczone i oczywiste. Razi oszczędny język z dużą ilości powtórzeń i wyjaśnień. Jak refren powracają wciąż te same refleksje, konstrukcje stylistyczne, motywy dobrze nam znane chociażby z prozy Murakamiego.

"Podziemie pamięci" to powieść, która nieumiejętnie manipuluje emocjami czytelnika

Nie lubię powieści z nieumiejętnie dawkowanymi emocjami. Przywołam tu dwie sceny, których zaistnienie było pewne już w momencie nakreślenia schematu postępowania bohaterów. W pierwszej z nich do domu przybywają służby porządkowe. Czegoś szukają (początkowo jeszcze nie wiemy o co dokładnie chodzi), więc protagoniści obawiają się, że lada moment odkryją melinę Pana R. Pojawia się nawet zagięty róg dywanu, który ma dodatkowo potęgować grozę całej sceny. Rzecz jasna w ostatniej chwili napięcie opadnie, tajemnica motywacji oprawców będzie banalnie prosta, a czytelnikowi pozostanie jedynie wrażenie, że właśnie przeczytał coś, co doskonale zna z innych książek i kina Hollywoodu.

W kolejnej scenie "Podziemia pamięci" dwójka bohaterów zmierza do starej, rozpadającej się budowli. To tam zaginiona matka schowała wytwory swojej pracy, a wraz z nimi artefakty przeszłości (swoją drogą już sam fakt pojawienia się tego obiektu w opowieści jest doklejony na siłę). Nasi dzielni protagoniści muszą te przedmioty przewieźć do domu. Czy ich podróż będzie bezproblemowa? Oczywiście nie. Na przeszkodzie stanie kontrola, której uda się uniknąć w niewiarygodnych okolicznościach w ostatniej chwili. I znowu jako czytelnik miałem wrażenie, że ktoś tu mną manipuluje, próbuje wzbudzić emocje tam, gdzie nie są one w ogóle potrzebne. Wycięcie tego rozdziału w żaden sposób nie wpłynęłoby na wymowę książki. Niestety takich kadrów jest tu jeszcze kilka.

"Podziemie pamięci" Yōko Ogawy nie unosi ciężaru tematu, z jakim książka chciała się zmierzyć

Myślę, że sam pomysł na książkę dałoby się obronić. Wizja świata, w którym jedyną bronią z zapomnieniem może być pisanie, jest naprawdę ciekawa i jeszcze niewyeksploatowana w literaturze. Potencjał zostaje jednak skutecznie zaprzepaszczony przez złą redakcję, nieprzemyślaną konstrukcję zdarzeń i także mało przekonujące kreowanie charakterów. Tajemniczość i niepokój powinny być wpisane w płaszczyznę fabularną i emocjonalną postaci. To jednak zupełnie się nie udaje. Opowieści o życiu Ogawa nie potrafi interesująco rozegrać ani też dramatycznie unieść. Pozostaje nam zatem dzieło jednowymiarowe, pozbawione odcieni szarości. Ot kolejna cukierkowata obyczajówka.